Jump to content

Mikiotor

Forumowicze
  • Content Count

    46
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

0 Neutralna

About Mikiotor

  • Rank
    Goblin
  • Birthday 06/12/1997

Sposób kontaktu

  • AIM
    28420111
  • Strona WWW
    http://www.mikolajwyrzykowski.pl/
  • ICQ
    0

Informacje profilowe

  • Płeć
    mężczyzna
  • Skąd
    Toruń
  • Zainteresowania
    Z moich zainteresowań wymienię jedynie te najważniejsze, a więc: elektronika,<br />gry komputerowe, muzyka (Dire Straits, Queen, The Beatles, Led Zeppelin, Bob Dylan, Myslovitz), a co za tym idzie, również gra na pianinie, psy,<br />piłka nożna (viva FC Barcelona!), tenis stołowy i ziemny, literatura<br />(najczęściej fantastyczna, pomijając małe odskocznie).

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    LittleBigPlanet Prince of Persia FUEL Trine PES 2009
  • Ulubiony gatunek gier
    Przygodówki
  1. Mikiotor

    Człowiek z wiadomością

    Ameryka, lata 60 i 70 XX wieku. Ruch hipisowski, przemiany polityczne, Nowa Lewica, atmosfera przepełniona obawami, wojna w Wietnamie... Nie wszyscy zgadzali się z tym, co robił rząd, który kompletnie zapominał o życiu, pokoju i miłości. Nie miałeś wyboru: albo otwarcie popierałeś rasizm, albo byłeś przeciwko i nie bałeś się o tym publicznie mówić. Nikt nie stał w bezruchu, nie wiedząc, co zrobić. Dla takiego kraju jak Ameryka największe zagrożenie stanowili artyści ? pisarze, malarze, poeci, mówcy, pieśniarze, którzy nie zamierzali akceptować decyzji rządu i buntowali się przeciwko temu, co działo się wokół. Bo czy osoba opiekująca się przydrożnymi różami i pokazująca jej piękno innym nie jest zagrożeniem dla ludzi, którzy zajmują się ich bezlitosnym niszczeniem? Państwo, które do ostatniej suchej nitki przesiąknięte jest muzyką, można zmienić tylko z jej pomocą. Wszystko zaczęło się od folku. Podczas gdy Presley śpiewał o kolejnym nieudanym romansie i innych sercowych rozterkach, pieśniarze folkowi tacy jak Woody Guthrie czy Pete Seeger kazali zmierzyć się swoim słuchaczom z mroczniejszą stroną tego świata, wskazywali problemy, które trzeba było naprawić. Z takich utworów można było nauczyć się, jak żyć, co robić a czego unikać. Folk był głosem, posłańcem prawdy. Prawdziwi pieśniarze potrafili sprawić, że wierzyłeś bezgranicznie w to, co słyszałeś. Jeśli ktoś śpiewał, że zamożny i młody William Zanzinger zabił Hattie Carroll, matkę dziesięciorga dzieci wierzyłeś, że stało się to naprawdę. Tu nie było miejsca na żaden fałsz, więc radia komercyjne nie puszczały za często takich utworów. Zresztą, prawda nie potrzebuje rozgłosu. Przez ile dróg musi przejść każdy z nas (*) by mógł człowiekiem się stać, Jak wiele razy musi człowiek wznieść wzrok Zanim choć nieba dojrzy strzęp, I jak wiele uszu musi mieć nim usłyszy Ludzki płacz i jęk? ?Znasz go? A czy ma on coś do powiedzenia, czy wniesie coś nowego?? - tak wtedy oceniano artystów. Bob Dylan był jednym z takich, którym z pewnością słów nie brakło. Wykorzystując jedynie gitarę, harmonijkę ustną i własny głos przekazał to, o czym wszyscy wokół myśleli, lecz nikt nie potrafił tego wyrazić. Widział, co się dzieje na świecie i potrafił zamienić to w piosenkę. Powiedział to, co musiało być powiedziane. Zatem chcąc czy nie chcąc, stał się Głosem Pokolenia. Ludzie chcieli zrobić z niego artystę zaangażowanego, wciągnąć do różnych stowarzyszeń, podczas gdy nie interesowało go coś takiego, jak polityka. Śpiewał tylko piosenki aktualne czy, jak kto woli, protest songi. W tym momencie nie ważna jest ich nazwa, liczy się przeznaczenie ? uświadomienie wszystkim, ile rzeczy zdąża na tym świecie w złym kierunku i niesienie nadziei, że jeszcze jest to możliwe do naprawienia. Utwór Blowin' in the wind był dla Dylana drzwiami do wielkiego świata, otworzył przed nim wrota kariery pieśniarza protestu. Kompozycję można nawet nazwać ojcem wszystkich protest songów. Nie traktowała o konkretnym wydarzeniu, stąd nadal jej przesłanie jest aktualne. Przez stawianie pytań bez odpowiedzi, którą ma przynieść dopiero wiatr uświadomiła ludziom, że ?kule armatnie będą latać dopóty, dopóki nikt się temu nie sprzeciwi?; uczyła, że ?nie można odwracać głowy, udając, że się nic nie widzi?. Marsz na Waszyngton odbył się 28 sierpnia 1963 roku na rzecz zniesienia segregacji rasowej. Wystąpiła na nim Joan Baez i Bob Dylan, swe słynne przemówienie wygłosił Martin Luther King. Słowa hymnu Blowin' in the wind każdy uczestnik pochodu zapewne trzymał głęboko w sercu ? dokładnie pokazywały przyczynę, która zmusiła ich do protestów. Kompozycja Masters of War była mocnym ciosem wymierzonym w dowódców myślących, że świat należy wyłącznie do nich, ciągnącym za sznurki i każącym żołnierzom iść dalej, by oni sami, gdy już rozpocznie się piekło, mogli bezpiecznie uciec. Hurricane opowiada historię czarnoskórego boksera Rubina Cartera, pretendenta do mistrza wagi średniej, który został niesłusznie skazany na dożywocie z powodu fałszywego oskarżenia o morderstwo. Sąd dopiero po dwudziestu latach uznał, że wyrok opierał się głównie na akcie rasizmu, co już wcześniej w swoim utworze stwierdził Dylan. Z kolei Hard Rain's A-Gonna Fall jest relacją małego chłopca z podróży po świecie, podczas której zobaczył ?tłum mówców ze złamanymi językami, małe dzieci uzbrojone w bagnety?, ?słyszał szum burzy, który był ostrzeżeniem?, widział, jak ktoś umierał z głodu, a inni się śmiali, na szept tysięcy nikt ucha nie skłonił?. Na koniec oznajmia, że ?dotrze na szczyt góry, by wszyscy mogli go usłyszeć. Będzie stał na falach oceanu, dopóki nie utonie i pozna swoją pieśń dobrze, zanim zacznie ją śpiewać?. Chce, by wszyscy wiedzieli, że błędy tego świata nie pozostaną bez odzewu i niedługo spadnie ciężki deszcz. I bynajmniej nie chodzi tu o bombę atomową, choć i tego wówczas wszyscy się bali. Chodzi tu coś na kształt potopu, co rozliczy ludzi z ich złych uczynków, będzie też ich wynikiem. Nie jestem pewien, czy ten deszcz przestał już padać ? miejmy nadzieję, że przynajmniej zdążył już trochę zelżeć. Gdy Dylan zarzekał się, że przez piosenkę nie da się nic zmienić, spod jego pióra wyszedł chyba jeden z największych protest songów (i nie mówię tu wyłącznie o długości). Czegoś takiego jak Wszystko Dobrze Mamo (Ja Tylko Krwawię) nikt wcześniej nie słyszał. Cała ówczesna rzeczywistość została przelana na słowa i podana na tacy w ponad kilkunastu wersach. Wiele zwrotów, takich jak ?łatwo jest widzieć bez patrzenia zbyt daleko? przyjęła się później jako amerykańskie powiedzenia. Widzimy obraz człowieka, który ?nie był zajęty, kiedy się rodził, ale jest zajęty umierając?; mężczyznę który ?stawia się w stanie wojny i przygląda wodospadom rozpaczy. A kiedy odczuwa potrzebę jęczenia, odkrywa, że byłby tylko jeszcze jedną osobą płaczącą.?; patrzymy na ?reklamy, które nas zdobywają, sprawiając, że czujemy się, jakbyśmy mogli wygrać wszystko, nawet to, co nigdy nie zostało wygrane.?. Nie można wymyślić mocniejszego prztyczka w nos dla ludzi, którzy patrzą na świat przez różowe okulary lub, co gorsza, ich oczy są zamknięte zupełnie. Kiedy kaznodzieja modli się o czyjś zły los (*) Nauczyciele uczą o czymś, czego nie rozumieją Że czekanie na wiedzę może doprowadzić do stu dolarowych talerzy Dobroć ukrywa się za jej bramami Ale nawet prezydent Stanów Zjednoczonych Czasem musi stanąć nago Boba Dylana nie nazywano buntownikiem czy legendą. Nadawano mu tytuły o wiele bardzie niebezpieczne, takie jak: Sumienie Pokolenia, Najwyższy Kapłan Sprzeciwu, Car Odrzuconych, Wielki Biały Brat-Buntownik... Nigdy nie chciał być kimś takim, wyrażał tylko nowe realia i zawierał je w swoich wierszach. Żądano od niego piosenek wskazujących palcem, a on palców miał tylko dziesięć. Pragnął pokazywać ludziom jedynie właściwą drogę, a tymczasem wszyscy wokół chcieli, by stanął na czele pochodu i gdzieś ich poprowadził. A od tego były przecież inne osoby. Jedną z nich był John Lennon. Już za panowania Beatlesów przejawiał w sobie duszę buntownika, pisząc takie piosenki jak Rewolucja, która była wykorzystywana m.in. w polskich protestach przeciwko władzy komunistycznej w 1968 roku ? realia się zmieniały, więc i chłopcy z Liverpoolu musieli iść z duchem czasu. Miłość jest wszystkim, czego potrzebujesz, gdzie Fab Four stwierdzali, że ?nie ma niczego do zrobienia, co nie może być dokonane? również wyznaczyło nowe ścieżki w ich rozwoju ? a przesłanie tego utworu będzie pewnie aktualne po kres wieków. Pełny wiatr w żagle Lennon nabrał jednak dopiero po ich rozpadzie. Jego utwory typu Władza w Ręce Ludu, Dajcie mi jakąś prawdę czy wręcz utopijny hymn pacyfistyczny Imagine były dokładnie tym, czego ludzie wtedy potrzebowali ? ich duchowymi przewodnikami. Pierwszym krokiem do powstania czegoś jest zaistnienie tego w naszej wyobraźni. Imagine sprawia, że wyobrażamy sobie ?pokój na świecie, brak chciwości i głodu, wszystkich ludzi dzielących się światem. I może powiedzą, że jesteśmy marzycielami, ale nie jesteśmy jedyni. Któregoś dnia przecież pozostali przyłączą się do nas i świat będzie żył jak jeden?. Na półmilionowej demonstracji w Waszyngtonie, która odbyła się 15 września 1969 roku wszyscy kołysali się, ze znakiem pokoju na dłoni śpiewając utwór Johna ?Wszystko, czego pragniemy, to byście dali pokojowi szansę?. Jej przewodniczący, folkowy śpiewak Pete Seeger przerywał to frazami typu ?Czy słyszysz to, Nixon? Czy słyszycie to, wy tam w FBI??. Lennon przekonywał, że pokój powinno się sprzedawać jak masło, by ludzie wiedzieli, że mogą wybrać coś innego niż wojnę. Piosenki jedynie uzupełniały jego akcje typu ?Łóżkowy pokój-włochaty pokój?, podczas której wraz ze swoją żoną Yoko Ono spędził tydzień w hotelowym łóżku, nakłaniając innych, by zrobili to samo i nie ścinali włosów, dopóki nie skończy się wojna w Wietnamie. Drugim najważniejszym przedsięwzięciem było świąteczne rozwieszenie billboardów z napisami ?Wojna skończona! (Jeśli tylko tego chcesz)? - w 1969 roku zawisły one w wielkich miastach, takich jak Nowy Jork, Tokio, Amsterdam czy Rzym. Piosenkarz spytany, ile te plakaty kosztowały, odparł: ?Nie wiem. Na pewno mniej, niż ludzkie życie?. Dwa lata później na podstawie tej kampanii powstał znany utwór Happy Xmas (War is Over). Gdyby Lennon tylko siedział i śpiewał swoje piosenki, nikt by się nim nie zajął, nie byłby żadnym zagrożeniem. Jednak jego nowe znajomości z takimi ludźmi, jak Bobby Seale z Czarnych Panter (organizacja radykalnie walczyła o prawa czarnoskórej mniejszości w USA), przewodniczenie demonstracjom pokojowym, zdjęcia na tle amerykańskiej flagi z czaszkami zamiast gwiazdek, otwarte krytykowanie administracji i decyzji Richarda Nixona sprawiły, że zainteresował się nim rząd. Jak sam mówił, nagle wzrosła ilość remontów w jego piwnicy, podobnie jak np. u Martina Luthra Kinga telefony były na podsłuchu, śledzono go, gdziekolwiek się nie ruszył. Chcieli, by dostał paranoi i rzeczywiście tak się stało. Władze pragnęły nawet za wszelką cenę bezprawnie wydalić go z Ameryki, co im się nie udało. Wystarczyło jednak kilka miesięcy, by Lennon w grudniu 1980 roku został zastrzelony przez jakiegoś palanta ? i problem rozwiązał się sam. I tylko mam nadzieję, że złożą was w pudle (*) Będę szedł w kondukcie w to blade południe Potem stanę nad grobem, by upewnić się całkiem Że już was nie spotkam, bo będziecie martwi Również zespoły rockowe, sławne ze swych wielkich przebojów niekiedy przypominały sobie o ciemniejszej stronie twarzy tego świata. Dire Straits przekonują, że ?jesteśmy głupcami, wypowiadając wojnę przeciwko naszym Braciom Broni?; Pink Floyd zbudowaliby szpital Fletchera dla nieuleczalnie chorych królów i tyranów, w którym mogliby bawić się w zabawy typu ?bum bum, bang bang ? padnij, nie żyjesz?; Jim Morrison z The Doors śpiewa o ?Nieznanym Żołnierzu? w utworze przeciwko wojnie w Wietnamie; Michael Jackson w Heal the World zachęca do ochrony przyrody przed szponami przemysłu; U2 przypomina nam Krwawą niedzieli z 30 stycznia 1972; Phil Collins trochę sarkastycznie śpiewa o problemie bezdomności, ogłaszając, że ?to jedynie kolejny dzień w raju?. W Polsce chyba najbardziej znaną kompozycją tego typu jest Dziwny jest ten Świat Czesława Niemena, który w latach 60. stał się nieoficjalnym hymnem kontestującej polskiej młodzieży. ?Ludzi dobrej woli jest więcej, choć nadal ktoś słowem złym potrafi zabić tak jak nożem?. Lecz słowem można również pobudzić kogoś do życia. Jednak ze wszystkich znanych mi protest songów chyba najbardziej wyróżnia się Star Spangled Banner, czyli hymn Ameryki zagrany przez Jimiego Hendrixa, bodaj najlepszego gitarzystę wszech czasów. Moc tego utworu nie leży w słowach, bowiem on ich zupełnie nie posiada. Wygrywana melodia co chwila przerywana jest dźwiękami gitary, które udają odgłosy przelatujących na niebie samolotów i huk spadających na ziemię bomb. To nie jest żadna profanacja, tylko ukazanie Ameryki z jej prawdziwym obliczem Pieśniarzy wykonujących tego typu muzykę jest znacznie więcej, niż ich garstka, której udało się zaistnieć w mediach i powszechnym myśleniu. Nie zawsze można ich też od razu rozpoznać. Pieśniami protestu mogą być bowiem również utwory, które na pierwszy rzut oka są zwykłymi piosenkami, a tymczasem ukrywają prawdę przed tymi, którzy chcieliby ją wykorzystać przeciw twórcom. I nie mówię tu o odgadywaniu, kim jest Pan Jones w Ballad of a Thin Man, który ?pożyczył komuś swoje gardło?, czy ?Anioł-kowboj, który galopuje ze swoją zapaloną świeczką na słońce? w Bramach Edenu Boba Dylana ? tu chodzi o coś innego. Jeśli bowiem poznamy np. wizję Strawberry Fields Forever Beatlesów taką, jaką podaje nam film Across the Universe Julie Taymor, kompozycja zupełnie zmieni swoje oblicze. Pola truskawkowe staną się areną wojny, gdzie nic nie jest prawdziwe, a same truskawki będą spadającymi z nieba bombami. Podobnie jest z I Want You (She's So Heavy). Przyjmijmy, że to rząd Ameryki pragnie nowych żołnierzy do wojny w Wietnamie, a oni muszą dźwigać Statuę Wolności, krzycząc ?Jaka ona ciężka!?. Utwór może mieć nawet więcej niż dwie twarze ? wszystko zależy wyłącznie od naszego punktu widzenia. Czy widziałeś przerażonych ludzi? (*) Czy słyszałeś spadające bomby? Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się Dlaczego musimy szukać schronienia Gdy obietnica nowego świata odważnie rozwija się pod czystym, błękitnym niebem? Zastanówmy się, czy i dzisiaj nie potrzebujemy ludzi, którzy odkryją oblicze prawdy swymi obrazami, mowami i utworami, będą potrafili otwarcie powiedzieć temu wszystkiemu ?nie?. Gdzie są ci pieśniarze i poeci, którzy mają protestować przeciwko temu, co aktualnie się dzieje? Kolejny hit w komercyjnym radiu nie zmienia świata, nie sprawia, że próbuje stać się on choć odrobinę lepszy, nie wnosi nic nowego. Natomiast Another Brick in the Wall grupy Pink Floyd, sprzeciwiający się zabijaniu indywidualności w szkołach nieśli na ustach czarnoskórzy uczniowie w RPA, protestując przeciwko ich dyskryminacji. Zresztą cały film jest wielkim, rockowym protestem, który porusza wiele tematów, takich jak np. wojna w Goodbye Blue Sky. Jest zatem pewna zasadnicza różnica między jakimkolwiek protest songiem, a światowym przebojem disco czy pop ? wpływ na kształtowanie się myślenia u ludzi. Bo sprawdza się stwierdzenie, że jesteśmy tacy, jakiej muzyki słuchamy, w jakim otoczeniu się obracamy i co czytamy. Czy w naszych czasach również nie ?wypacza się prawda o wojnie i pokoju?? Czy nie ma takich osób, jak Mistrzowie Wojny, którzy ?skryci za biurkami rzucają na świat strach; zabijają dzieci, nawet te nienarodzone bez imienia? Oczywiście, że są, nie trzeba ich nawet z lupą szukać ? wystarczy tylko zdjąć im maski. Jak to zmieniać? Wystarczy jeden dobry uczynek każdego dnia. To zachęci innych również do czynienia dobra. Wyczytałem bowiem gdzieś, że same wiersze i muzyka to za mało ? muszą również być gdzieś ludzie, którzy przekują słowa poetów w prawdziwe czyny. Mikołaj Wyrzykowski (*) Cytaty pochodzą kolejno z utworów Boba Dylana: Blowin' in the wind, It's Alright Ma (I'm Only Bleeding), Masters of War oraz Goodbye Blue Sky autorstwa Pink Floydów.
