Skocz do zawartości

fracul

Forumowicze
  • Zawartość

    26
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wszystko napisane przez fracul

  1. Hehehehehehehe, Qbusiu, postaraj się jakoś (niestety nie jest to łatwe bo nie ma tego na YT) położyć uszy na utworze "Sk?-Edeby" zespołu Bondage Fairies, popatrz na nagłówek swojego posta, a potem przyłącz się do mojego rechotu Poza tym jeszcze dorzucę od się najlepszy polski 8bitowy kawałek evarrrrrr ;D
  2. Luzik, polecam się i pozdrawiam ;D I lekkie zboczenie z tematu: (mniej więcej) 134 dni do Coldplay!
  3. Drobne veto. Pogodniste teksty są "głupiutkie" tylko na pozór. Okej treściowo nie ma w ich większości "pięknej i głębokiej prawdy o życiu no" (bleee), ale prezentują sobą niesamowity kunszt inteligentnej(acz niejednokrotnie rubasznej) zabawy słowem i przeróżnymi konwencjami; cuda jakie pan Budyń wyprawia z polskim (+ zapożyczenia) językiem czasami po prostu się w głowie nie mieszczą, i za każdym razem uśmiechają mnie od ucha do ucha. Jaksy draksy.
  4. ? Witamy! Mamy takie pytanie... Jakie macie komputery? Macie konsole? Jeśli nie, to jakie zamierzacie kupić? Szary taki. Konsoli brak. Od dawna usiłuję wygrać PS3 w większości konkursów jakie się napatoczą, ehh. ? Czy lubicie pizzę? Hell Yeah. ? Czemu tak bardzo niektórzy z was popierają piractwo? Przecież przez nie wielu producentów gier zostaje wyrzuconych z pracy, mamy mniej gier i w ogóle... Najwyraźniej nie wszyscy rozumieją, że programowanie gier to praca, którą niektórzy zarabiają na chleb. ? Ile zarabiacie/macie kieszonkowego? Dokładnie tyle żeby starczyło na minimalne wyżywienie, a reszta na komiksy, książki, gry, cda, komiksy, ksią... ? O co chodzi z tą całą komercją, która to niby u nas jest? Bo wydajecie to pismo dla pieniędzy!!! Wstydźcie się!!! Chcecie być tró, to piszcie za darmo!!! ? Dlaczego poziom waszych listów ciągle spada? Kiedyś pisaliście lepsze, czyżbyście się zestarzeli? I prosimy o mądre i poważne odpowiedzi! Może wszystko co mądre, błyskotliwe, ciekawe, frapujace, zabawne i inteligentne zostało już napisane? (Oby nie.) ? Czemu wciąż narzekacie na pełniaki, że już macie, że stare, że nie działają na waszych komputerach, że nie z tego gatunku co potrzeba? My tu się staramy, jak możemy, a na forach zawsze tyle niewdzięczności! Dla mnie wszystko cacy, a jak nie to i tak tak. ? Co trzeba zrobić, żeby być czytelnikiem CD-Action? Czy to fajna fucha? Ile czasu dziennie spędzacie z CDA? Trzeba być tyćkę pokręconym (bądź "oną"). Klawo bardzo jest. Nie warto mierzyć czasu radości, bo sama radość od czasu ważniejsza (czyt. skąd mam, kurtka, wiedzieć?). ? Ile macie lat? Troszkę więcej niż CDA, ale mniej niż Smuggler. ? Czy przede wszystkim czytacie magazyn, czy korzystacie z rzeczy z płyty? Czytacie ActionMaga? Trochę tego i tamtego. ? Ile osób czyta wasze egzemplarze CDA? Czy podbierają wam je bardziej mamy/ojcowie/żony, czy raczej dzieci? A może kumple? Dziewczyna czasem przeglądnie obrazki. ? Czy nie moglibyście płacić za CD-Action 50 złotych? Jeśli nie, to czemu? Przecież gdyby tak podliczyć, ile kosztuje druk pisma, wszystkie pełniaki, pensje redakcji itp., itd., to i tak wyjdzie dużo więcej niż 50! To co, możecie płacić? Moglibyśmy. Ale nie musimy (za co z kolei dziękujemy ). ? Co wam się najbardziej podoba w CDA i dlaczego jest to Allor? Allor bo napisał piękną, wzruszającą i chwytającą za serce recenzję dla Mass Effect 2 i wystawił jej dychę, oraz najwyraźniej darzy serię ME szczerym, głębokim i ciepłym uczuciem. ? Kim jest Smuggler i dlaczego jest nim Allor? Allor bo zjadł Smuggler'a(?).
  5. Bo to było tak: Sfera była polskim wydawcą gry Magia i Miecz (oryginalny tytuł "Talisman"). Oryginalny wydawca (GW) w końcu przestał się bawić w wydawanie tej gry i nie odnowił sferze licencji. No to Sfera sobie zaszalała i stworzyła "własną" grę o nazwie "Magiczny Miecz" która była przeróbką (bądź brutalniej: podróbką) oryginalnej planszówki. I tak właśnie te dodatki które wymieniłem wcześniej były do Magii i Miecza, a Krypta, Labirynt, Gród itd do Magicznego Miecza.
  6. Mi to mówisz... za każdym razem jak idę do pracy to sie boję że całą zawartość konta tam zostawię Hmm... w sumie to idąc dalej tą myślą - w takim razie dobrze, że nie pracuję w sklepie z komiksami bo pewnie na samym strachu by się nie skończyło... Stillborn - na tej "Waszej" wersji MiMa się nie znam kompletnie (o parę lat za mlody jestem ), ale odnośnie dodatków do niej udało mi się wygrzebać takie informacje, nie jestem pewien na ile prawdziwe: Magia i Miecz - wersja podstawowa Podziemia - plansza i karty W kosmicznej otchłani - plansza i karty Miasto - plansza i karty Jaskinia - polski dodatek, plansza i karty Smoki - zbiór kart
  7. Mam akurat takie szczęście, że od jakiegoś czasu dorabiam sobie jako sprzedawca gier planszowych, więc mam mnóstwo okazji żeby popatrze na pudełka, a i czasem pomacać i pograć jeśli o wspomnienia chodzi to najbardziej mi z młodszej młodości we łbie utkwiło to cudenko, którego już nikt nie pamięta: A co do tego co kto by chciał sobie ostatnio kupić, to ja zbieram na Claustrophobię mniam mniam
  8. Sam kocham Coldplay od niemal dziesięciu lat, wiadomość o ich przyjeździe do Polski przyjąłem więc skacząc na uszach i drąc sie na pełen regulator z radości. Openerowe wieści przecudowne. Zatem cieszmy się wszyscy Panie Trupku, cieszmy się bo wreszcie, WRESZCIE te angielskie bastardy przybeda do naszego kraju by znieść fanów z powierzchni ziemi wspaniałością swego koncertu
  9. fracul

