Skocz do zawartości

SpellCaster

Forumowicze
  • Zawartość

    391
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wszystko napisane przez SpellCaster

  1. No prosze, czyżby "ci inni" nie dali za wygranął? Lecz jak na razie, każdy mówi, że tak, wraca do sesji, ale nie widze waszych postów. To przypomina mi nową reklamę simplusa. Dużo słów, zero treści . Tak, o mój najmroczniejszy. To TEN plan <rozgląda się, czy nikt nie podsłuchuje>. I o TYM-PLANIE-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-WOLNO-WYMAWIAĆ rozmawialiśmy tak długo i...khem...namiętnie. P_aul >>> Nie pytamy o nieobecność wielce szacownego wujka P_aula, bo nie wypada zabijać legendy. Niech umrze w naszych sercach, jako wspomnienia o aktywnym graczu, a nie zdania w stylu "gdzie jest/co jest z P_aulem?!?!" A nawiasem mówiąc, wiem, że na sieci jest od cholery i więcej komiksów RPG. Ale ile z nich jest o Faerunie? (chyba żaden). A ile z nich ma fabułę? (chyba nieliczne). Heh, robię z igły widły, ale ja po prostu lubię MÓJ KOMIKS, KTÓREGO ADRES ZNAJDZIECIE POD TYM POSTEM [/auto reklama off]. No wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać. *** Wybaczcie drugiego posta pod rząd, jednak nie mam zamiaru czekać, aż ktoś znowu napisze, ze jednak będzie jeszcze uczestnicył w FS . Nasz boginii editingu i statsowania załatwi sprawę, użyje trochę tego swojego magicznego kleju i zespoli twa posty....proszę? Dziękuję. I tak was nie lubię A skoro już sobie wykupiłam miejscówkę w twoim poście(na okaziciela?), to od razu sobie trochę pokrzyczę: czytałam twój komiks, ale staraj się go raczej reklamować w dziale "Dyskusja po Sesji", tak jak tam proszę omawiać czyjeś sesje. No, już mi lepiej. Dziękuję -nzk Przechodząc do sedna, ja i Rev toczyliśmy tutaj, w dyskusjach, długą i ciężką batalię, obrzucaliśmy siebie bardzo obelżywymi słowami ("motyla noga") na temat walki ludzie vs. orki. W końcu ustaliliśmy, że orki złupili zamek, lecz uciekli, zdziesiątkowani. Więc pytam ja się, jaki jest sens, żeby następnego dnia znowu zatakowali, mając małą liczbę piechurów. Jaki jest sens atakowania wcześniej już złupionego miasta? Jaki jest sens zrobić sobie siedzibę z twierdzy o rozwalonych murach, rozbitej w pył bramie i podziurawionych basztach? Pytam ja się? Hem, Hawk? Offtopic: Heh, Holy, przejrzałem tę twoją sesję. Całkiem całkiem, klimat Fallouta jest wspaniały i zachowany, fajny pomysł z rozdzieleniem drużyny na "tych dobrych" i "tych złych" (skadś ja go jednak znam...hmm... ). Szkoda tylko, że karty postaci dostałeś na maila, a nie pisali na forum, przez to nie mogłem sobie ich przejrzeć. Tak czy inaczej, niech bogowie piasków pustkowia mają cię w opiece, mistrzu krypty .
  2. Posłałem nienawistne spojrzenie nekromancie. Podszedłem do lady, wyjąłem z sakiewki srebrnika, po namyśle dodałem drugiego. - Dobrze, lecz JA płacę i JA wymagam. Jeden pokój z trzema łóżkami. Jeśli masz zamiar wyciąć mi numer i uciec, zostawiając mnie samego pośród głuszy, to się grubo mylisz. Nie wiem, czemu miałbyś uciekać, ale strzeżonego...nieważne. Gospodarz spojrzał na trupa na moim ramieniu i już otwierał usta... - To cię nie obchodzi - rzekłem i dodałem jeszcze jednego srebrnika do tych już leżących na kontuarze. Barman zgarnął pieniądze do sakiewki, zapalił nową świecę i zaprowadził do pokoju. - Dobranoc, pchły na noc. Mam nadzieję, że będzie wam tu wygodnie. - Zamykając drzwi, mimowolnie ogarnął całe pomieszczenie spojrzeniem, najdłużej patrząc na Zena. Ułożyłem delikatnie towarzysza na jednym z łóżek i sam z roskoszą padłem na drógi siennik. Było twardo, ale czysto. - A więc...nie mam zamiaru zawsze nazywać cię nekromantą...rzeknij mi swe imię.
