BlackMoon

Forumowicze
  • Zawartość

    719
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

2 obserwujących

O BlackMoon

  • Tytuł
    Elf

Sposób kontaktu

  • ICQ
    0

Informacje profilowe

  • Płeć
    nie powiem

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    Inne

Ostatnie wizyty

10799 wyświetleń profilu
  1. Mój Deviantart: OryginalName. 

  2. Portal stał otworem. Przy portalu stała Uciekinierka. Była wychudzona, blada, słaba. Wielkich sił musiało od niej wymagać wyciągnięcie ręki w stronę 3-D. Nic nie mówiła, ale mówiła. 3-D ją słyszała. Mówiła o końcu, o śmiertelności, o utracie boskości... o powrocie. Wszystko się wymaże. Powrócą na Ziemię. Ona i ojciec. I Artysta. -Czy to oferta? Pojawiła się Nowa. Mówiła o ignorowaniu tamtej, o zachowaniu boskości, o potędze... -Po cóż mi potrzebna boskość? - zwróciła się 3-D do Nowej. Ta zamarła. Rudzielec wstał z fotela. -Tęskniłam - zwróciła się do Uciekinierki i podała jej rękę. ... Otwierając oczy, zdała sobie sprawę, że siedzi w fotelu w swoim salonie. Na jej kolanach spało smocze pisklę. Artysta. Promienie słońca wpadły przez okno. Rudzielec uśmiechnął się. Wrócił do domu. Smok obudził się, wspiął się na ramię towarzyszki. Wstała i podeszła do okna. Niebo było czyste, ale gdzieś tam, w oddali, coś znikło. -Żegnajcie - szepnęła spokojnie 3-D.
  3. -To jest szopa? - zdziwiła się 3-D, jeszcze raz rozglądając się po pomieszczeniu. Istotnie, nie wyglądało ono na szopę. Jak wygląda przeciętna szopa? Rudzielec spróbował sobie przypomnieć. Szopa powinna znajdować się na wsi, najlepiej niedaleko domu gospodarza, wykonana winna być z drewna, a zawierać powinna rupiecie lub rzeczy rupieciopodobne. Ewentualnie siano. Raczej mało która szopa ma różową tapetę w kwiatki, kuchenkę i znajduje się pod ziemią. Widać, każdy ma własny gust. -Tak - odpowiedź była krótka, ale wystarczająca. Bogini jeszcze chwilę siedziała w fotelu, nie wiedząc, co zrobić. Zagaić rozmowę? Pogłaskać kota? Kot nawinął się pod rękę, więc spróbowała. Podniósł głowę, rzucił jej pogardliwe spojrzenie i odszedł. To mój kot, przemknęło Wzgardzonej przez głowę. Nie zdążyła się otrząsnąć, bowiem stara kobieta wcisnęła jej coś w ręce. Przypominało podrapany kubek, w którym pływała zielona substancja. Gdzieś w oddali zabrzmiał gong i krzyki. Nagle cała pewność siebie Salazara zniknęła. Rozejrzał się, spłoszony. -Idą po ciebie - podpowiedział Salvador. -Na twoim miejscu radziłbym się schować. Nie trzeba było tego powtarzać. Salazar wziął głęboki oddech i z całej siły uderzył w drzewo. Został po nim tylko śluz, nerwowo wspinający się na gałęzie. -Obrzydliwe - mruknął Sal. Usłyszał kroki za sobą. Powoli się odwrócił. -W imieniu Jej Książęcej Mości, zostajesz aresztowany! -Pij - rozkazała kobieta. 3-D spróbowała się sprzeciwić, ale Przeczucie ją powstrzymało. Przynajmniej wreszcie się zaczęło odzywać. Płyn był ohydny. Ohydny, to mało powiedziane. Sprawił, że rudy żołądek, znakomicie obeznany z najdziwniejszymi rzeczami, jakie musiał trawić, zaczął jęczeć i wykręcać się. Ręce się trzęsły, włosy podrygiwały nerwowo. Całe ciało poczuło niesamowitą ulgę, gdy kubek był wreszcie pusty. -Co to było? - zachrypiało dziewczę, oddając kubek. -Twoje lekarstwo - odparła krótko kobieta, wracając do kotła. Chwila zastanowienia. -Czy ja jestem chora? -Nie. Zapadło milczenie. -Przeszkadzam? -Nie. -To dobrze. Mam pytanie. -Już zadałaś. -Drugie pytanie. -Pytaj. -Szukam tak zwanej... Uciekinierki. -To szukaj. -Jak mam znaleźć? Nawet nie wiem, jak wygląda. W tymże momencie umysł podsunął obraz.