    Nie mam jaj.

    Nie przejmuj się, zawsze jest drobna szansa, że w przyszłym roku MUSE będzie na open'erze. Głowa do góry i bądź dobrej myśli
  10. fracul

    Nie mam jaj.

    MUSE i Chemical Brothers urwali mi po jednym i tak mnie zostawili na terenie krakowskiego muzeum lotnictwa - bez jaj, nie mogącego uwierzyć czego właśnie doświadczyłem i błagającego siły natury żeby wspomnienia odnośnie festiwalu mi nie uciekły. Te dwa koncerty były OBŁĘDNE. Jadąc do Krakowa wiedziałem, że to będzie kosmos, ale nie zdawałem sobie sprawy że aż TAK. Najpierw na łopatki powalili mnie chemiczni bracia swoim cudownie długim koncertem, oczywiście zagrali swoje największe hity i kilka utworów z ostatniego albumu, które również wyszły im rewelacyjnie. Kto już kiedyś był na ich koncercie wie jakie to niesamowite widowisko, wizualizacje towarzyszące kolejnym kawałkom są nie z tej ziemi ("Saturate" i "Belive" zrobiły na mnie chyba największe wrażenie). No brytyjski duet po prostu zjadł mnie na surowo. Kiedy już wykuśtykiwałem (hmm) spod sceny, nawet zwątpiłem na chwilę w to, czy aby na pewno MUSE da radę to przebić. Jakieś dwadzieścia cztery godziny później biłem się po twarzy na wspomnienie tych myśli... MUSE zagrało najbardziejszy, najwspanialszy koncert na jakim miałem przyjemność być. Szczerze mówiąc nawet nie jestem w stanie się wypowiadać na ten temat, tego tak naprawdę nie da się opisać (koncertu chemicznych braci również). Jasne mogę Wam napisać że całe trio świetnie się bawiło, że setlista była wręcz wymarzona, że pod względem widowiskowości przebijał nawet chemicalsów. Ale jeny, co tam się działo umyka wszelkim słowom i sprawozdaniom. To było wręcz nierealne. Nawet nie wyrzuciłem tych brudnych i śmierdzących opasek tylko po to by mieć dowód na to, że to się wydarzyło naprawdę. Tych dwóch koncertów oczywiście nie sposób uczciwie porównać, oba trafiły mnie prosto w serce i wywróciły mój świat na lewą stronę. No, ale jednak MUSE... ehh... Jeśli tam byliście, jeśli czuliście to samo, to dajcie znać. Dziękuję MUSE! Dziękuję Chemical Brothers!
  11. fracul