  3. Co za radość. Nie miałem pojęcia, że na tym świecie istnieją jacyś inni ludzie czy inne rasy znające Oko Yrrhedesa. Potwierdzam, ten system nieźle uczy zasad początkujących, to był właśnie mój pierwszy system. Sapek jednak, jak pisał we wstępie, chciał być oryginalny, wyodrębnić się mechaniką od innych systemów. W sumie, był oryginalny aż za bardzo ^^. W oku Yrrhadesa nie ma doświadczenia, mechanika jest bardzo łatwa do poznania, rzuty, jeśli mnie pamięc nie myli, opierają się na kilku statystykach, a nie jak w DeDekach, na setkach umiejętności. Jednak co jak co, ale mistrz Sapkowski piórem macha zawodowo, i pierwszy scenariusz napisany przez niego, tytułowe Oko, jest mistrzowskim lochem z bombowym zakończeniem. Najlepsza była moja drużyna, która wrzuciła na wpół martwego Fungiego (ktoś go pamięta? bo ja go NIGDY nie zapomnę) na pożarcie finałowemu "bossowi" mając nadzieję, że ten się naje i ich zostawi. Gdyby to był młotek, dostaliby ze k20 obłędu . Ach, te wspomnienia, aż się łza w oku kręci...T_^ Osobiście czekam teraz na zakupiony na Allegro Warmłotek 2.0 i doczekać się nie mogę. Poczta Polska kompletnie nawaliła, i dostarczyła pieniądze na konto po horrendalnie długim czasie. Tak czy inaczej, podobno przesyłka jest już w drodze, a ja tęsknie wypatruje listonosza. Nie mogę się już doczekać przekleństwa Tzeentha wybuchjącego BG prosto w twarz :twisted:
  4. No, wesoła dróżynko, wdrażamy nasz sekretny plan, tak długo przez nas omawiany. Nie ma co czekać, jesli chcemy, żeby coś się rozkręciło, trzeba wprowadzić jakiś klimacik. Rev, jak zamierzasz do nas wrócić? Zaraz będziesz miał na karku legion nieumarłych i kohortę summonitów ^^. Odeślą cię nam w kawałkach . A tradycyjnie, "ci trudzy" jak zwykle zamólają. Jeśli chcecie coś zrobić, to dołączcie do nas, a będziemy was ciągnąć za sobą .
  5. - Nic nie mam do stracenia. Nic. Zatem, prowadź. Do czego to doszło, przyjaciele mnie ścigają i próbują zabić, a wrogowie prowadzą i próbują pomóc. A przynajmniej jestem im chwilowo potrzebny. Lata spędzone w siodle odezwały się, pokazując kolorowy album starych zdjęć przedstawiających czarne plamy przed oczami. Krzyż bolał mnie, jakby zamiast niego był tam rozpalony pręt. Zen niemiłosiernie ciążył na ramieniu. Przez całą drogę bawiliśmy się w ciuciubabke z porzuconymi rannymi żołnierzami, dezerterami ukrywającymi się w lasach, zagubionymi w zgiełku potyczek. Omijaliśmy szerokim łukiem błyski ognisk, nasłuchiwaliśmy brzęku zbroi. Ani oni, ani my nie chcieliśmy się spotkać, jednak gdyby do spotkania doszło, walka była oczywistym wyjściem. A ja nie byłem w stanie wyjąć nawet miecza z pokrowca. Podróż trwała wieki. Czułem się jak pokutnik idący do samego nieba po przebaczenie. Po co ja to właściwie robie? Dla Zena, ponieważ był mi jak brat, którego nigdy nie miałem? Czy dla siebie? Kiedy go straciłem, poczułem sztylet pustki przeszywający me serce. Nieważne, dlaczego to robię, liczy się cel. Gdyby nie to, już dawno skończyłbym ze sobą. Sekundy zamieniały się w minuty, minuty w godziny. Szklisty pot wystąpił mi na czoło, suchość zawładneła gardłem. Zawroty głowy dotąd przychodące i odchodzące, nasiliły się. Niebo przecieła błyskawica, mimo, że na niebie nie było chmur. To pewnie jakiś stuknięty czarodziej bróbuje stworzyć nutke dramatyzmu gdzieś tam, hen daleko. Najpierw ją usłyszeliśmy. Skrzypienie starych desek, przeciągły gwizd wiatru błąkającego się wśród połamanych dachówek. Potem ją ujrzeliśmy. Wielka, wyglądająca na opuszczoną gospoda. Gospoda pośrodku lasu... Jakże łatwo byłoby teraz zemdleć. Stworzyłoby to napięcie, dramatyzm, dało chilę jakże upragnionej beztroski. Zamiast tego poprawiłem sobie Zena na ramieniu, cicho syknąłem z bólu. - Nie ufam temu miejscu, lepiej odejdźmy w pokoju. Jakże pragnąłem, aby nekromanta nie zgodził się ze mną i zarządził odpoczynek. W oddali zawył wilk. Zwierzęta zawsze miały wyczucie dramatyzmu.