  4. W wyschniętej ziemi znajdowały się drzwi. -No proszę, odsłoniłeś tajemne przejście - 3-D zwróciła się zgryźliwie do łosia. Podeszła i pociągnęła za klamkę. Drzwi ustąpiły bez trudu. Ba, wręcz z entuzjazmem - wyleciały z zawiasów. -Później to naprawię - wyrzuciła drzwi i zajrzała do ukrytego w ziemi miejsca. Ujrzała ciemność. Pociągnęła nosem. Truskawki. Mnóstwo truskawek. I cebula. Wytężając słuch, słyszała śpiew. -No, chyba gospodarz się nie obrazi, jak wpadnę na niezapowiedzianą wizytę, czyż nie? Łoś był zajęty żuciem drzewa, więc nie odpowiedział. -Pilnuj. Jeśli zjawi się Azrael, wykop go. - po tych słowach wskoczyła do środka. Leciała jakiś czas. Wylądowała w bujanym fotelu. Pokój, do którego trafiła, był przytulny. Podłoga z dębowych desek, ściany w różową tapetę, kuchenka, wieszak. Koty. Białe, czarne, szare, rude. Półki pełne podejrzanych specyfików. Wielki kocioł. A przy kotle stara kobieta, odmierzająca składniki na małym stoliku. Spojrzała na 3-D, Trwał pojedynek. Uważne, gniewne purpurowe oczy Salvadora spoglądały w pozbawione tęczówek, wręcz rozbawione oczy Salazara. -Wygrałeś - Sal machnął ręką. -Skąd to wiesz? -Widać, że coś się z tobą dzieje. Przybyłeś tu ze smokiem. -spojrzał ponad ramieniem młodszego brata. -Nigdy nie lubiłeś smoków. Musisz mieć naprawdę ważny cel, skoro użyłeś takowego... złotego na dodatek... tak z ciekawości: skąd go wziąłeś? -Nie twoja sprawa. -Czyli ukradłeś. -Pożyczyłem. -Ha! Widzisz? Tyle lat minęło, odkąd ostatni raz się widzieliśmy, a nadal potrafię z łatwością zdobyć od ciebie interesujące mnie rzeczy. -A ja w każdej chwili mogę zapoznać cię ze swoim chowańcem. Chcesz tego? Salazar przełknął ślinę. -Dobra, dobra... już, jestem cicho. -Nie masz być. -Ach, racja. Wracając do twojej podróży... Wieści mówią, iż Mika Złotousta wróciła. Uznałem więc, że zapewne chcesz ją odszukać. Sądzę, iż dla niewielu osób byłbyś w stanie zdecydować się na podróż ze smokiem. -Tak. -No właśnie.
  5. Trochę się już oddaliła, gdy usłyszała ryk łosia. Wróciwszy, ujrzała, jak zwierzę zrzuca z głowy czarną figurkę. Figurka uderzyła o drzewo i z hukiem spadła na ziemię. 3-D podeszła ostrożnie, nie za blisko, ale na tyle blisko, by określić, kim jest figurka. -Znowu TY?! - ryknęła. Chwyciła najbliższe, powalone drzewo i rzuciła je na nekromantę. -Rusz się, byle z dala od niego - rzuciła do łosia i razem odeszli. Gdy byli już wystarczająco daleko, rudzielec pociągnął nosem. Poczuł wodę, więc poszli w tą stronę. Ujrzeli mały strumyczek. 3-D spróbowała wody. -Jest czysta, możesz wypić - oznajmiła łosiowi. Za późno zdała sobie sprawę, że to zły pomysł. Nim się zorientowała, woda znikła. Niczego po sobie nie okazała.