    Fryderyk Chopin

    Ja od siebie polecę jeszcze jazzowe wariacje na temat Chopina w wykonaniu naszego szalonego Leszka Możdżera. Niesamowita sprawa. A polecasz znaleźć na youtube oczywiście najwspanialszy fragment z soundtracku do doskonałego Bioshocka pozdrawiam serdecznie.
  12. Już dawno przekreśliłem młodą muzykę gitarową, wszystko zaczęło brzmieć tak samo, zespoły zaczęły plagiatować same siebie i naprawdę trzeba się było (i jest tak dalej) napocić i naczekać, żeby natrafić na coś, w taki czy inny sposób, świeżego. Dwa lata temu chłopaki z Vampire Weekend wskoczyli swoją debiutancką płytą na scenę muzyczną i już pierwszymi taktami "Cape Cod Kwassa Kwassa" porwali me serce zanim zdążyłem powiedzieć "łał". Co mnie w nich tak zachwyciło? W pierwszej linii - energia. I, uwaga, OPTYMIZM. Ich utwory są tak szczerze pozytywne, że oba rzędy zębów same się do świata wyrywają. W sensie uśmiechu. Skąd oni tą radość biorą - nie mam zielonego pojęcia, w czasie słuchania pierwszego albumu czasami mnie nachodziło wrażenie że ta płyta nie jest prawdziwa. Że to musi być żart, bo przecież nikt nie może być TAK wesoły. Idźmy dalej - teksty naprawdę niegłupie, choć często zakręcone. Tu też powiew świeżości - żadnego modnego silenia się na sztuczną głębię, słowa szczere jak sama muzyka. Właśnie muzyka, w końcu to najważniejsza część całej tej hecy. Instrumentalnie zespół wypada zna-ko-mi-cie. Naprawdę nie mogę wyjść ze zdziwienia, że jeszcze można stworzyć tak oryginalne utwory. Prawie każdy ich kawałek jest tak charakterystyczny, że trudno go pomylić z jakimkolwiek innym. W tym roku wydali drugi album, i bałem się go jak jasna cholera, byłem przekonany, że po pierwszej płycie wszystko skopią, zaprowadzą się sami w ślepą uliczkę i będą odtąd grali na jedno kopyto. Po zakupie i przesłuchaniu krążka "Contra", byłem tak szczęśliwy, że aż oblałem kolokwium. Nie stracili energii, nie stracili optymizmu, ani swojego stylu, a mimo to nagrali coś co nie jest zrzyną z pierwszej płyty (dosłuchałem się tylko jednego większego podobieństwa, ale jest to jedynie krótki fragmencik nie wpływający na moją ostateczną ocenę) i w dodatku dostarcza tony frajdy. Krótkie podsumowanko - granie oryginalne i dowcipne, zarówno od strony muzycznej jak i lirycznej. Cud, miód i malinowa herbatka (nie przepadam za orzeszkami). Okej, nie oszukuję się - wielu się ta muzyka podobać nie będzie. Ale jeśli jeszcze ich nie znacie, choć trochę Was zainteresowałem, oraz nie gardzicie muzyką bez urywających jaja riffów i tekstów o krwi, szatanie i poganach, dajcie Vampire Weekend szansę - może akurat będzie to coś dla Was. Mam szczerą nadzieję, że tak właśnie będzie, bo im więcej zainteresowanych, tym większe szanse, że może jakimś cudem wpadną do nas na koncercik w przyszłym roku P.S. Mają naprawdę świetne teledyski! Vampire Weekend i "Cousins"
  13. Przyznaję bijąc się piąchami po klacie - nie chce mi się dzisiaj pisać. To tak dla niepoznaki zarzucę zasłyszanym wczoraj w radiowej trójce, świetnym coverem kraftwerkowego "Tour de France" w wykonaniu berlińskiego zespołu Stereo Total. Enjoy. http://www.youtube.com/watch?v=yV1K7TKHD-0&feature=related
  14. Podpisuję się pod przedmówcami wszystkim czym tylko pisać mogę. Nie wiem czy to robiłeś, ale warto przejść wszystkie poboczne misje (mimo, że są nieco liniowe) w ME1 dla przyjemności oglądania skutków naszych działań w ME2. A to jednak troszku zajmuje. Ja jeszcze miałem w platynowej edycji dodatek "Bring down the sky" dodający naprawdę fajną misję - polecam. Poza tym, mimo całej miłości do ME1, moim zdaniem ME2 zjada poprzednika na surowo. Pozdrawiam i życzę przyjemnych chwil z kontynuacją
  15. fracul

    Wyluzuj się!

    Aj aj aj i jeszcze coś na zluzowanie i bardziej pasującego stylistycznie do tego co sam Qbuś przytoczył, nie wiem jak mogłem o tym w ogóle nie pomyśleć - nowy album Bonobo pt. "Black sands" - niesamowite przecudeńko. Cały krążek aż ocieka relaksem. Jak źle by to nie zabrzmiało. http://www.youtube.com/watch?v=M2RjWZhNk0c
  16. fracul

    Wyluzuj się!