  2. Powoli otwieram powieki, rozcieram oczy, by obraz świata z delikatnie przymglonego stał się dla mnie całkowicie wyraźny. Lekko podnoszę się na łokciach i zwracam głowę w stronę okna, by przekonać się, jakie rozpoczęcia wybrała pogoda dla tego poranka. Następuje euforia... Słońce! Piękna pogoda, niebo bez chmur, słońce ponownie świeci! To aż niemożliwe ? tak wspaniała pogoda przez cały tydzień. I co, na jaki szlak dzisiaj wyruszamy? Przecież nie możemy tego zmarnować... Chyba trzeba pójść na jakiś wysoki szczyt, zobaczyć pełnię uroku gór, z których ten dzień odegnał wszelką mgłę i chmury ? Giewont, Nosal, Kasprowy... Rysy? Wstaję szybko, podekscytowany tym, co mogę dzisiaj przeżyć, lecz po chwili znowu padam na łóżko i przykrywam się kołdrą. Niedziela! Przecież dzisiaj jest niedziela, ostatnia niedziela naszego pobytu w górach! Zostało nam tylko pakowanie i monotonna jazda do domu ? nie będzie żadnego wspinania się na góry, zdobywania szczytów, podziwiania pięknych widoków, picia orzeźwiającej wody prosto z górskiego potoku. Nie tym razem panowie, nie, nie... Ale jest też mnóstwo rzeczy, które wychodzą tego dnia na wielki plus. Dzisiaj po przyjeździe do domu będę mógł dzielić swoją radość z kochanymi psami, przeżyć tak wyczekiwany moment, kiedy ponownie zagram na pianinie, a po drodze przecież jeszcze wstąpimy do Wadowic i na Jasną Górę. Właśnie dzięki tym pozytywnym myślom zaczęliśmy się czym prędzej pakować (zdążyłem nawet pobrzdąkać ?Schody do Nieba? na gitarze), zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się z gospodynią domu, zapewniając, że to miejsce było tak miłe, iż możemy tu przyjechać jeszcze przynajmniej raz. Wsiedliśmy do samochodu, a jako że dzisiaj jest niedziela, skierowaliśmy nasze opony ku kościołowi w Jurgowie, gdzie chcieliśmy być na mszy. Ludzie patrzyli na nas wielkimi oczami i byli naprawdę zdziwieni, kiedy weszliśmy na teren kościoła z Dilalą (oczywiście na zewnątrz, wprowadzenie psa do środka byłoby już, szczerze powiedziawszy, lekką przesadą). Lecz my, mimo wielu rzucanych w nas ciekawskich spojrzeń po skończonej mszy spokojnie wsiedliśmy do samochodu i wraz ze smacznie drzemiącą Lalką odjechaliśmy w kierunku Wadowic. Na miejscu byliśmy, kiedy piękna pogoda miała swoje dzisiejsze apogeum (były aż 32 stopnie). Chcieliśmy to zrobić ze względu na to, że nasze zdjęcia z miasta Ojca Świętego po prostu dostały nóg ( skrzydeł, czy jeszcze czego innego) i bez zapowiedzi czy większego powodu sobie uciekły i to na tyle daleko, że złapać ich nam się niestety nie udało. Nie ukrywam też, że był jeszcze jeden, ważny powód ? chcieliśmy ponownie rozkoszować się smakiem wadowickich, papieskich kremówek, które najbardziej polubiliśmy (a testowaliśmy dwa miejsca) w cukierni ?u Lenia?, gdzie są prawdziwe, z cięższym kremem, o wiele lepsze niż gdziekolwiek indziej.). Ale nie róbcie ze mnie żarłoka, który myśli tylko o jedzeniu ? choć kremówki robią tu chyba najlepsze na świecie, to nie tylko cukiernie są w tym mieście najbardziej oblegane... Po raz drugi pomodliliśmy się w wadowickiej katedrze, była chwila, by popatrzeć, jak robotnicy remontują rynek i dom bł Papieża Jana Pawła II (wielu Włochów również było z tego niezadowolonych) i cóż więcej pozostało nam tu do zrobienia ? trzeba było wsiąść w samochód i pojechać dalej, ku Częstochowie i cudownemu obrazowi Matki Bożej czuwającej nad całym krajem ze swojej kaplicy na Jasnej Górze. Na rozpoczęcie naszej wycieczki robiliśmy to samo, więc i będąc już u jej zakończenia również przeszliśmy się ścieżką koło posągów przedstawiających wszystkie tajemnice różańca (niestety mieliśmy zbyt mało czasu, by go odmówić), weszliśmy do wnętrza Sanktuarium, gdzie w niedzielę był cały czas odsłonięty obraz Matki Bożej Częstochowskiej z dwoma śladami po cięciach nożem na policzku. Z nowych rzeczy, które poznałem był tylko Wieczernik. Udało nam się również wrzucić karteczki z podziękowaniami i prośbami do Matki Bożej, a gdy przybiłem kolejne kilka pieczątek podróżnika do kolekcji w moim kalendarzyku ? ruszyliśmy dalej, kierując się już prosto w stronę domu. Zatrzymaliśmy się jeszcze przed Łodzią, gdzie wszyscy (łącznie z Dilalą, która zdążyła jeszcze poznać nowego psa-przyjaciela) postanowiliśmy się porządnie najeść, by nie paść z głodu podczas podróży powrotnej. Co ciekawe, właśnie podczas zbliżania się do Łodzi nasz GPS odzyskał przytomność i złapał sygnał, wskazując nam znaną nam na pamięć drogę, którą mieliśmy podążać. Wcześniej, kiedy byliśmy bliscy zagubienia się, nawet nie drgnął, by nam coś powiedzieć. Nie wiem, czy ktoś zestrzelił mu satelitę, czy źle wkręcił w niej śrubkę. Teraz udało mu się to naprawić. akurat kiedy w Łodzi zaczynało się robić coraz ciemniej, na tyle, że GPS mógłby z łatwością przybrać tryb nocy... Nie, to nie była jeszcze noc. To jej mroczny duch przechadzał się właśnie ulicami miasta, samym oddechem niepostrzeżenie zabarwiając chmury na czarno. Były okropnie ciekawskie. Chciały zwiedzić każdy zakątek miasta, nadać każdej ulicy swoje zasady życia, przeniknąć do każdego domu, stojącego w korku samochodu. Opanowywały miasto, nie zamierzały się pytać, czy i my chcemy być ich najbliższymi przyjaciółmi, po prostu były wśród nas ? wszędzie. Latarniom rozbłysły oczy, samochody również świeciły swoimi światłami, które wskazywały im, którędy mają jechać. Nastał mrok, lecz z pewnością nie był to mrok nocy. Było to coś gorszego ? mrok wielkiej burzy, która objawiała się zgromadzonego nad Łodzią siedliska chmur, coraz bardziej oplatającego to miasto swymi wręcz czarnymi, nieprzeniknionymi mackami... I stało się ? lekki deszczyk delikatnie rozpoczął odliczanie do potężnej burzy, która już lada moment miała nastać. A my byliśmy w samym jej środku. Kilkanaście metrów za ustawioną wzdłuż drogi ścianą walnął piorun. Wzdrygnął nami, wszyscy poczuliśmy go wręcz na własnej skórze. Najmocniejsza błyskawica, jaką w życiu widziałem uderzyła w ziemię tak blisko mnie, jak nigdy wcześniej. Ot tak, po prostu, jakby chcąc dostarczyć jeszcze lepszych wrażeń w tym szalonym, mrocznym cyrku. Dobrze, że nie wybrała nas jako gwoździ programu swego przedstawienia...Brrr. Jechaliśmy w napięciu, spoglądając na wycieraczki wyraźnie nie mogące nadążyć za padającym coraz szybciej deszczem. Było zbyt ciemno, by w jakiś ciekawy sposób zająć czas podróży, obawialiśmy się pioruna, który lada moment może uderzyć gdzieś niedaleko, więc zastygliśmy, zupełnie się nie ruszając ? tak czarnych chmur jeszcze nie widziałem nigdy. Nie chcę nawet wiedzieć, co się wydarzyło, gdy my się oddalaliśmy i zdążyły zerwać się z trzymających je łańcuchów. A sięgały daleko poza samą Łódź ? na tyle, że miarę naszego zbliżania się do domu ta spowodowana nimi szarość wcale nie rozproszyła się, a jedynie płynnie przemieniła w zapadający wieczór... Wszyscy okropnie się cieszyli, kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do domu. Delilah witała się z naszymi pozostałymi psami, czym prędzej opowiadając im wszystkie historie, jakie przeżyła. My odpieraliśmy ich radosne ataki, wcale nie chcąc, by ich przestawały. I tak nie było, bo Nebra, Bliska, Karek i Drimka jeszcze przez długi czas miło się do nas przytulały i zachęcały do ich głaskania, a ich oczy pokazywały wyraźnie, jak bardzo tęskniły za nami. Otworzyłem drzwi, wszedłem do domu i cały czas witając się z psami, od razu usiadłem przy pianinie. Przy delikatnym ?Dla Elizy? nieśmiało wypływającym spod klapy instrumentu przypomniałem sobie słowa, które niegdyś wypowiedział bł Papież Jan Paweł II, jak sądzę, pasujące niezwykle do całej tej naszej górskiej wyprawy: ?Nie wystarczy przekroczyć próg, trzeba pójść w głąb.? Tak samo właśnie jest z górami. Nie wystarczy tylko być w górach i jedyne, co robić, to spoglądać na nie z balkonu. Nie wystarczy też być w Zakopanem i chodzić po Krupówkach, jak i po tych ?wielkich? i pięknych, choć pełnych turystów szlakach. Trzeba poznać nowych, ciekawych ludzi, odkryć coś niezwykłego i przejść się tymi mniej uczęszczanymi, lecz często równie pięknymi szlakami, by poznać prawdziwe oblicze polskich Tatr. Potrzebne też są przeżycia duchowe, jak i przygody których nie zapomni się przez całe dalsze życie, choćbyśmy mieli ich w nim jeszcze dużo, dużo więcej (o czym chyba marzy każdy z nas). Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski wydarzyło się 07.08.2011
  3. Nasz ostatni szlak podczas tej podróży musiał spełniać przynajmniej jeden aspekt ? chcieliśmy wejść na niego wraz z Dilalą ( naszą collie), oczywiście nie idąc ciągle lasem i mogąc podziwiać piękne, górskie widoki. Tego wszystkiego dostarczyła nam (nie licząc jeszcze tłumów turystów) spacerowa droga prowadząca głównym szlakiem Doliny Chochołowskiej. Tego właśnie miejsca brakowało nam jeszcze do zaliczenia wszystkich ulubionych miejsc w górach naszego bł. Papieża Jana Pawła II: była już Rusinowa Polana, Morskie Oko, Hala Gąsienicowa, do kompletu pozostała więc już tylko Chochołowska. Słońce na nasze szczęście ponownie patrzało na nas swym ciepłym okiem, a Delilah szła raźno, zaciekawiona nowym miejscem. Już na samym początku drogi, widząc zgrupowania bacówek zatrzymaliśmy przy jednej, chcąc przekonać się, jak smakuje żentyca (wcześniej w ogóle nie wiedzieliśmy, co to jest, jedynie czytaliśmy w książce). Od góralki dowiedziałem się, iż jest to po prostu serwatka z mleka owczego, otrzymywana przy wyrabianiu oscypków i bundzu (coś mi się wydaje, że w praktyce jest to chyba nieco bardziej skomplikowane;)) Pierwszy raz piłem coś takiego i muszę powiedzieć, że jest przepyszne. Gdy będziemy wracali z wycieczki, chyba będziemy musieli tu jeszcze raz wstąpić i bardziej zapamiętać ten smak... Stoimy na polanie w grupce ludzi, wraz z nimi wpatrując się i uważnie słuchając unoszącego ręce ku niebu księdza, głośno śpiewamy wraz z nim. Słyszmy przytłumiony przez liście o wielkości dłoni szum płynącego nieopodal strumyka. Dzieci szarpią rodziców za ręce, prosząc by powiedzieli im więcej o tym, co się właśnie rozgrywa. Przyszedł czas na spontaniczną modlitwę, każdy może na głos wypowiedzieć swoje intencje. Później wszyscy klękamy przed prowizorycznym, rozłożonym na wózku ołtarzem, stojącym przed dwoma zieleniącymi się brzózkami. Przechodzący ludzie patrzą się na nas dziwnym, wręcz pytającym wzrokiem, lecz my zupełnie nie zwracamy na nich uwagi ? w znaku pokoju wszyscy podajemy sobie ręce, na same oczy przekonując się, jak wielką siłę ma wspólnota serc, potrafiąca stworzyć prawdziwy Kościół na, można powiedzieć, zwykłej polanie. Myśleliśmy, że już nic tak niezwykłego się nie wydarzy ? jak widać, myliliśmy się. Podobnie jak wielu innych turystów również przechodziliśmy koło tamtej polany, lecz widząc grupę ludzi i ubierającego sutannę franciszkanina, zatrzymaliśmy się tam, dowiadując się, że już za chwilę odbędzie się tu kameralna msza na świeżym powietrzu. Zaciekawieni, wraz z kilkoma ludźmi, którzy również do tej grupy dołączyli postanowiliśmy zostać i przeżyć to, w czym jeszcze nigdy w życiu nie uczestniczyłem. To niesamowite (i pewnie nie jest zwykłym przypadkiem) ile podczas naszego wakacyjnego wyjazdu w góry zdążyłem zrobić rzeczy, których nigdy wcześniej nie próbowałem. Chociażby przyjęcie Komunii Świętej pod dwiema postaciami, Mszę św. przeżywając w małych wspólnotach ? w pierwszą sobotę naszego wyjazdu na Groni Jana Pawła II i ostatnią, w której miałem okazję uczestniczyć w ostatnią sobotę tej podróży, w Dolinie Chochołowskiej. Naprawdę, nie do wiary. Niestety, kiedy zostało już jedynie pół godziny do schroniska, Delilah po jedzeniu nie mogła już dalej iść, musiała odpocząć. Cokolwiek byśmy więc nie robili, nasze kolejne rozdzielenie się było nieuniknione. Do schroniska (1150 m n.p.m) wobec tego dotarłem jedynie z mamą, w drodze powrotnej podziwiając małą, drewnianą kapliczkę imienia św. Jana Chrzciciela (wybudowaną specjalnie na potrzeby serialu ?Janosik?) na wzgórzu, oglądając stare szałasy wraz z pasącymi się wśród nich stadami owiec (jaka szkoda, że nie ma tu z nami Dilali ? wtedy w końcu mogła by nam udowodnić, że jest prawdziwym psem pasterskim). Na zapas napełniałem się najpiękniejszymi widokami w tej dolinie właśnie tutaj, na Polanie Chochołowskiej. Deszcz przez chwilkę lekkim siąpieniem próbował nam popsuć humory, lecz kiedy dotarliśmy ponownie do bacówki, słońce, choć już nie z taką mocą, jak rankiem, próbowało się przebić przez lekki mur z szarych chmur ułożony. Górale pytali się nas, czy nie mieliśmy żadnych problemów z żołądkiem po żentycy ? lecz my, jedzący już chleb na zakwasie i inne rzeczy z natury pochodzące, odpowiedzieliśmy śmiało, że absolutnie nie. A co lepsze: zamówiliśmy drugi drewniany kufel (który teraz ze smakiem wypiliśmy już o wiele szybciej) wraz z dużym oscypkiem, który chcieliśmy zabrać z powrotem do naszego leśnego domu w Rozgartach. Na ten dzień mieliśmy jeszcze wiele planów (oprócz smutnego pakowania się oczywiście) jednak po zorientowaniu się, że zabawiliśmy tu aż do czwartej, zrezygnowaliśmy nawet z pójścia szlakiem rozpoczynającym się za kaplicą Jaszczurówką, jadąc prosto do naszej ulubionej restauracji położonej na widowiskowej polanie Szymkówki, po której przy sprzyjającej pogodzie lubimy biegać. Siedzimy przy grubym, drewnianym stole, czekając spokojnie na nasze potrawy i rozglądamy się wokół: na zimowy wyciąg, prowadzący poza ścianę lasu kończącą falistą polanę, na której z ziemi wyrastają dwa, małe domki, na wyglądające zza wierzchołków drzew majestatyczne, chcące sięgnąć nieba góry słowackie. Kelnerka przyniosła już nam pierogi z jagodami, przypomnienie zimowej wycieczki w te rejony sprzed kilku laty, kiedy to zjeżdżaliśmy z górek obok tej restauracji na sankach i jabłuszkach, bawiąc się w śniegu. Docierając do dna pitej przeze mnie pysznej czekolady, zdaję sobie sprawę, że właśnie nadbiega koniec naszej wspaniałej wyprawy, lecz i wspominam wszystkie przygody, jakie zdążyliśmy tu przeżyć. Powracając myślami do naszych spacerów po Kalwarii Zebrzydowskiej, zwiedzaniu Wadowic i Krakowa, chodzeniu szlakami papieskimi, wspinaniu się na niekiedy wyczerpujące szczyty, uczestniczeniu w dwóch tak kameralnych mszach, zbliżaniu się właśnie do Jasnej Góry mogę śmiało powiedzieć tak, jak niegdyś Ojciec Święty, Jan Paweł II. Jest nas troje (a właściwie czworo): Bóg, moi rodzice, góry i ja. Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski Wydarzyło się 06.08.2011