  6. Postać poruszyła się nerwowo w kokonie. Płyn zafalował w środku, na krótką chwilę ukazując postać dokładniej. Była dorosłym mężczyzną z ciemnozielonymi włosami i zielonymi płomieniami wokół oczu. Skórę miał białą jak kreda, jego strój wisiał w strzępach. Nagły ruch spowodował pęknięcie kokonu. Mężczyzna wyleciał z niego i z wrzaskiem wylądował w bagnie, razem z podejrzanym płynem, w którym wcześniej spoczywał. -Zajęli ci lepsze miejscówki? - spytał Salvador, gdy mężczyna wygrzebał się z bagna. -Nie - odparł. -Po prostu... sytuacja wyjątkowa. -Pobili cię. - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie. -Nie. -Ścigają cię. -Tak. -Salazarze, cóż się z tobą stało? Uciekać? To do ciebie niepodobne. -Gdybyś ICH widział, zrozumiałbyś, dlaczego nie walczę. -Dlatego skryłeś się w kokonie? -Gwarancja bezpieczeństwa. -Jaka tam gwarancja. Raz się poruszyłeś i poleciałeś. -Twoja wina, obudziłeś mnie. Skończmy. Czego ode mnie chcesz? -Niczego. Po prostu wpadłem zobaczyć, jak się miewasz. -Bardzo dobrze. Nie widać? -Niezbyt, szczerze mówiąc... -Czuję się znakomicie. A ty... znów gonisz za babą?
  7. Łoś w końcu się zmęczył. 3-D próbowała go zachęcić do dalszej podróży. Nic z tego, zwierzę położyło się na trawie i odmawiało wstania. -Nie to nie. Sama pójdę. Rozejrzała się. Wokół dzicz i ani śladu konstrukcji z drewna czy czegokolwiek, co mogło służyć za dom. Słońce prześwitywało przez korony drzew. Było gorąco. A co za tym idzie, rudzielec poczuł pragnienie. Śladu wody też nie było. -Znajdę, zobaczysz! - wrzasnęła, wygrażając pięścią w korony drzew. Nie chciała zostawiać łosia, ale czas pędził nieubłaganie. Co mogła robić Nowa? A Uciekinierka? Nie było żadnej wskazówki co do tej drugiej... 3-D pogłaskała łosia i ruszyła w drogę. Wybrała stronę na chybił trafił. Szukała wody. Potem zajdzie do starej babki, o której mówił Matthew.
  8. Szybko wylecieli poza teren posiadłości. Droga do dżungli była na początku całkiem przyjemna. Potem zaczęły się pojawiać kilkumetrowe chwasty, wśród których wyrastały jeszcze większe kwiaty, ogromne drzewa, ogromne drzewa leżące na ziemi, strumyki wielkości rzek i rzeki wielkości mórz. Łoś dzielnie pokonywał przeszkody, a 3-D wypatrywała innej, szybkiej, ze szmaragdową skórą. Jednakże Nowa albo musiała się dobrze ukrywać, albo jej nie było, gdyż rudzielec jej nie zobaczył. Miał nadzieję, że z tych dwóch opcji prawdziwa okaże się ta druga. Ile czasu to już minęło? Sporo. Wystarczająco sporo, by Horambar dorósł i Bianca ukończyła uniwersytet. Za mało, by Cinnabar zmądrzał. Profesja Łowcy Światła była bardzo ciekawa. Zasada była prosta: łapać światło, które uciekało od swojego punktu. Bianca była najlepsza w tym zawodzie. Przyczyniał się do tego sam fakt, iż była powierniczką mocy światła, przez co to łaknęło do niej. Zamieszkała w dogodnym miejscu. Takim, z którego mogła kontrolować jasność i Cinnabara. Cinnabar kończył ostatni rok nauki na Uniwersytecie Marvarrka. Cudem zdał egzaminy końcowe. Cudem był sam fakt, iż zdał wszystkie egzaminy w ciągu tych 5 lat nauki. Bez