    Muzyka na zluzowanie? Coltrane! Z Ellingtonem I bez Wspaniałości. Ja przy Damienie się zrelaksować za bardzo nie potrafię bo zawsze mnie w jakąś takąś smutną, acz piękną melancholię wprowadza; album "O" po jednym przesłuchaniu sprawia że mam dzień i humor z głowy Pozdrawiam!
  17. Mimo, że możliwość świadomego dojścia do tego wniosku miałem dopiero w czasie gdy już minęły - latka 90-te wniosły dorodny kosz dobroci do wspaniałej krainy muzyki. Z tej oto okazji chciałbym na łamach tegoż bloga rozpocząć serial, który będzie prezentował moje ulubione muzyczne wydarzenia lat 90-tych, czasami będą to całe albumy, czasami, jak w tym przypadku, pojedyncze utwory. Kilka szybkich spraw dotyczących owej serii wpisów: 1. Wybór będzie całkowicie subiektywny, więc ostrzegam, że pewnie znajdzie się tu wiele muzyki, której Wy byście nie uwzględnili w takim zestawieniu. 2. Nie będę się trzymał żadnej chronologii - może być tak, że dzisiaj napisze o płycie z 1991 roku, a jutro o piosence z ostatnich dni 1999, zależy od nastroju. 3. Kolejność prezentowanych tytułów/wykonawców będzie zupełnie przypadkowa. 4. Słucham tego co mi się podoba, dlatego możecie się spodziewać muzyki zarówno różnej jak i dziwnej, nudnej i energicznej, gitarowej i elektronicznej, znanej i troszkę mniej popularnej itd. 5. Jeśli to nie będzie niewypał, to może wezmę też kiedyś na celownik inną dekadę. 6. Napiszę to tylko raz. Nie będzie Nirvany. Bo nie. Bo nie lubię. I kropka. 7. Serdecznie zapraszam do komentowania Tyle marudzenia, mam nadzieję, że mimo wszystko, będziemy się z tym tematem dobrze bawić No to zaczynamy... Babylon Zoo - Spaceman Na początek utwór, który wraz ze swoją historią, stanowi chyba pewnego rodzaju esencję lat 90-tych, a przynajmniej drugiej ich połowy. "Spaceman" - kawałek napisany przez młodego, "wczutego" muzyka Jasa Manna z zespołu Babylon Zoo, pewnie przeszedłby po muzycznym świecie bez większego echa, gdyby nie mały, i jak się potem okazało, genialny zabieg dokonany na nim przez Arthura Bakera. Baker zremiksował (i tak oryginalnie dobrą) piosenkę Babylon Zoo w sposób który może wydawać się nieznaczny, a jednak narobił sporo zamieszania - przyspieszył sam początek i sam koniec utworu. Brzmiało to (zwłaszcza wokal), no po prostu - kosmicznie, jak nic innego co powstało do tej pory. Tak zmieniony utwór został zamieszczony w reklamie dżinsów Levi's, co błyskawicznie i znacznie wpłynęło na jego popularność - singiel Babylon Zoo wylądował na pierwszym miejscu list przebojów w Wielkiej Brytanii na czas 5 tygodni i w tym okresie sprzedano 893,000 (słownie: osiemset dziewięćdziesiąt trzy tysiące) jego kopii. Tak między nami, to cały album z którego pochodzi ten utwór ("The Boy with the X-Ray Eyes") nie jest niestety niczym specjalnym. Ot, takie typowe, brytyjskie, nieco shoegaze'owe granie lat dziewięćdziesiątych. Ale samego "Spacemana" warto znać bo to nielichy kawałek historii pop-kultury. I przy okazji nielichy kawałek dobrej muzyki. Powyżej jest wspomniana wcześniej, zremiksowana wersja utworu, prosto ze szczytów list przebojów. Ciekawych oryginału odsyłam tu o: http://www.youtube.com/watch?v=JBV-FH2_SXc. Pozdrawiam!
  18. RamzesXIII - DeLorean, no oczywiście, wyobraź sobie, że całkowicie zapomniałem o istnieniu tego wozu, dzięki za wyratowanie mnie z przekleństwa dziurawej pamięci Qbuś - co do ciętej riposty to podpisuję się oboma rękoma z rubasznym uśmiechem na twarzy. Osobiście posiadam ten nieszczęsny kawałek plastiku zwany prawem jazdy od dwóch lat. I biorąc pod uwagę astronomiczne ilości paniki zmiksowanej z przerażeniem, których się najadłem dążąc do jego zdobycia, cały czas nie jestem w 100% przekonany czy było warto
  19. No, widzę panie Qbusiu, że dzielimy mniej więcej takie samo podejście do tworów motoryzacji - bez przesadnej ekscytacji, jednak na widok niektórych automobili serce jakby drżeć zaczyna Twoje samochodowe zestawienie też trafia niemal identycznie w moje gusta, aczkolwiek pozwolę sobie uzupełnić dwa braki (wynikające jedynie z mojego mniemania [mniemania, słowa są takie fajne] oczywiście): 1959 Cadillac Miller-Meteor zwany w tym przypadku Ecto-1 - czyli wóz dzielnych pogromców duchów z Nowego Jorku oraz nieśmiertelny Dodge Challenger (rocznik 1970) prosto ze znakomitego "Znikającego punktu" wraz z legendarnym Kowalskim za kierownicą. Świetny wpis (jak zwykle), pozdrawiam!
  20. Po tym, że nazywa się Mass Effect 2. (SPOILER & HOPELESS FANBOY ALERT) Moi drodzy, tekst który znajduje się pod tymi słowami, będzie tak nieznośnie ociekał ślepym uwielbieniem pod adresem wyżej wspomnianej gry, że lojalnie ostrzegam wszystkich spragnionych konstruktywnej krytyki lub podobnych, wymyślnych technik oceniania, oraz gorąco zachęcam by czym prędzej uciekali nie oglądając się za siebie - podziękujecie mi przy okazji. Nie będzie to zatem rzetelna recenzja, po prostu krótki, niechlujny i strasznie chaotyczny tekst o tym, że uważam Mass Effect 2 za dzieło doskonałe. I oczywiście to jest jedynie moje prywatne zdanie na temat tej gry, absolutnie nikogo do niego nie zmuszam. Jakieś pół roku temu kupiłem sobie Mass Effect w platynowej edycji. Zazwyczaj kupuję właśnie reedycje, nie stać mnie na ciepłe jeszcze tytuły prosto z pieca, a krzywda żadna mi się nie dzieje kiedy poczekam nieco dłużej na grę która mnie interesuje. Jako, że