Jump to content

December Man

Forumowicze
  • Posts

    108
  • Joined

  • Last visited

Reputation

0 Neutralna

About December Man

  • Rank
    Krasnolud
    Krasnolud
  • Birthday 05/09/1987

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  1. Oto filmik, gdzie wyrażam swoje zdanie na temat bojkotowania i narzekania w naszej ukochanej branży. [media=]http://www.youtube.com/watch?v=h8T_ti_AIZQ
  2. Szybki wpis to seria, gdzie krótko, zwięźle i treściwie omawiam produkcje, w które gram. Payday: The Heist (multiplayer coop) Czterech oprychów zarabia pieniądze w jedyny sobie znany sposób. Niestety są dosyć mało charakterystyczni, pomimo wszelakich prób dokonanych przez deweloperów. Po prostu są nieciekawi. Gameplay to wypisz, wymaluj Left 4 Dead, tylko zamiast zombiaków są siły policyjne i jednostki specjalne będące odpowiednikiem np. Tanków czy Wiedźm. Nie posiadają jednak identycznych zdolności - dla przykładu Cloaker (wyglądający jak klon Sama Fishera) jest bardzo zwinnym adwersażem, który stara się atakować drużynę z zaskoczenia i potrafi jednym kopem z pół obrotu wyłączyć gracza z gry, dopóki temu ktoś nie pomoże. Z kolei Shield to SWAT z kuloodporną tarczą, za którą potrafią się chować jego koledzy w czasie szturmu. To, czym się Payday różni od L4D, to system levelowania i dobór sprzętu. Przed każdym napadem można wybrać odpowienie uzbrojenie i ekwipunek, które się odblokowuje oraz ulepsza poprzez zdobywanie kolejnych poziomów reputacji (czyli, po chłopsku, doświadczenia). Dodatkową kasę (XP) można zdobyć nie tylko poprzez kończenie misji, ale również kompletowanie wyzwań typu "zabij 50/100/500/1000 SWAT z broni X" czy "wskrzesz X graczy". Obecnie jest siedem napadów (jeden, będący prequelem dla L4D, został za darmo dodany w czerwcu tego roku). Nie jest to dużo, ale każdy ma pewien poziom przypadkowości tzn. w napadzie na bank, menedżer może być obecny w siedmiu różnych punktach budynku. Pomaga to przedłużyć nieco świeżość każdej mapy. Ogólnie? Jeśli bardzo lubisz L4D i chcesz spróbować coś innego niż rozwalanie kolejnych 3000 zombie, spodoba Ci się. Dla pozostałych to może być miła alternatywa dla produkcji Valve. Gra dosyć często jest w wyprzedaży na Steamie.
  3. Szybki wpis to seria, gdzie krótko, zwięźle i treściwie omawiam gry, które przeszedłem. Trine Trio bohaterów, rycerz, czarodziej i złodziejka przypadkowo łączą się duszami i muszą cofnąć owo zaklęcie przy okazji ratując świat. Fabuła bardziej służy wyjaśnieniu wyjątkowej mechaniki gry i kolejności oraz natury poziomów, ale nie można mieć jej tego za złe. Typowa bajka. Graficznie jest po prostu urocza - kolorowa i baśniowa. W czasach, gdy 95% produkcji jest szaro-burych z dodatkiem czarującego brązu, Trine jest ucztą dla oczu. Po prostu śliczniusia :3 Muzyka doskonale uzupełnia grafikę. Poziomy są torem przeszkód. Na rozwiązanie danego problemu nie ma jedynej, słusznej opcji, dlatego nie nazywam ich zagadkami logicznymi. Niektóre, z pozornie skomplikowanych, przeszkód łatwo ominąć sprytnie korzystając ze zdolności postaci. Program dostarcza satysfakcji i jest dość łatwy. Starcza na ok. 6 godzin rozrywki. Umożliwia relaksację dzięki brakowi jakichkolwiek limitów czasowych czy ograniczonej liczby żyć... oprócz ostaniego poziomu, gdzie całe to założenie idzie w pizdu. Naprawdę warto. Niska cena na Steamie powinna was zachęcić do kupna.
