Jump to content

NOOKIE

Forumowicze
  • Content Count

    849
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

0 Neutralna

About NOOKIE

  • Rank
    Elf
  • Birthday 03/27/1987

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    Array

Sposób kontaktu

  • Discord
    Array
  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array

Recent Profile Visitors

2,178 profile views
  1. Ahh, Tricky. Dla mnie ni z tego, ni z owego stał się jednym z ulubionych artystów, swoją drogą też zaczęło się od wspomagania przy nauce. Może dlatego, że te niespokojne kawałki jak ulał nadają się na głębokie noce z jedną kiepską lampką. 'Overcome' w istocie jest kapitalnym kawałkiem (ciekawostka odnośnie tego numeru, podobno Tricky napisał go na swoją płytę w momencie kiedy 'wisiał' jeszcze dwa kawałki na "Protection" Massive Attack. Nie wiadomo czy z lenistwa czy z jakiego powodu, ale Tricky podrzucił właśnie 'Overcome' i 'Hell Is Round the Corner'. Naturalnie z inną melodią, numery można znaleźć tam pod postacią, odpowiednio, 'Karmacoma' oraz 'Eurochild'. Jakby wszyscy już o tym wiedzieli to sorry. ), jednak osobiście moim ulubionym z "Maxinquaye" jest 'Aftermath'. A do nauki polecam 'Black Coffee', zapotrzebowanie na wirtualne ilości kofeiny zaspokojone w ciągu pięciu minut. A RJD2 znam, znam i bardzo sobie cenię. Btw to chyba też dzięki Qbionowi właśnie. Lubię sobie puścić 'The Horror' na dobry sen.
  2. Uh, wiele widzę słów. Nie chcę robić niepotrzebnego bałaganu, z którego nie sposób cokolwiek odczytać, tylko jeden cytat. Finał FA Cup ważniejszy i od finału LM? Come on. Cristiano Ronaldo >>> ok, nie przepadam za nim i ja, nie lubię pozy jaką przybiera. Ale graczem jest wyśmienitym, nikt mu tego nie zarzuci. I naprawdę, serio serio, nie uważam, że grał słabo w finale. Wszystkie zarzuty "MU grał źle, bo Ronaldo grał źle" wynikają z tego, że już sobie ktoś wcześniej wysnuł teorię, że "Jak Ronaldo gra źle, to MU gra źle". CR zagrał w finale przyzwoite zawody, biegał, strzelał, walczył. Jest jedną z bodaj dwóch osób, której po finale nie mam NIC do zarzucenia. Z drugiej mańki, ile jeden zawodnik byłby w stanie ugrać sam grając w lidze angielskiej, pucharze Anglii, lidze mistrzów, Bóg wie gdzie jeszcze? Także uwagi o tym, że forma Manchesteru zależy od formy Cristiano puszczam mimo uszu. Barcelona >>> nikt im nie odbierze tego co wygrali. Szacunek, bo momentami grali naprawdę wspaniale, po finale tylko ukłuło mnie w sercu, bo jednak ulubiona drużyna przegrała. Ale poczucie sprawiedliwości miałem niezachwiane, brawo. Co się zaś tyczy potrójnej korony to również gratuluję, bo ufam, że liga hiszpańska nie jest tak słaba jak by to wynikało z tabeli. Guardiola >>> No cóż. Nie da się zaprzeczyć, że poprowadził drużynę do wszystkiego co wygrała. Czy jest geniuszem, bądź też choćby świetny? Bo w pierwszym sezonie mu się udało? Jest coś takiego w sporcie jak fart debiutanta. Nie twierdzę, że właśnie miał miejsce, ale może właśnie ta 'magia' Barcelony skłania mnie do odczekania przynajmniej roku. Kiedy w przyszłym sezonie zobaczę znów silną, zwartą ekipę, przyznam rację i zwrócę honor. Bo póki co, wybaczcie, uważam, że Guardiola miał więcej szczęścia niż rozumu. Przy okazji mała dygresja. Jakieś trzy lata temu w Barcelonie był inny człowiek na ławce trenerskiej nazywany 'geniuszem'. Nazywał się Frank Rijkaard. Większość zwolenników drużyny katalońskiej dałaby się wtedy za niego pociąć. Dziś jest uważany za nową odmianę raka, a Ci sami, którzy trąbią o braku szacunku dla Barcelony gdy ktoś pisze jej nazwę z małej litery, pieszczotliwie i z wielkim namaszczeniem nazywają go 'Ryjkiem'. Ponieważ Guardiolę lubię jeszcze z czasów gdy grał dla Barcelony, tudzież Hiszpanii, życzę mu lepszego losu.