  4. Kuźnice- Hala Gąsienicowa ? Boczeń- Czarny Staw Gąsienicowy- Mały Kościelec- Karb- Dolina Jaworzynki- Kuźnice Na samym początku miałem zamiar pójść na ten szlak wraz z mamą, jednak gdy zobaczyliśmy czas przejścia (6,5 h) i wysokość szczytu, na który chcieliśmy razem wejść (powyżej 1800 m n.p.m.) ostatecznie i publicznie mama zrezygnowała ? w związku z tym rysowała się przede mną kolejna wycieczka z tatą, wycieczka na wyższe szczyty. Chcąc być jak najszybciej na miejscu (z powodu Tour de Pologne, przez który część dróg jest zamknięta) do Kuźnic dotarliśmy kilkanaście minut po dziewiątej poszliśmy wygodnym chodnikiem w kierunku początku szlaku, do punktu poboru opłat. Na rozstaju dróg skierowaliśmy się w lewo, czyli do schroniska na Hali Gąsienicowej przez Boczań (1224 m n.p.m.). Początkowo szło się nie tak bardzo stromym podejściem wśród lasu, po mniej niż godzinie wyszliśmy już na otwartą przestrzeń, by móc podziwiać wszystko to, co rozciągało się wokół nas (a trzeba powiedzieć, było co oglądać, bo szlak niebieski jest naprawdę widowiskowy). Lecz mimo wszystko po półtorej godzinnym podejściu ogarnęło nas lekkie zmęczenie i z utęsknieniem wypatrywaliśmy strzech drewnianych domków na Hali Gąsienicowej (1500 m n.p.m.). Jeszcze tylko jedno, dwa podejścia i za nimi już będzie... ale nie, nie schronisko, a kolejna górką, pod którą musimy się wspiąć. Po zajrzeniu do przytulnego wnętrza drewnianego domku, przybiciu pieczątek i przerwie technicznej ruszyliśmy na Czarny Staw (ale nie ten pod Rysami, a Gąsienicowy), do którego według tabliczek pozostało nam jakieś pół godziny. Dość łatwą, wysadzoną kamieniami ścieżką szliśmy pomiędzy rozległymi, nisko położonymi gałęziami kosodrzewiny jeszcze krócej, niż nam mówiono ? dzięki czemu mieliśmy więcej czasu na oglądanie jednego z najpiękniejszych widoków tych wakacji (a może i całego mojego życia). Zobaczyliśmy szlak prowadzący na Zawrat, majestatyczne szczyty wyrastające z ziemi za Czarnym Stawem (1624 m n.p.m), niekiedy posiadające małe zagłębienia, w których jeszcze nocował śnieg; Kościelec, który nam wydawał się wręcz nie do zdobycia (choć widzieliśmy ludzi wspinających się po jego skalistej grani) wraz z jego młodszym bratem i sięgającym równie wysoko Karbem (1853 m n.p.m), na które właśnie zamierzaliśmy się wspiąć. Widząc momentami niczym nieubezpieczone podejście na widoczny z daleka Kościelec (2155 m n.p.m), postanowiliśmy, że wejdziemy jedynie na Mały Kościelec i Karb, znajdujące się prawie na tym samym wierzchołku. W końcu grzechem i hańbą jest być na Czarnym Stawie i nie spróbować swoich sił w podejściu na tamten szczyt... Wielki sukces ? nie bez problemów, ale w jakiś sposób udało nam się zwyciężyć starcie z górą i stanąć dumnie na jej szczycie ? teraz trzeba jeszcze tylko zejść na dół, nie oglądając się już za siebie. Delikatnie badamy każdy, najmniejszy śliski kamień, uważając, by nasz kolejny krok nie było ostatnim przed poślizgnięciem się. Patrzymy w lewo: usiana kamieniami przepaść; w prawo: jeszcze większy i bardziej skalisty spad. Lawirujemy na wąskiej przełęczy, w której zdołałaby się zmieścić maksymalnie jedna osoba i bez względu na zmęczenie pniemy się dalej, wierząc, że już za chwilkę będziemy schodzić w dół. Wiadomo, że całkowicie wypoczęty wędrowiec, który wspiął się na wysoki szczyt nie poczuje tej satysfakcji płynącej ze zmęczenia i możliwości oglądania pięknych krajobrazów ? jest jak kozica nie posiadająca skocznych nóg, nie mogąca uczestniczyć w swym żywiole... Mieliśmy rację mówiąc, że lepiej dla nas nie wchodzić na duży Kościelec ? przy samym wejściu powitała nas duża, czerwona tabliczka głosząca, że jest to niebezpieczny szlak, na który niedoświadczeni wędrowcy wchodzić nie powinni (pośrednio poprzez kamienie, które mogą spadać ze szczytu). Wybraliśmy więc drogę w dół, prowadzącą obok kilku ładnych stawów (również Zielonego) i stawików oraz wyciągu narciarskiego prowadzącego na Kasprowy Wierch. Przy okazji zdążyliśmy nabrać jakieś trzy butelki wody górskiej prosto z czystego strumyku, specjalnie po to, by również mama mogła jej spróbować. I nawet się nie obejrzeliśmy, kiedy już po godzinie tą trasą spacerową wijącą się po dolinie jezior i potoków dotarliśmy pod same drzwi Murowańca... Siedzimy przy grubym, drewnianym stole, powoli dużą łyżkę z pyszną zupą i przegryzając ją pajdą chleba. Nad naszymi głowami na czarnych sznurach wiszą przykuwające uwagę również drewniane żyrandole, otaczają je silne, rzeźbione w ludowe wzorki belki. Wpatrujemy się w innych zajadających ludzi, przygotowujących się do dalszej wędrówki. Z ciekawością spoglądamy na stojący przy recepcji tłum ludzi i zawiniętą niczym ogon u świni kolejkę, gdzie ludzie wykrzykują nazwy potraw i szybkim krokiem zmierzają po odbiór. Słyszymy radosnych Hiszpanów, głośno śpiewających jedną ze swoich radosnych pieśni i wprawiających wszystkich zgromadzonych w środku w dobry nastrój. Cieszymy się z tego, co widzimy i czujemy: duchoty, głośności, kręcących się wokół nas ludzi, ogólnej krzątaniny i zlewających się ze sobą głosów ? bo właśnie dzięki temu czujemy, że jesteśmy w prawdziwym, górskim schronisku. Jako że nie lubimy nigdy wracać tą samą drogą, po zjedzeniu obiadu i krótkim podejściu pod górkę postanowiliśmy na rozstaju szlaków wybrać ten prowadzący do Doliny Jaworzynki, której jeszcze odwiedzić nie zdążyliśmy. Wysadzone twardymi kamieniami zejście ze szczytu zajęło nam całą godzinę, po którym nasze obolałe podeszwy musiały odpocząć nim ruszymy w dalszą trasę, prowadzącą już szlakiem spacerowym. Gdy po zejściu z dna doliny do stworzonego z rozłożystych koron drzew leśnego tunelu ujrzeliśmy na jego końcu światło, wiedzieliśmy już, że jesteśmy prawie u celu. Przeszliśmy koło budki poboru opłat za wejście do Tatrzańskiego Parku Tatrzańskiego, by potem oglądnąć dawne zdjęcia w galerii traktującej o górskich wyprawach i na końcu usiąść na ławce obok kilku dorożek, w oczekiwaniu na mamę dając chwilę odpoczynku naszym zmęczonym nogą i wspominając naszą wędrówkę. Jednym z powodów, dla których wchodzimy na góry, jest satysfakcja płynąca ze zdobycia danego szczytu. Największą satysfakcję czujemy jednak dopiero, gdy zejdziemy na dół, spoglądając wyrastający z ziemi skalny masyw, który przed chwilą zdobyliśmy - podziwialiśmy piękne widoki ze szczytu tego cudu natury, lecz teraz jesteśmy już na dole, w bezpiecznym miejscu, gdzie jeden krok w bok lub osunięcie się stopy nie oznacza zamienienia się w górskiego ptaka... Mikołaj ?Mikiotor" Wyrzykowski wydarzyło się 05.08.2011
  5. Kaplica na Wiktorówkach- Rusinowa Polana ? Wierch Poroniec- Tour de Pologne To już nasza górska tradycja ? codziennie podczas śniadania siadamy przy stole i głośno planujemy, co chcielibyśmy danego dnia zobaczyć. Tak było i dzisiaj, Rozłożyliśmy mapy, popatrzeliśmy w przewodniki i pierwszym, co ustaliliśmy było to, że dzisiaj mam iść na szlak razem z mamą. Teraz tylko pozostawało pytanie: jaki? W końcu tyle ich w Tatrach można znaleźć... Wiedzieliśmy tylko jedno: musi on być mniej stromy, krótszy, prowadzący drogą raczej spacerową. Gdy już zbieraliśmy talerze, każdy zdążył wyrazić swoją opinię i wysłuchać pozostałych, a wszyscy się zgodzili ? nadal nie było wiadomo do końca, gdzie mamy zmierzać. Odpowiedź naszła nas dopiero, gdy wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę ? pojedziemy na czterogodzinny szlak otwierający nam okna na widowiskowe, prawdziwie tatrzańskie krajobrazy Rusinowej Polany, jednego z ulubionych miejsc w Tatrach naszego papieża bł. Jana Pawła II. Parking wyłonił się zza kępy drzew nagle i zupełnie niespodziewanie, kiedy myśleliśmy, że już ominęliśmy wejście. Po pożegnaniu się z tatą ruszyliśmy na szlak, prowadzący nas po lekko podchodzącej pod górę kamiennej dróżce ( mogły nawet nią podążać panie z wózkami), gęsto otoczonej przez wysokie, rosnące blisko siebie świerki. Początkowo byłem niechętny tej trasie, silne zalesionej. Zupełnie nie było widać pięknych, górskich szczytów. Jedynym, co przypominało mi moje poprzednie ścieżki, był cicho szemrzący obok nas, wijący się pomiędzy skalnymi skałkami przejrzysty strumyczek. Jednak gdy tylko dotarliśmy do kaplicy na Wiktorówkach, moje zdanie o tym miejscu uległo diametralnej zmianie. Cała historia tego miejsca zaczęła się w 1860 roku, kiedy to czternastoletniej pasterce Marysi Murzańskiej zaginęły krowy. Podczas samotnych, wieczornych poszukiwań dziewczynka zobaczyła między drzewami postać Jaśniejącej Pani (Maryja), która dała jej trzy polecenia: by opuściła Rusinową Polanę z powodu duchowych niebezpieczeństw oraz by nakłaniała ludzi do pokutowania i wytrącania z siebie pokrzywy, jaką jest grzech. Pewien pasterz umieścił papierowy obrazek Matki Bożej na drzewie, przy którym się objawiła. Z czasem zbudowano w tym miejscu kapliczkę, gdzie umieszczono figurkę Maryi, u której dziś możemy zobaczyć jedną ciemniejszą rękę(lekko sczerniała na pamiątkę pewnego pożaru). W 1921 roku gazda Jędrzej Budza-Wnęka zbudował pierwszą kaplicę w tym miejscu, przypominającą nieco szałas pasterzy. Po jej zniszczeniu podczas burzy śnieżnej w roku 1936 podjęto się budowy nowego kościółka, który też w tym samym roku, 4 października został poświęcony. Po roku 1975, kiedy to kardynał Karol Wojtyła oficjalnie przekazał to miejsce w ręce dominikanów, zbudowano tutaj placówkę TOPR, do dziś zaś na murku obok wielkiego konfesjonału umieszczone tablicę upamiętniające tragiczne śmierci w górach. Kaplica, obok której niegdyś ukazała się Matka Boża (nazwana później Jaworzyńską, Królową Tatr) zachwyciła mnie (oprócz swojej historii oczywiście) z pozoru prostym, drewnianym wykonaniem, które po chwili obcowania z nim zamienia się w trudny w stworzeniu obraz górskiego kościółka, pełnego witraży, zachwycającego pięknym ołtarzem, jakiego prawdopodobnie nigdzie indziej w Polsce całej spotkać nie zdołasz. Napiliśmy się herbaty (słodkiej, trzeba przyznać u braci z zakonu dominikanów, zobaczyliśmy stojący na dworze drewniany, majestatyczny konfesjonał, smutnym wzrokiem czytaliśmy tabliczki informujące o ludziach, którzy zginęli tragicznie w górach ? i już wspinaliśmy się wyżej, ku apogeum naszej wycieczki, a mianowicie Rusinowej Polanie, nie tracąc ani chwili czasu więcej. To, co pisali w przewodnikach, wcale nie okazało się bujdą, bo widoki rozciągające się z tego miejsca rzeczywiście są po prostu nie-sa-mo-wi-te. Majaczące w oddali, lekko zasłonięte rozpraszaną przez słońce mgłą wysokie, słowackie szczyty i wysuwające się śmiało na pierwszy plan, zupełnie wyraźne góry polskie, gęsto porośnięte soczyście zielonymi, wystrzelającymi ostro ku niebu świerkami. Dostający zadyszki ludzie, próbujący swych sił w efektownym podejściu na Gęsią Szyję (1489 m. n.p.m.), wyznaczonym przez wykraczające poza nasze pole widzenia drewniane schodki. Biegający wokół swych owiec pasterz, dbający by jego futrzani przyjaciele nie wyszli poza wyznaczony teren. Wszystko to sprawiało, że nie mieliśmy nawet czasu na chowanie aparatu, a jednocześnie z całych sił żałowaliśmy, że nie ma z nami tu Dilali, która jako pies pasterski mogłaby nabyć trochę doświadczenia i pomóc pasterzowi w zaganianiu owiec, hasając radośnie na wysokości 1300 m. n.p.m. Nie mogliśmy jednak tak długo tutaj siedzieć ? choć widoki piękne, trzeba było się wyrobić z czasem, by móc zrealizować nasze pozostałe plany. By poczuć smak gór również na języku, kupiliśmy sobie po ciepłym oscypku w stojącej nieopodal bacówce i ruszyliśmy w dalszą trasę, ku Wierchowi Poroniec. Zejście ładne i widowiskowe, więc i my, choć wytrawnymi piechurami nie jesteśmy, daliśmy sobie z nim radę w niecałą godzinę. Wyszliśmy na asfalt i pierwsze co, to zadzwoniliśmy do taty. ?Gdzie jesteś? Przyjedziesz po nas? Jak długo będzie to trwało?...?- pytaliśmy się, bowiem mało zmęczeni chcieliśmy jak najszybciej powędrować gdzieś dalej. Okazało się, że z powodu wyścigu kolarskie Tour de Pologne (który i ja z bliska chciałem zobaczyć) droga była zamknięta i samochody nie mogły się zupełnie po niej poruszać (my za to widzieliśmy coś zupełnie innego), a tata z poplątanej rozmowy nie zdołał się dowiedzieć, gdzie my dokładnie jesteśmy ? ustaliliśmy więc, że będzie schodzili w dół, ku Łysej Polanie, gdzie mamy się spotkać. Po kilkunastu minutach nieprzerwanego marszu powiedzieliśmy głośno ?nie!? i zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki. Po chwili okazało się jednak, że musimy iść dalej o tak też zrobiliśmy ? nie zdążyliśmy jednak ujść daleko, nim mama ponownie oświadczyła, że dalej nie będzie ze mną iść ( tym razem zakręt był zbyt ostry i niebezpieczny, bo posiadał mało pobocza), w związku z czym pomaszerowaliśmy z powrotem w górę, idąc w kierunku miejsca, na które wyszliśmy ze szlaku. Na szczęście po chwili zobaczyliśmy podjeżdżający pod nas samochód, pudełko na czterech kółkach z tatą w środku, które przy jego pomocy miało nas właśnie zawieźć na obiad. Nadmuchane materiałowe bramy osadzone dwoma stopami na czarnym asfalcie, czekające aż niczym strzały przemkną pod nimi kolorowo ubrani kolaże. Wygląda ze swojego niebieskiego okna, rozgarniając ramionami chmury i pilnie strzegąc pilnie swojego najlepiej położonego miejsca. Siedzący na krzesełku komentator opowiada o historii kolarstwa, kto jest na pierwszym miejscu, ile zostało jeszcze zawodnikom do mety. Najmniejsi, lecz i najbardziej zniecierpliwieni są stojący na poboczach ludzie, co chwila wyglądający i pytający się sami siebie, czy ktoś czasem nie nadjeżdża za zakrętu. Pierwsze nadjechały wozy reklamowe, z których co jakiś czas wypadały jakieś reklamowe prezenty. Nie czekając ani chwili dłużej, zszedłem szybko z położonego odrobinę wyżej baru na ulicę, przyłączając się do tłumu czekającego na peleton. Po chwili z piskiem opon obok mnie przemknęła policja, za którą pędził jeszcze całkiem zwarty korowód kolaży. Krzyk, radosne wrzaski nawołujące do dalszej walki, oklaski nagradzające za to, że zawodnikom udało się dotrwać do tego momentu powitały jadących dopiero pierwsze kółko kolaży. Zdążyłem zrobić jedynie krótki filmik i jedno zdjęcie, jak byli już daleko za mną ? pędzili z prędkością rozwścieczonej błyskawicy. Tak mniej więcej wyglądał Tour de Pologne, pierwszy w moim życiu wyścig kolarski, jaki widziałem na żywo. Po kibicowaniu przy dwóch okrążeniach przy naszym barze skorzystaliśmy z okazji, by pojechać samochodem do Bukowiny Tatrzańskiej, popatrzeć na pamiątki i trzecie, najciekawsze według mnie kółko. Wtedy to jeden kolaż wystrzelił z grupki, oddalonej od peletonu o całe pięć minut, wybijając się aż o 9 min. od korowodu. Dopiero w domu, oglądając wiadomości dowiedzieliśmy się, że został dogoniony i prześcignięty (nie pamiętam już przez kogo). W Białce Tatrzańskiej dowiedzieliśmy się również innych ciekawych rzeczy: o tym, że pełna trasa, którą muszą pokonać, ma aż pięć kółek o łącznej długości 200 km, rozpoczyna się koło Krupówek w Zakopanem, biegnie przez Białkę, zaś na samym końcu kolaże zjeżdżają na legendarną Wielką Krokwię, nazywaną czasem Krokwią Małysza. Najtrudniejszy podjazd będzie w piątek, lecz w tym ostatnim przed finalnym Krakowem odcinku naprawdę jest się o co starać ? bo, jak wiadomo powszechnie, komu uda się zdobyć najpiękniejszą i najbardziej widowiskową ?koronę Tatr?, ten będzie miał wielkie szanse zostać mistrzem Polski. Ja powiem szczerze: chyba nawet w wyścigu amatorów nie zdołałbym dotrwać do mety... Siedzę na rozświetlonej promieniami słonecznymi polanie, zagłębiając nogi w gęstą, wysoką trawę stukam głośno palcami w klawiaturę netbooka, pod wpływem weny kreując postać tego tekstu. Obok mnie hasa między pojedynczymi drzewkami Delilah, po chwili zmęczona kładzie się obok, opierając swój mały, rudy pyszczek o moje kolana i powoli zamykając powieki. Ptaszki ćwierkają radośnie dokoła, oznajmiając, że nasze górskie wakacje wcale jeszcze nie dobiegają końca. Odgłosy muczenia krów z bliska i z daleka przeplatają się płynnie i z odmienną głośnością, maleńkie robaki buszują w swym małym, trawiastym, swym ciągłym ?gadaniem? nie pozwalając chwilom ciszy panować na tej polanie. A ja cały czas piszę i zdaję sobie sprawę, że właśnie takie tajemnicze, o wiele rzadziej (o ile w ogóle) odwiedzane przez turystów szlaki, prowadzące niekiedy po mniejszych, lecz równie cudownych górach stanowią o ich niezapomnianym i nieodpartym pięknie, jakie zapamięta na całe życie każdy, kto w Tatrach kiedyś był... Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski Wydarzyło 04.08.2011 ) Dodatki: Jako że przewodnik bez opisywania faktów historycznych, ciekawostek i udzielania różnych porad jest jak krowa, która nie daje mleka (czyli zupełnie bezużyteczny) postanowiłem w moich tekstach właśnie takie dodatki, które po prawdzie są fundamentalną podstawą, umieścić. Wszystko zostało sprytnie zakamuflowane w tekście;)