  6. No, to stanąłem na tym przysłowiowym rozstaju dróg. Niech przeklęci będą poeci. Miałem wybór. Zostać z tym nekromantą, czy pobiec za tamtym. Chociaż, równie dobrze mógłbym się powiesić na gałęzi tego drzewa i dołączyć do Zena. Jakże to proste, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Lecz jak to mawiają, łatwe zwycięstwo nie daje satysfakcji. Przeklęci poeci. Nie podoba mi się ten mroczny elf. Biegnie na oślep za śmiercią, tęskni za pociechą w jej ramionach. A ja nie przywykłem do biegania za moim przeznaczeniem, skoro mogę jeszcze sobie trochę pożyć. Z drugiej strony, obecny tutaj drugi mag też nie jest najlepszy. O ile nekromanta może być lepszy niż najgorszy śmieć. Niech se biegnie. Śmierć i tak zawsze zaskakuje cię od tyłu, nawet jeśli za nią biegniesz. Nigdy nie lubiłem mrocznych elfów. - Więc na co czekamy nekromanto? Spieszno mi zobaczyć mego przyjaciela, jeszcze w jednym kawałku. W droge, gdziekolwiek to będzie i pocokolwiek, po składniki czy jeszcze jednego mrocznego świra. Bo ja nie mam zamiaru biegać za tamtym. Podniosłem zmasakrowane ciało Zena i przerzuciłem sobie przez plecy. Trzeba będzie kupić nową trumnę.
  7. A tak tak tak. Drobne niedopatrzenie spowodowane pośpiechem, oraz brakiem kontaktu wzrokowego z postem Gandalfa, za to uwidoczniony post Hawka, spowodowany powstaniem nowej strony w topicu. *Ogląda się, czy na pewno nikt nie zauważył, złowieszczo chichocze :twisted: * A co do postów na sesji, to chyba warto troszeczke przystopować i dać drugiej drużynie się wypowiedzieć. Może są oniesmieleni ilością pisanych przez nas postów :roll: . JUż widze, kiedy znowu połączymy nasze siły...my bedziemy was ciągnąć jak zapierające się osły .
  8. Hmm...chyba wszystkich dopadł syndrom Hawka. Coś nikomu nie chce się pisać, ale raczej to nie jest śmierć FS, a czekanie aż herbata wystygnie i wszyscy skapnął się, że forum już działa (jako tako ). Hmm...ktoś musi zacząć i krzyknąć "herbata już wystygła!" pisząc pierwszego posta na sesji...ummm...teraz, z tego co wiem, chyba kolej kraśka, długouchej, wielkogębego i wróżki zębuszki w męskim, mrocznym wydaniu. Offtopic: Holy, gratulacje, w końcu dorwałeś swojego wymarzonego avatara =D> . See ya Hawk, miło było. So long, krzyż na droge. *Upewnia się, że Hawk nie usłyszy* To co robimy z jego postacią > ? :twisted:
  9. Hmmm...to znowu ja. I znowu z problemem o wklejanie obrazków z kompa. Otóż...Interia zkomercjalizowała się :evil: i z tego co wiem trzeba teraz mieć płatne konto aby móc przeprowadzić taki zabieg. Czy przypadkiem nie znacie jakiejś innej ocji aby wrzucić coś własnego na internet?
  10. Splot niesprzyjających mi wydarzeń lub obszar dzikiej magi sprawiły, że jakimś cudem jeszcze nie zajrzałem to tego topicu. Lecz niewybaczalne błędy trzeba naprawiać. Czy zdradzisz nam tytuł tego systemu, o wspaniałomyślna? Hmm...przeciesz to jedno i to samo :twisted: (wiem, bo sam mistrzuje). Gratz! Życze wam dużo, dużo pociech! (w Ragnarok jest to możliwe [tak zwane "baby chars"]...a przynajmniej na oficjalnym serwerze). A jeśli chodzi o dyskusje o rzekomym powstaniu sesji D&D pod protektoratem Niziołki, naszej wspaniałej pani moderator (dzień bez wazeliny, to dzień stracony ), to czy znalazłoby się miejsce dla biednego Spella? Mam doświadczenie w tym systemie. Od dwóch lat mistrzuje w d20 (ostatni rok ubiegł nam pod znakiem Forgotten Realms). Niedawno przerzuciliśmy się na D&D w świecie Gwiezdnych Wojen (fantastyczna sprawa, ale mistrzuje mój kolega, który lepiej czuje się w tych klimatach [viva la fantazy!]). Mam kostki, komplet podręczników, w tym przewodnik turystyczny po Faerunie (dowartościowywanie się OFF). Czy (jeśli W OGÓLE powstałaby ta sesja, a znając Niziołke...) ze względu na te przymioty mógłbym zaklepać sobie ciepły zydelek w tawernie pełnej magii i szczękającego oręża, zwanego D&D, vel d20, vel DeDek, vel didi, vel di'en'di, vel Dungeons and Dragons, vel...