  4. Szybki wpis to seria, gdzie krótko, zwięźle i treściwie omawiam gry, które przeszedłem. Hard Reset Fabuła to jeden wielki burdel. Nie wiadomo co, po co i dlaczego. Wiadomo tylko gdzie i z kim. Jest tylko pretekstem do rozwałki, niemniej jednak powinna być choć trochę zrozumiała. Przedstawiana jest w postaci bardzo średniej jakości animowanych komiksów w trakcie wczytywania poziomów i można je pominąć, gdy komputer przeżarł już konieczne dane. Graficznie produkcja prezentuje się imponująco. Bardzo dobrze zoptymalizowana i nawet mój pięcioletni komp był w stanie bez problemu udźwignąć ją w wysokich detalach. Najważniejsze - rozwałka. Dwie giwery z pięcioma trybami działania i część z tychże ma jeszcze alternatywny strzał. Giwery posiadają odpowiednie pie*dolnięcie, co rzadko się dziś zdarza. Przeciwnicy są nadzwyczaj (jak na dzisiejsze czasy) agresywni i próbują gracza cały czas zmiażdżyć na najbliższej ścianie. Atakują w dużych grupach i mało który NIE robi tego z bliska, więc umiejętność trzymania ich na dystans jest kluczem do ukończenia gry. Zabawa kończy się po zaledwie ok. 4 godzinach. Darmowe DLC przedłuża ten czas do 6-7 godzin. Multiplayera brak. Survival mode (tryb Hordy na arenach), Ex mode (czyli taki New Game+, wszystkie uzyskane upgrady giwer dostępne są od początku) i Heroic mode (poziom trudności Insanity+ i save'y tylko na początku poziomów). Warto, ale tylko po obniżonej cenie.
  5. Szybki wpis to seria, gdzie krótko, zwięźle i treściwie będę omawiał gry, które przeszedłem. Pierwszym wpisem w serii jest porównanie dwóch hack'n'slashy coop. Hunted: Demon's Forge Fabuła, jak na gatunek, niezła. Para najemników z przymusu ratuje świat, ale jest tego więcej niż się wydaje. Gameplay to na dobrą sprawę Gears of War w świecie fantasy. Wręcz prostackie drzewka rozwoju, ale spełniają swoją rolę. Zdolności postaci bardzo dobrze się nawzajem uzupełniają. Gwóźdź programu - sami bohaterowie. Mają swoje zalety, ale i słabości. Posiadają poczucie humoru i potrafią być złośliwi wobec siebie. Lekko stereotypowi, ale to nie przeszkadza, wręcz wzmacnia chemię między nimi. Ciężko tej pary nie polubić. Największy plus gry. Podsumuwując, lekka, miła i nieprawdopodobnie wciągająca gra nawet w pojedynkę. Warto. Lord of the Rings: War in the North Scenariusz świetnie wpleciony w wydarzenia z powieści. Uzupełnia lore Śródziemia dot. wojny na północy. Zdecydowanie bliższy książkom niż filmom - prócz twarzy znanych postaci, te są przeszczepione z aktorów. Gameplay to hack'n'slash w trzeciej osobie, z dosyć monotonnym, ale pomimo tego wciągającym spamowaniem lewego przycisku myszy (i okazjonalnego użycia PPM). Drzewka rozwoju na poziomie każdej diablopdobnej gry - średnio rozbudowane, ale więcej nie potrzeba. Zdolności postaci uzupełniają się w sposób nadzwyczajny - różne buffy, leczenie itd. Główni bohaterowie nudni jak flaki z olejem. W szczególności elfka z tym jej monotonnym, usypiającym wręcz głosem. Dialogi - tak, dialogi! - zaskakująco rozbudowane. To nie Diablo III z kilkoma linijkami tekstu - jest tego naprawdę sporo. Omawiane są szczegóły jakich "nie-fan" Władcy raczej nie zna. Dla hardkorowców może to jednak być pretekst do przeklikiwania rozmów. Jak Hunted, lekko, miło i wciągająco, choć LOTR więcej zyskuje w coopie niż w graniu solo. Warto. W tym starciu Hunted minimalnie wygrywa dzięki głównym bohaterom. Nie zapomnę o nich przez dłuższy czas.
