-
Zawartość
666 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Posty napisane przez MacTavish
-
-
- Czas dodać trochę zabawy do tych nudnych mistrzostw - rzekł Bajcurus, podchodząc do ochroniarza.
- Pan wybaczy, ale mecz już trwa - rzekł napakowany ochroniarz. - musisz pan poczekać tutaj.
- Nie - rzekł Bajcurus, i wyjął pistolet.
- ?! Co...
Nie dokończył, bo Kot wpakował mu kulę w łeb.
- Dobra. Operator wyrzutni, dawaj mi tu ze dwa helikoptery. - rzekł Kot, przeskakując nad ciałem ochroniarza. Wypadło trzech następnych, i od razu zaczęli strzelać seriami z automatów. Bajcurus tylko ruszył ręką, a fala ognia pochłonęła ochroniarzy razem z pociskami.
---
Co tam się dzieje?
Usłyszałem jakieś niepokojące odgłosy z wejścia, a Force Sense mówiło mi, że to nic dobrego. Moja ciekawska natura nakazała mi to sprawdzić. Lepiej zapobiegać zagrożeniom; Szczególnie wtedy, gdy ochroniarze zabrali mi cały ekwipunek przed wejściem na mecz.
Zbliżyłem się do bramy. Nagle poczułem coś...
Musiałem uskoczyć. Musiałem!
...i skoczyłem.
-Kab000m-
Brama główna została wysadzona, a ogromny kawał blachy minął mnie o centymetry. Gdy dym opadł, ujrzałem wchodzącego Bajcurusa.
- Co ty robisz?! - spytałem mimo, że wiedziałem co on robi.
- Po co się pytasz, skoro wiesz, co robię? - odpowiedział, i wypalił w moim kierunku z pistoletu. Nie musiałem się nawet ruszyć; kula minęła mnie o dobre dwa metry.
- Dla zasady - odparłem, i ruszyłem powoli przed siebie. Nacisnął spust ponownie, tym razem trafił. Kula odbiła się od mojego ramienia i upadła na bruk. Za mną zgromadził się tłum kibiców, którzy obserwowali całą akcję.
- No to może czas na rozwałkę - rzekł Bajcurus. Nagle usłyszałem huk wirników helikopterowych. Spojrzałem w górę. Przeczucie mówiło mi, żebym skoczył w bok.
Nie usłuchałem.
Sześć rakiet rąbnęło prosto w miejsce, w którym stałem. Kibice cofnęli się przerażeni, a kot uśmiechnął się szyderczo.
Zbliżyłem się do niego.
- Odłóż te swoje zabawki i zmykaj stąd, kotku, zanim obetnę ci pazurki - rzekłem nieco poirytowany, a moje oczy zaświeciły się na czerwono.
O, tak.
Czas na atak.
Powiększyłem prawą rękę biomasą, i zamachnąłem się.
- Nie - odpowiedział kot, i skoncentrował moc ognia.
Uderzyłem.
Tak jak się spodziewałem, siła uderzenia wyrzuciła Bajcurusa daleko do tyłu. Spojrzałem na swoją rękę, która była ogarnięta płomieniem.
- Ogień mi nic nie zrobi.
Byłem jednak nieco osłabiony - musiałem zablokować wiele rzeczy. I wtedy helikopter wypalił ponownie. Skoczyłem do góry, i złapałem się jednego z helikopterowych minigunów. Wspiąłem się na pokład.
- Wysiadka - rzekłem do pilota, wyrwałem drzwi, wyrwałem pilota, i posłałem helikopter na ziemię. Gdy leciał, wystrzeliłem linkę w drugi helikopter, i przyczepiłem oba.
- Buachachacha, dokładnie o to chodziło! - rzekł Bajcurus. Nie do końca rozumiałem co miał na myśli.
Nagle zobaczyłem, że te helikoptery są wypakowane materiałami wybuchowymi.
-- Kab000m --
Ogromna siła uderzenia wyrzuciła mnie wysoko w górę. Boisko zatrzęsło się. Ustabilizowałem lot, i swobodnie opadając ogarnąłem wzrokiem całą sytuację. Boisko było otoczone demonami, Scionami, Twardymi Dowódcami i innymi. Widziałem chyba nawet potwora Frankensteina.
Gruchnąłem w ziemię, i prędko wstałem.
- Chcesz zabić Solarów... - powiedziałem. Poczułem, że ziemia pod moimi nogami trzęsie się nienaturalnie. Zeskoczyłem na boisko.
- Stop! - krzyknąłem. - Otchłań atakuje, boisko jest otoczone - rzekłem do graczy, i odwróciłem się w stronę Bajcurusa, który szedł w towarzystwie stu demonów. - Nie uda ci się nas pokonać. Jesteś sam, nas jest więcej!
- Buachachacha! Bardzo dobrze, że jest was dużo!
- Co?
Przeczucie nakazało mi spojrzeć w górę, zrobiłem więc to.
Trzy rakiety.
Trzy atomówki.
Wszystkie leciały w boisko.
Skupiłem Moc, i chwyciłem pierwszą atomówkę. Spowolniłem jej lot tak, że pozostałe ją wyprzedziły.
I nagle szarpnąłem.
Rakieta rąbnęła prosto w drugą rakietę.
--- Kab000m ---
Otoczyłem boisko i trybuny barierą z Mocy. Wybuch rozszedł się po niej, i zmył wszystko dookoła. przez chwilę przez barierę nie prześwitywało nic oprócz oślepiającego światła. Gdy światło wygasło, wokół nie było nic.
Kompletnie nic.
Nie wytrzymałem więcej, i upadłem na ziemię. Bariera padła, a śmiercionośne promieniowanie zaczęło przedostawać się do środka.
Tego meczu już chyba nie dokończymy...
-----
Boskie Osiedle, Teraźniejszość, Dzień Dzisiejszy, Godzina Taka Jaką Teraz Masz Na Zegarku (chyba, że jest popsuty)
Otrząsnąłem się z zamyślenia. Nie lubię przypominać sobie tego momentu... Kiedy zaczęło coś się dziać, od razu ktoś wpada i nie zostaje nic.
No cóż, dosyć tego. Mam dużo roboty...
...I trochę czasu wolnego.
-------------------------------------------------------
No dobra, that's taken care of.
Mamy czas wolny! Wee!
Jeśli nic się dziać nie będzie, to lookniemy z Tyt0kiem i przeanalizujemy jego pomysł. Powiem tylko, że postaram się zrobić tak, żeby nie było nudno.
No.
-
Dlaczego ja zawsze popieram matrixa? Na początku jak się pojawił nie znosiłem go, potem jakoś się dogadaliśmy przez GG,a teraz lubię z nim gadać (spamować na GG) i popieram jego pomysły.Cha. To jest ostrzeżenie dla was wszystkich. Rozmowa ze mną powoli toczy waszą świadomość i wolną wolę, a gdy będziecie zupełnie wypaczeni, poddacie się mojej woli! Cruadin już zauważył, że gadka ze mną wypacza umysły =P
Zresztą, widać, że jak tylko cośzaproponowałem, to od razu 5 osób wbiło na 'tak'.
Buachachachacha!
Proponuję zrobić tak samo jak z meczem: uznajmy, że to się działo w nieokreślonej przeszłości. Nieokreślonej, żeby nie było zamieszania "co ty tu robisz, przecież ty pojawiłeś się dużo później, nie znamy cię".Agreed.
Niech się tak stanie.
No i behemort ma rację, bez niego nie ma co robić. Lepiej będzie poczekać na niego... Zresztą, skoro Tyt0k coś wymyślił, to da się to oczekiwanie przeczekać w jakiś przyjemny sposób. Skonsultuję się z nim i spróbuję pomóc z tym, co wymyślił.
I tak ogólnie, to co robimy? Niby zgodziło się z 5 osób, ale nadal nie wiem, czy kończyć to, czy nie. Jakby wypowiedział się np. Shadow czy coś...
Jeśli już przegłosowaliśmy mecz, to ktoś musi to zakończyć. Tylko kto?
-
Wiecie, co proponuję? Nie? to zaraz wam powiem!
Otóż proponuję zakończenie meczu.
Teraz.
Raptownie i całkowicie.
Jak już go zakończymy, proponuję przesunąć quest Gzymsa aż ten będzie miał czas go zrobić, a w międzyczasie dać po prostu czas wolny.
Żeby uzasadnić moją propozycję pokażę tylko, że ten mecz idzie nam jak krew z nosa. Miało być hiper pr0 0wn0r, a jest p00r i tyle. Grają dwie osoby, a reszta nie może robić NIC. Jak będzie czas wolny, to wymyślimy sobie coś, i każdy będzie mógł grać. Jak będą mecze to nic nie można robić tylko się gapić.