  11. Usiadłem w cieniu drzewa dając tym dwóm czas na wyjaśnienie sobie kilku rzeczy. Nekromantów jest coraz mniej, tropieni przez paladynów, nawet wieśniacy nie boją sie już donosić...a ci gotów zaraz skoczyć sobie do gardeł. Powieki były niemiłosiernie ciężkie. Po całym dniu i kawałku nocy jazdy z drobnymi przerwami drzemke i po ciężkiej walce byłem koszmarnie wyczerpany. Łupało mnie w kręgosłupie, stara rana na piersi znowu dała znać o sobie, przysyłając mi list z otchłani bólu. Gdzie te czasy, kiedy potrafiłem walczyć w bitwie noc i dzień, a konsekwencją była lekka tylko zadyszka? Ehh...dwie ciemne sylwetki na tle dogorywającej chaty przestały krzyczeć. - Jak ci się wydaje paladynie? Tak...pogubili się w faktach, zdążyli wykrzyczeć swoje racje, wyciągneli mnóstwo błędnych wniosków, na koniec zwrócili się do mnie, jakby co wine zwalą na mnie...typowe. - Jeśli ten ktoś chce nas zabić, to zrobi to prędzej czy później. Po co pchać mu się w paszcze? Miał przewage...zaskoczenie. Teraz jej nie ma. Wystarczy tu na niego poczekać, zorganizować pułapke. Chwila napiętego milczenia, każdy myśli nad rodzajem zastawionej pułapki. Wstałem z cichym jękiem i podszedłem do Zena. Biedaczyna, bez lewej dłoni, rozcięty prawie na pół, poszatkowany straszliwie. Ale jeśli ciało martwe da się wskrzesić, to równie dobrze da się je w pełni wyleczyć. Biedny Zen. Podniosłem ciało i przerzuciłem je przez plecy, odciętą dłoń wsadziłem do płaszcza. Trzeba bedzie znaleźć nową...mocniejszą trumne. Przerwałem rozmyślania: - Czas zapolować...czy któryś z was byłby w stanie wyczarować iluzje śladów prowadzących na południe?
  12. Darek >>> oto przykład jak zrobić coś z niczego, czyli jak z krótkiego zdania wycisnąć średniego posta ^__^. A poza tym chodziło mi o to, że jestem tu niemal od pocątku pierwszej Free Sesji. P.S. - Blah Blah Blah (sztucznie wydłużam posta xD)
  13. No wiesz co Paul, obraziłeś mnie. Jestem tutaj niemal od początku. Ja niedoświadczony? Przy grze wraz z takim wspaniałym graczu jak ty? (dzień bez wazeliny to dzień stracony ;P). Za pochwały dziękuje w imieniu całej mojej grupy ^^. A na koniec podsumowanie posta Paula...dobro nie zawsze zwycięża .
  14. - Bitwa się rozpoczeła... - Tak...wspaniały widok... - Ellor...dlaczego my tu jeszcze stoimy? - Racja, czas pozbawić kilka matek synów. - Nie mów tak. - Ale to prawda... - Nie takim sobie wyobrażałem życie paladyna. - To trzeba było zostać kapłanem do jasnej cholery. Chodź, musimy im pomóc. - Ty pierwszy przyjacielu, ja tuż za tobą. Tuż za mną. Widziałem go...widziałem masakrowanego Zena, walczącego z jednym z nowonarodzonych. Biegłem ile sił w nogach, a mimo to nie zdążyłem zapobiec tego ciosu, ciosu który pozbawił mego przyjaciela ręki. Fontanna krwi tylko wzmogła moją furię. Rzuciłem się na kompletnie zajętego walką z nekromantą nieumarłego całą masą ciała. Przeleciał kilka metrów i z głuchym łoskotem wylądował na ziemi, prędkość i moc uderzenia kazały powędrować mi za nim. Usiadłem na nim okrakiem. Uderzeniem tępego miecza z mocą odciołem ręke trzymającą miecz. Bez wachania zaczołem walić wspomagany rykiem głowicą miecza w jego głowę, na której nie pozostał ani jeden kawałek mięsa. Czaszka ustepowała z każdym ciosem, odłamki sypały się na wszystkie strony. Dziki posępny pisk którego nie mogła wydobyć żadna żywa istota wydobywał się raz za razem z nieumarłego. W końcu coś gruchneło. Uderzyłem z całej siły. Czaszka rosprysła się jak Szklana kula. Odłamki kości rozprysły się na wszystkie strony kaecząc mi przy okazji twarz. Ręka poleciała w moją stornę z szybkością kobry. Impet ciosu nieumarłego zrzucił mnie z niego. Widocznie nie miał jeszcze dość, mimo straty głowy. Do tej pory leżący wstał i szedł w moją stronę. Kątem oka ujrzałem biegnącego ku mnie następnego. Spojrzałem na tępą, na wpół stopioną klingę. Odrzuciłem ją za siebie. Uderzeniem pięści uzbrojonej w pancerną rękawice uderzyłem nowonarodzonego w