w miejscu w którym mam przyjemność studiować, nie miałem dostępu do sprzętu który umożliwiłby mi ratowanie wszechświata w przerwach pomiędzy wykładami, gdy wreszcie nadszedł czas wielkanocnej przerwy, jakże mi się buła cieszyła na myśl, że w końcu będę mógł położyć swe łapska na ME. Zatem udzielający się świątecznie człowiek rodziny za dnia, komandor Shepard nocą. Okej, to nie zabrzmiało dobrze... Ale wracając - którejś nocy (czy raczej już bardzo wczesnym rankiem), kiedy mój Shepard wraz z wierną załogą i statkami Przymierza wreszcie pokonali Suwerena, rada Cytadeli szczęśliwie ocalała (ba, nawet przyjęła do swojego małego, elitarnego klubu kapitana Andersona) i nareszcie galaktyka mogła, choć na chwilę odetchnąć, mój szanowny acz kapryśny mózg zmajstrował dwa stanowcze polecenia dla swojego użytkownika. Pierwsza była oczywista. "Leź wreszcie spać bo uszami wypłynę". Druga, jak dla mnie, również. "Od wielu lat bezceremonialnie degenerujesz mnie tymi durnymi wirtualnymi śmieciami, dlatego wierz mi na słowo bo wiem co mówię: nigdy w życiu nie grałeś w nic choćby w połowie tak za****tego. Zatem czym prędzej kupujesz ME 2. Edycję kolekcjonerską. Bo uszami wypłynę". I tak też zrobiłem. Bez wahania. I wcale nie potrzebowałem gróźb do motywacji. Oczywiście historia ze sprzętem do grania w miejscu studiowania (hehe) się powtórzyła, i do tego jeszcze doszła cała ta heca z sesją, zatem na to by mój kontakt z świeżo zakupionym ME2 nie był wciąż ograniczony do gapienia się na pięknie błyszczące w porannym słońcu, metalowe pudełko i powstrzymywania się od ślinotoku, musiałem poczekać tym razem na wakacje (a raczej na ich namiastkę jak się okazało ehh...). Co nareszcie sprowadza naszą nieskładną historyjkę do chwili sprzed półtorej tygodnia, kiedy to siedząc tu gdzie siedzę teraz, ściskając w łapce szklanicę pełną wody z cytryną, patrzyłem z rosnącą ekscytacją na pasek postępu instalacji. Okej, w końcu gra na dysku, pomajstrowałem w plikach zgodnie z instrukcją Allora by nie pozwolić na pozbawienie mnie przyjemności płynącej ze słuchania zna-ko-mi-tych aktorów wcielających się w bohaterów ME2, przygotowałem save'a z pierwszej części, kliknąłem nareszcie w "play" iii... Jako że odrobinkę czytałem o ME2 wcześniej, wiedziałem, że cała impreza ma się zacząć od czegoś wielkiego. Ale tak potężny atak na Normandię? XO Pressly ginie? KOMANDOR SHEPARD GINIE? Niech mnie kroganin z byka strzeli jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że twórcy scenariusza każdego ranka przed pójściem do pracy recytowali z namaszczeniem najbardziej wyświechtany cytat z hitchcocka, tak, ten o trzęsieniu ziemi. I chwała im za to po wieków krańce! Fabuła wraz ze wszystkimi swoimi wątkami rzuciła mnie na kolana, zdzieliła po mózgu i kazała wielbić swoich twórców od wschodu do zachodu słońca. Kontynuacja przygód Sheparda jest tak zajmująca, tak dopieszczona, że bez mrugania powiekami, stawiam ją w czołówce moich najbardziej ulubionych historii, i nie mam tu wcale na myśli jedynie tych "growych" historyj. Scenarzyści odwalili tak kosmicznie odlotowy kawał roboty, że nie raz zastanawiałem się czy aby na pewno naprawdę gram w takie cudo, czy może mama dosypała mi czegoś do wieczornego kakaa. Motyw ze zbieraniem zabójczego oddziału do misji niewykonalnej porwał mnie w oka mgnieniu. Uważam też, że bardzo sprawnie ekipa Bioware poradziła sobie z wprowadzeniem nowego wroga (na smyczy starego), a jeśli chodzi o genezę Zbieraczy o których tu mowa - opad szczęki i mózg uszami wypływa. MI-STRZO-STWO. Szalenie też mi się podoba to jak postać tajemniczego władcy marionetek - Illusive Mana, została nam podsunięta jako jedyne wyjście z zaistniałej sytuacji. Mimo tego że nie wiemy o nim praktycznie nic co można by wziąć za pewnik, musimy z nim współpracować, ponieważ tylko on daje nam możliwość zrobienia czegokolwiek w związku z nadchodzącym niebezpieczeńśtwem. Ale czego ten fałszywy skurczybyk tak naprawdę chce? Nie ma wątpliwość, że te niezwykłe oczy kryją za sobą coś mrocznego i złowieszczego, ale cóż to może być na pierwszą normandię? Zbliżywszy się do końca misji samobójczej, jeśli ktokolwiek zaczynał wierzyć w jako taką moralność IM, to owo złudzenie (iluzja, hehe) pryska jak bańka mydlana, gdy prosi nas o zachowanie w stanie używalności technologii Żniwiwarzy, technologii do której działania potrzebne były rozpuszczone ciała setek tysięcy niewinnych ludzi. Poza tym skąd pewność, że to nie on dał cynk Zbieraczom dwa lata wcześniej, że to nie przez niego statek Sheparda został zniszczony, po to by stworzyć perfekcyjne warunki do próby zmanipulowania naszego wspaniałego (bądzie nie) bohatera? Illusive Man to genialnie zaprojektowana stworzona postać, stworzona i przedstawiona nam w taki sposób, że w zasadzie nie mamy pojęcia czego można się po nim spodziewać, więc równie dobrze możemy spodziewać się po nim wszystkiego. Na przykład tego że może być Shadow Broker'em, albo jak kto woli, Handlarzem Cieni. Ale już odrzuciłem to podejrzenie, chyba jest nieco zbyt oczywisty żeby faktycznie nim być. Poza tym, nie chcę już się zastanawiać nad tymi wszystkimi znakami zapytania posadzonymi w fabule, bo absolutnie nie chcę sobie psuć frajdy odkrywania tych odpowiedzi w ME3 (oby nadszedł jak najszybciej i w wielkiej chwale!). No i uwaga uwaga, Illusive