No więc gadałem z paroma osobami już, i przekonałem ich do mojego zamysłu. Te osoby to:
Aiden
Cruadin
Syskol
Tyt0k
Markos
... no i ja.
Well?
-
mi się nie chciało raczej czytaćTo nie czytaj!
Jakie to proste i praktyczne rozwiązanie!
ulepszałeś czyli byłeś siła sprawcząBlah blah, jak już jedziemy z pr0 cytatami wziętymi znikąd(looka na Markosa) to ja przypomnę coś z GTA San Andreas - OG Loc miał dostać robotę. Miał być "technikiem higieny", a okazało się że to zwykły miotła-man do sprzątania. Tutaj już próbujecie mi wmówić że ja prowadziłem OA, że OA było moje, że byłem jakąś siłą sprawczą i pr0 w ogóle all moje itd.
Powiem tak:
][_, ([]) ][_,
Syskol ma rację, nie macie się do czego przyczepić to wymyślacie na mnie co się da.
No tak, róbmy sobie dyskusje o tym samym co miesiąc. Mnie to nie bawi.A mnie bawi. Nie lubisz - nie dyskutuj. Akurat takie wymiany zdań są ciekawe, a moje zdanie co do ich 'fajności' podzielają inne osoby, np. Aiden. Tak mi przynajmniej mówił.
Ale dla ciebie, każdy kto ma inne zdanie, i je przedstawia jest nieuprzejmy.Każdy? Ależ to tylko TY jesteś do mnie nieuprzejmy. Tak samo jak sposób w jaki przedstawiłeś to 'zdanie'. Próbujesz mnie oskarżyć o monarchię w pierwszym OA? Obalić tyrana? Nie wychodzi ci...
Mam ochotę powiedzieć o tobie kilka ciepłych słówThe feeling is mutual, believe me.
Wszystko zniosę, oprócz tego, jak ktoś najeżdża na moją kulturę, którą zawsze staram się zachować.xDD
Can't blame the man for trying... Wiesz, jakoś ta kulturalna postawa nie do końca wychodzi.
A moja odpowiedź jest czysto obronna. Nastawiał drugiego policzka nie będę.
Już wystarczająco oberwałem od Tyt0ka i Jamesa.
----------------
ah, Markos jak zawsze próbuje nas pogodzić... No dobra.
Nie mam zamiaru napisać niczego więcej do Tyt0ka. Niczego.
Jak chce mi nawrzucać, niech zrobi to na gg.
Dobra. Widzę że mamy nowego sędziego, mam nadzieję, że będzie sprawiedliwy ;q
I gol dla Sewastian jest wg mnie zasłużony, bo CruaŚ się nie postarał zbytnio.
-
Markos, wiesz, jak 3 raz z rzędu coś idzie 'nie tak', to mam chyba prawo westchnąć ;q
@orzeł
Coś takiego jak... ślub?
Nie, żartuję.
Cokolwiek zrobimy, musimy wydostać się z tego time-reverse, który jest na czas mistrzostw. A jako że bez sędziego to nie pójdzie dalej...
Po pierwsze, wycofuję się z dalszych rozgrywek.
Po drugie... Co robimy? Anulujemy mistrzostwa i wracamy do questa? Anulujemy mistrzostwa oraz questa, i robimy 'coś innego'? Nie robimy nic i siedzimy z założonymi rękami? Znajdujemy nowego sędziego? Robimy flejmy w Biurokracji ;q ?
...?
-
Dzięki za zdjęcie spoilera.
Może to jednak nie jest kwestia ochoty MG-a, co? Co Wy wszyscy tak nastawieni anty-MG jesteście, ludzie. Nie podoba się - rozumiem i swój cel osiągnęliście, ale po co ciągle wypominać, jak źle jest z Miszczem Gry i jak dobrze by było, gdyby go nie było...Nie powiedziałem nic w stylu 'jak dobrze by było, gdyby go nie było'.
I radzę nie rozpoczynać znowu flejma.
I na koniec - to JEST kwestia czasu/ochoty MG-a. Jakby miał czas i ochotę, to by prowadził.
Nie ma.
Więc nie prowadzi.
Koniec.
Obejrzał już to, co miał i o czym gadali na gadulcu?Mhm.
Ja nie mam za bardzo nic przeciwko, ale nie wiem jak reszta.Ech...
-
Great, znikam na parę dni a tu takie coś -_-
No dobra Shad, jak nie możesz to nie, coś się wymyśli.
Jakbym mógł to sam bym się zgłosił na twe miejsce coby zabawa dalej trwała, ale nie mogę, więc mam nadzieję, że ktoś jest chętny ; o
Anyone?
(I znów zadanie pada, bo MG nie ma czasu/ochoty...)
BTW, Markos, dzięki za ospoilerowanie całego posta. Z telefonu nie mogę przeczytać -_-
-
I skończcie z tą dyskusją.Nie, bo jest fajna.
Poza tym, w pierwszym OA, musiał być ktoś, kto wszystko napędzał, bo nic się samo nie dzieje. To byłeś ty, Matrixie, i chociaż robiłeś to dobrze, to czasami się to nudziło. Ale wiesz, że powrót do pierwszego OA, to powrót do twojego OA, którego nikt inny tak dobrze poprowadzić nie będzie mógł, a jeżeli prowadziłbyś tylko ty... no, wszystko się kiedyś nudzi.Nie było żadnego 'mojego OA'. Każdy grał jak chciał, a gdy była nuda, to dawałem zwykłe sugestie, np. że Bajcurus potrzebuje pomocy z tłumieniem buntu, albo że Biotech potrzebuje eskorty. Zwykłe 'pierwsze słowo', które otwiera szereg możliwości. Resztę robiliśmy sami, a każdy dodawał coś od siebie. Pamiętacie akcję, gdzie wleźliśmy do bani Ravenosa? Wspomnienia, myśli itd... Honor robił mapki z anomaliami, potem jeszcze wbiła Alma... Gdybyśmy nie robili tej akcji Wszyscy Razem, nie byłaby taka fajna.
Ja nic nie 'prowadziłem'. Po prostu dbałem o zabawę, starając się ulepszać to, co należało ulepszyć. Na złe chyba nam nie wyszło.
Po co wywoływać już przerabianą wiele razy dyskusję, która może w flame'a się przerodzić?Igramy z Ogniem!
A tak serio, to lubię takie dyskusje. Miło jest czasem zrobić wymianę zdań ;]
A w flejma się nie przerodzi, bo jesteśmy do siebie uprzejmi. Prawie wszyscy (zerka na Tyt0ka).
Mam nadzieję, że Gzyms szybko wróciJa uważam, ze ten quest i tak był słaby... Wolałbym raczej dobić do questa Markosa. Jego poprzednie zadanko było fajne, a teraz ma jeszcze do pomocy Behemorta, który jest osobą bogatą umysłowo i razem mogą wysmażyć coś naprawdę ciekawego.
Oby tak było.
I... Ruchy z tym meczem! Ile można czekać?!
wreszcie uda się skończyć tego questa i dobić do końca kolejki a potem rozwiązać ją w cholerę. Bo tak było chyba postanowione czyż nie? :=)That's more like it... No pewnie! ;q
Viva La Free Time!
-
Jeden może mieć bardzo luźne ramy fabularne i pozwalać na wszystko aby tylko doszło do obmyślonego wcześniej zakończeniaNie powinno być obmyślonego zakończenia. Jeśli robilibyśmy wszystko wspólnie, akcje zawsze byłyby nieoczekiwane, a zakończenia zupełnie inne, niż się spodziewaliśmy.
potrzeba do niej doświadczonych graczy, którzy wiedzą co robią.Mamy tu wielu doświadczonych graczy, w tym weteranów z 'jedynki' którzy wiedzą o OA wszystko i jeszcze więcej.
Zabójca się zakradnie, wojownik rozwali wszystko na drodze, mag teleportuje, druid zamieni w orła itd. Jeśli MG zabrania, to coś jest nie tak.Aiden, to jest OA. Tutaj Zabójca wpadnie z bazuką, wojownik przeczołga się przez mokradła, mag będzie rushował z kosturem +10 dmg, a druid pokampi ze snajpą.
Tu nic nie dzieje się tak, jak tego oczekujemy.
Bo nie.
O Legends kończę dyskusję, bo to jest OA a nie TL. Zresztą, masz tak naprawdę rację, i nie będę już się sprzeczał, bo to mi uwłacza (pr0).