klatkę piersiową krusząc kilka żeber. Następny cios miał być decydujący. Nieumarły przeciwnik był dostatecznie osłabiony. Uderzyłem jeszcze raz, w to samo miejsce. Uderzenie wstrząsneło szkieletem. Drżenie wychodziło z mojej pięści i rozchodziło się szybko. Szkielet rozpadł się z piskiem w stos kości. I wtedy przypomniałem sobie, że ku mnie biegł jeszcze jeden. Usłyszałem mlaśnięcie rozcinanego ciała. Odwróciłem się. Za mną stał Zen z mieczem wbitym ukośnie do połowy w ramię, niemal odcinając mu głowę. I wtedy naprawdę, naprawdę się wkurzyłem. Ryk szału godny orkijskiego wojownika uleciał z mych płóc prosto do nieba rozcinając noc. - Jesteś od stóp do głowy ochlapany krwią. - Ty wcale nie wyglądasz lepiej. - Trzeba bedzie to kiedyś powtórzyć... - ...Taa.
  15. Zależy od sytuacji. Ale w sesji jak w życiu. Nie to co w grach komputerowych. Nieograniczona interakcja ze wszystkim i wszystkimi ^^. Teraz to już wchodzimy w stereotypy. Czy zawsze musi być TEN ZŁY, który zawsze musi uciec? Który zawsze zregeneruje siły? I jest tak nieprzewidywalny, że staje się to przewidywalne? Jeśli ktoś lubi takie rzeczy, to szczerze polecam "Ostatniego Bochatera" Terry'ego Pratchetta (moim zdaniem jeden z najlepszych tomów Disworlda) ilustrowany wspaniałymi dziełami Paula Kidbiego. Było to prześmieszne w książce (ilekroć czytam fragment o bandzie Posępnego Harry'ego, to zaliczam DOSŁOWNEGO rotfla), ale na sesji...jestem na nie za tworzeniem "tego-jedynego-potężnego-wroga". A jeśli chodzi o te szkielety...to już tylko od nas zależy (od nas, a nie krasnali i elfów ;P) jak szybko je zabijemy (heh, bardzo spodobał mi się ten tekst w poście Reva o zabijaniu nieumarłych xD) i czy w ogóle to zrobimy. Rób co chcesz przyjacielu, wprowadzaj jakich tylko sobie chcesz wrogów, w końcu wszyscy są MG, ale ja za takim przeciwnkiem osobiście jestem na nie.
  16. Zaczeło się od szmeru. Przeszło przez dreżenie. Skończyło się tym, że wszystko co mogło, zaczeło pełzać. I bynajmniej nie po to, by mnie podrapać za obolałymi plecami. Ktoś animował wszystko co się dało w okolicy...w tym Zena. Zaczął się szarpać w trumnie. Była mocno zamknięta, nie wyjdzie. Okno wybiła jakaś ołowiana kula. Za nią wpadła następna. Ulatniał się z nich jakaś ciężka, zielono-żółta chmura...skąd ja to znam? Jakaś bitwa...pełna, jak zwykle, nieumarłych...ale ten gaz był wyjątkowy. Nie pamiętam, ale jedyne co wiem, to że zaraz się tu rozpuścimy. - Tam na górze...nie zawiedź mnie znowu... Kopniakami roztracałem wszystko, co chciało mnie ugryźć, ukąsić, chwycić lub po prostu zabić. Doszedłem do słaniającego się wciąż z bólu nekromanty i chwyciłem go w pasie. Drugi uciekł gdy tylko się wszystko zaczeło. Zostawiając nas...zapamiętam to. Medyk i hiena znikneli w jakimś podziemnym przejściu, z którego rozległy się krzyki bólu i rozpaczy...nie jest to zatem bezpieczna droga. Wszystko wokół śmierdziało odorem chemikaliów. Moja zbroja zaczynała się topić. Ciągle trzymając nekromantę z rozpędu wyskoczyłem przez okno. - No...udało nam się...dlaczego to zawsze ja mam cię ratować? To ty jesteś potężnym magiem. Trumna na moich plecach eksplodowała z ogromną mocą. Zbutwiałe od kwasu deski wzbiły się w powietrze. Impet odrzucił mnie do przodu. Obejrzałem się i zdołałem zobaczyć sylwetkę znikającą za rogiem chaty. Pobiegłem ignorując nekromante. - Zen do cholery, nie rób mi tego znowu! Nie odchodź! Psia krew. Za rogiem powłócząc nogami Zen dobiegł do swoich panów by stanąć w ich obronie. Byli nimi postawne szkielety odziane w lśniącą czarną zbroje. Kwas...szkielety...nieumarli...czarna zbroja. Już wiedziałem skąd to znam. I nie spodobało mi się to ani trochę. Naprzeciw nich stał Dougan. Krzyczeli. Jeśli rozpęta się walka...Zen zginie w obronie tych, których nienawidził. Wyjąłem tepy i stopiony na brzegach miecz i zaszarżowałem na mroczne sylwetki. Krzyknąłem. Furia zaślepiła mnie. A po chwili była tylko walka. I nic innego sie nie liczyło.