  3. No cóż, tutaj nie ma walki bezpośredniej. Wszystkie złote piłki, najlepszych bramkarzy, obrońców, etc. wybiera bardzo szacowne grono (tylko czekać aż będą to kibice za pomocą smsów) ludzi, którzy wiedzą gdzie dzwoni. Mówi się o nich, że są fachowcami. Jeśli większość mówi, że ten piłkarz był w tym roku najlepszy, to może i nie można uznać tego za prawdę absolutną, natomiast jest duża szansa na to, że nikt się takim wyborem skrzywdzony nie poczuje. Jeśli mówią natomiast, że ten i ten są obecnie najlepszymi stoperami, to oczywiście można kpić "a co to za fachowcy?", tylko wpierw trzeba zapomnieć o swoim stopniu fachowości, aby mieć czyste sumienie. Nie widziałem wszystkich meczów na świecie w tym sezonie, ani nawet opiniodawczej cząstki, ale jestem w stanie przyznać rację kiedy mówią, że Rio i Nemanja są obecnie najlepszą dwójką. Nie chciałbym być gorzko sarkastyczny, ale jaki byłby wczoraj wynik gdyby w ManU zamiast tych dwóch zagrałby ktokolwiek inny? 5:0? Uh, darzę go szacunkiem, kibicowska miłością, sympatią i chciałbym mieć takiego dziadka, oczywiście. Jest wielkim autorytetem, to jasne. Ale nie jest nieomylny, udało mu się kilka razy napsuć krwi kibicom MU. Nie umniejsza to jego zasług, ale kilka jego decyzji i pomysłów byłoby wartych przedyskutowania. Np. Roo jako obrońca. Fakt, spisuje się znakomicie, co nie zmienia faktu, że napastnik nie powinien drałować całe boisko na asekurację w zasadzie odkąd się mecz zacznie. Chyba trochę niezamierzony, ale w kontekście dyskusji tekst rewelka. Heh, otóż to. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz widziałem Wayne'a w akcji, ale było jak dwóch typów nadleciało i go skosiło, po czym on wstał dopadł piłki i poleciał dalej, ani myśląc o wymuszaniu rzutu wolnego. Zaimponował mi tym i fajnie, że ma tak wielkie serce do walki. W przeciwieństwie do co poniektórych. Samolubny? A co miał robić, podawać? Do kogo? Na jego miejscu też bym był obrażony, wiadomo było od początku, że jak MU przegra to jemu oberwie się najwięcej. Starał się, biegał a wsparcie miał minimalne lub wcale. Nie zdziwiłbym się gdyby pod koniec meczu miał większą ochotę skosić np. Carricka albo Parka, ale to chyba nie wypadało swoim po nogach lecieć, więc wybrał sobie tego, do którego było mu najbliżej. Nie usprawiedliwiam, bo jego zachowanie pod koniec faktycznie było niesportowe, ale już nie tacy i nie w takich momentach sobie folgowali. Racja, ale bramka zdobyta uczciwie. Jakby Eto'o był fair play do bólu to może przemknęłoby mu przez myśl, że w sumie za te 10 minut bramka dla Barcy byłaby trochę nie w porządku i wykopałby piłkę na wiwat. Może. Bez sensu takie stwierdzenia. Cóż jest lepszym remedium na nieklejącą się grę i problem z rozegraniem piłki jeśli nie zdobycie bramki? (Pytanie retoryczne, wiem że zawsze można zdobyć kilka bramek) :woot: Wyjdź i wejdź jeszcze raz, boś się trochę zapędził. Co prawda mnie również mierzi umniejszanie zasług takimi banalnymi stwierdzeniami, ale nie ukrywam, że zastanawiam się ile w tej