poprawek. Nie uczył się w ogóle. Zdumiewało to Biancę. Ten dzień miała wyjątkowo wolny. Siedziała przed domem i piła herbatę. Wysoko na niebie widoczne były dwa kształty: biały i czerwony. Horambar wyrósł na majestatycznego smoka... i na chodzącą powagę. To nie mogło być możliwe, biorąc pod uwagę, czyim był on smokiem. Ale Artysta również nie był wesołkiem, a jego towarzyszką była ruda wariatka. Uriel za to była piękną smoczycą, mądrą, ale jednocześnie niesamowicie próżną. Całe ranki spędzała na czyszczeniu łusek. W pewnym momencie Bianca poczuła dziwną energię.
  9. Miejsce, w którym wylądowali, było ponurym bagnem. Sal musiał uważać na stawiane kroki. Nie planował żadnych postojów w drodze do celu, ale tu coś go zainteresowało. Musiało być żywe. Co prawda, sam osobiście nie znam nikogo, kto mieszka na bagnie, albo pragnąłby zamieszkać na bagnie. Salvador znał tą żywą tajemnicę i nie zdziwiła go jej obecność na bagnach, Istotnie, to bardzo lubiło przebywać na bagnach. Przedarł się przez kilkumetrowe chaszcze i ujrzał ogromne drzewo. Drzewo nie miało liści, kory również nie miało, za to całe obrosło ohydnie wyglądającym, zielonym klejem. Największe skupisko kleju zgromadziło się na jednej z wyższych gałęzi. Z tej samej gałęzi wyrastał olbrzymi, zgniłozielony kokon, z którego kapała podejrzana maź. Widok ten był w stanie wywoływać wymioty. Dziecięca trauma. Jednakże rudy mężczyzna już nie był dzieckiem. I w pewnym sensie miał przewagę nad zawartością kokonu. Gdy podszedł do niego, nic nie ujrzał w środku. Zapukał. Ukazały się oczy. Na dole. -Dobry wieczór - rzekł Salvador do osłupiałych oczu.
  10. -Mogę porozmawiać z gospodarzem? -Raczej nie - odparł Matthew po krótkim namyśle. 3-D kiwnęła głową. Nie było więc sensu dłużej tu przebywać. Pora ruszać. Tylko gdzie? Adil ulotnił się, a wokół nie było żadnego drogowskazu. Poza tym, łoś robił się niecierpliwy. Prychał i patrzył podejrzliwie na faceta w masce. -Znasz mniej więcej tereny poza tą okolicą? Matthew zamyślił się. -Rzadko bywam gdzie indziej - odpowiedział w końcu. -Zasada jest taka: jest impreza, kończy się, ludzie dochodzą do siebie, a potem wszystko zaczyna się od nowa. Ja gram na perkusji. Stąd odchodzi kilka dróg. Większość prowadzi do ciemnych zaułków. Zaufać można dwóm największym. Jedna prowadzi do rozległej, dzikiej puszczy. Druga do wielkiego miasta, słynącego ze sprzedaży pereł wielkości ziarnek grochu, hodowanych przez ważące 10 ton małże. Jednakże nie byłem w żadnym z tych miejsc. Ponoć w dżungli mieszka stara baba hodująca koty, które karmi wątróbką, a w mieście z kolei jest samozwańczy jego obrońca. -Lubię koty. -Po co mi to mówisz? -Żebyś wiedział. Pora iść stąd. Dziękuję za pomoc. Trzymaj resztę, mi nie będzie potrzebne - wyciągnęła w jego stronę pozostałości z czteropaku. I w tymże momencie ją ujrzała. Nowa wyglądała zza stojącej niedaleko latarni. Nosiła zdecydowanie za duże ubrania w granatowym kolorze, skórę miała szmaragdową. Rude włosy z różowymi końcówka nosiła niedbale spięte w koński ogon. Oczy skrywała pod okularami przeciwsłonecznymi. Nie miała połowy nosa i górnej wargi. W uszach miała tunele. Uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając lśniąco białe zęby, a po tym odwróciła się i poszła w długą. -Którędy droga prowadzi do tej szalonej kociary? Matthew wskazał. -To do widzenia - wskoczyła na łosia i ruszyli tą drogą.