  17. Hej hej, nie podpowiadaj! Prosze mi tu nie spojlerować! A tak na poważnie to od razu się zreflektowałem...dlaczego? 1. Nie są goblinami. 2. Mają czarne, lśniące zbroje. 3. Animują umarłych. 4. Mówią teksty w stylu : "Pójdziez z nami", a mimo to nie są strażnikami miejskimi. 5. Nie są goblinami. 6. Rzucają melodramatyczne teksty, w stylu "zginiesz". 7. To gadające szkielety. 8. Jest ich czterech. 9. Nie są goblinami. Nie martw się, nie rozwalę ich pierdnięciem xD. Od początku, gdy się z wami sprzymierzyłem (ah, uwielbiam wasze posty. Co drugi zaczyna się w stylu "jak ja go nienawidze", albo "poczekaj, kiedy staniesz się bezużyteczny, wsadze ci nóż w plecy" ^^, kocham was! <3) oczekiwałem rozpaczliwej walki o przetrwanie. I (nawiasem) mówiąc dzięki, że ją wprowadziłeś. Moge się założyć, że to był okrzyk w stylu "MotyyyyYYYyyyla NoooOOOoogaaaAAAaaaarghhhhHHHhhh!!!". A co do medyka Kalafiora...wybaczcie, byłem w takim wesołym nastroju, że nie mogłem się powstrzymać xD.
  18. I potrafi dziergać na drutach, deklamować wiersze i podawać herbatę! xD A jeśli chodzi o wykład Revotura na temat animacji nieumarłych to podoba mi się o wiele bardziej od tezy Holy'ego. Zwłaszcza to porównanie do magnesu . Vysoki, nie miej do mnie żalu. Rozdrapałem rany, ponieważ mnie nie było przez jakiś czas, a mimo to chciałem wypowiedzieć się na temat, który jest dla sesji bardzo ważny, ponieważ buduje klimat, więc wypowiedziałem się nieco później. Jeśli cię uraziłem, przepraszam. Przecież wiesz, że nie miałem tego na celu. A przy najbliższej okazji (kiedy znowu nasze drużynki połączą siły) to postawie panu bardowi przednie, pieniste piwo. Zgoda?
  19. Rzuciłem hienie miedziaka, weszliśmy do chaty. Wnętrze wyglądało masakrycznie. Istne apogeum wszystkich pól bitew. Wiadra odciętych kończyn, na stołach rozprute ciała, na haki nabite głowy. A nad tym wszystkim unosił się mdły odór śmierci i powolnego rozkładu. Przyzwyczajony do tego na polach bitwy, mimowolnie skrzywiłem się. Nad tą całą ucztą dla śmierci stała chuda, niewysoka postać, odziana w niegdyś zapewne biały fartuch, obecnie tak zachlapany zakrzepłą krwią i fragmentami tkanek, że biel tylko w niektórych miejscach zdołała się przebić. - Dek?! Kto to? - krzykną przerażony lekarz, gdy tylko weszliśmy do jego chaty. - Niech się pan nie boi. To...hmm...przyjaciele. Wydaje mi się, że chcą od pana lekarskiej posługi. - Zaiste - odrzekłem. - Chcemy, by zaopiekował się pan naszym...hmm... przyjacielem, panie...? - Kalafior. Niech się pan tak nie krzywi. To nie moja wina, że moi rodzice byli stuknięci. Sam medyk wyglądał na takiego. Rozbiegane, nieufne oczy. Przygarbiony. I ta...miłość w spojrzeniu, kiedy jego wzrok padał na rozprute jak świnia ciało. - Po prostu prosze mówić mi Kal. Takie zdrobnienie. A pan się nazywa? - Ellor. A to mój przyjaciel, Dougan. Musi pan pomóc naszemu przyjacielowi, który leży na wozie...lub leżał. Z pomieszczenia obok wyszedł drugi nekromanta. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie znam nawet jego imienia...Dalej wyglądał na potwornie zmęczonego i strutego, lecz grymas niewyobrażalnego bólu skręcającego jego trzewia znikł z jego twarzy. Mimo to, nadal był blady jak trup. - Widze, że sam się obsłużyłeś magu.