bramce było kunsztu Messiego a ile zwyczajnego "Łoranyyyyyy!". Nie czarujmy się, nie wszystkie zagrania tych najlepszych są z góry zamierzone, pamiętacie Ronaldo jak kopał 'z czuba' kiedy zostawał królem strzelców w Korei i Japonii? Jestem dziś trochę przemęczony i ciężko mi jednoznacznie stwierdzić czy jestem świadkiem fajnego żartu z dystansem, czy rozgoryczenia jakiego nie widziałem dawno. A z tą Chelsea problem jest dość jasny. To naturalnie, że za największymi klubami stoją grube pieniądze, tak to już teraz niestety jest. Sek w tym, że o ile ManU czy Arsenal coś sobą prezentowali zanim dostali zastrzyk gotówki, o tyle Chelsea była mocnym średniakiem, z fajnym składem i trenerami. Tą drużynę można było lubić, miała w sobie innego niż wszyscy w Premiership. Przyszedł Roman, sypnął groszem, Chelsea się nadmuchała i z miejsca stała się faworytem. Taka Pamela Anderson Anglii, niby spoko, ale fajniej jakby to wszystko było prawdziwie.
  4. Present! To samo u mnie. Nie pamiętam ile miałem dokładnie na liczniku, ale wydaje mi się, że leciały wtedy premierowe odcinki, przynajmniej jak na Polskę. Wtedy, to znaczy jak oglądała to moja siostra, bez pamięci zakochana we Fleischmanie. Swoją drogą jest to też jedna z moich ulubionych postaci fikcyjnych ever. Starałem się śledzić ten serial po kilkakroć, miał w zwyczaju lecieć o różnych porach, na różnych kanałach, ostatnio na Comedy Central jakieś pół roku temu. Z jednej strony zawsze coś mi zaczynało z czasem emisji kolidować, z drugiej jakoś nie potrafiłem oglądać tego serialu dzień w dzień przez bardzo długi czas, w gruncie rzeczy nawet nie wiem dlaczego. Co się tyczy ulubionych odcinków to było ich z pewnością wiele. W tym momencie kolibie mi się w głowie ten, w którym przychodziła wiosna i następowały roztopy. Było ich z pewnością dużo więcej, ale dyskusja się dopiero rozkręca, więc nie ma co wystrzeliwać ze wszystkich wspomnień od razu. Chętnie dorwałbym jakieś wydanie DVD i obejrzał całość nie będąc zależnym od programu telewizyjnego.
  5. Uh. Cóż tu wiele mówić, zawód, bardzo duży zawód. Nie lubię meczy, po których czuję się oszukany przez drużynę, której kibicowałem. Ja rozumiem, zmęczenie sezonem, walka na pięciu frontach, itp. Ale żeby aż tak sobie odpuścić? Patrzałem na MU ok. minuty sześćdziesiątej, a tam wszyscy jak te kołki stoją, mimo, że niby atak szedł. Trudno było nie odnieść wrażenia, że Diabły (Diablęta?) w pewnym momencie przystałyby na propozycję zakończenia meczu nie czekając 90 minuty, żeby tylko móc już cieszyć się wakacjami. Pomimo, że najbardziej karygodne błędy popełniała defensywa, głównie przy bramkach, ja największy żal mam do linii pomocy. Gdzież jest spuścizna Roya Keane'a? Jakby można było do każdej z drużyn wezwać po jednym zawodniku z zaświatów, to właśnie Irlandczyk przydałby się dziś najbardziej, żeby pokazać czym jest walka o piłkę i jak się uprzykrza życie przeciwnikom. Anderson mało nogi nie zwichnął jak się z piłką minął, Carrick powinien się przebadać na daltonizm, a