  11. -Ktoś ty? - spytała się 3-D jegomościa, podając mu nietkniętą puszkę. -Muzyk - odparł, otwierając puszkę i naraz upijając połowę zawartości. -Chodzi o imię i nazwisko. -Matthew. -Ach - powiedział rudzielec. Wszystko jasne. -Co tu się stało? - pokazała na otoczenie. -Impreza się skończyła - odpowiedział Matthew. Spoglądał gdzieś w dal i nucił coś pod nosem. Artysta zastanawiał się, dlaczego zgodził się. Nie powinien. To 3-D ma prawo z nim podróżować. Swoją drogą, co znów się z nią stało? Zajrzał do jej umysłu. Zmroziło go to, co zobaczył. Wyglądało to tak: z jednej strony normalny umysł, a z drugiej czarna dziura - przez którą gdzieś w górze przeświecało słabe światło. Po obu stronach stała 3-D. Na normalnej stronie wyglądała tak jak zwykle. Po ciemnej stronie nie było jej. Coś go w tymże momencie wypędziło z umysłu rudzielca. Ona naprawdę potrzebuje mojej pomocy, zasyczał do Salvadora. -Poradzi sobie - odparł krótko, i znalazłszy w kieszeni cygaro, zapalił je. Tego Artysta również nie mógł zrozumieć. Czy Sal w ogóle miał uczucia? To było głupie pytanie. Musiał mieć. Smok, myśląc nad tym wcześniej i analizując dostępne wspomnienia, doszedł do wniosku, że Sal musi mieć rozdwojenie jaźni. To było możliwe. Tłumaczyłoby jego nagłe zmiany charakteru i rozmowy ze samym sobą. Ale Angus niegdyś powiedział 3-D (czy też raczej napisał), że ich ojciec kiedyś nie był taki. Co się stało? Musiało to mieć związek z tym, co się stało po bitwie o Elladrię... -Ląduj - usłyszał Salvadora. Więc wylądował.
  12. Artysta podniósł łeb. Wyczuł boga. Nie było to złudzenie. W jednej z chmur płynących leniwie po niebie otworzyły się drzwi. Wyszedł z nich Salvador, który podszedł do złotego smoka. Nie odzywał się. Przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy. Czego chcesz? - zapytał się w końcu Artysta, nie starając się ukryć chłodu płynącego od tego pytania. Jego niechęć do Salvadora nie minęła - wręcz przeciwnie, nabrała na sile. Jako smok 3-D Artysta miał dostęp do jej wspomnień. Wiedział więc doskonale, dlaczego jego towarzyszka nie przepada za swoim ojcem. I podzielał jej zdanie. -Dlaczego nie ma cię nigdy, gdy 3-D cię potrzebuje? - odezwał się Sal. Postanowił nie ujawniać od razu swoich zamiarów... tylko postarać się poprowadzić rozmowę na odpowiedni tor. W Artyście zahuczało. Z jego nozdrzy buchnął dym. Ślepia zaświeciły się złowrogo. Zbliżył się do boga, lecz ten, nawet jeśli poczuł strach, nie okazał tego po sobie. Nigdy? NIGDY? Czy ty wiesz, co mówisz? Staram się być przy niej, lecz okoliczności nie pozwalają. Nie mogłem z nią wejść do wnętrza Hyperiona. Nie mogłem być przy niej w Białym Mieście... -Jesteś słaby. Nie ma co mówić. Pisklak, uważający się za mądrego, bo już parę szeregów żołnierzy przetrzebił. Smok ryknął. Wstał gwałtownie i zamachnął się