Ty chyba źle rozumiesz funkcję MG. To nie jest ktoś, kto napisał scenariusz w teatrze. Tzn. jest, ale nie aż tak sztywny. Ma przygotowane NPC, wydarzenia, wrogów i wszystko inne, ale nie powinien ograniczać graczy wbrew logice. Jeśli postawi ich przed zamkniętymi drzwiami, to i tak każdy z graczy otworzy lub ominie je na inny sposób.W OA nie ma logiki. Jeśli drzwi są zamknięte, to wbija Shadow, łup z glana i już. Open. Wbijać. Jeden MG nie przewidzi każdego pomysłu każdej osoby, bo to niemożliwe, a w OA każdy z tych pomysłów jest inny niż 'zakładany'. To nie na nerwy MG-a. Gracze sami wiedzą, co chcą zrobić, a razem mogą poprowadzić wielowątkowe, ciekawe i innowacyjne akcje - jak Bitwa O Niebo.
Co nie?
Cygnus - masz trochę racji, ale uważam, że elementy smutno-tragiczne też są w OA ciekawe, i że nie powinniśmy się ich pozbywać.
Ha, ja niedługo zamorduję mojego Blade'a - ale tylko po to, żeby 'zamienić go' na zupełnie inną postać, która będzie jak najbardziej zabawna. Ot, żeby powiększyć zabawowość OA.
-
...

Dobra xD
większość zadań opiera się na nagłym ataku i wynikającym z niego kłopotach.Zią, wina kolejki jest taka, że ona blokuje działalność reszty graczy. Jak MG mówi - tak ma być. Reszta musi się z tym zgodzić. Jeśli MG mówi, że nagle all atakuje PWB i musimy dedać - to tak ma być.
Natomiast jeśli kolejka zniknie, mamy coś zupełnie innego.
Atakują nas n0bki? Rozwalamy ich, i tworzymy historię - po kolei, kim są, dlaczego nas atakują, kto za tym stoi i jak go rozwalić.
Robimy to tak, jak zrobiliby to nasi bogowie, a nie tak, jak uwidziała sobie to jedna osoba. I to jest wina kolejki - blokuje działalność graczy, i tworzy jednego nad-gracza do odwalenia roboty za nas.
To już Bitwa o Niebo była bardziej skomplikowana, bo opierała się na "posadach" danych postaci i celach jakie teoretycznie chciały osiągnąć.Też, ale nie do końca. Zauważ, że tutaj MG se poszedł (czyli go nie było), a my, Wszyscy Razem (jak we Free Time) zebraliśmy się i omówiliśmy to. Każdy dorzucił coś od siebie, i co powstało? Wielowątkowa akcja, epickośc, krejzolowość i wszyystko razem, do tego nieźle zasilone fabularnie - That's our style! That's how we roll!
Ta akcja będzie wspominana jeszcze długo, bo byłą robiona na podobnych zasadach co akcje z Free Time'u (zresztą, działa się podczas przerwy międzyquestowej, kiedy nie było MG-a).
Tak, było trochę nudno, i czekaliśmy trochę czasu - ale dlaczego? Bo byliśmy tka przyzwyczajeni do MG-a który każe nam zrobić to co trzeba zrobić, że nie wymyślaliśmy tego sami. Ale potem zebraliśmy się, pogadaliśmy, i wyszło jak wyszło - czyli nieźle.
Na Sesji w końcu każdy MG sam wymyśla fabułę, ja sam wymyśliłem fabułę na The Legends i jestem z niej zadowolony.Jest różnica między fabułą dla 3 osób a fabułą dla osób 10 and more, co nie?
Zresztą, w The Legends nie ma tylu możliwości fabularnych co w OA. Tutaj mamy całą galaktykę, a tam tylko Ziemię... =P
I proszę, nie posługujmy się Sesjami jako przykładami. To jak porównywać gry komputerowe do filmów. Podobne, ale inne, i tyle.
Najważniejsze aby była sprawnie poprowadzona i przyjemnie brało się w niej udział. Do tego potrzeba albo kontrolować to co robią uczestnicy aby jej nie "zepsuli"Uczestnicy powinni wiedzieć, żeby nie niszczyć zabawy. A jeśli they cross the line - reszta ich skarci, wytknie palcami i w ogóle.

You Shall Not Pass!
-
Tak, wszystkie problemy wynikają z kolejki questów. Brak pomysłów MG też.Oczywiście, że tak. Jak są questy, to wymyślenie wszystkiego - od początku do końca - spoczywa na barkach jednej osoby. Jednej. Natomiast gdy nie ma kolejki oraz ograniczeń 'nie możesz tego zrobić, bo ja ci nie pozwalam', kilkanaście głów razem składa długą, emocjonującą i wielowątkową fabułę (tu znów wspominam Gustawa). Jedna osoba sama tego nie zrobi. A jeszcze jak zniknie sobie z OA, to kompletnie zabawa stoi.
Rozumiem, że wprowadzenie całkowitej samowolki w odgrywaniu postaci może wprowadzić pewne zamieszanie, ale co poradzić?Jeżeli będziemy grać z głową, nic się nie stanie. Tak samo w 'jedynce', temperowaliśmy się wzajemnie gdy ktoś przesadzał.
Mówcie co chcecie, ale bywało, że MG czasem wykazywał się inicjatywą i miał pomysł, dzięki któremu wszyscy dobrze się bawiliśmy biorąc udział w jego ciekawym i pomysłowym kłeście.Tak, na przykład twój quest był fajny. Ale to raczej wyjątek. Zresztą, bez kolejki każdy z nas mógłby go jeszcze ulepszyć.
Mój quest z wyścigiem okazał się klapą, bo ludzie nie wykazali niemal w ogóle samodzielności, i chcieli wodzenia za nos.
Pymp jest z powrotem bogiem, nawet dałem kartę.My mistake.
Nie rozumiem, o czym my znów dyskutujemy.O wszystkim i o niczym po kolei, wymiana argumentów na poziomie dżentelmeńskim (nie licząc oschłości Aidena, ale do tego idzie się przyzwyczaić =P).
'O kurcze, mam pryszcze, to pewnie przez kolejkę questów!'Teraz to ja mam od niej hemoroidy... ;q
Jeśli teraz chciałbym prowadzić Lunariona jak na boga przystało, to nie miałbym nic do roboty, bo cała reszta zachowuje się jak "boscy ludzie" i co, mam się sam ze sobą bawić?Wspólnie wymyślimy taki moment, w którym nasza boskość będzie 'zwiększona'.
@down:
Może i swobodę dawałem, ale i tak ja musiałem wymyślić wszystko, od początku do końca. To ja musiałem pokazać, że teraz będzie wyścig, ja musiałem zaplanować etapy i ja pokazywałem, w jaki sposób je przebyć.
Bez kolejki questów, sami sobie to wyznaczymy, każdy zrobi to tak, jak jemu pasuje, a każda z akcji będzie inna - bo każdy ma inną 'głowę' do OA. Gdy jedna osoba to planuje nie widzi przecież, jak wyobraża sobie tą akcję druga osoba.
Every one of us has a different style. Na przykłąd Syskol - on pisze na krejzolowo. Aiden? Po sztywniacku. Cruadin? Max epickość. Behemort? Byle było zabawnie. Orzelek? Po Mhroczno-zabawnemu. Ja - po realistyczno-dokładnemu. Shadow robi zawsze 'zło, flaki i metal /m\', Markos pisze jak najdokładniej, BlackMoon robi wszystko 'the easy way', a Tyt0k twardo dąży do celu.
I teraz niech jedna osoba zaplanuje akcję dla każdej z nich. Nie, to oni sami muszą zrobić to tak, jak oni to robią.
Bo jedna osoba, choćby nie wiem jak dobra, nie powieli stylu drugiej osoby.
Każdy jest unikalny, czy tego chce, czy nie.
<koniec przemowy>
-
Cruadin ma rację.
Nie mam ochoty znów przechodzić przez zażarte dyskusje, ankiety oraz irytować się tylko po to, żeby i tak nic się nie zmieniło.
Gramy jak chcemy. Może Syskol uważa, że nie ma tu boskości, bo przestał grać bogiem? Jego Pymp w końcu nie jest już bogiem z tego co wiem. Komplikacje z respawnem miał chyba.
A to, ciągle nas coś napada i próbuje zaciukać bez powodu jest wynikiem kolejki questów i braku pomysłowości MG-ów.
-
Thanks for advice, Captain Obvious. Szkoda tylko, że po fakcie
Ech... Naprawdę nie lubię gdy ludzie rzucają złośliwościami, nie odpowiem więc tym samym.
Black, nie próbowałem urazić cię ani w żaden sposób próbować 'wyrzucić' pomysł mistrzostw. Przeciwnie, pomysł jest świetny, tylko po prostu nie został 'obgadany', bo nikt nie wyrwał się, żeby to zrobić (może mają dość irc-a po ostatnich zbiórkach?).