obydwaj powinni poszukać w szatni, za przeproszeniem, jaj, bo na boisko ich nie wzięli. Jeden Roo nie czyni wiosny. Ronaldo momentami się starał, choć nie troił się, ani nie dwoił, co najwyżej półtoraczył. Nawet to, że Barcelona, mówiąc najogólniej, nie prezentowała monolitu w defensywie nie wpłynęło nijak na zapędy Anglików, nawet w sytuacjach bramkowych wszystko to było opieszałe i bez werwy. No smutno, smutno. Ale trzeba oddać cesarzowi co cesarskie. Nieraz wyrywało mi się mimowolne westchnienie kiedy Barcelona grała piłkę przed pole karnym ManU. Jakby Puyol strzelił w swojej sytuacji, byłoby to pierwszej wody uwieńczenie całego meczu. A podanie Xaviego przy bramce Messiego - cud, miód i Beverly Hills. A propos Messiego, mnie on tam niczego nie udowodnił. Robił zamieszanie, ale jakbyśmy mieli po dzisiejszym tylko meczu wyłaniać najlepszego piłkarza globu, z miejsca wymieniłbym przynajmniej trzech bardziej się do tego nadających. Tak czy siak, puchar należał się dziś Barcelonie jak psu buda, a kto tam za 10 lat będzie pamiętał taki półfinał z Chelsea. Gratulacje dla zwycięzców. Swoją drogą taka mała dygresja. Nie wydaje Wam się całkiem fajną tradycją, że co roku kto inny wygrywa Ligę Mistrzów? Mimo, że nie miałbym nic przeciwko żeby MU dziś ja przełamało, no ale już trudno. Pozostaje czekać nam do sierpnia, aż ruszy nowa LM i znów wszystko zacznie się od początku. Wskaż mi lepszą parę stoperów, po takim wieczorze przydałoby mi się trochę śmiechu.
  6. Weźcie mnie nie denerwujcie nawet, ja mam jutro koło, na które nic jeszcze nie tknąłem, a Wy mi tu karne prognozujecie. Ja to oczekuję pięknego widowiska, niesamowitych emocji i wygranej Manchesteru, powiedzmy 4:0. ;P No, tak dobrze to pewnie nie będzie, ja mimo to liczę, że Diabły pokażą, iż nie tylko w obronie ich siła, że nie gęsi i swój atak mają. Szpakowski nie wiem za kim będzie, ale jak jego pierwszymi słowami nie będzie "Witam państwa ze Stadio Olimpico" to przez tydzień będę milczał. Huh, nawet ja nie mam pewności czy mogę się tytułować prawdziwym kibicem ManU, choć ściskam za nich kciuki od około 12 lat (czyli jak Ty biegałeś w pampersach wołając 'bli bli bli'). Nie chcę żebyś pomyślał, że Cię atakuję czy coś, ale nietrudno być 'prawdziwym' kibicem drużyny odnoszącej niemałe sukcesy i promowanej jak, nomen omen, diabli. Nie wspominając o bożyszczu Ronaldo (który coraz mniej mnie mierzi, więcej walczy, więcej biega). Jak posmakujesz wściekłości, rozpaczy, niezrozumiałych decyzji trenera, porażek i dalej będziesz wierny klubowi - możesz zacząć myśleć o byciu prawdziwym kibicem. Swoją drogą teraz mi się włączył dziadek mode. Ahh ten Manchester za czasów Cantony, Schmeichela, Irwina, Keane'a, młodego Giggsa, Beckhama (rany, jak ja szalałem za tym pomocnikiem co to w życiu nikt o nim nie słyszał, jak się mnie koledzy pytali kto jest moim ulubionym piłkarzem a ja im odpowiadałem to reakcja była mnie więcej "a grał wczoraj w meczu?". Szkoda chłopaka, esh), Neville'ów, to dopiero była paczka.