  6. Dolina Kościeliska- Wąwóz Kraków- Jaskinia Mroźna i Mylna- Smreczyński Staw Kiedyś to musiało się stać: dzisiaj (niestety!) przeżyliśmy to, czego doświadcza wielu turystów jadących w Tatry ? stanęliśmy w rozległym korku na Zakopiance i zamiast być na miejscu o dziewiątej rano, po przeprawie przez Zakopane nasz samochód na parkingu przed Doliną Kościeliską stanął dopiero calutką godzinę później. Po tym przeżyciach postanowiliśmy sobie, że na razie już więcej tą drogą jechać nie będziemy... Po wypełnieniu plecaków wygramoliliśmy się z samochodu, w ten sposób dzieląc się na dwie grupy mama i collie Delilah oraz ja i tata. Pomachaliśmy ręką za odjeżdżającym samochodem i każdy poszedł własną drogą do górskiego źródła, skąd miała się zacząć jego dzisiejsza, niezwykła przygoda... Jeszcze przed połową naszej trasy skręciliśmy w lewo na czarny szlak, prowadzący prosto do Jaskini Mroźnej. Trzeba powiedzieć, że po wejściu na samą górę nie osiągnęliśmy choć ćwiartki zmęczenia, jakie odczuwaliśmy na Dolinie Pięciu Stawów ? czuliśmy się na tyle lekko, jakbyśmy jeszcze dzisiaj mogli zobaczyć Stoły wraz z Czerwonymi Wierchami. I nim dość długa kolejka prowadząca do kasy biletów dobiegła końca, my zdążyliśmy już ubrać na siebie polary i postawić na kalendarzu kolejną pieczątkę z naszych górskich wypraw. Schylamy nisko głowy, krok po kroku przeciskając się przez wąskie korytarze pierwszej jaskini w Polsce udostępnionej turystom do zwiedzania. Wyżłobione przez wodę ściany jaskini, próbujące coraz mocniej skryć nas pod swym skalnym płaszczem. Wyłaniający się zza załomu Ogródek (stalagmitów) i ciche lustro Sabałowego Jeziorka, niemo dające znak o swym życiu jedynie poprzez oświetloną przez reflektory, niewzruszoną absolutnie niczym gładką twarz. Złożone z kilkunastu ludzi długie ciało gąsienicy sprawiającej, że czułem się tutaj jak zamknięty w lodówce Fred Flinstone, który utknął w korku na podziemnej Zakopiance... Po około półgodzinnym kręceniu się po korytarzu jaskini zostaliśmy oślepieni światłem słonecznym, nakłaniającym do przystanku na najbliższej skałce, by zdjąć z siebie polary ? dzisiaj po raz pierwszy podczas całego naszego wyjazdu pogoda była na tyle piękna, że mogliśmy śmiało chodzić w krótkich rękawkach; było nam dane również również w pełnej okazałości podziwiać rozciągające się przed nami wspaniałe, górskie widoki. Korzystając z małej przerwy otworzyłem swojego tymbarka ,chcąc ugasić pragnienie i uzupełnić moje zapasy wody na dalszą wycieczkę. Z przyzwyczajenia od razu spojrzałem na nakrętkę i przeczytałem napis: myśl pozytywnie. Czyli wszystko, co zamierzam, ma wielką szansę się spełnić... Podziwiając widoki, jakie niecodziennie człowiek ma szansę oglądać, schodziliśmy drewnianymi schodkami w kierunku zielonego, spacerowego szlaku. Lecz nie długo zdążyliśmy zaznać spaceru po płaskim terenie, bo już po chwili zboczyliśmy ponownie w lewo, namawiając nasze nogi do odwiedzenia Wąwozu Kraków. Wystarczyło jedynie zobaczyć go z daleka, bez żadnej wątpliwości stwierdzić, że jest to zdecydowanie najpiękniejsza część Doliny Kościeliskiej. Utwierdzałem się w tym przekonaniu zagłębiając się coraz dalej w jego bajkową krainę, aż do dotarcia do napisu: ?uwaga, wejście wzbronione, grozi śmiercią?- czegoś takiego doświadczyć już nie mieliśmy jakiegokolwiek zamiaru, więc poszliśmy z powrotem, zahaczając jedynie o małą jaskinię, która w naszym przekonaniu była Smoczą Jamą. Po zobaczeniu całego Wąwozu Kraków muszę w tym miejscu postawić wykrzyknik dla wszystkich miłośników gór: jeśli tylko jesteście w Dolinie Kościeliskiej, to wąwóz ten jest miejscem, które absolutnie tu zobaczyć trzeba ? tylko uwaga na wypadające z oczodołów gałki oczne, które nie nadążają za oglądaniem tych wszystkich zgromadzonych w tym miejscu widoków... Wspinaczki szlakiem ubezpieczonym grubym łańcuchem doznałem, gramoląc się na szczyt góry, gdzie swe wejście miała podobno najciekawsza w Polsce Jaskinia Mylna. Ale co z tego, że interesująca, jak niedostępna dla większości turystów ? wchodząc pierwszym wejściem odkrywa się korytarze ciekawe, choć tak ciasne, że jednemu człowiekowi trudno jest się przez nie przecisnąć, a co dopiero turyście obciążonemu dużym plecakiem. Dlatego nie przeszliśmy więcej niż kilkunastu kroków, jak zawróciliśmy się w stronę światła dziennego. Szkoda, że nam się dziś nie udało, lecz przypominając sobie historię księdza, który się w tej jaskini zgubił i został znaleziony martwy dwa lata później... jakoś nie nastrajam się do dalszego błądzenia między jej zawiłymi korytarzami. Odrobinkę wyżej udało nam się jednak zobaczyć wejście dla turystów, gdzie ponownie trzeba było użyć latarki do przemierzania wnętrza jaskini ? wbrew naszym nadzieją niestety nie udało nam się zajść daleko, gdy odkryliśmy, wyszliśmy ponownie w to samo miejsce, podobnie jak ludzie idący przed i za nami. Jak to podsumował tata: ?Ta jaskinia Mylna to po prostu jedna, wielka zmyłka!? Po zejściu na udeptany szlak, którym codziennie przewalały się tłumy turystów, poszliśmy prosto w kierunku położonego 1100 m. n.p.m. schroniska na Hali Ornak? gdy jednak zobaczyliśmy stworzone przez ludzi mrowisko okalające budynek i podwójną kolejkę prowadzącą do recepcji... postanowiliśmy zobaczyć jeszcze położony o 126 metrów wyżej Smreczyński Staw, mając nadzieję, że po naszym powrocie wszystko się polepszy i będziemy mogli czymś się posilić. Po podziwianiu rozciągających się nad lustrem wody górskich widoków kolejne pół godziny poświęciliśmy na zejście i ponownie sprawdzenie schroniska. Może właśnie dzięki temu pozytywnemu myśleniu) wszystko potoczyło się tak, jak zamierzaliśmy ? tłum się odrobinkę zmniejszył, a nam po długich kilku minutach czekania w kolejce w końcu udało się przybić kolejną pieczątkę i w końcu zamówić coś do jedzenia (wcześniej pożywiliśmy się jedynie dwoma batonikami). Nie odczuwając żadnego większego zmęczenia, od razu po zjedzeniu ruszyliśmy w drogę powrotną. Zorientowaliśmy się, że godzina kręciła się gdzieś około 15, więc niechętnie zrezygnowaliśmy ze wspięcia się na położone 400 metrów wyżej Stoły ? pośrednio przez czas, jak i zmęczenie, które jednak z każdym krokiem w nas narastało. Mimo wszystko nie udało mu się dorównać ekstremalnemu rekordowi, jaki osiągnęliśmy na Dolinie Pięciu Stawów ? kiedy w końcu dodzwoniliśmy się do mamy i wsiedliśmy do samochodu, mieliśmy zmęczone jedynie nogi i stopy, zaś nasze serca przepełnione były również radością płynącą z odkrywania nowych szlaków i podziwiania widoków. Właśnie dzięki dzisiejszej wyprawie do Doliny Kościeliskiej, która oprócz szlaków na szczyty posiada również ponad 200 jaskiń zrozumiałem ( naprawdę nie wiem, ile czasu i sił trzeba byłoby mieć na ich zwiedzanie), że to nie co innego, a właśnie góry, są najstarszymi, najbardziej naturalnymi i najpiękniejszymi ?zabytkami?, wspomnieniem przeszłości naszego wspólnego, rodzimego kraju... Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski wydarzyło się 03.08.2011
  7. Zakopane kojarzy się wszystkim głównie z mnóstwem szlaków górskich oraz Krupówkami. Nie każdy wie, że prawie w samym jego sercu kryje się perła taka jak sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach. My należeliśmy do grona szczęśliwców, którzy o tym wiedzą i już dzisiaj jechaliśmy posłuchać historii, jakie zechcą nam opowiedzieć mury tej świątyni, wybudowanej w podzięce Matce Bożej za uratowanie Jana Pawła II od śmierci w zamachu z dnia 13 maja 1981. W słoneczny, pełen chętnych do wycieczek turystów dzień jakimś cudem udało nam się znaleźć bezpłatny parking i to zaledwie kilkanaście kroków od kościoła, który chcieliśmy zwiedzać. Muszę się bez bicia przyznać. Podobnie jak mnie tak i tatę po wczorajszym dniu od samego wchodzenia na nawet najmniejszą górkę okropnie bolały nogi. Całe szczęście chęć zobaczenia wciąż czegoś więcej była od tego większa, więc z radością (temu jeszcze dawaliśmy radę) rozglądaliśmy się po wysokich murach poświęconego Matce Bożej z Fatimy kościoła, napotykając wzrokiem obrazy Maryi, dzieci, którym się objawiała, a także papieża Jana Pawła II, którego uchroniła w dniu swojego święta od tragicznej śmierci. Podziwialiśmy piękny, drewniany ołtarz, pilnujące go rzeźby, zaś po wyjściu z wnętrza przeszliśmy się koło miniatury Piety Michała Anioła, ścieżką kapliczek aż do głównej, z jednym wielkim witrażem zamiast ściany, sprawiającej wrażenie swoistego, chrześcijańskiego teatru z ołtarzem na środku, przy którym nasz Papież odprawił w 1997 roku mszę św. pod Krokwią. Niestety w drodze powrotnej trzeba się było ponownie (całe szczęście nie schodkami) wspinać pod górkę... Przechodząc obok zbudowanej po prawej stronie dziedzińca repliki metalowego krzyża znajdującego się na Giewoncie, oglądając się jedynie przez ramię skierowaliśmy się wraz z Dilalą ku naszemu samochodowi by znaleźć jakiś parking bliżej centrum i nie wdychać podczas spaceru tego zakopiańsko -górskiego (czytaj: pełnego spalin) powietrza. Przejechaliśmy obok małego kościółka, obok którego na cmentarzu został pochowany m.in. Kornel Makuszyński, żałując, że w tej chwili nie możemy tam wstąpić. Ktoś by powiedział: ?Ech tam, same takie święte miejsca odwiedzacie?. Lecz właśnie takie miejsca mają w sobie takie drugie dno, a zarazem coś dla nas przyciągającego, niczym najsilniejszy magnes. To w końcu nie są zwykłe zabytki ? to coś o wiele, wiele głębszego - połączenie historii, tradycji, polskości, wiary, wieczności... Ciekawie, co się dzieje na Krupówkach... Mrowisko ludzi przesuwa się ślamazarnie po wyłożonej kamieniami ulicy, jakby nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Kręcą się pomiędzy stoiskami z większością tak naprawdę bezużytecznych rzeczy, coraz bardziej utrudniając przejście i zmniejszając pole widzenia na niebo i malujące się na nim szczyty gór, smutno spuszczające głowy i żałujące, że tego dnia ludzie wybrali co innego, niż widowiskową wspinaczkę. Kilku ulicznych artystów próbuje zarobić kilka groszy na życie, pokazując swe malarskie, aktorskie i muzyczne umiejętności. Konie grzecznie stoją przy dorożkach z workami siana przy pysku, zupełnie ignorując billboardy wykrzykujące na cztery strony świata ze swoich papierowych ust hasła nakłaniające, by właśnie w danej restauracji coś przekąsić. Straganiarze dopełniają tylko ogólnego szumu i rozgardiaszu, zachęcając do kupowania swych ?niepowtarzalnych? towarów. Są ciupagi, przeróżne kubki, obrazki, atrapy góralskich flecików, małe dzwoneczki - lecz tu nie ma, naprawdę nie ma się czym zachwycić... Czas uciekł nam na tyle daleko, że dziś postanowiliśmy jeszcze jedynie wstąpić do naszej ulubionej karczmy Szymkówki. Jadąc w tamtym kierunku, obok Zakopanego dostrzegliśmy jednak drewnianą kapliczkę o na tyle nietuzinkowym wyglądzie, że po chwili zastanowienia zmusiła nas do zawrócenia samochodu i zaparkowania pod tym małym kościółkiem. Zaprojektowana przez Stanisława Witkiewicza świątynia została w 1907 roku, trzy lata po rozpoczęciu jej budowy. Znajdujący się aktualnie na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego była jedną z budowli, które przez wiele lat przechodziły z rąk do rąk, pozbawione stałego właściciela ? dopiero od 1983 roku aż do dnia dzisiejszego pieczę nad nią mają w swych rękach księża marianie z Toporowej Cyrhli. Kaplica, jako że jest drewniana (zbudowana w tradycyjnym stylu tatrzańskim) kilka razy była remontowana z powodu skłonności do dużego popadania w zniszczenie, jednak dzięki staraniom m.in. ks. Jana Kowalika w dniu dzisiejszym wszystko jest w jak najlepszym stanie. Po dokładnemu przyjrzeniu się napisowi ?Jaszczurówka? i przeczytaniu umieszczonego pod nim tekstu niepewnie weszliśmy do środka ? już po pierwszym rzucie oka na wnętrze musieliśmy wręcz tłumić w sobie radość płynącą z podjęcia właściwej decyzji ? czasami rzeczywiście warto spoglądać za siebie ? widzi się ten sam obraz, lecz po dokładnym przyjrzeniu się skrywają w nim się cuda małe i zarazem piękne, skryte, lecz zarazem czekające niecierpliwie, aż ktoś pokusi się o ich odkrycie.. Ten mały, lecz jakże cudowny, w całości (ściany, strop, rzeźby, ołtarz itp.) wykonany z czystego drewna swoim urokiem urzekł nas na tyle, że obiecaliśmy sobie, iż wstąpimy tu jeszcze raz. (*) Jeszcze bardziej tego żałuję, wspominając mieszczącą się pod kościółkiem galerię. I to nie tyle obrazów, co wykonanych z niezwykle dużą dozą talentu i artyzmu przeróżnych witraży, swą szczegółowością i po prostu niepowtarzalną urodą nie pozwalając nam z tamtego pomieszczenia wynurzyć głowy. Najsilniej lśniąca perła, czyli ułożony z malutkich witrażyków po prostu zapierający dech w piersiach krzyż, Matka Boża, pasterze wraz z owcami na tle gór, dzieci... Po obejrzeniu tych wszystkich dzieł każdy z nas wyciągnął swoją karteczkę z koszyka ?Słowo dla Ciebie? i przeczytał na głos. Co ciekawe (choć w sumie nie zaskakujące) mama wraz z tatą wyciągnęli dwie karteczki z dokładnie tym samym cytatem z Jana Pawła II... (**) I pomyśleć, że tak mała, stojąca na uboczu, zakryta świerkami i odcięta ruchliwą drogą kapliczka potrafi dać tyle niezapomnianych wrażeń i zdziałać tak dużo dobra... Pozostałe po deszczu kropelki bujające się na cienkich, soczyście zielonych, kołyszących się w rytm powiewów wiatru źdźbłach trawy, odbijają od swego przezroczystego oblicza ostatnie, chłodniejsze już promienie zachodzącego słońca, swymi ostatnimi podrygami próbującego przypomnieć, że to ono właśnie dzisiaj prawie nieustannie świeciło, pozwalając nam na spacery oraz zwiedzanie. Pan Nocy wyciąga ze swego ciemnego płaszcza długą wędkę, chcąc wyłowić z górskiego oceanu szczytów Panią Dnia i pozwolić, by mała, chybocąca się lekko łódka z księżycem na pokładzie odbiła od brzegu i wypłynęła na jego najszersze głębiny. Wieczór, wyśpiewując cicho łagodne nutki próbuje zachęcić do snu coraz bardziej mu posłuszne popołudnie. A Delilah ( mała collie) wraz z nami nadal biega i szaleje wśród zielonych pagórków, wręcz prosząc się o to, byśmy choćby jeszcze jeden raz więcej spróbowali uwiecznić ją na zdjęciu. Turlamy się radośnie po pagórkach, spoglądamy w urozmaicone kilkoma chmurkami niebo, na gęstą ścianę lasu... zupełnie nie przejmujemy się tym co było, co być może się zdarzy - rozkoszujemy się właśnie tą cudowną chwilę, liczy się wyłącznie to, co dzieje się tu i teraz. To coś, co z każdą odkrywaną kartą może przynieść coś zupełnie nowego i zaskakującego, zupełnie odmienić nasze życie, wywracając je do góry nogami, pomóc nam poznać nowe rzeczy i ludzi. Coś, co ze zwykłych rzeczy potrafi uczynić te zapamiętywane na całe życie i otworzyć przed nami małe drzwi prowadzące do wielkich dróg ? najpiękniejszych, bo właśnie takich, których jeszcze nie zdążyliśmy poznać... (*) Piszę to w Rozgartach i muszę się przyznać, że jeszcze do tej pory nie udało nam się spełnić tej obietnicy... nasze górskie drzewko przygód zaowocowało tak obficie, że jednym ruchem silnych gałęzi strąciło w przepaść wszystkie nasze pozostałe zegary odmierzające wolny czas... może uda się odwiedzić Jaszczurówkę kiedy indziej? (**) Cytat, jaki dostała mama, a jednocześnie dziwnym przeznaczeniem również tata: ?Trzeba, aby każdy człowiek był w rodzinie ?omodlany? na miarę dobra, jakie stanowi ? na miarę dobra, jakim jest dla niego rodzina i on dla rodziny. Modlitwa najpełniej potwierdza to dobro, potwierdza dobro wspólne rodziny.? Bł. Jan Paweł II Z kolei tak brzmi mój cytat: ?Jeżeli cnoty nie są pełnione z miłości do Boga, nie mają też żadnej wartości u Boga. Miłość dostarcza im wartości i świetności.? - Bł. O. Stanisław Papczyński Nie sądzę, by przypadek kierował naszymi rękami, kiedy sięgaliśmy do koszyka po Słowa dla Nas ? wydaje się, jakby rzeczywiście nie miały trafić nigdzie indziej, tylko właśnie w nasze serca... Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski wydarzyło się 02 sierpnia 2011 Dodatki: Jako że przewodnik bez opisywania faktów historycznych, ciekawostek i udzielania różnych porad jest jak krowa, która nie daje mleka (czyli zupełnie bezużyteczny) postanowiłem w moich tekstach właśnie takie dodatki, które po prawdzie są fundamentalną podstawą, umieścić. Wszystkie informacje historyczne pomyślnie zaaplikowano metodami bezstresowymi do tekstu
  8. Mikiotor