  6. Mass Effect, cała seria, nosi znamiona typowej superprodukcji - ze sporym budżetem i z zamiarem sprzedania jak największej ilości egzemplarzy. Ogromna kampania promocyjna, hype itd. To jest sztuka nie większa niż filmy Michaela Bay'a. Gry niszowe i/lub nie nastawione na maksymalny zysk itd. zdecydowanie bardziej wpisują się w ramy sztuki.
  7. Najgorsza gra roku to na pewno nie jest, ale największy zawód? Strzał w dziesiątkę.
  8. Oczywiście. Mieli też prawo wsadzić Świnkę Balbinkę w zakończeniu, co nie oznacza, że postąpili właściwie. Sztuka dotyczy tylko artysty i nikogo więcej. Produkt jednakże dotyczy wszystkich, prócz artysty.
  9. Po obejrzeniu nowych, rozszerzonych zakończeń nasuwa się jedno pytanie... Czy było tak k***a ciężko, Bioware? Nadal mamy dziury fabularne wielkości Mount Everest (związane przede wszystkim z gwiezdnym dzieciakiem), ale jest JAKIŚ epilog. Otrzymaliśmy absolutne minimum na jakie zasługiwaliśmy, ale COŚ jest. Więcej, powiedziałbym że gdybyśmy dostali właśnie to kilka miesięcy temu, nawet wtedy stwierdziłbym, iż to zdecydowanie za mało. Dragon Age Origins miał zakończenie i epilog na ok. 30 min; tu cała trylogia Mass Effect ma na ok. 10 min. Niemniej jednak, powtarzając się jak katarynka, lepsze to niż, DOSŁOWNIE, nic. Gdybyśmy mieli taką zawartość w marcu, sh*tstorm jaki w związku z zakończeniami powstał, byłby znacznie mniejszy i nie byłoby aż takiej afery. Ponawiam pytanie... Czy było tak k***a ciężko, Bioware?...
  10. Przejdę od razu do rzeczy. Zakończenia zostały przemaglowane wzdłuż i wszerz, nie ma sensu się na ich temat wypowiadać. ME3 bowiem już od samego początku pokazuje cechy gry zrobionej na szybcika i bez dłuższego namysłu. Całe wprowadzenie, a więc od rozpoczęcia gry do pojawienia się na ekranie tytułu, jest pełne dziur. - ile czasu minęło pomiędzy DLC do ME2 The Arrival, a ME3?; - dlaczego Shepard ewidentnie obija się, miast utrzymywać kontakt z np. Liarą i przygotowywać się do nieuniknionego nadejścia Żniwiarzy?; - kim, u licha, jest James Vega? Shepard go zna, ale nie gracz; ten musi się domyślać jak się poznali, na jakim poziomie znajomości są itd.; - jak dokładnie odebrano Shepardowi dowództwo nad Normandią? Czy potraktowano go/ją jak przestępcę, czy może jak bohatera który popełnił poważny błąd? Gdzie się podziali członkowie załogi? (to akurat poznajemy z czasem, ale winno być na początku); - jak to w końcu jest z tym procesem? Rozumiem, że Shepard obecnie jest uziemiony i przebywa pod stałą obserwacją, ale biorąc pod uwagę skalę winy Sheparda (unicestwienie całego systemu planetarnego i ryzyko kolejnej wojny z Batarianami), jest to raczej sprawa niecierpiąca zwłoki; - z tą stałą obserwacją też nie jest rygorystycznie; Shepard wygląda jak na wakacjach; - jakim cudem Ashley awansowała tak szybko od czasu ME2? Można się domyślać, iż minęło ok. pół