  7. To samo. Oglądanie koncertów dla mnie o tyle mija się z celem, iż im koncert jest lepszy, tym bardziej się wściekam, że mnie na nim osobiście nie było. To tak jak oglądanie, dajmy na to, Paryża w telewizji, niby wszystko ładnie i kolorowo, ale szkoda, że nie widzę tego na własne oczy. Ot, a może wcale i niewinna ('kieeedy śni, kieedy śni'). Ściana śmierci w wykonaniu multum owłosionego chłopa zapewne jest zjawiskiem gotowym zatrząść niejednym gruntem, ale gdzież mu tam się równać ze ścianą śmierci w wykonaniu multum owłosionego chłopa krzyczącego "czikaaaa!!!". Zamieszane samego zespołu niewykluczone. Swoją drogą przypomniała mi się podobna sytuacja, choć z pewnością nie tak makabryczna. Na jednym z moich pierwszych koncertów, na którym posmakowałem poga, w pewnym momencie znalazłem się na wprost od sceny, całkiem blisko barierek i nie wiedzieć czemu nagle wokół mnie zrobiło się pusto na promień metra. Jestem pewien, że to był czysty przypadek, natomiast nieprawdą jest co mówią o życiu przelatującym przed oczami w chwilach zagrożenia (jak mówiłem, pierwsze pogo, wystraszyłem się nie na żarty) gdyż mój umysł zdobył się tylko na liche "Oj". O, rolf... znaczy rotfl. Kucharz, kucharz - nie oszukasz. Złemu tancerzowi prącie w tańcu mrowi.
  8. Zrazu przypomina mi się pewna historia z warszawskiego koncertu nadmienianego po wielokroć Kultu, rok 2006. Wraz z dwoma kumplami postanowiliśmy wyjść z pod sceny (gdzie absolutnie nie szło się przewrócić, nie raz obrywałem zbitą masą ludzi i nieco się jedynie przechylić, bo z drugiej strony napotykałem drugą zbitą masę ludzi) i uraczyć zaschnięte gardła tym, czym się zaschnięte na koncertach gardła raczy. Po drodze, dobry kawałek od sceny, moja ręka zawadziła o coś metalowego. Rzut oka pozwolił mi ocenić, że to wózek inwalidzki. Więc przy stoliku pytam się towarzyszy czy zauważyli ten wózek, jeden pokiwał głową, że tak, a drugi spytał o co chodzi. Gdy mu wyjaśniliśmy, ów przyznał się, iż myślał, że ktoś upadł na podłogę i próbował osobę na wózku podnieść do góry. Warto rzucić czasem okiem za kogo/co się chwyta. Tak przy okazji to mija 6 lat odkąd zarejestrowałem się na forum, więc miło mi wyrazić swoją radość z tego faktu. :bunny:
  9. Generalnie trochę to się kupy nie trzyma, bo zakładając, że do dziewczyny nic nie czuję to co mnie obchodzi czym się po wszystkim stanie, rajt? No ale nie łapiąc za słówka. Twoja teoria 'choć drobnego uczucia' w swoim założeniu jest słuszna i piękna jak diabli. Tylko w praktyce jeśli chciałbyś "to" zrobić i począłbyś się zastanawiać czy coś do konkretnej dziewczyny czujesz czy nie (przy założeniu, że owa byłaby 'desperate housewife'), na oko szacuję, że na 99,8% tą odpowiedzią byłoby "tak!", bez względu na to, czy umierałeś do niej z miłości przez ostatnie dwudziestolecie, czy poznałeś ją wczoraj w kolejce po mleko. Jeśli należysz do pozostałych 0,2% - wklej to do podpisu i wpisz się na światową listę mistrzów Zen. No cóż, przyznaję Ci tu rację, co nie zmienia faktu, że ja mówiłem o zgoła czymś innym. Nie sugerowałem, że owe przypadki dziewcząt nie odczuwają satysfakcji, czy tam odczuwają w mniejszym stopniu. Sugerowałem, że, w przypadku facetów, sypianie z takimi przypadkami nie jest taką frajdą, skoro dziewczyna poszłaby z człowiekiem do łóżka nawet gdyby ten wcześniej wytarzał się w gnoju, zwymiotował sobie na koszulę i miał emo fryzurę. Przekaz jest taki, że nie chodzi