  20. No, wróciłem. Nie napisałem o mojej nieobecności, bo forum padło Oo. Jeśli bedę zamulać, to wina tego, że spałem dzisiaj tylk 4 godziny (viva la harcerskie rajdy xD). No dobra dobra, przechodze do meritum, czyli...narzekań. Oj strasznie, strasznie opierasz się tu na grach komputerowych, czy co niektórych ksiażkach. Weźmy np. RTSy...taki zombiak. Zawsze jest jedną z najsłabszych jednostek. Mało życia, mała mobilność, jako takie obrażenia i wtórny analfabetzym czynią z nich jednostki bezużyteczne, dlatego są tanie, produkowane szybko i tanio (bo z recyclingu). Ale w prawdziym świecie nie ma tak dobrze. Człowiek zmarł. Dusza uleciała do nieba/piekła/Valhalli/pól elizejskich/tartaru czy gdziekolwiek chcecie, ciało stygnie. Żeby animować trupa trzeba wpoić w niego duszę zastępczą, gorszą niż oryginał. Dlaczego? Trup musi się poruszać, musi posiadać szczątki inteligencji (mówienie "yyyyyYyyy" i wykonywanie oraz rozumienie rozkazów) oraz jako tako walczyć. Do tego nie mam pojęcia dlaczego, od tak sobie, każdy zombias jest 4 razy silniejszy niż ciało w oryginalne. Niby dlaczego? Mięśnie się napompowują? Nie, nekromanta musi tchnąć w ciało siłę, a to także wymaga energi. Manipulacja armią zombiasów przez całe dnie zużywa astronomiczne sumy energi magicznej, bo sztuczna dusza żywi się magią nekromanty. Tak widze to ja, i niepodoba mi się wizerunek nekromanty pstrykającego palcami animując 50-ciu nieumarłych. Wow...potrafią jednocześnie dziergać na drutach, recytować wiersze i podawać herbatę? A poza tym, jak już mówiłem, animacja martwego i wskrzeszenie to dwie całkowicie różne rzeczy. No wiesz, krasnoludy raczej nienawidzą orków (z wielu powodów), więc logicznym by było, żeby krótką piosenką i rzempoleniem na gitarce zabijali ich całą armie. I wcale nie muszą być poteżni aby to uczynić. Wystarczy zwykły górnik, szary zjadacz chleba, który w pojedynke zmiecie z powierzchni ziemi szwadron zielonych, zasapie się, po czym rzeknie zadowolonym tonem "gotowe". Osobiście lubię twoje "skrytobójcze" akcje Vysoki. Rozumiem także, że dla bardów pieśń jest alegorią inkantacji, a gra na instrumencie gestami oraz także inwokacją. Rozumiem triki, zwodnicze iluzje, jakieś czary defensywne, może kilka ofensywnych, ale zabicie całego miasta pełnego ghuli nie rozumiem.
  21. Tak trzymać panowie nekromańci, tak trzymać! Przebijemy tych świętoszków w liczbie postów ^.^ A tak (nawiasem) mówiąc, dojechaliśmy do chatki medyka, a nie mej pustelni.
  22. Jechaliśmy cały dzień. Wymizrowany koń, najwyraźniej znudzony swą egzystencją, nie szalał, a dawał spokojnie siebie prowadzić. Hiena cmentarna - jak się dowiedziałem, o imieniu Dek - powoził całkiem wprawnie. Dojechać na miejsce mieliśmy w nocy. Szczerze mówiąc zwisało mi, czy w ogóle dojedziemy, co za dużo, to niezdrowo, wystarczył mi jeden nekromanta. -Cos ty sie taki mily zrobil. Zapominasz, ze rozmawiasz z bycmoze swoim najwiekszym wrogiem? Ale niech ci bedzie. Dougan Firehead z rasy mrocznych elfow, do uslug. - elf zdjął kaptur odsłaniając swoje oblicze, nawet nie brzydkie - Jak pewnie wiesz jestem nekromanta. Sluze w pokorze Jej Milosiernemu Majestatowi, wiecznie panujacej na niebosklonie. A ty komu sluzysz pala... Ellorze. Nie zachowujesz sie jak przystalo na paladyna. Nie obcy ci jest rowniez "kodeks" paladynow swiatła, lecz nie przestrzegasz jego tresci tak jak inni swieci mezowie. Co spowodowalo, ze odwrociles sie od swych braci? Milczałem przez chwile, bynajmniej nie zastanawiając się nad odpowiedzią. - Niech pozostanie tak, jak jest. Ja nie będę babrał się w twojej przeszłości, a ty w zamian - w mojej. W ten sposób obaj nie wywalimy brudów, o których myśleliśmy, że zostały zapomniane. I niech takie pozostaną....oby na zawsze. Wyjołem miecz z pochwy i położyłem obok siebie tak, żebym miał go pod ręką. Nie wiadomo, co może czaić się w tym lesie...lub w duszach mych towarzyszy. Kiedy księżyc górował na nieboskłonie, a gwiazdy jasno przyświecały drogę, byliśmy na miejscu. Chata była mała, niepozorna. I pachniała śmiercią.