Poza tym... ja się wynudziłem w wojnie Piekła z Niebem. Teraz jest przynajmniej co robić
Jest co robić, ale dla ciebie i dwóch osób...
Proponuję, żeby osoby grające mecz spotkały się razem z sędzią na gg/ircu i tam rozegrały mecz, a potem w jednym poście wklepały podsumowanie do OA. A reszta? Well, proponuję, żeby zrobić to w formie 'wspomnień'. Znaczy - że te mecze i tak dalej to wspomnienia. Można napisać tak:
"<moja postać> wstała z fotela i zgasiła fajkę. Była <nazwa miejsca> i właśnie przypominała sobie ostatni mecz. Teraz poszła i zamordowała pół wioski, wróciła i znów pogrążyła się we wspomnieniach, przypominając sobie mecz..."
Można by było robić wszystko inne, gdy reszta gra - i można też przysiąść przy wspomnieniu rozróby na trybunach

Whaddaya think?
-
Mnie nie będzie od 22 lipca do 12 sierpnia... ; o
I tak ogólnie, to te mecze znów padają ofiarą niezaplanowania. Gracze oraz sędzia powinni zebrać się na gg bądź irc-u, i przez jakąś godzinkę rozegrać ten mecz, po kolei mówiąc co robią piłkarze itd. Potem złożyliby jakiś skrócony log-przebieg, i tyle... Bo osoby które nie grają w meczach nudzą się i mają do wyburu:
1. nie pisać nic
2. lać się na trybunach
-.-
-
Gzyms się nie odzywał i nas porzucił, zorganizowaliśmy sobie więc jakąś robotę. Jak szanowny MG powróci, to mecze przerwiemy, gdyż one są w formie 'dawno dawno temu bogowie grali sobie w piłkę...' i można to zawsze cofnąć.
Widzicie teraz jak wygląda kolejka questów. All uzależnieni od 1 osoby. Jakby był free time, wszyscy razem byśmy pociągnęli questa.
No ale nie ma.
A ty Syskoluś nerfisz... Bariera której nic nie da się przebić? To może rozwalę ją Mieczem Tnącym Wszystko? ;]
-
Zamachałem skrzydłami. Ciężko było wzbić się w powietrze z tą obrożą. Zatoczyłem koło nad blondaskiem.
- Co to jest, obroża z nadajnikiem? Wybuchowa? Utnie mi za pół godziny łeb? Nadzieje na rożen? - przeleciałem nad nim, i zawróciłem. - Skoro masz takie "dobre serce" i mnie wypuszczasz, to darowałbyś sobie obrożę. Ciężej mi latać. Zresztą nie jestem psem, a sokołem! Dałbyś trochę ziarna na drogę, bo mi w brzuchu burczy.
Zastanowiłem się, gdzie polecieć. Tylko jedno miasto... Wzorowo. Tam pewnie nie tolerują sokołów. Do rzeki lawy pchał się nie będę. No to pozostaje Normalny Las. Może upoluję jakąś mysz. Jeśli one istnieją. Ale jeśli las jest normalny...
- Ziomek, kusza na sokoła jest równie nieskuteczna co kij - rzekłem. - bełty lecą powoli, zdążę uniknąć. Chyba że masz takie szpanerskie strzały samonaprowadzające, wtedy mam pozamiatane. - Zamachałem mocniej skrzydłami, i poleciałem w stronę Normalnego Lasu.
- Miło z twojej strony, że mnie uwolniłeś. Jeszcze milej, że się uzbroiłeś. A najmilsze chyba było to o 'gonieniu mnie'. Strasznie się boję. Nie masz po co do mnie strzelać, mięso sokoła jest łykowate i niedobre. Chyba.
Ostatnie słowo dodane było ciszej, a byłem już daleko. Nie wiem czy usłyszał czy nie. Zresztą, nie chciało mi się o tym myśleć. Bałem się. Nie brzmiałem na wystraszonego, ale tak się czułem. Jakiś koleś chce mnie zamordować i bawi się mną jak lalką. Muszę uciec do cywilizacji. Wzorowo. Tak, tam muszę polecieć. Lepsi są wzorowi strzelcy wyborowi od jakiegoś elfa-blondasia albo kogoś. W takim razie polecę na południe i wlecę w las, a potem skręcę na zachód, i polecę do Wzorowa. Może jeśli kolo zobaczy że lecę do lasu, to pomyśli że tam jestem, a ja tymczasem zwieję do miasta. Chyba że w tej obroży jest nadajnik/bomba/składany rożen. Wtedy będzie źle. Ale myślmy pozytywnie! Polecę do Wzorowa, zdejmę jakoś tą obrożę i zjem blondyna z rożna. Muehehe.
Zamachałem skrzydłami z całej siły, a strach 'dodał mi skrzydeł'. Mówiąc prościej - dostałem powera. Pióra furkotały na wietrze, a ja trzepotałem skrzydłami chcąc znaleźć się jak najdalej od blondyna-psychopaty. I dolecieć jak najprędzej do Wzorowa.
-
Drużyna FC Normandy razem z ich menedżerem (tzn mną) zasiadła na trybunach. Założyłem specjalny fioletowy strój, i wywiesiłem transparent "Lapidia wbije gola, to będzie darmowa coca-cola!". Shepard również pokolorował pancerz na fioletowo. Nagle zauważyłem, jak w stronę Cygnusa lecą krzesła. Prędko schwytałem je Mocą, i odrzuciłem z dziesięciokrotnie większą siłą w Pympa. Wstałem, i zbliżyłem się do faceta sprzedającego gadżety. Kupiłem 5 pomarańczy oraz 15 łyżeczek. Jedną z pomarańczy perfidnie rozkwasiłem łyżką i wyrzuciłem w Tytiańskiego bramkarza. Resztę pomarańczy posłałem w Pympa.
- LAPIDIA GÓRĄ! - krzyknąłem.
Nagle wstał Grunt.
- LAPIDIANIE GOLA! - wrzasnął swoim donośnym głosem.
- No. - dodał Shepard.
-
No dobra, melduje się klub futbolowy FC Normandy!
Gracze:
1. Komandor Shepard jako kapitan drużyny, będzie on na pozycji napastnika.
2. Grunt jako bramkarz, taki wielki potwór zatamuje pół bramki =P
3. Jacob na pozycji obrońcy,
4. Garrus na pozycji napastnika,
5. Mordin na obronie,
6. Saren jako trzeci napastnik,
7. Wiesiek (tak, ten Wiesiek z 'jedynki') na środku boiska, będzie się udzielał w ataku i obronie,
8. Ezio Auditore da Firenze jako obrońca,
9. Jerry Nebula jako midfielder,
10. Izaak Clarke na obrońcę,
11. Mariusz Pudzianowski na midfieldera (on to i do futbolu wejdzie).
A oto formacja mojego teamu, numery na fotce odpowiadają numerom z opisu powyżej ;q
kolory to:
żółty - obrońca,
zielony - midfielder,
czerwony - bramkarz
niebieski - striker
Ready to roll!
-
A'ght, I'm in. Dobry pomysł z piłką, jeszcze lepszy ze zrobieniem tego w przeszłości (może w formie opowieści?). Dunno, macie mój głos ;q
Używanie broni podczas meczy dozwolone?
Albo chociaż na trybunach xD ?
wszystko byle nie kolejna epicka, ciągnąca się tygodniami wojna Nieba z PiekłemTo m. in. *twoja* wina że tyle się ciągnęła, Shadow =P
Ja i Markos czekaliśmy na graczy, kiedy oni nic se z tego nie robili i siedzieli.
A OA nie zdycha po paru dniach -.-
Spójrz na Legends, tam nikt nie odpisuje, ale nikt nie popędza nikogo =P
Ale porównywanie OA do Sesji jest jak porównywanie orzecha laskowego i włoskiego. Niby to samo, ale inne. @by Matrix (dopiszcie to sobie do zbiorów cytatów albo czegoś xD pr0)
BTW, Shadow, skoro chcesz nam mistrzostwa zrobić, to może sobie weź na chowańca ośmiornicę? będzie nam wróżyć wyniki meczów xD
-
Siedziałem w moim domu na Osiedlu, rozmawiając z Abi i FNG.
- Najbardziej martwi mnie to, że zwykli szeregowi piraci mogli wysadzić całą planetę, a nawet pozbawić mnie Mocy. Potrzebowaliby lat badań, żeby...
- To nie byli zwykli piraci - przerwał mi FNG. - przeskanowałem dane jednego z wrogich statków. To wszystko akcja Bractwa Cienia.
- Co?! Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedzialeś?! - oburzyłem się i rąbnąłem pięścią w stół. Ten robot jest bezużyteczny!
- Nie spytałeś! - wściekł się FNG, i wstał.