roku do roku. W takim czasie za cholerę nie awansowałaby o cztery stopnie. Kaidan był tylko o jeden stopień niżej od Sheparda a i awansował pomiędzy śmiercią Shepa a ME2, w dwa lata, więc jest usprawiedliwiony. Cały początek wygląda jakby zabrakło dodatkowego DLC do ME2 lub wycięto ze 20 minut rozgrywki. Pomijając początek przedstawienie Cerberusa jest podręcznikowym przykładem zmarnowanego potencjału. Cerberus w trójce jest jednowymiarową organizacją terrorystyczną, która za nic ma szumne ideały o ochronie ludzkości i ambicjach wyniesienia jej ponad wszystkie galaktyczne rasy, tak często powtarzane przez Człowieka Iluzję w ME2. Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Cerberus, będący naprawdę swoistym "grotem" ludzkości, pomaga w ewakuacji ludzi z Ziemi. Uchodźców przenoszą na bezpieczne planety, gdzie autentycznie im pomagają, a nie prowadzą na nich eksperymenty (jak banda półgłówków - "udało nam się kontrolować jednego zombiaka, na pewno teraz możemy kontrolować hiperinteligentne maszyny z bagażem doświadczenia idącym w miliony lat!"). Oczywiście, jak to zawsze z nimi było, mają w poważaniu inne rasy. Można było ukazać scenę, gdzie żołnierze Cerberusa ładują ludzi na statek, ale odpychają np. Asari, która jest w związku z człowiekiem. Faceta pchają na siłę i jest dramatyczna sytuacja, gdzie para ukochanych jest rozdzielona. Jednocześnie na planetach, gdzie przebywają uchodźcy, wszyscy mają się w miarę dobrze, Cerberus pomaga w uczciwej dystrybucji dóbr koniecznych jak pożywienie czy lekarstwa itd. Żołnierze pilnują porządku, nie ma przemocy, cud, miód i orzeszki. Gracz aktywnie uczestniczy w obu scenach, aby móc nasiąknąć panującą atmosferą. Pod koniec gry Shepard staje przed decyzją - zlikwidować Cerberusa za ich występki jednocześnie mając na uwadze, iż organizacja rzeczywiście bardzo pomogła tysiącom cywilów, czy pozwolić im pomagać acz z ich bardzo szemraną reputacją. Człowiek Iluzja siłą rzeczy byłby więc postacią wielowymiarową, która rzeczywiście troszczy się o losy ludzkości, zwłaszcza w jej najczarniejszej godzinie. Cała końcówka gry (nie, obiecałem i dotrzymam słowa, nie chodzi o ostatnie 10 minut) trąci myszką. Od misji w bazie Cerberusa do samego końca czuć brak ochoty na pracę nad produkcją. Obie misje, zwłaszcza ta na Ziemi, zostały zrobione bez pomysłu, bez rozmachu, bez pasji. Każdy się pewnie spodziewał, iż odbicie naszej rodzimej planety odbędzie się jak misja samobójcza w ME2, tylko na większą skalę, tzn. przydzielanie flot do konkretnych zadań np. flota Terminusa osłania flotę Turian, która z kolei daje wsparcie ogniowe siłom naziemnym itd. W walce na planecie nie widać w ogóle efektów twoich poczynań, nie widać podczas grania oddziałów Krogan, Asari, Turian, które zebrałeś - tylko podczas cutscenek. Kończę to tak nagle, jak zacząłem. Musiałem to z siebie wyrzucić.