    Wasze postmodernistyczne szaleństwo - Reaktywacja

    "Ludzie są jak skarpetki - czasem trudno znaleźć drugą do pary..." - usłyszane w radiu
  9. Morskie Oko ? Wodogrzmoty Mickiewicza- Czarny Staw pod Rysami-Dolina Pięciu Stawów- Dolina Roztoki Blade promienie słońca nieudolnie próbujące się przebić przez grubą ścianę szarych chmur, posępnie spoglądających na ludzi maszerujących krętymi, górskimi ścieżkami. Śnieżnobiały płaszcz ciasno okrywającej wierzchołki drzew mgły, krok po kroku wpełzającej ?schodami do nieba? w górę po stromych, skalnych graniach. Przejrzyste wody bystrych potoków, w swym zwierciadle odbijających postacie wspinających się, objuczonych potężnymi plecakami wędrowców. Soczyście zielone igły świerków, delikatnie pochylających się nad ścieżką i subtelnym szeptem opowiadających nam o wielu historiach, jakie miały miejsce w tym starym lesie. Piętrzące się nad ich wierzchołkami skalne szczyty, swym cudnym, lecz trudno dostępnym obliczem jakby zachęcające ludzi, by przekonali się o ich głębi, by ujrzeli, co kryje się po drugiej stronie... Plan był taki: mieliśmy przejść się spacerkiem nad Morskie Oko, potem pójść odrobinę dalej, bo do Czarnego Stawu pod Rysami (w końcu to blisko) a potem, nigdzie się po drodze nie zatrzymując, prosto z mostu ruszyć w kierunku Doliny Pięciu Stawów. Powiem to już na samym początku: planując i patrząc na mapę w domu, zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że nasz szlak może być aż tak ekstremalnie wyczerpujący... Morskie Oko było jak bułka z masłem ? szło się 9 km, ale po asfalcie, szlakiem jedynie delikatnie podchodzącym pod górę. Minęliśmy Wodogrzmoty Mickiewicza, przypominającymi o swym istnieniu wody, z głuszonym przez okoliczne, wysokie świerki hukiem spadającej kaskadami na lite skały. Co kilkanaście minut do dalszej wędrówki próbowała nas zniechęcić lekka mżawka, lecz my jedynie zakładaliśmy kaptury naszych kurtek na głowy i szliśmy dalej, mając nadzieję, że w dalszej części dnia dzisiejszego ta niezbyt piękna pogoda wróci do swej ciemnej nory, zostawiając miejsce na niebie ciepłym promieniom słońca. Już po przybiciu pieczątek i wyjściu ze schroniska nad Morskim Okiem (1395 m. n.p.m.) nasze oczekiwania prawie całkowicie się spełniły ? gdy ponownie oparliśmy się o barierkę nad rozległym lustrem wody, wiatr zdążył już odegnać mgłę ze szczytów otaczających nas chmur i pozwolił nam w pełni rozkoszować się urokiem nietuzinkowych widoków, jakie serwowało nam to górskie jezioro. Rozglądałem się wokół, podziwiając te sięgające swymi skalnymi palcami nieba góry, okalające Morskie Oko i zastanawiałem się czy uwierzyć w to, że rzeczywiście ma ono według legendy podziemne połączenie z Adriatykiem? - moim zdaniem sprawa jest bardzo wątpliwa, choć może starzy górale powiedzą co innego... Idąc zaś wokół, nie mogłem się powstrzymać od ciągłego wyciągania aparatu z kieszeni i uwieczniania na zdjęciach tych z każdym krokiem się zmieniających, wspaniałych krajobrazów. Gdzieś w połowie drogi zauważyliśmy wreszcie ostro wspinający się w górę szlak prowadzący prosto ku Czarnemu Stawowi (1583 m. n.p.m.). Po trwającym pół godziny zdobyciu swoistego ?podestu? dla Rys zmęczenie ogarnęło nasze nogi, a pot grubymi kroplami spływał po naszych włosach, mocząc koszule. Przed sobą widzieliśmy strome wejście na najwyższy szczyt w Polsce i mały, drewniany krzyż, zaś po odwróceniu się piękny widok na rozciągające się w dole Morskie Oko, wraz z rozbijającym się o gładkie, wielkie kamienie potokiem. Podczas drogi powrotnej w stronę asfaltowego szlaku, kiedy przechodziliśmy przez jeden z licznych strumyków, postanowiłem pierwszy raz w życiu napić się prosto z niego wody ? i choć była oczywiście zimna, jej orzeźwiający smak pamiętam do dziś. Po dotarciu do schroniska, jego mury pozwoliły nam swobodnie przejść obok i popędzić dalej, wykorzystując te chwile, w których nasze nogi nie były jeszcze obciążone zmęczeniem. Kilkadziesiąt kroków za bramą zobaczyliśmy już nasz niebieski szlak, z wbitą w ziemię tuż obok tabliczką informującą, że do Doliny Pięciu Stawów pozostały nam jedynie dwie godziny. Zachęciliśmy się do wspinaczki, ciesząc się już chwilą, kiedy za mniej niż kilka godzin podziwiać będziemy kolejne szczyty. Dobrze, że wtedy nie patrzeliśmy zbyt długo w na górę, nie zdając sobie sprawy, na jak duże wysokości i to jakim stromym szlakiem będziemy szli ? gdyby na początku drogi dane nam było dowiedzieć się, jak skrajnie będziemy wyczerpani, pewnie wtedy niechybnie byśmy się zawrócili. Jednak już połowie trasy, podczas której wciąż pięliśmy się w górę po niekiedy niebezpiecznie osadzonych kamiennych stopniach już nie było na to czasu ? zostało nam tylko wytrwale podążać wybraną przez nas ścieżką, choćby nie wiem jak była trudna. Wolno upływający czas stawał się naszym coraz większym wrogiem ? kiedy zdawać by się mogło, że już nadszedł moment schodzenia, góra bez litości kazała nam się piąć w górę, nie patrząc się za ramię. Na ostatnich ponad stu metrach nie obyło się bez krótkich przystanków co kilkanaście metrów na większych, białych kamieniach i nawet gdy już schodziliśmy ucieszeni w stronę schroniska, nogi drżały (przynajmniej u mnie) a serce łomotało nieznośnie w piersi. Rozglądaliśmy się wokoło, patrząc na zielone igły nisko rosnącej kosodrzewiny, piętrzące się w małych żlebach gruzowiska skalne i ciągle wyostrzając wzrok, by wypatrzyć cokolwiek w gęstej mgle, w którą właśnie się zagłębialiśmy. Do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów (1625-1900 m. n.p.m) dotarliśmy zupełnie wyczerpani i jedyne, co zdołaliśmy zrobić to ostatkami sił zamówić coś ciepłego do jedzenia i picia. Przypomniałem sobie w tym momencie wspinającego się przed nami faceta, który po każdym trudniejszym fragmencie, który pokonał wraz z żoną krzyczał: ?Jiii-haaaa?, jakby chcąc oznajmić najgłośniej jak potrafił otaczającym go górom (a przy tym innym turystom) o jego kolejnym zwycięstwie . Też tak chciałem zakrzyknąć po wejściu do schroniska... ale właśnie wtedy przypomniało mi się, jak bardzo jestem wyczerpany i zdołałem jedynie ociężale opaść na potężną, drewnianą ławę. Apogeum mojej niemocy było wylanie na siebie ciepłej herbaty ? nie mogłem w sobie znaleźć na tyle siły, by unieść rękę, jedynie przesunąłem ją po stole i w ten sposób trąciłem filiżankę. Myślałem wtedy, że chyba nawet nie dam rady zejść z tej góry i albo przenocujemy tutaj, albo będą musieli nas ściągać stąd helikopterem... Po odzyskaniu choć odrobiny sił (dzięki Bogu za ten sycący bigos!), wyszliśmy ze schroniska i... jedyne, co było nam dane zobaczyć, to nieprzenikniona mgłę unosząca się nad jednym z jezior i deszcz lejący się strugami z szarego nieba. Po krótkim namyśle wspólnie z tatą zdecydowałem, że nie będziemy niepotrzebnie przeć naprzód, poczekamy chwilkę na ławce, porozmawiamy z biegającymi wokół myszkami i w ten sposób przeczekamy deszcz. Byliśmy też na tyle zmęczeni, by zapuszczać się dalej i przejść wszystkie Pięć Stawów, zobaczyć najwyższego w Tatrach wodospadu Siklawa ? teraz jedynym naszym pragnieniem było już tylko za wszelką cenę zejść na dół... Po zejściu z czarnego trafiliśmy prosto na zielony szlak, którym spacerowym tempem prowadził nas przez Dolinę Roztoki. Wtedy schodziło nam się już o wiele lepiej, nawet przez strumyki niekiedy wkraczające na ścieżki, przez co musieliśmy skakać po kamieniach. Największą ulga zaś doświadczyła nas dopiero, gdy pod naszymi obolałymi stopami wreszcie pojawił wyczekiwany asfalt. Przy drodze sterczał sztywno znak informujący, że pozostało tylko 40 min. do głównego wejścia. Po kilkunastu minutach udało nam się z tatą dodzwonić do mamy, by wraz z Dilalą ( naszą małą collie) przyjechała tutaj na ratunek. Wszystko przedłużyło się tak, że zdążyliśmy dojść nawet jakieś półtora kilometra dalej poza wejście, nim zobaczyliśmy za zakrętem nasz samochód. - A co wy aż tutaj robicie?- dziwiła się mama, otwierając nam drzwi. - Ech tam, jak byśmy się zaparli, dotarlibyśmy nawet do samych Rzepisk....- żachnąłem się, wygodnie moszcząc się na siedzeniu, z uśmiechem na ustach, lecz zmęczeniem w odczuwalnym w całym ciele. Gdy wróciliśmy do naszego pokoju, padłem jak nieżywy na łóżku, czując w kościach te 30 km, które udało nam się przejść po górskich szczytach w 9 godzin. Mimo wszystko byłem z tego zadowolony ? jednym z moich marzeń było właśnie odbyć taką całodzienną wyprawę po Tatrach, zobaczyć piękne widoki, poczuć to wyczerpanie lecz i satysfakcję płynącą ze zdobycia skalnych grani. Gdy zasypiałem, odpoczywając przed dniem jutrzejszym, pogrążyłem się w brzmiącej wciąż w moich ustach piosence, doskonale nawiązującej do tego, co dziś przeżyłem: ?Jak dobrze nam, zdobywać góry I całą piersią chłonąć wiatr Prężnymi stopy deptać chmury I palce ranić o brzeg Tatr...? Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski wydarzyło się 01.08.2011
  10. Jeszcze sobie słodko spałem, kiedy drzwi pokoju nagle się otworzyły i wparowali do niego rodzice, nawołując do błyskawicznej pobudki. - Wstawaj, nie ma czasu! Musimy szybko jeść śniadanie i pędzić do kościoła! - mówili, wymachując rękami. - Dobrze, dobrze, poczekajcie, już wstaję.- odpowiedziałem na wpół przytomny, nie do końca orientując się, o co chodzi. Dopiero człapiąc na dół po schodach zdałem sobie przecież, że dzisiaj jest już niedziela. Już po chwili z rozmowy przy stole dowiedziałem się, czemu tak się śpieszymy. Wczoraj pytaliśmy się gospodarza, o której będzie msza ? powiedział, że po dwunastej. Ucieszyliśmy się, że będziemy mogli dłużej pospać, a potem pochodzić po malowniczej (choć jeszcze mokrej) okolicy. Dzisiaj jednak mama spotkała zmierzającą w kierunku kościoła starszą kobietę, która oznajmiła, iż teraz msza będzie wyjątkowo o ósmej, jako że odbywa się festyn w Jurgowie, a do tego ksiądz musi sobie poradzić z ?obsługą? trzech pobliskich kościołów w jednym dniu. A więc, choć nadal zaspani, musieliśmy się ostro spieszyć... Drewniane ściany z całych sił podpierają grube belki, z których złożony jest strop i cicho stękają, swym skrzypieniem próbując nie zakłócić wypowiadanych przez księdza słów. Trzy postawione na ołtarzu świece migocą radośnie, jednocześnie jakby mówiąc ?Patrz na mnie, patrz na mnie...?. Przedstawiające świętych, luźno powieszone na ścianach obrazy wraz z pilnującymi ołtarza figurami aniołów zdają się spoglądać uważnie na wiernych, nakłaniając do myślenia nad tym, co przeżywają. Podłoga nieśmiało zastanawia się w duszy, czy pod naporem tylu zgromadzonych tu ludzi nie powinna się zawalić... Powietrze przeszywa dźwięk głośnych dzwonków. Wszyscy ludzie równo padają na kolana, ich wzrok utkwił na ołtarzu. Ksiądz podnosi wysoko biały opłatek, później złoty kielich. W tej chwili cisza wyłania się powoli z murów świątyni i przejmuje głos, nachylając się nad nami i szepcząc subtelne słowa do uszu... Po przyjściu z kościoła napiliśmy się kawy (a ja świeżego, wiejskiego mleka prosto od krowy;) i, jako że jeszcze deszcz nie zaczął padać (a na to się zanosiło) wybraliśmy się na krótki spacer po Rzepiskach. Było mokro i pochmurno, więc nie mogliśmy ani wejść na jakieś wyższe, trawiaste pagórki, ani podziwiać wznoszących się na horyzoncie Tatr. Ale wystarczył nam klimat tej małej wioski, obraz specyficznie pobudowanych, wysokich, góralskich domków, żujących trawę i co jakiś czas wydających z siebie głośne muczenie krów, zamkniętych w zagrodzie kilku młodych owiec. Niestety, kiedy wspięliśmy się już dość wysoko, wszystko, co wyglądało jak pomalowane zmył deszcz, sprawiając, że musieliśmy narzucić kaptury na głowy i plączącą się wśród małych górek asfaltową dróżką wrócić do domu. Tam był czas na namyślenie się, co dalej robiliśmy. Ustaliliśmy, że jeśli jutro pogoda nie będzie brzydka, pójdziemy nad Morskie Oko ? ale mniejsza o jutro, jak mamy wypełnić nasz dzień? Przypomnieliśmy sobie ogłoszenia na mszy, podczas których ksiądz mówił, że dzisiaj będzie festyn w Jurgowie, podczas którego będzie przejście orkiestry. Festyn? Czemu nie ? w końcu jesteśmy znani z tego, że uwielbiamy takie ludowe wydarzenia w małych miasteczkach. Mają w sobie niezwykły, niespotykany nigdzie indziej urok... Na miejsce przyjechaliśmy w sam raz, bo gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, pochód rozpoczynał swoje przejście po ulicach miasteczka. Podobnie jak wielu innych, stojących na poboczach ludzi dołączyliśmy się do tego radosnego towarzystwa, swymi krokami naśladując wybijany przez bębny rytm. Zaraz dołączyły do nich talerze, później puzony, trąbki, saksofony... i orkiestra zaczęła na dobre swoją grę. Nie wiem, jakie były odczucia pozostałych ludzi, ale ja osobiście byłem pod wielkim wrażeniem muzyków, których słychać było chyba jeszcze na drugim końcu miasteczka. W każdym razie coś interesującego musiało ich przyciągnąć, skoro dotarli z ?dmuchaną? orkiestrą aż do samego amfiteatru... Na miejscu jedynie posmakowaliśmy (prze)pysznych góralskich podsmażanych kluseczek posypanych bryndzą i już się stamtąd zmywaliśmy ? w końcu chcieliśmy jeszcze zjeść obiad, a po posileniu się ruszyć na Mikołajczyną Skałkę (czegoś takiego nie mogłem przegapić i zdobycie zamku w Niedzicy i ruin w Czorsztynie. Wyprowadzenie nas w pole przez GPS-a wyszło nam wszystkim jednak na dobre ? pośród tych wąskich, wyboistych i prawie gruntowych dróżek odnaleźliśmy kolejny mały, drewniany kościół, należący do grona tych, które w górach niezwykle nas fascynowały. Teraz nie pamiętam już nawet, pod jakim był wezwaniem ? najważniejsze, że posiadał swój piękny, bardzo specyficzny urok. Nie chcieliśmy nawet wychodzić z tego zgromadzenia obrazów, malowanych może bez niepotrzebnej szczegółowości, lecz przyciągających właśnie ze względu na swą odmienność. Nie chciały nas puścić bardzo stylowe, rzeźbione konfesjonały i kropielnice na tyle piękne, że podobnych nie widzieliśmy nawet podczas podróży do Włoszech. Takie rzeczy spotyka się jedynie w polskich górach. Kiedy na parkingu w Niedzicy otworzyliśmy drzwi naszego samochodu, ściana deszczu zdążyła już całkowicie zniknąć, odsłaniając jedynie lekko zachmurzone niebo i przysłonięte przez powoli rozpraszającą się mgłę wieże pochodzącego z XIV w. zamku w Niedzicy. Początkowo był on warownią leżącą na granicy Polski i Węgier, do których właśnie należał, jednak już po I wojnie światowej wkroczył na nasze terytorium. Ciekawostką jest, że podobno w końcówce XVIII w. Rezydowali tu Inkowie, po których odkryto tutaj fragment pisma węzełkowego, po odczytaniu mającego prowadzić do schowanego gdzieś w okolicy skarbu (miał on być wykorzystany w powstaniu przeciw Hiszpanom). Do wnętrza jakoś nie mieliśmy ochoty wejść ? wystarczała nam masywna, postawiona na skalistym zboczu bryła zamku o kilku szarych, niknących we mgle wieżach. Może dzięki temu właśnie, że nie weszliśmy, poznaliśmy ciekawą i po części podobną do nas osobę, przez którą dzisiejszy wyjazd w te rejony stał się tak niezwykły... Fot. Na gajdach podhalańskich uczy nas grać Marcin Żarnecki Ciekawe dźwięki instrumentu słychać już z kilkunastu metrów, lecz dopiero po chwili dostrzegamy, kto je wydobywa. Mężczyzna stoi na blokującej przepływ wody tamie, za nim majaczy we mgle zamek w Niedzicy i czorsztyńskie ruiny. Cicho śpiewa i gra... no właśnie, na czym on gra? Nie na kobzie (w końcu to instrument strunowy), nie na dudach... - Na gajdzie.