- Ale teraz już to wiemy, prawda? John, co to jest Bractwo Cienia? - spytała Abi. Ona potrafi pogodzić każdego, wybrnąć pokojowo z najgroźniejszej sytuacji.
- Bractwo cienia to korporacja Złych Assasynów, którzy mordują dla przyjemności i zysku - powiedziałem, już spokojniej. - Zaatakowali was, żeby mieć niewolników, surowce z planety lub po prostu dla zabawy. - wyjaśniłem. - Są to moi zagorzali wrogowie. Ale nie martw się, nie pozwolę im cię skrzywdzić.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. FNG zabrał Abi do kuchni, a ja ustawiłem się koło drzwi ze sztyletem gotowym do ataku. Mechaniczne oczy widziały przez drzwi. Była to osoba z metalową ręką... Jane!
- FNG, przygotuj się. Jane przyszła - szepnąłem, i otworzyłem drzwi.
- Czego chcesz? - spytałem, gotów uskoczyć w bok przed kulą ze snajperki.
- Skończ atakować moją korporację, albo pożałujesz! - warknęła.
To nie brzmiało dobrze.
- Nie.
Błyskawicznie wysunąłem sztylet w obu rękach, i zaatakowałem. Jane była jednak przygotowana - uchyliła się, i rąbnęła mnie mechaniczną ręką w brzuch. Zgiąłem się i złapałem za brzuch, a Jane walnęła mnie w łeb kolbą snajperki. Odrzuciło mnie do tyłu, wgłąb domu. Odbiłem się od drewnianej ściany, i zregenerowałem biomasą.
- Sama to na siebie ściągnęłaś, zakładając korporację która ma na celu osłabienie Bractwa. Nie zdziw się więc, że zrównam ją z ziemią!
Wystrzeliłem duży kolec z biomasy. Jane zgrabnie uchyliła się i zaatakowała mnie strzałką wystrzeloną z mechanicznej ręki. Strzałka wbiła mi się w metalową część pancerza na ramieniu.
- Wybacz, że pokonam twoją 'wspaniałą korporację', braciszku - rzekła, i zaatakowała mnie mieczem świetlnym. Skoczyłem w bok. Rozgrzana materia przecięła wbitą we mnie strzałkę na pół, i nieco poparzyła mi ramię.
- Wybacz, że zginiesz, siostrzyczko - powiedziałem mrocznie, i zaatakowałem moim mieczem świetlnym. Nasze miecze starły się ze sobą, materia z materią. Róż z czerwienią. Twarz moją i Jane dzieliło może z 50 cm. Mocowaliśmy się mieczami, próbując wyrwać się i zaatakować ponownie.
- Stop! - krzyknęła Abi. - dość!
Przez moment się zawahałem. Powiedziała to takim głosem, że naprawdę chciałem schować miecz. Ale tego nie zrobiłem.
- Dlaczego walczycie, o co tak naprawdę poszło? Rodzeństwo powinno trzymać się razem! - powiedziała rozpaczliwie.
- Zajmuje moje planety! - oskarżyłem Jane.
- Atakuje moją korporację! - oskarżyła mnie.
- Nie lepiej zaprzestać ataków? Połączyć siły, wspomagać się wspólnie gdyby przyszło jakieś większe zagrożenie? Razem moglibyście pokonać Bractwo Cienia. Razem moglibyście dokonać wspaniałych rzeczy. Schowajcie te miecze i żyjcie w pokoju, jak brat z siostrą!
Zawahałem się jeszcze bardziej. Czułem, że mówiła prawdę.
Odskoczyłem, i wyłączyłem miecz.
- Masz rację, Abi. Ta wojna jest bezsensowna. Najwyższy czas ją zakończyć.
- Mądry wybór - uśmiechnęła się Jane. - "braciszku". I na przyszłość uważaj, zanim mnie wkurzysz - dodała żartobliwym tonem.
- No więc - zatarłem dłonie. - skoro wszystko jest w porządku, to co byś powiedziała na małą wymianę handlową z Bractwem, Jane?
- Powiedziałabym: Zgoda - odpowiedziała, i przypięła miecz do paska. - No cóż, na mnie pora. Podziękuj swojej pani negocjatorce, jakby nie ocaliła ci skóry, to już byś leżał.
Pomachałem Jane na pożegnanie, i zwróciłem się do Abi.
- To się nazywa dar przekonywania! - rzekłem, i naprawiłem zniszczony dom. Abi tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Jak wy się tłukliście, to zrobiłem omlety. Co wy na to? - spytał FNG, wychodząc z kuchni.
-
Gdy Orzeł podążał na planetę Bractwa, ja znajdowałem się w punkcie obserwacyjnym, podziwiając gwiazdy oraz piękną błękitnozieloną planetę, nad którą przelatywaliśmy. Nagle spostrzegłem coś w oddali. Zbliżyłem się do szyby, i wysiliłem mechaniczne oczy. To były dwa statki kosmiczne. Nie, trzy. Cztery! Po kolei wysuwały się z tunelu czasoprzestrzennego. W sumie wyleciało ich 10, a wszystkie ruszyły w naszą stronę.
Piraci!
Nie tracąc czasu wybiegłem z obserwatorium i dopadłem sterów. Odwróciłem myśliwiec o 60 stopni, a wielka torpeda minęła Orła o metr.
- FNG, przejmij kontrolę nad Orłem. Ci piraci atakują planetę, trzeba więc ich zatrzymać. - rzekłem, przeładowując nowy rewolwer.
- Dobra, ale szybko, bo nie lubię walczyć.
- Leniwy robot za sterami, świetnie - westchnąłem, i wyskoczyłem w próżnię, otaczając się barierą z Mocy. Złapałem się torpedy lecącej w moim kierunku, i wskoczyłem na nią. Przechyliłem się, i pokierowałem torpedą na wrogi statek. Puściłem pocisk, który poleciał prosto w statek piracki, i wyrwał ładną dziurę w kadłubie. Wskoczyłem przez tą dziurę do środka, a statek automatycznie załatał otwór. Zneutralizowałem osłonę, i ruszyłem przez pogięty korytarz w stronę mostku kapitańskiego. Nagle wyskoczył na mnie jakiś koleś z miotłą.
- Intruz na pokła...
Nie dokończył, bo kopniakiem złamałem mu piszczel, i potężnym ciosem oszołomiłem lub nawet zabiłem. Udało mu się jednak zaalarmować resztę załogi. Wypadli na mnie z karabinami maszynowymi. Poraziłem ich wszystkich Mocą. Nie przestając wyzwalać Mocy ruszyłem w ich kierunku. Po chwili zaprzestałem ataku. Osunęli się na ziemię, drgając, a ja przeskoczyłem nad nimi i wpadłem na mostek.
*kab00m*
- Piractwo jest złe, tak nauczył mnie Smuggler! Zginiecie! - wrzasnął FNG, manewrując Orłem i rozwalając kolejne statki. Nie zastanawiałem się nad tym, o czym mówił, bo statek na którym się znajdowałem zaczął spadać. Dziura, którą doprawiłem myśliwcowi odcięła dopływ paliwa do silnika. Statek przekrzywił się, i zaczął spadać na planetę. Jakieś krzesło oderwało się od podłogi i uderzyło mnie w plecy. Upadłem na podłogę. Statek zbliżał się do ziemi. Uaktywniłem biomasę, i...
*krach*
Z ogromną siłą myśliwiec przywitał się z ziemią. Byłem cały - biomasa skutecznie ochroniła mnie przed śmiercią, ale nie przed zamroczeniem. Podniosłem się, i odrzuciłem jakiś kawał blachy.
- Blade, jesteś tam czy nie?! - niecierpliwił się FNG.
- Jestem - odpowiedziałem, chwiejąc się.
- Jesteś niedaleko jakiegoś ogromnego zamku. Piraci biorą stamtąd ludzi jako niewolników. Spróbuj ukraść ten statek. Ja nie mogę wlecieć na planetę, bo piraci roztoczyli jakąś dziwną aurę, która odbiera moc i niszczy urządzenia elektroniczne.
- Moje są nienaruszone - powiedziałem, i włączyłem komputerek, żeby się upewnić. Działał bez zarzutu.
- Aura działa na statki kosmiczne.
- Zrozumiałem. Oczyść niebo z reszty piratów, ja poradzę sobie z tym wielkim transportowcem.
Ruszyłem w stronę zamku. Niemal od razu wybiegł na mnie wielki, zakuty w zbroję rycerz.
- Jam jest Kaszalot Wspaniały, i dziś dzień będzie ostatnim dniem twego nędznego żywota! - krzyknął.
- Aha.
Niektóre wypowiedzi można podsumować tylko jednym słowem.