  11. Pod koniec września premierę miał Vindictus, koreański MMO. Wychodzą ich setki, ale ten szczególnie zwrócił moją uwagę ze względu na wysoką jakość wylewającą się z ekranu podczas oglądania zwiastunów. Zastosowanie Source jako engine'u pozwala na bardzo przyzwoicie wyglądającą grafikę, a nastawienie na umiejętności, miast porażająco nudne klikanie cyfr, na dynamiczną akcję. Po trzech tygodniach grania mogę z przekonaniem stwierdzić, iż owa jakość jest autentyczna. Walka jest tym, co wyróżnia produkcję na tle innych z tego gatunku. Vindictus mógłby spokojnie być przełożony na pada, ponieważ system jest żywcem wzięty z konsolowej zręcznościówki. Pomimo tego działa bezbłędnie na duecie klawiatura-mysz. Bitwy z bossami wymagają dość precyzyjnych uników i wyczekiwania na właściwy moment do ataku. Postacie walczące wręcz (melasy) wyprowadzają kombinacje ciosów jak np. w Dynasty Warriors, tzn. odpowiednia liczba kliknięć LPM i jednorazowy (prócz paru wyjątków) PPM. Pani mag ma całkowicie odmienny system polegający na uprzednio ładowaniu czarów PPM przed ich rzuceniem - proces który można przyspieszyć sprawnym klikaniem owym przyciskiem we właściwej chwili. System rozwoju postaci zasługuje na osobny akapit. Miast drzewek umiejętności występują Ability Points. Talenty są udostępniane po osiągnięciu określonego poziomu doświadczenia i uiszczeniu opłaty. Można je wszystkie rozwinąć do maksimum przy pomocy wspomnianych AP. Jest ich nieskończona liczba, ale otrzymuje się je w ograniczonych ilościach za przechodzenie bitew. Dzięki temu nie ma w ogóle resetowania talentów, a przy błędnym wyborze umiejętności jedyne co się utraciło to czas konieczny na zdobycie AP. Prawdą jest, iż prędzej czy później można z postaci zrobić alfę i omegę, ale potrwa to przynajmniej kilka miesięcy chyba, że farmisz AP jak opętany no-life. Najważniejszą zaletą dla wielu osób będzie jednak czas konieczny na poświęcenie grze. Otóż MMO znane są z tego, że aby osiągnąć cokolwiek, należy im poświęcić mnóstwo czasu. W Vindictus można grać 15-20 minut dziennie lub spędzać pół dnia i w obu przypadkach będziesz mieć kupę radochy. Raidowych bossów można spokojnie PuGować, zajmują w najgorszym przypadku 20 minut i farmienie ich nie trwa kilka miesięcy, tylko kilka godzin, dni. Podobnie rzecz ma się w przypadku zbierania gearu. Niestety tutaj również leży pies pogrzebany. Jeśli będziesz spędzał nad produkcją bardzo dużo czasu, bardzo szybko przebijesz się przez content. Europejska wersja ma go obecnie niewiele ? Amerykanie mają go około połowę więcej, a Koreańczycy dwa razy tyle. Content patche wychodzą często, aby nadrobić zaległości, ale pomimo tego, nie jest to gra dla no-life'ów. Produkcję warto jednak spróbować, nic nie kosztuje, więc na co czekacie?
  12. Reklama spamowa: Każdy bloger CDA ma możliwość zgłoszenia jednego ze swoich tekstów do konkursu na najlepszy wpis 2011. Nie czekaj, zgłoś swoje dzieło!

  13. Społeczeństwo, nie tylko w Polsce ale też w całym cywilizowanym świecie, ma dość pokrętne spojrzenie na równość płci. Faktem jest, iż przez stulecia kobiety były postrzegane jako gorsze niż mężczyźni. Dopiero w XX wieku płeć piękna otrzymała prawa, które my, mężczyźni, mieliśmy od wielu, wielu lat jak np. prawo do głosowania. Obecnie często piastują wysokie stanowiska w prestiżowych firmach, zarabiając krocie tak jak ich męscy odpowiednicy. Kobiety przeszły bardzo długą drogę na drodze do równości. Niestety, jesteśmy w punkcie, w którym granice zaczynają się przesuwać, miast zanikać. W Ameryce w telewizji publicznej CBS nadawane jest feministyczne show zwane ?The Talk?. W jednym z odcinków występujące tam kobiety z Sharon Osbourne na czele opowiadają o niejakiej Catherine Kieu ? mężatce, która wykastrowała swojego męża jak ten spał i wrzuciła jego członka do rozdrabniacza odpadków. Powód? Wręczył jej papiery rozwodowe. Obrzydliwe, nieprawdaż? Nie dla pani Osbourne i jej świty. Panie miały