  23. - Uspokój się "przyjacielu". Nie tak gwałtownie, bo do szybszej i bardziej bolesnej śmierci doprowadzisz. - powiedziałem spokojnie nekromancie sapiącego i ledwie mówiącego. - Połóż się spokojnie wśród, wszak nieobcych ci zapewne, trupów i odpocznij. A ty człecze prowadź do tego medyka, ale szybko. Jeśli się sprawisz nagrodzony zostaniesz. Oczy hieny cmentarnej rozbłysły. Trzepnął gałązką wierzbową konia i ruszyliśmy. Nic lepiej nie przekonuje do współpracy niż pieniądze. Szkoda, że niektórzy o tym nie wiedząc, gwałt z byle powodu czynią. - A my tym czasem utniemy sobie miłą pogawędkę. Nazywam się Ellor Rotbard. Chwilowo wystarczyło mi mówić na ciebie "nekromanto", ale skoro mamy dwóch nekromantów to nie będę tak was wołał, mylić się będzie. Więc przedstaw się staruszku. Ty się już nie odzywaj - zwracam się do leżacego z tyłu na trupach - dość się już dziś nagadałeś. Prześpij się. A my sobie utniemy miłą pogawędkę, czy tak, panie...?
  24. Następny nekromanta. Z obrzydzeniem spluwam na ziemie. Ostatnimi czasy mnożą się jak króliki. Dlaczego niby czarna magia jest taka pociągająca? Jest wiele innych, szlachetniejszych doktryn magii z tego co mi wiadomo. - Po... pierwsze... Nie jestem... przedmiotem... zostanę tam... gdzie zechcę... Po drugie... to nie jest... odpowiedni moment... na walkę... załatwicie to... między sobą... później... obecnie mamy... dużo ważniejsze... problemy... - Mylisz się, oj mylisz przyjacielu. Jesteś narzędziem w ręku innych, poteżniejszych od ciebie. Małą laleczką w ręku demonów, z którymi, jak podejrzewam, zawarłeś pakt. Wszyscy jesteśmy tylko czyimiś sługami, taki los. Chwilowo jednak ty jesteś moim narzędziem, i jesteś mi niezbędny. Teraz ja decyduje o twoim życiu, ono ode mnie zależy, bo tylko moje zioła w mojej pustelni są teraz w stanie wyleczyć cię z tej paskudnej trucizny, którą zaserwowali ci paladyni. Obejrzałem się przez swoje ramie. Czarny dym kłębiący się nad miastem zasłaniał wysokie warowne mury. Świtało już, tułanie się po lesie zajeło dużo czasu, zbyt dużo. Bitwa zapewne została skończona, albo każda ze stron czeka na posiłki. Mimo to nie warto ryzykować na natknięcie się na jakiś patrol. Obejrzałem od stóp do głów starucha. Ubrany w czarny i połatany płaszcz wyglądał biednie i mizernie. Ale to tylko zmyłka. Im starszy nekromanta tym bardziej doświadczony...im starszy nekromanta...tym więcej przywołań demonów przeżył...lub jest na tyle rozsądny aby ich nie przywoływać. Groźny to może się okazać przeciwnik. Chyba lepiej chwilowo zawrzeć z nim sojusz. Niech oni sobie miotają te swoje ogniste kule czy co tam lubią, ja bedę siedział w cieniu. Z drugiej strony podróż z dwoma magami jest bezpieczniejsza...wykonują za ciebie całą czarną robote. Chowam powoli miecz do pochwy. Klinga zgrzyta w kontakcie z innym metalem. - Dobrze więc...idziesz z nami. Nie próbuj mnie jednak wykiwać, bo cię znajdę i zrobie coś, czego raczej nie chciałbyś doświadczyć. A teraz śpieszmy się, bo zaraz bedziemy mielu tu dwa trópy do wskrzeszenia. Chwytam ledwo przytomnego nekromante i nie czekając na starucha wchodze między drzewa. Ciekawe, czy mające złą sławe hieny cmentarne dotarły i tutaj...oby. Mój boże, któremu niegdymś służył, jeśli jeszcze tam jesteś i nie brzydzisz się mną, rusz dupe jakiejś hieny i przyprowadź ją tu.
×
×
  • Utwórz nowe...