pazurami. Cel zniknął. I wtedy Artysta poczuł, że Salvador siedzi mu na grzbiecie. Czego chcesz? - powtórzył pytanie. -Jesteś mi potrzebny. Do czego? Oczekujesz, że pomogę ci? Dlaczego miałbym to zrobić? Cisza. -W chwili, gdy ta ruda istota pozbyła się Hyperiona, jego ofiary wróciły do swoich światów. Cisza. -Wśród nich była moja żona. Ona również musiała wrócić. Tylko gdzie jest? Znajdź ją. -To nie jest takie proste. Ilekroć wydaje mi się, że jestem już blisko, to w ostatniej chwili trop urywa się. Ale teraz... teraz wydaje mi się... że wiem. Wiem, gdzie ona jest. Lecz do tego miejsca nie dostanę się sam. Jesteś mi potrzebny. Cisza... A pomyślałeś o takiej możliwości, że ona ucieka? Być może nawet przed tobą? Znów cisza. -Dlaczego miałaby uciekać przede mną? Może ma coś do ukrycia? -Co miałaby ukrywać? Nieważne. Czas nagli. Czy zgadzasz się mi towarzyszyć? A czy 3-D pozwoliłaby na to? -3-D, mój drogi Złotołuski, ma ważniejsze sprawy na głowie niż pożyczka smoka. Jesteś mi potrzebny tylko w tej sprawie, potem rozejdziemy się. Zgoda? Cisza. Zgoda. Sal bez słowa chwycił włócznię i wbił ją w smoczą szyję. Artysta nie czuł bólu. Nic mu się nie stało. Poczuł tylko, jak wypełnia go zimna energia. -W drogę. Wiesz gdzie. Smok rozłożył skrzydła i wystartował.
  13. Łoś był szybki. Reszta drogi przeszła w milczeniu. Na końcówce drogi zwierzę stanęło przed wielką bramą z tablicą z napisem "PODAJ HASŁO". -Holender, nie znam hasła - mruknęła 3-D do siebie. Postanowiła strzelać. -Sezamie, otwórz się! - brak reakcji. Pomyślała. -Chleb! - brak reakcji. -Melonowy chleb! - brak reakcji. -Mam łosia i nie zawaham się go użyć! - brak reakcji. -Jestem gołębiem! - brak reakcji. -A ty nie! - brak reakcji. 3-D zmarszczyła brwi. Próbowała jeszcze kilka razy, bez skutku. W końcu wyjęła z kieszonki w otoczeniu sześciopak i zamachała nim, mówiąc ponurym głosem... -Mam piwo... Brama zazgrzytała i poczęła się otwierać. Rudzielec nadal był na siebie zły za zmarnowanie czasu, gdy łoś przebiegł do miejsca skrywanego za furtą. Ukazało im się pobojowisko. Zawalone domy, zniszczone samochody, wszędzie walały się butelki po piwie i whisky. I śpiący ludzie. Gdzieniegdzie dawało się usłyszeć nikłe chichoty, poza tym jednak oznak przytomności brak. -Spóźniliśmy się - stwierdziła dziewczyna i zeskoczyła z łosiowego grzbietu. Wylądowała na stojącym jeszcze samochodzie z powybijanymi szybami. Rozglądając się, otworzyła puszkę i zaczęła pić. -Hej! To moja maska! - nim się zorientowała, ktoś wyrwał jej maskę, którą trzymała w dłoni. Odwróciwszy się, zdążyła ujrzeć młodego mężczyznę ze specyficznymi czarnymi włosami, nim ten założył maskę.