Nie zastanawiając się wiele uaktywniłem miecz świetlny i uciąłem Kaszalotowi głowę. Pobiegłem na główny dziedziniec zamku. Wszyscy ludzie atakowali wielki statek kosmiczny wczepiony mackami w wieżę zamku. Strzały, nawet te zapalone, nie robiły na statku żadnego wrażenia. Odepchnąłem jakiegoś wieśniaka, i pobiegłem po ścianie w górę. Gdy straciłem pęd, złapałem się jakiejś wystającej cegły. Pociągnąłem się nią do góry. Dalsza część wieży byłą drewniana, nie miałem się więc jak wspiąć. Nagle nad moją głową wbiła się strzała. Złapałem ją i podciągnąłem się w górę. Kolejna strzała. Zrobiłem to samo. Kolejna, i jeszcze jedna. Wspinałem się po nadlatujących strzałach, aż w końcu dotarłem do okna prowadzącego do środka wieży. Mieczem świetlnym uciąłem kraty, i wparowałem do środka. Pirat z pistoletem. Wypalił. Kula trafiła w metalowy pancerz. Uśmiechnąłem się, i wbiłem mu ukryte ostrze w brzuch, i położyłem ciosem w szczękę. Usłyszałem krzyk jakiejś kobiety - to piraci kogoś porywali. Krzyk dobiegał z sąsiedniego pomieszczenia w Wieży. Mechaniczne oczy pokazywały trzech wrogów. Wpadłem do pomieszczenia, taranując drzwi ramieniem. Wyjąłem rewolwer, i wypaliłem w tego stojącego najdalej. Oberwał w głowę. Drugi zamachnął się na mnie czymś wyglądającym jak elektryczny patyk. Wbiłem mu ukryte ostrze w dłoń, rąbnąłem go drugą pięścią w łeb, i przeciąłem go mieczem świetlnym na pół. Trzeci zakrył się jakąś dziewczyną, i przyłożył jej sztylet do gardła.
- Puść ją. - powiedziałem groźnie.
- Nigdy! - warknął.
- Jak sobie chcesz.
Błyskawicznie rzuciłem w niego nożem do rzucania. Nożyk trafił go prosto w czoło. Upadł na ziemię, a ja podtrzymałem dziewczynę.
- Kim.. kim jesteś? I dlaczego oni nas atakują? - spytała. Przyjrzałem się jej dokładnie - niewysoka dziewczyna ze śnieżnobiałą skórą, dużymi, okrągłymi oczyma patrzącymi ciepło i przyjaźnie i długimi, białymi włosami z niebieskimi końcówkami. Wyglądała na 19 lat. Czyli pewnie miała z 23.
- Mam na imię John Blade, właśnie uratowałem ci życie przed piratami, którzy atakują nas, bo to dla nich niezła zabawa - wyjaśniłem. Zamyśliła się nad odpowiedzią.
- Za minutę wysadzą planetę - rzekł FNG.
- Co?!
- Piraci podłożyli bombę, lepiej łap tą laskę i wiej z planety - poradził mi FNG.
- Słyszałaś go, spadamy - powiedziałam, i złapałem dziewczynę za rękę. - Wiesz, nie zdradziłaś mi jeszcze swojego imienia.
- Jestem Abi - powiedziała, biegnąc, i uśmiechnęła się. - miło cię poznać.
Wpadliśmy na mostek pirackiego statku. Były tam tylko dwie osoby. Załatwiłem obu nożami do rzucania, i poderwałem statek do góry. Gdzie mogła być reszta? 2 osoby nie mogą być załogą tak wielkiego statku...
Nagle przez 3 różne wejścia do środka wpadło około 30 piratów.
- Poddaj się! - wrzasnął jeden.
Podniosłem ręce do góry. Statek nadal leciał w górę. Pirat podszedł do mnie, i przyłożył mi lufę do głowy.
- Żegnaj, głupcze! Hahahaha! - zaśmiał się, i nacisnął spust. Kula zgniotła się na moim czole, i opadła na ziemię.
- Co jest?!
Mocą Biomasy utworzyłem szpony i przebiłem pirata. Reszta otworzyła ogień. Mocą zatrzymałem pociski w locie. Nia cofnęła się wystraszona.
Uśmiechnąłem się.
- Żegnajcie.
Sprawiłem Mocą, że pociski wróciły do 'właścicieli'.
*KABOOOOOOOM*
Cała planeta pokryta została powłoką ognia, i wybuchła, rozsiewając odłamki na wszystkie strony.
- Co... co się stało? - spytała Abi, cofając się.
- Twoje stare życie ustąpiło nowemu - powiedziałem. Zastanowiła się.
- Co... co się stało z tymi wszystkimi, których znałam?
- Przenieśli się do lepszego miejsca. - rzekłem po chwili namysłu. - Jak ty.
I przeszliśmy razem do Orła, po czym odlecieliśmy na Osiedle.
- Co mam teraz zrobić? Gdzie się podziać? - spytała mnie smętnym głosem, i spojrzała na mnie. Zauważyłem w jej oczach coś dziwnego - na tęczówce miała duży, czerwony znak "+". Nadawało jej to specyficznego, miłego a zarazem dziwnego wyglądu.
- Możesz zamieszkać u mnie, na Osiedlu. - powiedziałem.
Uśmiechnęła się, i objęła mnie. Lekko mnie to spłoszyło, ale odwzajemniłem ten gest. Przeszła dziś wiele, a niedługo przejdzie jeszcze więcej.
***********
- No więc, latałaś kiedyś statkiem kosmicznym? - spytałem ją.
- Czym?
Westchnąłem. To będzie trudniejsze, niż myślałem.
- A samolotem?
- Co to jest samolot?
No tak.
- A jakie znasz środki transportu? - spytałem bez entuzjazmu w głosie.
- No... ojciec zabrał mnie raz na podróż dyliżansem, i...
*facepalm*
- Ech... A kim był twój ojciec?
- Królem - wyjaśniła. - Ale rzadko go widywałam. Bardziej innych ludzi, którzy patrzyli na moje oczy. Wszystkich to bardzo interesowało, i...
Nagle przystanęła. Wpatrywała się we mnie.
- Ty... ty też masz inne oczy! Takie piękne, niebieskie...
- Nikt już więcej nie będzie cię wystawiał. Osobiście nauczę cię prowadzić statek kosmiczny, i opowiem o wszystkim, o czym będziesz chciała wiedzieć.
- Kim jesteś? - spytała, dość nieoczekiwanie dla mnie.
- Ja? Jestem Szefem Bractwa Asasynów, zabójców którzy zabijają osoby złe, a pomagają osobom dobrym.
- Szefem Bractwa Asasynów... - powtórzyła, i popatrzyła się na mnie. - a co to jest statek kosmiczny? Jakaś łódź?
- Statek kosmiczny to taka latająca maszyna - wyjaśniłem. Właśnie przylecieliśmy na Osiedle, i wylądowaliśmy przed moim domem.
- A oto mój dom. Wejdź, pokażę ci wszystko i wyjaśnię co i jak. Gdyby mnie nie było, o wszystko możesz pytać mojego robota FNG, który też kontroluje statkiem.
- A co to jest robot?
Westchnąłem.
C.D.N.
-
Byłam właśnie w strzelnicy na planecie mojej korporacji.
Wyjęłam miecz świetlny i zamontowałam go na lufie snajperki. Teraz snajperka wyglądała, jakby miała tłumik. Tak, to była pierwsza z funkcji modułu miecza świetlnego. Ogromna ilość energii pochodząca z kryształu od Holzena mogła wstrzymać ruch cząsteczek i wytłumić nawet odgłos wystrzału pocisku repulsorowego.
Wypaliłam.
Dziwne to było uczucie, jakby broń podskoczyła do tyłu bez wyraźnego powodu. Wolałam donośny odgłos wystrzału. Dźwięk taki różni się od dźwięku zwykłej snajperki. Pocisk repulsorowy to skoncentrowana materia, a odgłos wystrzału brzmi bardzo... Futurystycznie, jakby wystrzelona plazma. Ciężko to opisać, zresztą mało mnie to interesuje. Bardziej zainteresowało mnie parę osób, które właśnie podeszło do mnie z jakąś sprawą.
- Pani, jest kilka ważnych spraw - zaczął Carter, jeden z głównodowodzących korporacją. Oczywiście miał mniejszą władzę ode mnie. Spojrzałam się na niego, i postawiłam snajperkę na rękojeści, trzymając ją za lufę.
- Zamieniam się w słuch - odpowiedziałam nieco znudzona. Oprócz Cartera przyszło jeszcze trzech mężczyzn. Na mój widok wszyscy oniemieli. Jeden z nich, profesorek w białym fartuchu uśmiechnął się do mnie. Odpowiedziałam mu więc uśmiechem, co niemal zwaliło go z nóg.