dużo zabawy wyobrażając sobie jak penis mężczyzny wiruje w urządzeniu, a publiczność (same kobiety oczywiście) wtórowała im radośnie. Link: Czy były jakieś konsekwencje tego ordynarnego widowiska? Po paru dniach panie przeprosiły na antenie, lecz skandalu dużego nie było. W odwrotnej sytuacji, gdyby to krąg facetów zasiadał do stołu i śmiał się jak mąż odciął żonie piersi i wrzucił do rozdrabniacza, cały świat żądałby ich głów. Przyjmując, że odcinek w ogóle zostałby puszczony w TELEWIZJI PUBLICZNEJ. Być może miałoby to miejsce w państwie, gdzie kobiety nadal są prześladowaną mniejszością, jak któryś z krajów islamskich. Ale w USA? Kraju wolności i równości? Mężczyźni i kobiety również nie są do końca równi wobec prawa. W Ameryce dochodzi do wielu przestępstw, a najcięższe z nich mogą się znaleźć w programach dokumentalnych jak np. ?Forensic Files? znany w Polsce jako ?Akta zbrodni?. Wielokrotnie zostały przedstawione tam zbrodnie, w których mąż zabija żonę z tego czy innego powodu. Policja znalazła dowody, sąd go skazał, facet poszedł siedzieć, sprawiedliwości stało się zadość. Dla odmiany w jednym z odcinków to żona zabiła swojego małżonka. Gdy spał, wzięła strzelbę, przystawiła mu lufę do skroni i pociągnęła za spust, pozbawiając go życia. W sądzie powiedziała jednakże, iż on ją bił, znęcał się i nie dał jej żyć. Były jakieś dowody na to zeznanie? Nie. Jak zareagował sąd? Uniewinnił ją. Człowiek który rozwalił głowę innej osobie z zimną krwią został puszczony wolno, ponieważ morderca stwierdził, bez jakichkolwiek dowodów, iż ofiara była kawałem skurczybyka. Sprawiedliwość! Procesy rozwodowe nie idą po myśli biednej kobieciny? Chcesz tego chama zniszczyć, zabrać mu dzieci i odebrać prawo do spotykania się z nimi? Oskarż go o molestowanie waszych podopiecznych. Nawet jeśli go uniewinnią, efektywnie zniszczyłaś mu życie, ponieważ do końca swych dni będzie słyszał jak za plecami ludzie mówią ?to ten co miał proces o molestowanie własnych dzieci; pewnie zapłacił żeby go puścili?. Prawdopodobnie straci pracę (ze znalezieniem kolejnej będzie ogromny problem), na własnej skórze odkryje co to znaczy ostracyzm społeczny, o nowej drugiej połówce może zapomnieć. Vice versa? A słyszał ktoś o kobiecie molestującej własne dzieci? Dokładnie. Sprawiedliwość! Jak wspomniałem na początku, społeczeństwo ma dość pokrętne spojrzenie na równość płci. Przemoc domowa. Mąż bije żonę? Potwór! Kryminalista! Wykastrować go! Kobieta bije męża? Tak dalej dziewczyno! Brawo! Pokazujesz na co nas naprawdę stać!... W Rosji doszło do napadu. Przestępca włamał się do salonu fryzjerskiego, aby go obrabować. W tym czasie w lokalu nadal przebywała jego właścicielka, Olga Zajac. Obezwładniła go celnym kopniakiem w krocze. Zapewne myślicie, że związała go, wezwała policję i wszystko rozeszło się po kościach, a Olga została bohaterką. Otóż nie. Rzeczywiście została bohaterką, ale z powodu tego co zrobiła później. Pani Zajac związała bandytę, zaciągnęła go na zaplecze, po czym gwałciła przez 3 dni. Karmiła go Viagrą. Obecnie ta pani ma swoją stronę fanowską na Facebooku zwaną ?Olga Zajac: The world's greatest Salon Owner?, czyli ?Olga Zajac: najwspanialsza właścicielka salonu?. W sytuacji odwrotnej facet byłby potworem, gwałcicielem znęcającym się nad biedną niedoszłą przestępczynią. A już na pewno nie miałby strony na FB. W internecie znajdują się strony, gdzie kobiety w średnim wieku mogą zachwycać się ciałami nastoletnich chłopaków. Dla świata jest to ok. Vice versa byłaby to banda zboczeńców i pedofili. Więcej przykładów dwulicowości społeczeństwa, prawa itd. nie muszę przytaczać. Nie chcę wyjść na szowinistę czy mizoginistę, ponieważ nimi nie jestem, ale nie należy mówić tylko o nierówności kobiet i jednocześnie przymykać oko na takie przypadki. Dlatego feminizm jest dla mnie śmieszny, bo robi dokładnie to ? hipokrytycznie walczy o prawa jednej strony nie uwzględniając przy tym praw drugiej.