Man otwiera nowy wątek - postaci. W tym momencie wstaję, klata do przodu, i biję gorące brawa aż mi chwytaki odpadną. Owacje na stojąco należą się i scenarzystom którzy tworząc historie, osobowości (i FENOMENALNE dialogi), znów wznieśli się na ogromne wyżyny, i aktorom podkładającym pod Mass-Effectowe postaci głosy (oczywiście grafikom odpowiedzialnym za ich wygląd również, taka samo jak Jack'owi Wall'owi za stworzenie utworów które świetnie każdą z ważniejszych postaci ilustrują muzycznie). Bowiem voice-acting w ME2, jego jakość, profesjonalizm i ogólna zajefajność, przechodzi ludzkie pojęcie. Od Martina Sheena (który jakimś cudem sprawia, że z czasem jesteśmy w stanie poddać w wątpliwość fakt iż Illusive Man'owi za żadne skarby nie powinniśmy ufać) po tych mniej, lub wcale, znanych aktorów - wszyscy spisują się tak znakomicie, że w każdą postać z jaką mamy w ME2 do czynienia, można uwierzyć od chwili zamienienia z nią słowa. W zasadzie to radzą sobie ze scenariuszem i dialogami tak sprawnie, że dzięki nim wierzymy w całą historię i cały przedstawiony świat w ogóle. Oni + tak doskonały scenariusz... po prostu brak mi słów, wiem, że zaraz zacznę się powtarzać, a wolałbym tego uniknąć więc po prostu strzelę kilkoma przykładami. Salarianin Mordin Solus, nadpobudliwy, szalony naukowiec, mówiący wszystko na jednym wdechu i pomijając niepotrzebne słowa by nie tracić czasu, śpiewający "nieco" zmodyfikowaną wersję, jednego z najsłynniejszych fragmentów oper ze stajni Gilberta i Sullivana - ta scena zaserwowała mi tak potężny zgon przepony, że pięć minut dochodziłem do siebie. Nawet w moich najbardziej porąbanych snach, tych tuż przed przebudzeniem kiedy umysł w słabnących już objęciach morfeusza jest na największym, sennym haju, nie przyszłoby mi do głowy coś takiego. Świetne są też rozmowy na temat jego pracy nad "ulepszeniem" genofagium, jego odczucia na temat tej pracy, są one niesamowicie zagrane. Najbardziej z tych rozmów utkwił mi w pamięci jeden fragment: ?Have killed many, Shepard. Many methods. Gunfire, knives, drugs, tech attacks, once with farming equipment. But not with medicine.? Kiedy już się zyskało jego lojalność warto było zagadywać od czasu do czasu, bo śmiechu przy jego tekstach jest na pęczki, czy to kiedy wykręca się od rozmowy jakimiś wymyślnymi badaniami, czy kiedy komentuje zaobserwowane przez niego awanse które czynimy względem którejś naszych towarzyszek. Udało się więc scenarzystom i aktorowi Michaelowi Beattie ze znakomitym skutkiem stworzyć zapadającą w pamięć postać, już powyższe moje marudzenie tego dowodzi. Jednak jest coś jeszcze, co całkowicie i ostatecznie to potwierdza. Pamiętacie w pierwszym ME salariańskiego kapitana Kirrahe wzniośle przemawiającego przed szturmem jego oddziału na laboratorium na planecie Virmir? "We will hold the line" i tak dalej? Mordin w trakcie jednej z rozmów wspominał o kapitanie i tych przemowach. Kiedy w połowie misji samobójczej, przekazałem mu dowodzenie nad drugą grupą dywersyjną, zginął. W chwili śmierci powiedział: "Tell them? I held the line?". Tak mi serce ścisnęło z żalu, że nieomal dostałem palpitacji. Po raz kolejny - owacje na stojąco dla twórców tego cuda. Stacja Omega, klub Afterlife, Aria T'Loak, pierwsza rozmowa. Kilka zdań, kilkadziesiąt słów (w tym jedno brzydkie) i dobra animacja/gestykulacja postaci. Klimat towarzyszący Arii (jak i całej stacji zresztą) uchwycony bezbłędnie, brawa dla Trinity! Carrie-Ann Moss znaczy. Hehe, "związek" Jokera i EDI. Między pilotem a sztuczną inteligencją nowej Normandii od razu rodzi się hmmm uczucie. Świetne, pełne docinków dialogi, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Jednak dla mnie najbardziej niesamowitym momentem związanym z nimi jest atak Zbieraczy na Normandię (tak w ogóle to ogromne, ogromne brawa za ten wstrząsający fragment) kiedy najbardziej doborowa część załogi odleciała promem na jakąś tajemniczą misję. Joker w żeby uratować statek musi przedostać się do maszynowni EDI jest jego przewodnikiem. Cały czas wiemy że jest sztuczną inteligencją, wiadomo, ale gdy uspokaja naszego pilota w jej głosie słychać cień szczerej troski, zazwyczaj monotonny ton jej "głosu" nabiera lekkiej głębi, uczuć, EDI zwraca się do Jokera po imieniu, ba, nawet próbuje nieco rozluźnić tragiczną atmosferę takim żartem (naprawdę), że głowa mała. Brawa, brawa i jeszcze raz, kurde, brawa! Nie będę męczył większej ilości przykładów, lecz nie dlatego, że to miałyby być wszystkie moje ulubione postaci/sytuacje, oooj nie, nie, po tysiąckroć nie. Z ME 2 jest taka heca że trudno tu wskazać kilka wybranych "naj-" elementów. O ile w przypadku pierwszego ME bez problemu mogłem wskazać Wrexa jako mojego ulubionego bohatera gry (mimo że wszyscy byli naprawdę cacy), to z kontynuacją po prostu nie jestem w stanie tego zrobić. Każda postać, którą możemy w grze dołączyć do oddziału, jest stworzona wręcz obłędnie bezbłędnie. Każda, no po prostu każda. Historia każdej z nich, nawet jeśli czasami delikatnie zakrawa o banał, twórcy tych historii zamieniają ten banał w coś nowego. Bardzo pozytywnie jestem nastawiony do wątku miłosnego, a przynajmniej do tego który ja miałem przyjemność ukończyć, bo póki co grałem tylko raz (ale jestem pewien że pozostałe zostały zmajstrowane z równą sprawnością i z dobrym smakiem). Co