- Ekhem - zaczął Carter i zganił profesorka wzrokiem. - Po pierwsze, flota handlowa prosi o zadokowanie i wymianę handlową.
- Po co zanudzasz mnie takimi błahostkami? Wpuść ich, i pospiesz się. Czekają już pewnie wystarczająco długo. - odpowiedziałam zdejmując miecz świetlny z lufy snajperki.
- Ta flota handlowa może zawierać ukrytych Asasynów, albo Johna Blade'a - uniósł się Carter. - Jeżeli dostaną się na planetę, to..
- ...to ich rozwalimy - dokończyłam. - I radzę nie kwestionować moich rozkazów. To się może źle skończyć. - powiedziałam, i oparłam snajperkę o ścianę.
- To ja udzielę flocie pozwolenia na lądowanie - wyrwał się profesorek. - Nie chcemy przecież, żeby czekali, prawda?
- Dobry pomysł. A ty Carter powinieneś brać z niego przykład. - dodałam, i wysunęłam miecz świetlny. Profesorek, zachęcony pochwałą wybiegł ze zbrojowni.
- Dwa statki proszą o pozwolenie na dokowanie oraz tankowanie - wyrecytował Carter.
Przepołowiłam manekina do ćwiczeń mieczem świetlnym.
- Wpuść ich! - warknęłam. - Masz udzielać pozwolenia na dokowanie każdemu, kto poprosi.
- Ale John Blade... - zaczął, ale mu przerwałam.
- Każdemu. Jeżeli będą kłopoty - poradzimy sobie z nimi na bieżąco. A teraz wynocha, wszyscy. - odpowiedziałam rozeźlona.
- Tak jest... - odpowiedział półgłosem Carter i wyszedł, a reszta za nim. Widać było, że się wkurzył. Mało mnie to jednak obchodziło. Podniosłam snajperkę i wypaliłam kilka razy do tarcz, trafiając w 'dziesiątki' - jak zawsze. Nagle usłyszałam dyszenie. Odwróciłam się - to profesorek wrócił, wykonawszy swe zadanie.
- Zrobione! Ehm, gdzie reszta? - spytał niepewnie.
- Spławiłam ich - odrzekłam, przeładowując snajperkę. Podziwiał wprawę oraz szybkość całego procesu zmieniania magazynka.
- Jakieś... ee... Rozkazy? - spytał mnie niepewnie. Spojrzałam na niego. Widać było, że się trochę boi. I że dawno nie widział ładnej kobiety...
- Wyluzuj, nie jestem taka jak większość głównodowodzących, nie mam zamiaru kazać ci wyciskać pompek albo czegoś. - powiedziałam uśmiechnięta, i poklepałam go po ramieniu. Podeszłam do stanowiska z amunicją i wzięłam kilka granatów. Odbezpieczyłam jeden.
- Uczyli cię co robić gdy znajdujesz się w obecności granatu? - spytałam uśmiechnięta szatańsko.
- Ja... Nie.... Ale... - wyjąkał. Wiedział chyba, że zaraz wybuchnie. Wyrzuciłam granat na teren ćwiczebny. Wpadł prosto do 'dziury'.
*KABOOM*
Granat wybuchł, a profesorek, gdy ochłonął, spojrzał się na mnie, nic nie mówiąc. W jego wzroku zauważyłam chyba nutkę podziwu.
- Może zamiast tak się gapić powiedz mi, jak masz na imię? - spytałam nieco znudzona, siadając na betonowym podeście.
- Izaak Clarke, inżynier i technik, do usług - wyrecytował. - To ja produkuję ulepszenia do twojej mechanicznej ręki oraz niektóre moduły do twojej snajperki - pochwalił się.
- No cóż, w takim razie dobra robota - odpowiedziałam, i spojrzałam na mechaniczną rękę. Służyła mi dobrze.
- Ja... Muszę... uch, iść - rzekł zmieszany. - Dostałem sygnał alarmowy z jednego z planetołamaczy, statku o nazwie USG Ishimura. Wyślemy mały oddział ratunkowy, i naprawimy statek... ehm... Do widzenia - skłonił się, i odszedł. Ja postrzelałam jeszcze trochę, i udałam się do Doków, żeby nadzorować przyjezdnych.
-
Jestem za, P_aul!
Jeśli zobaczymy jak to będzie wyglądać 'w praniu' to poradzimy sobie z ewentualnymi problemami, i może wypalić!
-
Wieczór był całkiem niezły. Holzen wstaje zza lady, rozglądając się wokół. Blade się gdzieś zmył, muzyka gra, kieliszki i kufle się stukają, a zza zasłon dochodzą odgłosy igraszek. Ogólnie - standard.
No to ja się zmywam.
- A rachunek?! - odezwał się nieco zirytowany właściciel.
- Jaki rachunek?! Dajesz!
Właściciel uśmiecha się ironicznie i podaje z mu ze sporą dozą satysfakcji małą kartkę.
Holzen podnosi ją i z niedowierzaniem czyta.
- CO?! JAK TO MOŻLIWE?! CO JA PIŁEM?!?
- Pan? Dwadzieścia trzy cysterny miodu, piętnaście baryłek żytniówki i rurociąg specjalności zakładu.
- "O foka"... A mój przyjaciel?
- Tamten z takimi fajnymi oczami? Wodę i sok z porzeczek...
Holzen zasłania oczy ręką, trzymając przed sobą rachunek. Nieśmiało przesuwa palce, aby następnie znowu je zsunąć.
- Ja chrzanię...
- Zawsze może pan pozmywać gary...
- Naprawdę? A ile by mi to zajęło?
- No, gdzieś tak z czternaście i pół milenia...

- Albo dzwonimy po boską policję...
No i co ja mam teraz zrobić...?
Zaczął gorączkowo myśleć, by po dwóch minutach z okrzykiem na ustach wyjawić:
- MAM! Przecież to kumpel miał stawiać! Proszę przesłać rachunek pod adres Bractwa Asasynów!
Właściciel nieprzekonany spytał się:
- Czy aby na pewno...?
- Jasne! Może być Pan spokojny... Oni zawsze wyrównują rachunki!
Przynajmniej odpisze se od podatku, bo to na firmę...
Po chwili Holzen był już na zewnątrz, a po kolejnej chwili był już u siebie na Osiedlu. Poszedł prosto do domu, pomachał po drodze swoim towarzyszom i robotnikom i usiadł wygodnie na kanapie, włączając telewizor.
Kanał pierwszy - Ziemniaki wybierają jakiegoś prezydenta... Pierwszy zarzuca, że drugi powiedział to czy sio, a drugi zaprzecza, obrzucając błotem pierwszego... Urocze.
<pstryk>
Kanał drugi - "Nie do wiary! Mój mąż mnie zdradził z lodówką!"
<pstryk>
Kanał trzeci - "Komputromaniax - Tajemnice klawisza ENTER"
<pstryk>
...
Kanał sześćdziesiąty dziewiąty - jakaś stacja muzyczna. Holzen już miał przełączyć, ale usłyszał coś ciekawego.
- Hej to jest nawet niezłe!
Zmierzałem w stronę miejsca, gdzie widziałem Holzena na radarze. Nagle dostałem wiadomość na komputerek naramienny. Otworzyłem.
Rachunek...?
Długo się nie napatrzyłem, bo kwota przegrzała procesor, a komputerek wyłączył się. Połączyłem się z Bractwem.
- Zapłaćcie rachunek. - powiedziałem nieco mechanicznym głosem.
- Szefie, dlaczego gwiazda przy naszej planecie stała się nagle czerwona...?
Zerwałem połączenie.
Szukałam Holzena, potrzebowałam od niego pewnej rzeczy. Odnalazłam go łatwo.
- Holzenie - rzekłam. Wtedy spostrzegłam Johna.
- Holzenie - rzekłem, wchodząc do pomieszczenia, w którym siedział olbrzym. Wtedy spostrzegłem Jane.
- To ty?! - odskoczyłam, i wyjęłam snajperkę, po czym opuściłam ją do biodra, celując w kolano Johna.
- To ty?! - odskoczyłem, i zmieniłem lewą rękę w armatę.
- Holzen, ty jesteś kumplem mojego brata. Obym nie musiała rozwalić was obu - oznajmiłam.
- Holzen, pomagałeś jej z korporacją. Mam nadzieję, że nie będę musiał wykorzystać tej armaty przeciw tobie - zagroziłem.
- STFFFFFFFFFFFFFUUUUUUUUUUUU! OBOJE! Grozić mi w moim własnym domu, to skandal!Zwraca się w stronę Blade'a, rozpościerając wokół sferę ciszy, tak, że tylko oni dwaj słyszą, o czym mówią.