  14. O fabule DX:HR napisałem w poprzednim wpisie. Teraz czas na gameplay. Zacznijmy od drobnostek. Takedowny. Prosty, efektowny i efektywny sposób na pozbycie się strażników. Jensen uderza faceta w twarz, łamie mu rękę w trzech miejscach i dokańcza z backhandu... a jego kolega 3 metry dalej nic nie słyszy. Jedno z najgłośniejsznych zdarzeń w grze, ale jest to ogłuszający takedown, a więc podobno "cichy". Skradanie się jest dosyć łatwe - nie ma takich momentów jak w DX1, gdy kamera nie poruszając się na boki, obserwuje jeden korytarz i trzeba ostro kombinować jak ją ominąć. Strażników nie ma wielu i mają przewidywalną trasę patrolu. Snajperka, zajmująca niemal połowę inwentarza, nie ma praktycznego zastosowania - nie było ani jednej sytuacji, gdzie bym pomyślał "teraz by się przydała". Mogę wejść do czyjegoś mieszkania lub biura, zabrać im wszystko sprzed nosa i spokojnie wyjść jak gdyby nigdy nic. To psuje trochę wrażenie. Większe zastrzeżenia mam co do ilości przyznawanych XPeków. Skradanie jest wyraźnie bardziej opłacalne niż bezpośrednia walka. 10XP za zabójstwo + 10XP za headshota w porównaniu np. do w sumie 50XP za ogłuszającego takedowna, 300XP za bycie niezauważonym, 250XP za niewywołanie alarmu, czy 100XP za podróżowanie wentylacją. Na dłuższą metę co prawda punktów Praxis jest w grze nadmiar dla obu stylów, ale gracz spędzający połowę życia w wentylacjach znacznie szybciej dorobi się najlepszych augmentacji. Dodatkowo, kiedy bawiłem się "na Rambo", potęgowało to uczucie, iż gram wbrew zamiarom twórców. Tak jak np. wykonanie misji w Hitman: Blood Money zabijając wszystkich z kałasza - misja zakończona powodzeniem, ale niedosyt pozostał. Ogłuszające takedowny na początku gry mają potężny minus. Koledzy mogą obudzić położonego strażnika. Niestety im dalej w las, tym więcej miejsc na łatwe schowanie ciała, więc wykonywanie zabójczych wersji ciosów, które akurat są słyszalne, nie ma jakiegokolwiek sensu. AI kuśtyka - nie jest bardzo źle, ale np. gdy strażnicy usłyszą strzał, pobiegną do miejsca skąd dźwięk nadszedł... i będą tam stać aż się znudzą. Nie będą się rozglądać i nie znajdą gracza ukrytego 2 metry dalej. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie grzechy, mam nadzieję, twórcy serdecznie żałują. Podsumuwując, gameplay jest bardzo dobry, ale ma pewne problemy. Jednak nie jest to nic na co nie można byłoby przymknąć oka. Dlatego idę grać dalej...
  15. Jak to zostało napisane w felietonie w jednym z ostatnich CDA, w RPG z odpowiednimi perkami itd. można każdego przekonać do wszystkiego. Chociaż DX:HR akurat to zrobił nadzwyczaj (w porównaniu do konkurencji) realistycznie. Zakończenie MGS2 trwało bodajże 15 minut, ale odczuwalnie to rzeczywiście z półtorej godziny XD
×
×
  • Create New...