  14. Nie zaszła daleko, usłyszała bowiem dziwny dźwięk. Zatrzymała się. Czuła ruch. Powoli odwróciła się i stanęła przed licem węża - które, nawiasem mówiąc, nie było zbytnio zadowolone. -Dobry wieczór - powiedziała 3-D bez śladu lęku. Prawdę mówiąc, nie wiedziała za bardzo, co zrobić. Nie miała za dużo do czynienia z wężami, nie licząc jednego przypadku, gdy takowy wypełznął jej bratu z oczodołu. Zaskakujące, że większy strach wzbudził u niej śpiący gad. Niestety, źle zrobiła. Wąż ten był próżny i fakt, że dziewczę się go nie boi, jeszcze bardziej go rozwścieczył. A poza tym o tej porze winno się mówić "Dzień dobry". Na tym punkcie gad miał wręcz obsesję. Decyzja została podjęta natychmiastowo: połknie tą dziecinkę. I tak był głodny. Co prawda, taka chudzina nie stanowi godnego posiłku, ale na przekąskę się jeszcze nada. Otworzył pysk i z kłów wystrzelił mu jad. Na rudzielcu nie zrobiło to większego wrażenia. -Tfu! Pluj gdzie indziej, a nie na mnie! - w tymże momencie wewnętrzy głos zagrzmiał i 3-D zrozumiała, że musi uciekać. Wzięła więc nogi za pas, a wąż pomknął za nią. Gdyby nie stojąca na drodze przeszkoda, źle by się to skończyło dla dziewczyny. Był to łoś. Gigantyczny łoś z wielkimi, nieświadomymi oczyma. I z wielkimi porożami. Dziewczę skoczyło w górę, a wąż za nim... i owinął się na porożu. Łoś i tak niczego nie zauważył. 3-D wskoczyła na jego grzbiet, oddychając ciężko. Wąż syczał, lecz nie wiedzieć czemu, nie mógł się odwinąć. Zagrożenia więc nie było. Na razie. Tymczasem do głowy chudej osoby na grzbiecie zwierzęcia wpadł pomysł. -Tej! Łoś! - nie zareagował. Odchrząknęła. -Szanowny Panie Łosiu - przemówiła głosem Murdoca Niccalsa. -Czy mógłby Pan się odwrócić i zaprowadzić mnie do niejakiego Charliego, urządzającego balety? Głos ten obudził zwierzę z transu. Odwrócił się i ruszył w stronę "do Charliego". -A więc to ty! - ucieszyła się 3-D, już swoim głosem. -Wiedziałam, że skądś cię kojarzę. Cieszę się z twojego widoku. Więcej nie oddam cię na pastwę tej starej gadziny. Wielkiego pirata niby - parsknęła. Spojrzała przed siebie. Teraz dopiero zauważyła, że wszystko wokół było białe jak mleko. W istocie, po bliższym przyjrzeniu się zauważyła, że otoczenie jest zbudowane z mleka, spływającego kaskadami gdzieś z góry.
  15. 3-D spodziewała się głuchego upadku, w efekcie którego wypluje wszystkie żebra i złamie głowę na pół. Poczuła jednak coś zupełnie przeciwnego; uczucie, jakby wylądowała na miękkiej poduszce. Otworzywszy oczy, zdała sobie sprawę, że tak właśnie było. Wylądowała na ogromnej białej poduszce. I to bez żadnych szkód. Adila nie było w pobliżu. Rudzielec wstał i odwrócił się. Stanął oko w oko z gigantycznym błękitnym wężem. Pierwszą reakcją było skamienienie ze strachu. Wyimaginowane kamienie szybko jednak runęły. Wąż spał. Długi jęzor wystawał mu z pyska i wyczyniał rozmaite akrobacje w powietrzu. Bogini odetchnęła z ulgą. Po dokładniejszym zbadaniu otoczenia dostrzegła na krawędzi poduszki drogowskaz. Gdy dotarła do niego, ujrzała trzy tabliczki. Jedna była skierowana w lewą stronę, druga w prawą, trzecia pokazywała na środek. Napisy były następujące: Lewa tabliczka - "Impreza u Charliego - 600 km" Środkowa tabliczka - "Gołębnik - 2 km" Prawa tabliczka - "Teksas Południowy - 10 km" 3-D rozejrzała się jeszcze raz, by się upewnić, że Adila na pewno nie ma w pobliżu. Nie było. -No to lecim na tę imprezkę! - zawołała, zapominając o wężu, i zeskoczyła z poduszki. Wylądowała na zielonej trawie, w której kwitły białe kwiaty. Udała się w lewą stronę, podśpiewując pod nosem.