- odpowiada- To taki znany w tych rejonach instrument, wykonany z długiego, !!! rogu, którym wydostaje się na zewnątrz dźwięk i wypełnianego powietrzem worka stworzonego z koziej skóry. Jest podobny do szkockich dud, ale zamiast dmuchać we ustnik fletu, pracuje się umieszczonym pod pachą miechem. - My też jesteśmy muzykami, ale nie tutejszymi, choć przyjechaliśmy w góry z gitarą i harmonijką.- odpowiada mama. - A, to wspaniale! Macie je w samochodzie? To chodźcie szybko i przynieście, zagramy coś razem... - Nie, niestety nie... ale możemy spróbować zagrać na gajdzie? Nigdy na czymś takim nie graliśmy, a kiedyś już na dudach chcieliśmy nauczyć się grać. - No jasne, że możecie. Zaraz pokażę wam jak.- odparł zachęcająco i po kolei poinstruował, jak mamy założyć instrument. To było niesamowite uczucie. Grałem na czymś nowym, co dodatkowo wydawało się dla mnie zupełnie abstrakcyjne - a do tego spodobało mi się to na tyle, że aż nie chciałem oddawać gajdy i poznawać ją dalej... Mężczyzna powiedział, że wcześniej grał już w różnych zespołach, uczył się na niej jedynie trzy tygodnie ? i z marszu zaprezentował nam swoje nieprzeciętne umiejętności. W tym momencie nie patrzeliśmy gdzieś daleko, nawet nie spoglądaliśmy na niecodzienną zmyłkę zaprezentowaną na tamie, która z malowidła na podłodze tworzyła trójwymiarową dżunglę i przepaść, do której każdy z nas mógł wpaść. Utkwiliśmy tylko wzrok w muzyku, na tle zamku w Niedzicy zwinnie poruszającego palcami po dziurkach gajdy, dźwiękami naśladującej nasze niespokojne oddechy. Otworzyłem szeroko oczy, zdając sobie sprawę, jak wielką moc ma muzyka i ciesząc się, iż jakiś rok temu zacząłem ją szerzej odkrywać, grając na różnych instrumentach. Bez niej przecież byśmy właśnie tego, w tej chwili nie przeżyli. Gdybym mógł otworzyć wtedy usta, wypowiedział bym trzy prawdy, które kotłowały mi się w mózgu, przesądzając o niepowtarzalności dzisiejszego dnia. Muzyka łączy. Muzyka rozwija i ubogaca. Muzyka otwiera... Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski Niedzica 31.07.2011 Dodatki: Jako że przewodnik bez opisywania faktów historycznych, ciekawostek i udzielania różnych porad jest jak krowa, która nie daje mleka (czyli zupełnie bezużyteczny) postanowiłem w moich tekstach właśnie takie dodatki, które po prawdzie są fundamentalną podstawą, umieścić. Co musisz wiedzieć o... Zamku w Niedzicy Na początku XIV wieku zamek został wybudowany przez Rykolfa Berzeviczego, pochodzącego ze Strążek kolonizatora węgierskiego ? wcześniej w tym miejscu stała prawdopodobnie budowla obronna. Jako strażnica na granicy polsko-węgierskiej przez wiele lat przechodziła w różne ręce ? tym co pozostawało niezmienne, było to, że cały czas w swym posiadaniu mieli ją Węgrzy. Na terytorium Polski znalazł się dopiero po I wojnie światowej, jednak naszą własnością stał się jeszcze później, bo w roku 1945. Na tle zamku Dunajec (bo tak właściwie się on nazywa) kręcono zdjęcia do takich filmów jak Wakacje z duchami, Zemsta czy Janosik. Filmowcom i nam ponoć ukrytego tutaj przez Inków skarbu, o którym pisałem już wcześniej, odnaleźć się nie udało. Kto wie, może innym razem?
  11. Nogi... Stawiają kolejne kroki po kamienistym gruncie, wytrwale wspinając się coraz wyżej i wyżej, ku samemu szczytowi. Ręce... Jedna trzyma kij, odpychając się nim od ziemi, w drugiej dłoni trzymany jest aparat, który bez chwili oddechu wykonuje swą pracę, uwieczniając rozciągające się wokół wspaniałe, górskie widoki. Usta... Wypowiadają słowa różańca. Myśli... Płyną ku Janowi Pawłowi Drugiemu, zastanawiając się, czy również wchodził na nazwaną swoim imieniem groń czarnym szlakiem. Kształtują powoli obraz tego, co może się znajdować na górze. Serce... Namawia całe ciało do dalszej drogi, nie zwracając uwagi na zmęczenie. Uważnie patrzy, by nie zbaczać z tych właściwych ścieżek... Umysł... Próbuje sobie wyobrazić, jak to jest prowadzić prawdziwe życie górala... Tak właśnie wyglądała nasza wędrówka na szczyt Groni Jana Pawła II, wysokością sięgającego dokładnie 890 m n.p.m. Po kilku przystankach i spotkaniu wspinających się razem z nami ludzi nadal nie mogliśmy się nadziwić górskim krajobrazom Beskidu Małego - a gdy ładne widoki stały się domeną rozpoznawczą tego rejonu, uświadomiliśmy sobie, że właśnie dotarliśmy na sam szczyt góry. Tak wypadło, że wylądowaliśmy tuż obok małego, poświęconego papieżowi Polakowi Okazało się, że jest on głównym elementem tutejszego Sanktuarium Ludzi Gór, zaś jednym z ważnych elementów jego wyposażenia jest obraz Matki Bożej Królowej Gór. W wykonanym z drewna wnętrzu znajdował się przywieziony z watykańskiej wizyty u Jana Pawła II krzyż; krzesło, na którym siedział podczas swojej pielgrzymki do Skoczowa w 1995 roku, zaś na ołtarzu i wielu pozostałych przedmiotach tu zgromadzonych zostały wyryte mniej i bardziej znane słowa wypowiedziane przez papieża Polaka, jak chociażby cytat umieszczony na zegarze: ?Czas ucieka, wieczność czeka?. Po chwili zwiedzania przyszedł do nas ksiądz, mówiąc, że już za kilka minut ma się zacząć msza. Okazało się, że prowadził po tych górach wycieczkę, składającą się w większości z zagranicznych turystów i chciał zatrzymać się tutaj, by ?poświęcić choć chwilę dziennego czasu Bogu i porozmyślać o wieczności?. Podczas mszy poznaliśmy wiele ciekawostek na temat tego miejsca z samych ust osób budujących tę kapliczkę. Pierwszy raz za to przyjąłem Ciało i Krew Chrystusa pod postacią chleba i wina, zaś z krótkiego kazania wygłoszonego podczas tej kameralnej mszy dowiedzieliśmy się, że szlaki górskie oprócz wytrwałości uczą nas również, jak ważne jest nie zbaczanie z tych właściwych ścieżek, a przynajmniej chodzenie tak, by się nie zgubić ? dzięki temu można szybciej dotrzeć do obranego przez nas celu... Udało nam się jeszcze wejść na wyższy Leskowiec ( 922 m.n.p.m.) i odwiedzić wybudowane w 1932 roku schronisko, gdzie zjedliśmy pyszny, złożony z zup (nigdzie nie uświadczyliśmy takiej kwaśnicy!) obiad. Dopiero gdy schodziliśmy stromym, wysypanym małymi kamyczkami zejściem na dół, pomyślałem, że to wszystko nie mogło być przypadkiem ? nasze uczestniczenie w Mszy, która przecież tak rzadko się tutaj odbywa, przyjęcie Komunii pod dwoma postaciami, poznanie miłych ludzi, którzy mieli wpływ na historię tego miejsca. Przecież gdybyśmy ociągali się i kilkanaście minut później wyszli z domu, gdyby GPS nie wywiódł nas na pokręcone niczym noworoczne serpentyny dróżki, gdybyśmy nie weszli do kościoła i gdyby nikt nam nie powiedział, że zaraz będzie msza... nie doświadczylibyśmy tego wszystkiego. A tak, dzięki zbiegowi okoliczności (który tak naprawdę przypadkiem nie był) przeżyłem coś, co z pewnością na długo zapamiętam. Wtedy zrozumiałem, że małe, mniej uczęszczane szlaki też mają wielki urok i często to właśnie na nich pod nos podsuwają się niezwykłe możliwości przygód, jakby zachęcające, by je choć trochę skosztować - nam z pewnością spadła dziś z nieba cała ich garść. Widać ktoś święty musiał czuwać nad nami tego dnia... *** Podczas jazdy w stronę naszego kolejnego miejsca hotelowego wstąpiliśmy jeszcze jedynie do zabytkowej karczmy Rzym w Suchej Beskidzkiej, w której jednak nic ciekawego poza ładnymi, dużymi rzeźbami nas na kolana nie powaliło. W czasie drogi zjedliśmy jeszcze po przywiezionej z Wadowic kremówce i wsłuchaliśmy się w szum opon szorujących po drodze, gdzie w malowniczych dolinach, wśród charakterystycznych góralskich domków pasły się będące teraz małymi plamkami owce i krowy, smacznie zajadające soczyście zieloną, wilgotną trawę. Prowadzących nas po dróżce prawdziwie górskiej, z płynącym tuż obok potokiem, majaczącymi na tle horyzontu szczytami, innymi samochodami pędzącymi przed siebie, gdzie wśród upchanych po sam dach bagaży siedzi kilku ludzi, głodnych podbojów majestatycznych, górskich szczytów. Ponad nimi piętrzyły się zamglone i przysłonięte przez ścianę deszczu szczyty gór, zapowiadające nasze wspinaczki podczas tej wycieczki. Kiedy przyjechaliśmy już do Rzepisk, udało nam się podtrzymać niezwykle szczęśliwą, wręcz zahaczającą o cud tradycję: gdy jedziemy, pada deszcz; gdy wysiadamy z samochodu, jakby ręką odjął nagle strugi wody przestają lać się z nieba, niekiedy dając również miejsce do popisu słońcu, które nieśmiało próbuje wyglądać zza chmur i z przymrużonym okiem wsłuchiwać się w natężone przez kilkanaście krów dźwięki dzwonków, jakie mają one przyczepione do szyi. Jak takie coś jest możliwe? No, tego chyba nawet najstarsi górale już nie wiedzą... Mikołaj Wyrzykowski Groń Jana Pawła II, 30.07.2011 Dodatki: Jako że przewodnik bez opisywania faktów historycznych, ciekawostek i udzielania różnych porad jest jak krowa, która nie daje mleka (czyli zupełnie bezużyteczny) postanowiłem w moich tekstach właśnie takie dodatki, które po prawdzie są fundamentalną podstawą, umieścić. Co musisz wiedzieć o... Wadowickich kremówkach Przepisu na kremówkę nie podam, bo jest ich tyle, że naprawdę nie wiadomo który wybrać. Najlepsza, w każdym razie dla mnie, jest kremówka cięższa, posiadająca grubsze ciasto francuskie i bardziej ścisły krem budyniowo-waniliowy pomiędzy nim - wtedy czuję przynajmniej, że jest to prawdziwa kremówka, a nie jakiś wykonany ze sztucznych składników odpowiednik. Kiedyś Karol Wojtyła odwiedzał cukiernię mieszczącą się na rogu Rynku i ul. Mickiewicza, od 1936 roku prowadzoną przez przybyłego z Wiednia Karola Hagenhubera - w dzisiejszych czasach niestety przestała już istnieć. Podobno maturzyści zawsze po skończonym egzaminie szli do najlepszej cukierni w mieście i tam jedli kremówki. Koledzy Karola Wojtyły wymyślili zawody, w których trzeba będzie zjeść jak najwięcej takich ciastek - wodą można było je popijać jedynie co 20 min. Nie wiem, jak późniejszemu papieżowi udało się ich zjeść aż 12 (choć każde źródło mówi trochę inaczej) - ja, szczerze powiedziawszy, wymiękłem już po trzech...
  12. Po udanej misji wykonania przez nas grupowego czynu kaskaderskiego w postaci zjedzenia śniadania w pół siadzie przy karkołomnie małym stole zebraliśmy się w sobie i korzystając z tego, że słońce zaczynało wyglądać zza chmur wyruszyliśmy do znajdującej się niedaleko Wadowic (czyli naszego miejsca wypadowego) Kalwarii Zebrzydowskiej. Jak się później dowiedziałem, jest to jedyna kalwaria na świecie i w Europie, na dodatek tak uwielbiana przez Jana Pawła II, który mówił, że ?jego serce właśnie tutaj pozostało? - więc jest to z pewnością nasz ?must visit?. Co ciekawe, w tak małym miasteczku jakimś cudem udało nam się zgubić ? nim zdążyliśmy dobrze zdać sobie sprawę, że wjechaliśmy do jego bram, już oglądaliśmy za sobą tabliczkę z przekreśloną nazwą, mówiącą wyraźnie, że już przekroczyliśmy skręt na bazylikę. Po uważniejszym patrzeniu przy zawracaniu na jednym z górujących nad miastem zielonych, zalesionych wzgórz udało się nam wypatrzeć majestatyczny masyw bazyliki MB Anielskiej, należącej do klasztoru braci Bernardynów. Pierwszym, co zrobiliśmy było oczywiście zwiedzenie wnętrza bazyliki - tam też z wywieszonych w gablotce informacji zorientowaliśmy się, że te ponad czterdzieści kapliczek wcale nie leży przy jednej ścieżce. Okazało się, że są do wyboru dwie drogi: Ścieżki Pana Jezusa i Maryi. Jako że nie mogliśmy się zdecydować między nimi, co chwila wybierając co innego najpierw postanowiliśmy pójść coś pożywnego zjeść do domu pielgrzyma, aby nie paść pod ciężarem zmęczenia podczas tych pięciu godzin marszu. Ostatecznie, jako że znajdowaliśmy się w restauracji bliżej Ścieżek Maryjnych, właśnie tą drogą zdecydowaliśmy się skierować swe pierwsze kroki w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wiedzieliśmy, że przyjedziemy tu jeszcze raz, więc też zupełnie nie martwiliśmy się o to, że czegoś tym razem nie zobaczymy. Słońce grzało niemiłosiernie, prażąc nasze twarze niczym wylegujące się na grillu oscypki. Korzystając z ładnej pogody przemierzaliśmy górki i dolinki, wzrokiem szukając kolejnych kapliczek. Przyjście anioła do Maryi, pogrzeb Matki Bożej, Jezus sądzony przez Piłata (to w ramach Ścieżek Jezusowych), Wniebowstąpienie Maryi... jest ich tyle, że nie zdołałbym tutaj opisać każdej z osobna. Przechodząc między nimi odmawiamy różaniec, wspólnie przypominając sobie Jana Pawła II, dla którego to miejsce było jednym z najbardziej osobistych w Polsce ? to tutaj odbył swoją pierwszą, inauguracyjną pielgrzymkę, jak i ostatnią do Polski, lubował się w przemierzaniu właśnie tych ścieżek, zwłaszcza kiedy musiał ?rozchodzić? jakiś problem. To tutaj teraz przychodzimy my, nie tylko by podziwiać zabytki, lecz aby pogłębiać swoją wiarę, ucząc się tego od ludzi, którzy mieli jej tyle, by dostać w zamian siłę na wybudowanie tak pięknego i olśniewająco zdumiewającego kompleksu kapliczek wraz z głównym kościołem... Zadowoleni z trasy, jaką przebyliśmy (choć do nie wszystkich kapliczek udało nam się wejść, gdyż znajdowały się w renowacji), lecz i przytłoczeni ogromem kroków, jakie mamy w nogach i ilością przede wszystkim duchowych przeżyć, jakich mieliśmy tu okazję zaznać, usiedliśmy wraz z Delilah( naszą collie) na dziedzińcu domu pielgrzyma, tuż obok fontanny, nad którą czuwa św, Franciszek - postawiony tu dlatego, że właśnie w dzień jego święta (czyli 4 października) kościół ten został konsekrowany. Spotkaliśmy pielgrzyma, który po opowiedzeniu wielu ciekawych historii polecił nam byśmy, skoro już tutaj zawitaliśmy, pojechali również do Lanckorony - my zaś poleciliśmy mu, by koniecznie odwiedził kościół Wniebowzięcia Matki Bożej, który w Kalwarii Zebrzydowskiej zrobił na nas tutaj bodaj największe wrażenie. Gdy udało nam się wspiąć na szczyt dość niskiego wzniesienia, ładne ruiny średniowiecznego zamku w Lanckoronie dopełniły mocy wrażeń, jakich dzisiaj doznaliśmy. Ludzie czasem wpatrują się w różne, czasem bezużyteczne rzeczy, niekiedy widząc w nich nawet jakieś autorytety. Mi zaś udało się być jednym z tych szczęśliwców, którym udało się spojrzeć w prawdziwe oblicze Kalwarii Zebrzydowskiej, zobaczyć obraz Matki Bożej Płaczącej, przejść się między kapliczkami ? wielu ludzi, którzy tu byli, dostrzegło tam miłość Boga w stosunku do nich właśnie i zrozumieli również, że jeśli tylko zechcą, to, co uważali za niemożliwe, stanie się całkiem realne - bo właśnie dzięki Niemu wszystko się zmienia, marzenia zaś prawdziwie mogą się wtedy spełniać... Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski Kalwaria Zebrzydowska 29.07.2011 Dodatki: Jako że przewodnik bez opisywania faktów historycznych, ciekawostek i udzielania różnych porad jest jak krowa, która nie daje mleka (czyli zupełnie bezużyteczny) postanowiłem w moich tekstach właśnie takie dodatki, które po prawdzie są fundamentalną podstawą, umieścić. Co musisz wiedzieć o... Sanktuarium maryjno-pasyjnym w Kalwarii Zebrzydowskiej Cała historia zaczyna się od wojewody krakowskiego, Mikołaja Zebrzydowskiego. To on podobno wraz ze swoją żoną zobaczył trzy płonące krzyże nad górą Żar - uznał to za znak Boży i na tej górze właśnie postanowił wybudować mały kościółek pw. Ukrzyżowania Pana Jezusa. Po wybudowaniu jeszcze jednej kaplicy Zebrzydowski przekazał górę Żar w ręce ojców Bernardynów, którzy w tym miejscu w roku 1604 przez pięć lat wznosili kościół i klasztor. Zaraz po tym wydarzeniu wojewoda krakowski zajął się budową pustelni Pięciu Braci Polaków wraz z tuzinem kapliczek - zajęło mu to całe osiem lat. Niestety w roku 1620 zmarł założyciel pierwszego kościółka na górze Żar, prace zaś nad pozostałymi obiektami kontynuowali odpowiednio jego synowie Jan i Michał Zebrzydowscy oraz jako trzecia Magdalena Czartoryska. Kiedy wszyscy fundatorzy umarli, rozpoczął się okres, w którym zakonnicy zajmowali się rozbudową i renowacją kalwarii z datków np szlachty i duchowieństwa. Podobnie jak chociażby w Jasnej Górze, tak i tutaj znajduje się cudotwórczy obraz ? w kalwaryjskiej świątyni przedstawia on oblicze Matki Bożej Płaczącej. W roku 1641 Stanisław Paszkowski podczas modlitwy dostrzegł krwawe łzy ściekające po policzkach Matki Boskiej i został poproszony o zawiezienie go do kościoła w Marcyporębie. Podczas drogi jednak czuł, jakby miał iść w zupełnie innym kierunku - idąc więc za głosem serca wkrótce trafił do Kalwarii Zebrzydowskiej... Ale to nie tylko ten obraz przyciąga tu takie masy ludzi ? przybywają oni również po to, by przejść się po jedynych takich kalwaryjskich dróżkach i zobaczyć wybudowane przy nich kapliczki. Kilka dni po naszym wyjeździe, bo od 13 do 15 sierpnia są tutaj co roku obchodzone w postaci procesji obchody z okazji święta Wniebowzięcia NMP. Szczególny jest tu również Wielki Tydzień, podczas którego pielgrzymi wędrują po Dróżkach Pana Jezusa, przeżywając pięknie przedstawiane misteria pasyjne. Ruinach zamku w Lanckoronie Został wybudowany w XV wieku przez Kazimierza Wielkiego i do roku 1772, kiedy to zajęły go wojska austriackie, przechodził często z rąk do rąk (przez jakiś czas był również w posiadaniu Mikołaja Zebrzydowskiego, o którym już wcześniej wspominałem). Zamek stał się o wiele ważniejszym punktem, gdy w roku 1768 gościła w nim konfederacja barska. W tym czasie mury zamku zdobyć próbowano aż trzykrotnie:w 1769 roku pod wodzą Kazimierza Pułaskiego konfederatom udało się odeprzeć atak wojsk rosyjskich, dwa lata później miejsce miało kolejne oblężenie zamku, ponownie nieudane; 21 maja tego samego roku rozegrała się tu bitwa pod Lanckoroną ? konfederaci ponieśli klęskę, lecz i tym razem Rosjanom nie udało się zdobyć zamku. W latach późniejszych władze Galicji urządziły tu więzienie dla przestępców, przenosząc je później do Wadowic. A co zrobić z nawet zabytkowym zamkiem, kiedy jest już zupełnie niepotrzebny? To proste - wystarczy przecież wysadzić go w powietrze. Tak też postanowiono zrobić, zaś w roku 1884 ruiny jeszcze bardziej rozebrano, prawie całkowicie pozbawiając je kształtu, jakie niegdyś miały - i takimi właśnie widzimy je w naszych czasach. cdn.
  13. Głuchy odgłos uderzania podeszwami butów o twardą, marmurową posadzkę wawelskich komnat. Zastygłe w podziwie twarze, spoglądające na masę cennych, zabytkowych rzeczy zgromadzonych w plątaninie korytarzy i pokoi. Stojące w rogach wielkie, zdobione kolorowymi malowidłami piece, pełne szczegółów obrazy, pamiętające jeszcze szesnasty wiek szafy, skrzynie, stoły, zbroje, szpady, strzelby i dzidy, spoglądające teraz na nas zza szklanych gablot i przypominające, że niegdyś były śmiercionośnymi broniami używanymi w bitwach przez rycerzy, duszność pomieszczeń, wyzierające z sufitu głowy wawelskie. Uszy słuchające uważnie przewodnika, oczy puszące się dumą z tego, że dostąpiły możliwości patrzenia na coś tak cudownego i niezwykłego, jak niepowtarzalne, wielkie arrasy, zdobiące ściany Komnat Królewskich na Wawelu... Nawet po przejściu przez całe komnaty prywatne i reprezentacyjne, zbrojownię i zaginiony wawel, nie było mowy o żadnym odpoczynku ? prosto z dziedzińca ruszyliśmy w kierunku katedry. Zachwyciliśmy się ciekawymi rzeźbami i malowidłami, lecz przede wszystkim czuliśmy się bezpośrednio zanurzeni w historii Polski, której kolumny stanowią złożeni tutaj królowie i królowe, osoby dzięki którym między innymi nasz kraj jest dziś taki właśnie, a nie inny !!!!!!! Po zwiedzeniu katedry zeszliśmy pod ziemię, by zobaczyć na własne oczy grób Piłsudskiego i grób pary prezydenckiej, zeszliśmy na pewien czas z Wawelu, słysząc rozpaczliwe wołanie naszych nóg o odpoczynek. Mamę z Dilalą znaleźliśmy w okolicznej restauracji podczas rozkoszowania się obiadem. My również postanowiliśmy dodać naszemu organizmowi trochę więcej sił na pozostałe zwiedzanie, więc zamówiliśmy sobie po talerzu ciepłego, pożywnego jedzenia i tym razem z mamą ruszyłem ponownie na Wawel, chcąc odwiedzić smoczą jamę. Gdy mamie także udało się zobaczyć katedrę i zamierzaliśmy ruszyć w kierunku smoka, okazało się że zapomnieliśmy wziąć biletu od taty ? cóż, nie pozostało mi nic innego, jak tylko zrobić jeszcze raz tą samą drogę, do baru i z powrotem i wrócić tu już z kartą wstępu w dłoni. Po kolejnym spacerze mogliśmy wreszcie wejść do smoczej jamy. Zeszliśmy w dół krętymi schodami prosto do jaskini, znanego nam wszystkim z legend mieszkania smoka wawelskiego. Błądziliśmy wśród skalnych tuneli, wpatrywaliśmy się w wyrzeźbione przez wodę delikatne nacieki i ciekawy formy skalne, wciskaliśmy się pomiędzy wąskie przejścia ? jak to w jaskiniach tego typu ma zwyczaj bywać. Niestety ledwo zdążyliśmy życia jaskiniowców zaznać, a już powitało nas światło dzienne i wielka rzeźba smoka wawelskiego czekającego na nas niecierpliwie tuż przy wyjściu. Wdrapałem się na skałę i usadowiłem się tuż przy jego metalowych łapach, a mamie prawie całkowicie przypadkowo udało się uchwycić moment, kiedy z jego paszczy wydobywał się ogień (ofiar na szczęście nie było;). Było już po pierwszej, więc już dłużej nie zwlekając szybkim krokiem (na tyle, na ile pozwalały nam nasze zmęczone nogi) skierowaliśmy się do restauracji, naszego wspólnego punktu spotkań i po ustaleniu, co dalej mamy robić, ruszyliśmy prosto do centrum, mówiąc precyzyjnie: na krakowskie Stare Miasto. Słońce z zawadiackim uśmieszkiem na ustach spogląda na rynek główny, swym światłem próbując uspokoić nieustannie kręcące się po nim masy głodnych przygód (podobnie jak my) turystów. Stawiamy kroki po brukowanych, szerokich uliczkach i rozglądamy się wokół, na razie z daleka podziwiając krakowskie perełki, takie jak kościół mariacki, brama floriańska, sukiennice. Słuchamy gry i śpiewu ulicznych artystów, muzykujących na gitarach i bębnach, skrzypcach, niekiedy też na instrumentach dętych. Z uśmiechem na ustach spoglądamy na dużą ilość poprzebieranych w kolorowe stroje mimów - widzę ich jako aktorów potrafiących doskonale porozumiewać się ze swoją publicznością. Słyszymy grany na cztery strony świata Hejnał Mariacki, rozmawiamy z ludźmi (czasem również innej narodowości) zaczepiających nas i zachwycających się pięknością naszej ?Lalki?, spoglądamy na piękne konie co chwila ciągnące dorożki po rynku, zastanawiamy się, jak to możliwe, że człowiek może unosić się w powietrzu, podpierając się jedynie swoją laską... Weszliśmy do kościoła Mariackiego przede wszystkim po to, by zobaczyć słynny na cały świat ołtarz Wita Stwosza. Moglibyśmy tak długo jeszcze patrzeć na przedstawione z niezwykłą dbałością o szczegóły postacie w tym ponadczasowym dziele, gdyby nie to, że do dalszej drogi poganiały nas kolejne punkty tej wycieczki, które jeszcze chcieliśmy zobaczyć. Poszliśmy więc ulicą floriańską w kierunku Barbakanu, zastanawiając się, czym Kraków zdolny jest nas jeszcze zachwycić. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do założonej w 1895, legendarnej Jamy Michalika, mówiąc jaśniej kawiarni literackiej - przepływaliśmy przez jej atmosferę ciszy, poznawaliśmy pełne drewnianych przedmiotów pomieszczenia stylizowane na stare pokoje w dawnej karczmie, słuchaliśmy muzyki wypływającej cicho z głośników. Trzeba powiedzieć ? idealne miejsce do pisania i wymyślania;). Przechodząc przez bramę floriańską dotarliśmy do okrągłej twierdzy o bardzo grubych murach zwanej przez wszystkich Barbakanem. Do środka wejść nam się nie udało, lecz samo obejście go zrobiło na nas już duże wrażenie, sprawiło że zrozumieliśmy rycerzy, którzy gdy szli na oblężenie Krakowa specjalnie kierowali się na jego mury z innej strony, bojąc się murów tej twierdzy. Przeszliśmy się jeszcze po dwóch basztach, porobiliśmy sobie zdjęcia koło postawionej na rowerze maszynki wyrzucającej bańki mydlane i już udaliśmy się w drogę powrotną do naszego samochodu. Po drodze wstąpiliśmy do sukiennic, a gdy stwierdziliśmy, że nasze żołądki ponownie potrzebują posilenia, usiedliśmy przy stole pobliskiej restauracji i zamówiliśmy sobie coś do jedzenia, czego oczywiście wcześniej nie jedliśmy. Właśnie wtedy przypomniałem sobie, że jest już siódma, a ja miałem jeszcze wstąpić do sklepu, by kupić sobie pamiątkową pozytywkę. Po chwili zastanowienia postanowiłem ile sił w zmęczonych nogach pobiec do stoiska, gdzie ją widziałem. Szczęście, że to zrobiłem, bo w momencie gdy przybiegłem na miejsce, sklep był już zamykany ? zdążyłem jednak poprosić sprzedawczynię o pokazanie mi pozytywek. Po przeglądnięciu i przesłuchaniu wszystkich mnie interesujących zdecydowałem się wybrać tą wygrywającą melodię ze ?Stairway to Heaven?, jako że już wcześniej zdążyłem kupić sobie koszulkę z okładką albumu ?IV? Zeppelinów.. Gdy wracałem, okazało się, że takie same pozytywki, jedynie trochę droższe były kilka kroków od naszego stolika. ?No cóż, przynajmniej biegiem zarobiłem kilka złotych?- pocieszałem się i tak będąc dumnym ze swojego nowego ?instrumentu?. Po zjedzeniu zup i moich pierogów o kształcie sakiewek już definitywnie wracaliśmy na nasz parking. Zostalibyśmy jeszcze trochę w tym pięknym mieście, gdyby nie to, że zamknięto bramy kościoła, gdzie właśnie miał się odbywać koncert ?Czterech pór roku? Vivaldiego. Zanim przeszliśmy obok fontanny i zeszliśmy do naszego parkingu, zapakowaliśmy się i wydobyliśmy stamtąd nasz samochód, nastał już dość późny wieczór - koła naszego wozu przekraczały granice Krakowa już po ciemku, zdając się jedynie na rozglądające się uważnie wokół światła samochodu. Zmęczone nogi silnie domagają się odpoczynku, powieki przymykają się powoli, namawiając oczy by poszukały wytchnienia w śnie. A przez głowę przepływają bystre, górskie potoki myśli: rozważające wydarzenia dnia dzisiejszego, zastanawiające się, co też może przynieść dzień jutrzejszy, jakie też wydarzenia i karty zdecyduje się przed nami odkryć historia... Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski Dodatki: Jako że przewodnik bez opisywania faktów historycznych, ciekawostek i udzielania różnych porad jest jak krowa, która nie daje mleka (czyli zupełnie bezużyteczny) postanowiłem w moich tekstach właśnie takie dodatki, które po prawdzie są fundamentalną podstawą, umieścić. Co musisz wiedzieć o... Wawelu Chyba każdy Polak wie, czym jest Wawel i przynajmniej jakiś kawałek z jego historii zna ? z pewnością każdy z nas powinien to miejsce przynajmniej raz odwiedzić. Nam podczas tej wycieczki całe szczęście to się udało, a jako że zawsze lubimy wiedzieć, co oglądamy ? dowiedzieliśmy się trochę o jego początkach (i nie tylko). Teraz zaś postanowiłem się tym wszystkim z wami podzielić... Ciekawostką jest, że pierwsze osadnictwo na tym wzgórzu (wysokość wynosi 228 m n.p.m.) rozpoczęło się już jakieś 100 tys. p.n.e. W roku 1000 (ale już naszej ery) utworzono biskupstwo i wybudowano katedrę. W tym miejscu muszę też powiedzieć, że niegdyś na Wawelu znajdowało się aż pięć kościołów, jednak żaden nie przetrwał do dnia dzisiejszego. Przyjęto, że w roku 1039, kiedy Kazimierz Odnowiciel powrócił do Polski, Kraków został oficjalnie stolicą Polski, na Wawelu zaś zaczęli już na stałe rezydować królowie. Kiedy nastał rok 1306 wawelska katedra spłonęła, jednak całe szczęście, w tuż po koronacji Władysława Łokietka (1320) zaczęto jej odbudowę. Wawel wiele razy był przebudowywany, dodawano do niego nowe elementy: Łokietko dodał chociażby Kurzą Stopkę i Wieżę Duńską, w czasie renesansu doszła kaplica Zygmuntowska. Kiedy zaś doszło do pożaru północnej części zamku (1595), trzeci polski król z rodu Zygmuntów (zwany Wazą) zajął się jego odbudową. Jednak już dziesięć lat po tym wydarzeniu władca przeniósł się do Warszawy ? rozpoczął się wtedy bardzo trudny okres dla Wawelu. Kraków nie był już stolicą Polski, więc też mniej o niego dbano ? zamek znalazł się później pod zaborem austriackim, lecz dobry los sprzyjał Polakom, którym udało się odkupić Wawel. I należycie się o niego troszczyć. W komnatach królewskich jest wiele ciekawych zabytków, ale bardzo dużo z nich pochodzi z innych krajów ? tak naprawdę jedynym, co tu się zachowało są piękne, zdobiące ściany arrasy, jakich chyba nigdzie indziej spotkać się nie uda. Składające się z trzech serii tkaniny (Dzieje Rajskie, Dzieje Noego, Dzieje Wieży Babel) powstawały w latach 1550-1565 na zlecenia Zygmunta II Augusta. W czasie zwiedzania zastanawiałem się też, czym tak naprawdę różnią się arrasy od gobelinów. Okazało się, że arrasy sporządzone są z nici złotych, wełnianych i jedwabnych, zaś gobeliny o te złoto są w sobie uboższe. Kościele Mariackim W roku 1300 wzniesiono na zachowanych fundamentach poprzedniego, romańskiego kościoła, halową świątynię gotycką. Zmieniła ona swój układ na bazylikowy, kiedy 65 lat później Mikołaj Wierzynek doświetlił wnętrze kościoła i nieco obniżył mury naw bocznych ? dobrego wrażenia dopełniły jeszcze dobudowane w XV wieku kaplice boczne. W tym samym wieku w kościele zawitało absolutne arcydzieło autorstwa Wita Stwosza, sławne jak Polska długa i szeroka, a z pewnością jeszcze dalej ? prezbiterium wzbogacił Ołtarz Wielki. Wyrzeźbiony w różnych rodzajach drewna, jest największą gotycką nastawą w Europie (w całej ?szafie? jest jakieś 200 figur, z czego najwyższe wynoszą 2,7 m), zaś oficjalna nazwa pochodzi od największego, środkowego obrazu przedstawiającego Zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny. Artysta wyrzeźbił tutaj i ludzi zwykłych i ?tych wyższych?, ubranych w kosztowne, złote szaty. Dołożył wszelkich starań, by dzieło było jak najbardziej szczegółowe ? widać każdą żyłę na ciele postaci, niekiedy poskręcane palce, ślady po jakichś chorobach. Co ciekawe, twarze Apostołów przedstawiają ówczesnych mieszkańców Krakowa. Niestety nie udało nam się zobaczyć ołtarzu z bliska, ani też podziwiać dwunastu scen z życia Jezusa i Maryi (wnętrze przedstawia sześć radości Matki Bożej) widocznych dopiero, gdy jest zamknięty. Zostało nam jedynie zobaczenie zdjęć w internecie... ale ołtarz jest piękny i z daleka. W końcu to arcydzieło, absolutnie niepowtarzalne arcydzieło... Innych ciekawych miejscach Krakowa Sukiennice - Pierwsze, postawione w 1257 roku sukiennice miały postać prostych, kamiennych kramów z suknami. Dopiero za panowania Kazimierza III Wielkiego (1358) wzniesiono gotycki budynek. Główne osiemnaście kramów nakryte było kamiennym sklepieniem, wnętrza strzegły arkady i półkoliste portale- niestety 200 lat później sukiennice uległy pożarowi. Na ich miejscu w czasie renesansu postawiono nowe, do których dodano chociażby jeszcze rzeźbione maszkary - był to najbardziej podobny do dzisiejszego budynek. Brama Floriańska - O jednej z ośmiu krakowskich bram źródła wspominają już od roku 1307. Od strony miasta widzimy płaskorzeźbę przedstawiającą św. Floriana, zaś po drugiej stronie mamy orła piastowskiego według projektu Jana Matejki, lecz autorstwa Zygmunta Langmana. Ciekawostką jest, że bramę dwukrotnie chciano rozebrać: raz w wieku XIX, a drugi raz w dwudziestym, kiedy to władze miasta chciały, by w tym miejscu przebiegała linia tramwajowa. Całe szczęście udało się ją ocalić... Barbakan - Wzniesiony został za panowania Jana Olbrachta w roku 1499. Ta najbardziej wysunięta na północ fortyfikacja Krakowa posiada obwód 24,40 m, zaś grubość murów sięga aż trzech metrów - to w całości wyjaśnia, czemu wojownicy, chcąc zaatakować Kraków, podchodzili miasto od innej strony... ciąg dalszy nastapi