o to aby złapać króliczka, ale o to żeby go gonić (po czym dopiero złapać). A dlaczego ten z olejem nie potrzebuje rad? Bywają ludzie z talentem do myślenia, co nie znaczy, że zawsze prowadzi ich to do słusznych wniosków. Taka mądrość wyniesiona prosto z systemu naszego szkolnictwa, jak ktoś jest bystrzejszy od reszty dzieci, to na pewno sam sobie poradzi i nie trzeba mu uwagi poświęcać. No ale pomijając to, właśnie o uświadomienie konsekwencji mniej więcej chodzi. Nie takie "uważaj synu, bo możesz dziecko zrobić", tylko fakty, które się z tym wiążą - praca, obowiązki, rodzina, miast no stress, balanga i hulajdusza. No cóż, to zależy co rozumiesz przez stosunkowo młody wiek (bo prawdę mówiąc nie wiem ile masz lat). Jeśli dziewczyna ma powiedzmy 17 lat to rzeczywiście wykazała się brakiem zdrowego rozsądku. Nie wyklucza to jednak możliwości, że po tym jak zaszła w ciążę faktycznie stała się odpowiedzialną osobą, mimo młodego wieku. Ta przywara nie określa tylko czego nie powinno a co powinno się robić, żeby było wszystko w porządku, ale także umiejętność brania na siebie konsekwencji. WFL >>> nie można, tak samo jak "ale masz wielkie oczy, kwiatuszku". Napisałbym, że miło Cię widzieć, ale już dodałem odpowiedź :]
  10. Huh, jak swojsko. Witaj, RIP. Mam wrażenie, że albo Ty nie zrozumiałeś mnie, albo ja Ciebie, bo komentarz taki trochę z czapy, tak myślę. Nie wiem czemu dziewczęta szukają jednonocnej przygody, może się nudzą, może taką mają definicję zabawy, a może po prostu im się chce, nie wiem. Generalnie takie postacie nie cieszą się jakimś szczególnym moim szacunkiem, zresztą identycznie jest w wypadku płci przeciwnej. I chciałbym żebym mój ewentualny syn też to zrozumiał. Uh. Czyli powinienem powiedzieć 16- czy 17-letniemu chłopakowi, że jak chce rozpocząć pożycie seksualne to powinien się najpierw dziewczynie oświadczyć? Tak, na pewno to zrozumie. Oczekuję po człowieku w tym wieku już jakieś odpowiedzialności za swe czyny, ale przecież nie będę mu ściemniać, że najlepiej będzie jak poczeka do ślubu. Swoją drogą ten fragment jest dość uniwersalny, jeśli będziesz traktować kobietę należycie, nawet przy dzieleniu obowiązków, będzie Ci się żyło po prostu lepiej, łatwiej i fajniej. I nie sądzę żeby Twój kot spełniał moje niewielkie wymagania wobec kotów, aby móc być moim kotem.
  11. Może się i wykładali, ale dwie ręki (btw - liczba mnoga od 'ręka' to 'ręce', co nie? Dwie ręce też niegramatycznie, więc jak? "Dwoje rąk w polu karnym"?) były i karne się za to należały jak najbardziej. Tłumaczenie, że kartka dla Abidala się też nie należała jest co prawda jakąś sprawiedliwością dziejową, ale raczej biednie ono wygląda. Że Drogba miał sytuację, w której mógł pomyśleć jak strzelić, spróbować kilka razy na sucho i dopiero potem uderzyć to też racja, przy tej okazji z miejsca stanęło mi w myślach stare hasło o niewykorzystanych sytuacjach. No cóż, nie musiała tego robić. Może jakby grali z drużyną w guście Suche Chłopaki Pcim Dolny F.C. to pokusiliby się o więcej bramek ku uciesze publiki. Ale to półfinał LM i Barcelona, może nie grająca cudów, ale jednak. 1:0 to lepszy wynik niż festiwalowe 4:4, oui? A z tym zawieszeniem to faktycznie w którymś finale nie obowiązują, chyba mistrzostw świata, ale w LM nie ma ulg. Pociecha Alvesa w tym, że znajdzie się w doborowym towarzystwie, za kartki w swoich finałach nie zagrali m.in. Pavel Nedved czy Roy Keane.