tu dużo gadać, gdy tylko słuchawki wpompowały mi w uszy kilka pierwszych zdań wypowiedzianych przez pannę Lawson tym urzekającym głosem Ivonne Strahovski, smakowicie doprawionym australijskim akcentem, mój Shepard już z marszu należał tylko do niej oraz był gotów pójść za nią i w paszczę miażdżypaszczy (chociaż jakby się tak zastanowić to zrobił to potem na Tuchance dla Grunta, hmm...). I wiem, że za to co teraz napiszę najprawdopodobniej część z Was ruszy na mnie z cegłami ukarać za bluźnierstwo, ale jak dla mnie pod względem głosu, a zresztą i każdym innym, Miranda bije na głowę Bastillę, która na moim prywatnym podium trzymała się dobrych 5 lat. To moje zdanie i będę go bronić! <uchyla się przed cegłą czerwoną jak dojrzały pomidorek> Czasami nawet aż mnie korci żeby włączyć ME2 tylko po to żeby posłuchać Mirandy, ahh... Okej, halo, pobudka, wracamy na ziemię. Tak, o czym to ja chciałem teraz... ahh tak, teraz o wyborach z części pierwszej i ich wpływie na drugą. Załatwione to zostało tak jak wszystko inne - koncertowo. Niewypowiadalnie (hehe) fajnie było zobaczyć że to co zrobiłem w tej galaktyce przed dwoma laty miało na nią jakiś wpływ. I to zarówno w przypadku "dużych" decyzji, jak i tych "małych". Krótka rozmowa z wysłanniczką ocalonej przeze mnie królowej Raknii, pogawędka z Gianną Parasini której pomogłem w jej misji pod przykrywką na Noverii, czy też moja ulubiona scena z tej serii - Wrex przerywający debatę z jednym z porywczych Krogan by radośnie (!) przywitać swojego ludzkiego (!) przyjaciela. Uczucie, że to dzięki mnie ten świat wygląda właśnie w taki sposób, jest niepowtarzalne. Zbliżając się (powoli) do końca, jeszcze kilka kwestii bardziej hmm technicznych i dotyczących samej rozgrywki. Cudownie wręcz skrócono czas i częstotliwość wyskakiwania ekranu ładowania, które żądnego dalszej fabuły i akcji mnie, doprowadzało w przypadku ME1 do pierwszych faz białej furii. Pozbyto się tych cholernych wind które jeździły pół godziny (bardzo lubiłem w nich dialogi pomiędzy członkami mojego oddziału, ale jazd windą było więcej niż owych pogdauch w nich występujących więc nie było wątpliwości - windy musiały odejść). Baaaardzo przypadły mi do gustu te wszystkie uproszczenia które wprowadzono, przede wszystkim w rozwoju postaci. Usunięto różne umiejętności uznane zapewne za pierdoły i zmieniono nieco system przyznawania punktów umiejętności i sprawuje się to świetnie. Super, że zrezygnowano z uroku i zastraszania jako osobnych umiejętności, a po prostu wciśnięto je w podział Paragon i Renegade. W zasadzie jedyna zmiana do której musiałem się przyzwyczajać to wrzucenie aktywnej pauzy pod shift, a sprintu i ingerencji w świat pod spację. Łączenie mocy biotycznych jest bardzoBARDZObardzo klawe. W ogóle system taktycznej walki został doprowadzony tutaj do perfekcji, akcja która ma miejscena polu walki jest niebywała. A pozyskiwanie surowców elementarnych do prowadzenia badań, też zostało podane w ME2 w dość fajny sposób. No i oczywiście ta graaafiiiiika, MNIAM! I udźwiękowienie!! I fakt, że to cudo odpaliło na moim komputerze który już kilka pierwszych świeżości ma za sobą!!! Teraz soundtrack na szybki celownik. Hmm. Świetne surowo ambientowe klimaty z pierwszej części doprawiono solidną dawką symfonicznej pompy iii podoba mi się to niezmiernie. Utwory są rewelacyjnie skomponowane, bardzo sprawnie łączą wyżej wymienione muzyczne sfery i jak ulał pasują do gry. Na przykład wspomniane wcześniej tematy muzyczne konkretnych postaci, są niesamowicie wręcz do nich dobrane, zupełnie jakby Jack Wall i współpracownicy mieli narysować portrety głównych bohaterów za pomocą nut i pięciolinii. A utwór przewodni - "Suicide Mission", za przeproszeniem, urywa jaja. Jeszcze tylko garść literek o moim ulubionym elemencie rozgrywki, dialogach - a dokładniej o dodanej do nich możliwości przerywania ich w sposób szlachetny, bądź egoistyczny. Super-bombastyczny pomysł. Genialnie urozmaica i tak już świetne, dynamiczne dialogi, i choć po pierwszym ME taki wyczyn wydawał mi się niemożliwy, sprawia że są jeszcze bardziej atrakcyjne. W oryginalnym ME mój Shepard od początku do końca był czyściutki niczym łza, sto procent punktów Paragon, zero procent Renegade. Ale w ME2, no cóż... matulu kochana, jakież to rzeczy komandor Shepard wyprawia czasami jak się kliknie ten lewy przycisk myszy w trakcie rozmowy! Nic tylko klikać, wyrzucać najemnika przez szybę z wysokiej wieży i cieszyć się jak twarz długa i szeroka. Ufff... Podsumowując: seria Mass Effect to dla mnie szczyt marzeń dotyczących wirtualnej rozrywki. Pierwsza część była wspaniała, ale druga to po prostu ideał, który zmiażdżył swoją poprzedniczkę przewyższając ją praktycznie na każdym polu. Pozostaje mi życzyć sobie, i Wam, by zakończenie trylogii komandora Sheparda w takim samym stopniu zdeklasowało jej drugą część. Jeśli ktokolwiek wytrwał lekturę, to bardzo dziękuję i jeszcze raz przepraszam za ogólny chaos. Mam tylko małą prośbę: zamieściłem na górze ostrzeżenie przed spoilerami, zatem mam nadzieję że jeśli ktoś zechce w komentarzach przytoczyć własne, to prosiłbym bardzo by również przed nimi świat ostrzegł, bo jak już wspomniałem przeszedłem tą wspaniałość tylko raz, a chciałbym odkryć wszelkie wciąż czekające na mnie tajemnice na własną rękę pozdrawiam!
  21. fracul