  14. Czarny asfalt umyka spod toczących się po drodze kół, silnik zagnieżdżony gdzieś głęboko w trzewiach samochodu lekko furkocze. Krople deszczu uderzają w szybę, zmuszając wycieraczki do gonienia ich. Za oknem przesuwają się polskie, malownicze krajobrazy, w tej chwili przesłonięte przez ciemne, pływające po mglistym dywanie chmury. Ponurą atmosferę kreowaną przez pogodę rozładowywała jedynie dochodząca z wnętrza samochodu wesoła muzyka, co chwilę przerywana śmiechami, a powietrze przesączone było radością naszej wycieczki na południe, prosto w polskie Tatry... Postanowiliśmy spontanicznie zatrzymać się w Częstochowie, by zobaczyć z bliska Jasną Górę i położony na niej klasztor Paulinów. Zaparkowaliśmy kilkadziesiąt metrów od wejścia, z jego prawej strony i ruszyliśmy w kierunku sanktuarium. W czasie drogi zobaczyliśmy rzeźby ukazujące wszystkie tajemnice różańca świętego, wywieszone na murze zdjęcia pochodzące z czasu, gdy Jan Paweł II odwiedzał Jasną Górę. Po dotarciu do głównego wejścia i zobaczeniu pomnika poświęconego prymasowi tysiąclecia Stanisławowi Wyszyńskiemu, jako że byliśmy z Dilalą (naszym szczeniakiem rasy collie), musieliśmy się rozdzielić. Najpierw wszedłem z mamą przez wielką, ozdobioną rzeźbami Bramę Lubomirskich, nasz próg do kolejnej przygody. Kolejne bramy przesuwały się ponad naszymi głowami, cienie goniły nas podczas stawiania szybkich kroków prosto w stronę bazylika. Weszliśmy do środka, pył unosił się w powietrzu, wpadając do naszych nozdrzy ? remont prowadzony był tu w pełnym wymiarze, jednak nie przeszkadzało to w żaden sposób w oglądaniu wnętrza kościoła. Zdobiony malowidłami sufit ponad naszymi głowami, stojące tuż przy ścianie rzeźby, spoglądające na nas tajemniczo swymi marmurowymi oczami, szurające po podłodze stopy ludzi, kołujących po świątyni i zastanawiających się, czy to, co widzą jest prawdą. Ale prawdziwy cud objawiony w obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej mieliśmy dopiero za chwilę zobaczyć... Moje nogi przesuwały się powoli po granitowej posadzce, napotykając na swej drodze głębokie wyżłobienia po kolanach ludzi, którzy pozostawili tu swój własny ślad, na tej ścieżce wiary, biegnącej wokół świętego obrazu. Podążając również tą drogą, spoglądałem w oblicze Matki Boskiej, na ścianę cudów, gdzie wisiały laski uzdrowionych, na pogrążonych w żarliwej modlitwie ludzi, czułem całym sobą niesamowitą świętość tego miejsca ? w tamtej chwili nie potrafiłbym wyrzec ani słowa, jedynie coraz bardziej przesączać aurą tego świętego miejsca - miejsca, gdzie dokonują się cuda... Wspiąłem się jeszcze na prawie 400 letnią, wysoką na 103m wieżę (co ciekawe, jest ona odchylona od pionu o całe 78cm), skąd rozciągał się piękny widok na całą Częstochowę, z Jasną Górą spoczywającą w samym jej sercu. W drodze powrotnej poświęciliśmy zakupione medaliki i udaliśmy się już w kierunku naszego samochodu. Obiecałem sobie, że gdy będziemy wracać z naszej podróży, wstąpimy tu jeszcze raz i wrzucimy karteczki z naszymi intencjami. Naszła mnie też chęć na sprawdzenie, kto jest patronem pisarzy, a kto muzyków... *** Dojechaliśmy na miejsce naszej kwatery w Wadowicach i od razu po upchnięciu naszych bagaży w drewnianym domku poszliśmy, jak to się mówi w slangu, ?na wyżerkę? (Lala zdążyła już dostać wcześniej swoją porcję, z czego była bardzo szczęśliwa:). Po smacznym jedzeniu już o pełnych brzuchach ruszyliśmy w kierunku wadowickiej bazyliki znajdującego się obok niej domu rodzinnego papieża Polaka. Niestety trafiliśmy jedynie na jego remont mieszkania, wobec czego udało nam się zobaczyć wyłącznie okno, z którego spoglądał na kościół i widział wskazujący czas zegar słoneczny ? to właśnie dzięki temu widokowi wypowiedział słynne dziś słowa ?Czas ucieka, wieczność czeka?. Prace remontowe padły również na wadowicki rynek, przez co została nam do zobaczenia jeszcze tylko bazylika. Po zachwyceniu się skrytym w niej pięknem podsycanym historią Jana Pawła II, który tu jako młodzieniec przychodził na msze i modlitwy, w poszukiwaniu kremówek ruszyliśmy zobaczyć, co kryje się za masywem świątyni. Było już dość późno, więc znaleźliśmy zaledwie jedną otwartą kawiarnię, do której od razu z chęcią wstąpiliśmy. W końcu to niejako hańba ? przecież jak można być w Wadowicach, a nie skosztować papieskich kremówek? Od razu przypomniałem sobie słowa wypowiedziane przez papieża, a wywieszone na plakacie koło jednego z barów: ?Pamiętam, jak po maturze chodziliśmy na kremówki. Nie wiem jak my to wytrzymaliśmy, te kremówki po maturze.? Z tą myślą zajadaliśmy te pyszne kremowe ciasteczka, zastanawiając się, co też poczniemy z tymi kilkoma godzinami, które zostały nam do wieczora. Idąc wyłożoną kamieniami uliczką zauważyliśmy reklamę parku miniatur w Inwałdzie, połączonego z Dinolandią (do której akurat nie mieliśmy zamiaru wchodzić). ?Jak nie teraz, to kiedy??- stwierdziliśmy jednomyślnie i całkowicie spontanicznie wsiedliśmy do samochodu, kierując jego koła w stronę kolejnego ciekawego miejsca, które mieliśmy zamiar jeszcze dziś zobaczyć. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że kiedy zaparkowaliśmy i doszliśmy do bramy, okazało się, że już od jakiejś pół godziny jest zamknięta na cztery spusty ? teraz patrzała na nas smutnymi oczami, jakby próbując wydobyć słowa ze swych drewnianych ust: ?Trudno, zobaczycie to innym razem. Teraz musicie zawracać...? Przy wsiadaniu do samochodu rzuciliśmy jedynie okiem na wieżę Eiffla w skali 1:20, watykańską Bazylikę św. Piotra, kilka innych wzniosłych budowli przedstawionych w miniaturze ? i ruszyliśmy z powrotem, myśląc już tylko o ciepłej herbacie, którą przyrządzimy sobie od razu po przyjściu do naszego drewnianego domku, wciśniętego gdzieś pomiędzy lasy świerkowe, płynące kamienistymi korytami potoki, otoczonego przez prowadzące ku kolejnym szczytom górskim wąskie, gliniaste dróżki. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do klasztoru Karmelitów Bosych, miejsca gdzie Jan Paweł II otrzymał od zakonników swój pierwszy szkaplerz, który później nosił przez całe swoje, pełne przygód życie. Gdy schodziliśmy w dół kamienistą alejką otoczoną starymi dębami, myślałem sobie o dzisiejszym dniu, rodzinnym miasteczku Karola Wojtyły, którego najważniejsze zabytki zwiedziliśmy (łącznie z kremówkami) i przypomniałem sobie słowa, które papież Polak wypowiedział niegdyś o Wadowicach, reklamujące zresztą wjazd do nich: ?Tu, w tym mieście, wszystko się zaczęło...?. A my dziś mogliśmy zobaczyć wadowicką bazylikę, posmakować papieskich kremówek, poznać odrobinę historii, przejść się ulicami, którymi niegdyś chodził Jan Paweł II i dzięki temu wszystkiemu przekonać się na własne oczy o prawdziwości tych słów... Mikołaj ?Mikiotor? Wyrzykowski Wadowice, Polska, 27.07.2011 Dodatki: Jako że przewodnik bez opisywania faktów historycznych, ciekawostek i udzielania różnych porad jest jak krowa, która nie daje mleka (czyli zupełnie bezużyteczny) postanowiłem w moich tekstach właśnie takie dodatki, które po prawdzie są fundamentalną podstawą, umieścić. Co musisz wiedzieć o... Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze Sama nazwa ?Jasna Góra? została nadana przez paulinów na pamiątkę ich macierzystego klasztoru św. Wawrzyńca w Budzie, położonego na wapiennej skale sięgającej 293 m n.p.m. Klasztor przeżywał wiele razy oblężenie. Pierwsze miało miejsce podczas potopu szwedzkiego w 1655 roku, jednak po nieudanych próbach zdobycia wzgórza i nieustannych odmowach przeora zakonu w związku z poddaniem się Szwedzi zrezygnowali. Niestety już przy oblężeniu podczas Konfederacji barskiej w 1772 Stanisław August Poniatowski oddał klasztor w ręce Rosjan. Podczas ich zaboru zakonnicy byli mocno ograniczani, a Jasna Góra plądrowana. Miał on też jednak swoje dobre strony, bo klasztor nie został zniszczony podczas I wojny światowej, kiedy to był pod okupacją austro-węgierską. W roku 1920 ponownie ustanowiono NMP na Królową Polski ? po tym wydarzeniu klasztor przeżył spokojniejsze dwie dekady, po czym ponownie był pod okupacją, tym razem hitlerowską podczas II wojny światowej. Jak wszystkim wiadomo, w całym klasztorze najważniejszy jest święty obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem. Wedle legendy namalował go św. Łukasz Ewangelista, do tego celu wykorzystując deskę ze stołu, na którym jadł Jezus wraz ze swoją rodziną. Jeszcze w tym samym roku, kiedy na Jasną Górę zostali sprowadzeni paulini (1338) obraz został sprowadzony właśnie tutaj w dość niewiadomy sposób z Rusi. Jedna z wersji mówi, że książę Władysław przewoził ikonę do Opola i zatrzymał się w Częstochowie na postój. A jako że konie nie chciały mu później ruszyć, uznał to za znak Boży i zostawił tam obraz. W każdym razie o jego ciekawej historii warto sobie więcej poczytać. Zyskanie sławy wśród mieszkańców kraju wiąże się również ze wzrostem zainteresowania złodziei. Pierwszy taki najazd (w wykonaniu husytów) miał miejsce w 1430 roku, kiedy to został on skradziony i uszkodzony (podobno wszystkich spotkała zasłużona kara, a temu śmiałkowi, który odważył się ciąć mieczem po twarzy Matki Boskiej uschła ręka). W roku 1717 biskup chełmski Krzysztof Andrzej Jan Szembek dokonał koronacji ikony, przez co stała się ona drugim koronowanym obrazem w Polsce ? spowodowało to jeszcze większy wzrost ilości pielgrzymek na Jasną Górę, ku cudownemu obliczu Czarnej Madonny z Dzieciątkiem. Bazylice Mniejszej Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w Wadowicach Kościół miał ciężkie życie. Przeżył dwa pożary: pierwszy raz w 1440 podczas wielkiego ognia, który opętał całe miasto ? był to wtedy jeszcze mały, drewniany kościółek, na miejscu którego właśnie po tym wydarzeniu postanowiono wybudować jego murowanego brata. Niestety i on podczas kolejnego pożaru miasta w 1726 roku uległ zniszczeniu. Odbudowy podjął się Franciszek Sosna, stawiając kościół w stylu późnobarokowym o posadzonej na frontowej ścianie wieży, kształtem przypominającej nieco arabskie iglice czy wieże meczetów. Około rok później kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych zmienił nazwę na Ofiarowania NMP. W czasach nowożytnych zaś przeżył trzeci wypadek ? podczas II wojny światowej została zrzucona na niego bomba, która sprawiła, że przez jakiś rok był nieczynny, jednak nie uszkodziła go na tyle, by na jego miejscu musiał być stawiany nowy. W czasie tych wszystkich zniszczeń, jak i w XIX oraz XX. wieku dokonano wielu zmian, które wpłynęły na jego dzisiejszy wygląd. Wchodzimy więc do strzeżonej przez dwóch ważnych, polskich patronów (św. Stanisława i św. Wojciecha), pomalowanej na biało bazyliki i co widzimy? Dwuprzęsłowe prezbiterium nakryte krzyżowo-żebrowym stropem, gdzie wymalowano patronów Polski, których kanonizował Jan Paweł II. Po prawej stronie znajduje się poświęcona właśnie jemu kapliczka, zaś naprzeciwko niej, po drugiej stronie widać kolejną, w której przechowywane są relikwie m.in. św. Ojca Pio oraz Maksymiliana Kolbe... Po prostu warto tam być i zobaczyć na własne oczy;). ciąg dalszy nastąpi
  15. Właśnie dzisiaj, piątego września 65 lat temu na wyspie Zanzibar przyszedł na świat Freddie Mercury (a właściwie Farrokh Bulsara), jeden z największych showmanów i najlepszych śpiewaków wszech czasów. Przetrwała jedynie jego muzyka, nieśmiertelna na tyle, że nadal jest stałym punktem tygodniowego programu wielu rozgłośni radiowych. Bo może Beatlesi, Dylan, Cohen mogą się przedawnić, lecz Queen zawsze pozostanie żywy i będzie szedł ramię w ramię z duchem czasu... Również Google pamięta o śmierci Mercurego, zamieniając swoje logo w swoisty wideoklip próbujący ilustrować piosenkę ?Don't Stop Me Now? http://www.youtube.com/watch?v=fipxYcQzhK0 Dla mnie Queen otworzył drzwi do świata muzyki, piękniejszy dzięki poznawaniu coraz to kolejnych albumów tej grupy ? dzięki ?Bohemian Rhapsody? zachęciłem się również do gry na pianinie, co dzisiaj ewoluowało w znacznie większą pasję. A wy jak zaczęliście przygodę z tą grupą, do czego (być może) była dla Was przepustką? Jakie są wasze ulubione utwory (nie wymieniajcie tylko oczywistości, które znają wszystkie gospodynie domowe, tylko mniej te znane kompozycje, jak chociażby przepiękna, jedna z moich ulubionych miniatura fortepianowa ?Nevermore?), za co tak naprawdę lubicie Queen? Piszcie w komentarzach. Tutaj umieszczę teledysk do najbardziej wzruszającej piosenki Queen, przy której pewnie wszystkim fanom może ścisnąć się gardło, a w oku zakręcić łezka. Uwielbiam tę solówkę i ostatnie słowa utworu, które według wielu stanowią pożegnanie Fredka z fanami: ?cały czas Was kocham...? http://www.youtube.com/watch?v=ymLiw8dnHO4 Przedstawienie musi trwać, Wewnątrz me serce pęka, Makijaż może spłynąć, lecz uśmiech pozostanie Już bez Freddiego, lecz kontynuowane przez pozostałych muzyków i wiernych fanów przedstawienie nadal trwa ? Queen nadal jest na ustach wielu ludzi na dzisiejszym świecie. Są przekazywane historie (?patrz, synku, to Freddie Mercury, Queen, posłuchaj tylko...?). Ja sam pamiętam, że kiedy miałem jeszcze dopiero jakieś sześć lat i nie znałem się zupełnie na muzyce, musiał mi zapaść w pamięć słynny wers z ?Bohemian Rhapsody?, bo gdy chciałem się pobawić (czy coś w tym stylu) wołałem mamę śpiewem: ?Mamaaa! Ooohh, mama!?
×