  12. Hola hola, jeszcze dwa dni i będziecie mówić, że Hiszpanie zagrali jak profesorowie, wymierzyli bezlitośnie sprawiedliwość i inne takie duperele. Tą euforię można tłumaczyć chyba tylko tym, że bramka padła w ostatniej minucie, a powiedzieć, że była z niczego, to nic nie powiedzieć. W zasadzie po takim meczu jedyne co by wypadało to poklepać się po plecach ze słowami "Dobra robota, jesteśmy w finale" i udawać, że się tego meczu nie pamięta. I w sumie ciężko nie dokładać zasług sędziemu, który ewidentnie partolił robotę. W obie strony, żeby nie było, ale na niekorzyść Chelsea jednak zdecydowanie bardziej. Pomijając Ballacka z poprzedniego meczu, który może i powinien dostać czerwoną kartkę, choć w rewanżu wielkiej roli chyba i tak nie odegrał. Więc na niekorzyść Barcelony co można zaliczyć? Drogba i Anelka, ich wyczyny to mały pikuś w porównaniu z niektórymi oblatywaczami, no ale ok, należało im się po żółtej. No fajnie, i co dalej? Barca nagle się zrywa do przodu z wiwatami i strzela 6 bramek, niczym z bezlitosnymi rzeźnikami z Realu? No nie wiem. Dalej, czerwona kartka dla Abidala. Trudno powiedzieć żeby ten moment zadecydował o zakończeniu oblężniczej ultraofensywy Barcy, przed i po mecz wyglądał tak samo. Naturalnie, w jedenastu zawsze się gra sensowniej, jednak nie czarujmy się, Katalończycy nic wczoraj nie grali i bez zejścia Abidala wiele by się pewnie nie zmieniło, bo niby czemu by miało. W każdym razie gdyby Barcelona wczoraj przegrała, pretensje do sędziego o tę decyzję byłyby zbywane delikatnym uśmiechem i skromnym "jo jo". Hm, coś jeszcze? Osobiście obdarowywałbym Londyńczyków hojniej żółtymi, ale to raczej marny argument. Ah, i doliczenie 8 minut przez arbitra, nie wiem czemu, ale miałem wrażenie, że za wszelką cenę nie chce się dać przechytrzyć Guardioli, który w dość naturalny sposób chciał zabrać czas dokonując zmian. Dość ciekawy manewr, zwłaszcza jak na arbitra. A Chelsea? No cóż, trzy niepodyktowane karne to już trochę dużo. Ok, Keita przyjmijmy dostał w przedramię, ale co innego kiedy ręka jest przy ciele, a co innego kiedy się skacze jak do bloku w siatkówce. Malouda, wydawało mi się, był już w polu kiedy go faulowano, a Pique sam się przyznał, że ręka była. Tak czy wspak, tutaj już faktycznie można o małym (?) wypaczeniu wyniku. No ale taki jest ten sport, takie mecze były, są i nie zanosi się na to, żeby miały być inne. Niby szczęście sprzyja lepszym, ale Barcelona jest ekipą takiego formatu, że powinna sama udowadniać kto tu lepiej kopie piłkę. Mała dygresja, skoro drużyna murująca bramkę jest żałosna, to jak nazwać taką, która nie potrafi sobie z taką prostą taktyką poradzić? A drużyna, której wynik daje awans, a mimo to rzuca się do straceńczych ataków i ryzykuje nadzianie się na kontry to niby jaka jest? (przykład ogólny). Naprawdę, nie mówcie już o tym jaka ta Chelsea zła, niedobra i tragiczna, bo nastawiła się na obronę, brzmi to jak płacz małego dziecka, że nikt mu nie pokroił ziemniaczków na talerzu i teraz samo to musi zrobić. Chelsea nie forsowała tempa myśląc, że w razie co dowiozą 1:0 do końca, nie wyszło im, następnym razem dwa razy pomyślą.