    Opening

    Wielce dziękuję za zacne powitanie
  22. fracul

    Opening

    Nie do końca jestem pewien jak to się stało, ale po długiej szamotaninie z samym sobą, postanowiłem założyć tego nieszczęsnego bloga. Za co serdecznie wszystkich przepraszam Bez zbędnych, słownych upiększaczy: teksty będą niestety o wszystkim co mnie interesuje. Czyli blog jakich wiele: o muzyce, o książkach, komiksach, grach, o pogodzie itd itp tralalala. Z góry ostrzegam, że najpewniej będzie tu nudno, i o tych wszystkich bzdetach o których będę pisał, na pewno inni piszą lepiej, zatem nie chcąc robić nikomu nadziei na jakiegoś niesamowitego, magicznego bloga, który odmieni Wasze życia - serdecznie ostrzegam nie będę ukrywał, że przede wszystkim zakładam to internetowe ustrojstwo dla siebie - po prostu żeby pisać jeśli jednak jakoś tak śmiesznie wszechświat zarządzi, że ktoś znajdzie tu dla siebie coś ciekawego - ucieszy mnie to bardziej niż niezmiernie ok, tyle ględzenia na powitanie, mam tu jeszcze taki mały prezencik; kto tego cudeńka nie widział - polecam i radzę nie powtarzać mojego błędu, a mianowicie nie jeść ani nie pić niczego w trakcie oglądania. Zatem oficjalnie uważam pisajnię za otwartą! http://www.youtube.com/watch?v=LnydPYXVniM P.S. Ahh byłbym zapomniał - zdaję sobie sprawę, że interpunkcja nie jest moją mocną stroną, aczkolwiek wkraczam z tym stanem rzeczy na ścieżkę wojenną i postaram się go zmienić.
×
×
  • Utwórz nowe...