  13. Pewne jest,, przynajmniej dla mnie, jedno. Guardiola ewidentnie zaprzedał duszę diabłu, demonom, siedmiu kręgom piekieł i pewnie jeszcze przewertował dla pewności antybóstwa mityczne. Jak, pytam się, jak to możliwe żeby przegrywając cały mecz, nie grając nic, jak można nie robić nic? Żadnych zmian, jeno rozdawanie uśmiechu, przyjacielskie gesty z Hiddinkiem na minuty przed końcem, tam jakieś zabawy z piłką, tutaj trochę poskakał i nic poza tym więcej. Jedyne co go tłumaczy to wiedza, ze stanie się tak, jak się stało. Jak mówi stare, polskie porzekadło, "generalnie to beka". Cóż dużo mówić, za to właśnie jedni kochają nożną, inni nienawidzą. Na miejscu Niebieskich bym się zwyczajnie zastrzelił, biegali jakby mieli motorki w tyłkach, grali niemal perfekcyjnie w obronie i zostali wręcz koncertowo wydymani. Było nie było, nie lubię ich, choć wolałbym żeby to np. Terry machnął się z piłką (choć jego machnięcie z zeszłego roku powinno wystarczyć na długie lata), a nie Essien, no ale trudno. Sam mecz warto zapamiętać ze względów na, poza oczywiście końcówką, dziwaczne jakieś takie sędziowanie, furii, jakiej dostali Londyńczycy, a której na boisku nie widziałem dawno, niesamowitą bramkę Essiena, a takze padnięcie na glebę Drogby po zapasach z nie pamiętam kim, duch snajpera strzelającego do Didy uniósł się nad stadionem. Co do Barcelony. No cóż, wygrali ten mecz mocno na kredyt, przez jego większość robili tylko szum, z którego nie wynikało absolutnie nic. Choć osobiście to ja ich bluzgać za to nie zamierzam, Barca wielką drużyną jest i nie musi wszystkiego wygrywać spacerkiem aby móc to stwierdzić. Pewnie inaczej bym śpiewał będąc dziś za Chelsea, ale że tak nie było, więc się nie czepiam. Wypadałoby napisać jeszcze kilka podniosłych słów na temat składu finału. No cóż, w mojej opinii wpadają na siebie dwie najlepsze drużyny ostatniej dekady. Takiego meczu nie było od nie pamiętam kiedy, kto wygra, będzie po prostu najlepszy i jako fan MU powiem tak: cieszę się niemożebnie, że to właśnie Barcelona będzie w finale, nareszcie przeciwnik warty ogrania.
  14. A a a, przecież nie napisałem, że akurat jemu bym zabronił. Generalnie chodziło mi o rozrzut pomiędzy troską o syna i o córkę. Nie twierdzę, że jakby przyszedł do mnie taki młokos to byłbym w stanie powiedzieć mu coś o czym nie wie w kwestiach cielesnych/antykoncepcji/gadżetów. Natomiast mając lat tyleż łatwo i bezboleśnie można sobie wyrobić nawyk miotania wackiem po równo na lewo i prawo. Co natomiast chciałbym latorośli przekazać (a czego wbrew pozorom niełatwo dowiedzieć się z netu czy od kumpli) to sposób, w jaki należy podchodzić do sprawy. Generalnie nie szanuję ludzi pokroju "mam dziś ochotę na małą czarną", więc i synowi próbowałbym przetłumaczyć, że a) czysto zdrowotnie, ograniczając liczbę kochanek w jakiś sensowny sposób zmniejsza się złapanie jakiegoś syfu, b) czysto estetycznie, "laska przy barze", której spódniczka ledwie zakrywa majtki prawdopodobnie jest tak doświadczona, że z równym poczuciem satysfakcji pomieszanego z zachwytem mógłby pałaszować kawior przeżuty wcześniej przez pięćdziesięciu chłopa, c) czysto życiowo, kobieta traktowana jak kobieta, a nie jak sparingpartner, jest wiele bardziej zadowolona (wyraz użyty z braku inwencji, nic innego mi nie przyszło do głowy), co przekłada się na wiele bonusów, których nie odkryjemy prąc naprzód nie wykonując zadań dodatkowych. I czysto 'złotomyślowo', Wilt Chamberlain (swego czasu znakomity koszykarz, jedyne 100 punktów w meczu NBA i takie tam, generalnie chłop raczej prosty i sypiający z wieloma fankami) powiedział taką rzecz: "With all of you men out there who think that having a thousand different ladies is pretty cool, I have learned in my life I've found out that having one woman a thousand different times is much more satisfying." Fajne słowa, fajny przekaz.
×
×
  • Create New...