- Przyłączyłem się, bo nie miałem nic innego do roboty. W sumie i tak raczej Ci Ona nie zagrozi, bo jedną planetę rozwala prawie pół godziny.
Odwraca się do Jane i również rozpościera sferę ciszy, tak, że mogą swobodnie rozmawiać.
- Jane, wczoraj porządnie obiłem mu mordę.
Zwraca się do obojga.
- Zresztą nie macie prawa dyktować, z kim się mam spotykać, a z kim nie! Jak zwykle wszystko zwalacie na mnie, co?! Wstydźcie się!
Wychodzi do sąsiedniej komnaty i naburmuszony siada w fotelu.
Rozbawiona spojrzałam na Johna.
- Wczoraj dostałeś wciry nie tylko ode mnie, co? Schowaj tą armatę, albo przestrzelę ci kolano.
Chciałem coś odpowiedzieć, ale to nie było najbezpieczniejsze wyjście. Schowałem więc armatę, a ona snajperkę.
Weszliśmy do pokoju, do którego wycofał się Holzen.
Rzekłem tak, żeby tylko Holzen to usłyszał:
- 10 godzin temu ja, mój heros oraz dwaj mocarni członkowie zespołu przegraliśmy przeciw jednej Jane. Nie mogę pozwolić, żeby zaatakowała mnie z zaskoczenia.
- Holzenie, wybacz - rzekłam już łagodniej. - To wyglądało, jak pułapka.
Usiadłam na fotelu, i położyłam sobie snajperkę na kolanach.
- Przyszłam, żeby prosić cię o pewien rzadki kryształ.
- Ja tak samo... - powiedziałem, nieco nieco zaskoczony, i usiadłem na drugim fotelu.
- Jak rzadki?
- Wyjątkowy - powiedziałam.
- Wyjątkowy - powiedziałem.
- Kryształ do miecza świetlnego. - wyjaśniłam.
- Kryształ do miecza świetlnego. - wyjaśniłem.
Pokręcił energicznie głową.
- Chyba muszę zlikwidować to echo... W każdym razie... Jakich kryształów poszukujecie?
John już chciał coś powiedzieć, ale uniosłam tylko snajperkę, i postanowił dać mi dojść do głosu.
- Poszukuję różowego kryształu do miecza świetlnego. Jako że jesteś bogiem takich rzeczy, przychodzę do ciebie. Jeżeli podarujesz mi taki kryształ, możesz w przyszłości liczyć na pomoc korporacji Omega.
- O ile ta korporacja nie zostanie unicestwiona - uciąłem. - Ja szukam kryształu, który będzie zmieniał kolor z niebieskiego na czerwony i odwrotnie... Tak samo jak moje oczy i gwiazda przy planecie Bractwa. A co do zapłaty... - moje oczy mignęły na czerwono - To chyba wisisz mi coś za te kilka cystern miodu, prawda?
- Hmm... Hmm...
Zaczął krążyć w kółko...
- Niech będzie... Ale mam jeszcze jedno życzenie... Ja się na tym uzbrojeniu nie znam... Zrobimy więc mały konkurs i zobaczymy, kto się lepiej na tym zna. Każdy z was będzie musiał zrobić mi miecz świetlny, zwykły, jednoostrzowy, dostosowany do gabarytów i mojego stylu walki. Sądzę, że poczucie bycia lepszym wystarczy.
Błysk w oku.
Poczekajcie tutaj, tylko nie rozwalcie niczego...
Podchodzi do wyjścia.
-... ani nikogo!
Wychodzi i udaje się do piwnicy.
- Słyszałeś? Mamy być spo...
Nie dokończyłam, bo kula z armaty lecąca w moją stronę i ogłuszający huk wystrzału armatniego zmusił mnie do przyjęcia postawy bojowej. Rąbnęłam mechaniczną ręką w kulę armatnią, która przełamała się na pół. Obie połówki złapałam w powietrzu.
Odłożyłam je na fotel, i spojrzałam na Blade'a. Ruchem ręki odbezpieczyłam snajperkę.
Wibracje przebiegły po zacienionej i zakurzonej piwnicy, do której wszedł Holzen.
Najwyraźniej nie zrozumieli... Ech, dzieci...
Odgarnął kurz z jakiegoś kartonu.
Boska porcelana, przetwory, runy, przejścia międzywymiarowe, portale w proszku... O, tutaj chyba są!
Otworzył średniej wielkości karton... Zewnątrz buchnęła gama barw i dźwięków... Widać Viser się postarał, bo ostatnio brakowało trochę kryształów.
Wziął go pod pachę i wyszedł z piwnicy.
Skoczyłem do tyłu, a duży młot kowalski minął mnie o centymetry.
- Spokojnie, Jane - próbowałem ją uspokoić, ale zamachnęła się ponownie. Skoczyłem w bok, a młot uderzył prosto w jakiś stolik, i rozwalił go na kawałki. Kilka odłamków prysnęło mi w twarz. Nie zdążyłem uskoczyć.
*ŁŁUP*
Oberwałem młotem w brzuch, co wyrzuciło mnie do tyłu z ogromną siłą. Wybiłem dziurę w ścianie, i padłam na plecy tuż o stóp Holzena.
- Ał - rzekłem, nadal leżąc.
Holzen akurat wszedł... Rozejrzał się i zobaczył szkody. Postawił karton obok, zmarszczył i wyglądał na BARDZO NIE ZA DO WO LO NE GO.
- Prosiłem... O, Blade, aleś się zabrudził...
Podniósł go za kaptur jedną ręką i otrzepał go... wystarczająco mocno, by nie tylko kurz to odczuł. Odstawił go na fotel.
- Jane też coś niezbyt czysta... Jakiś proch strzelniczy?
Zaczął się zbliżać.
- Bądź prawdziwą pół-boginią i przyjmij konsekwencje z godnością!
Odłożyłam młot, i opuściłam snajperkę do biodra, celując w leżącego Johna.
- Słyszałeś armatę. Blade zaatakował mnie, ja się obroniłam i wyprowadziłam kontratak. - podniosłam snajperkę, i pociągnęłam za wystający bolec. Wprowadziło to kolejną kulę do lufy, a przez otwór wyskoczyła łuska, którą złapałam. - Jeżeli masz zamiar mnie zaatakować, to znajdę sobie inną broń niż miecze świetlne.
- Jeśli naprawdę tego chcesz, to i tak to uczynisz. Pokażesz tym tylko, że nie potrafisz się bronić przed własnym bratem bez kontratakowania... Co więcej, udowodnisz też, że twój brat ma rację, iż jesteś czasem nazbyt porywcza oraz zaborcza i unikasz konsekwencji.
Błysk w oku.
- Także odstaw to i usiądź, bo przyniosłem, to o co prosiliście.
Rodzeństwo siedziało na fotelach i właśnie otrzymało po dwa kryształy każdy. Jeden taki jaki prosili i jeden błękitno-szary.
- Proszę bardzo... Teraz zobaczmy, kto lepiej wykonuje miecze świetlne...
Coś mignęło całej trójce w głowie.
Chyba się z tym powstrzymamy na chwilę. Bierzcie to i wyjdźcie! Coś się dzieje na PWB!
Wszyscy wyszli i każdy udał się w swoją stronę.


Olympus Actionus - temat główny, podejście trzecie
w Archiwum zagadkowe
Napisano · Raportuj odpowiedź
Bajcurus szedł jedną z Ziemskich ulic. Nagle zadzwonił telefon. Kot odebrał go, i wysłuchał wiadomości.
- Powiedz Mrokasowi, że Otchłań została zajęta, a ja zdetronizowany. Niech zwróci się do nowego władcy.
Nie czekając na odpowiedź wyłączył telefon i ruszył w dalszą drogę ku swemu celowi.
----------------
Właśnie kończyłem czyścić moje sztylety, gdy połączenie nawiązał jeden z Asasynów dowodzących wojskami na planecie Hope.
- Johnie Bladzie, Hope jest atakowane! - krzyknął.
Wstałem.
- Przez kogo? - spytałem tylko.
- Przez Bractwo Cienia. Przejęli już dużą część planety, i kierują się na naszą główną siedzibę! Nie utrzymamy się długo, potrzebujemy pomocy. Teraz!
- Idziemy. Próbujcie się utrzymać najdłużej jak możecie.
I wyłączyłem się.
Abi podeszła do mnie.
- Zabierz mnie ze sobą - powiedziała. Popatrzyłem na nią, i pokręciłem głową.
- To zbyt niebezpieczne.
Ruszyłem w stronę Orła. Abi szła za mną.
- Proszę - rzekła. Odwróciłem się.
- Coś ci się może stać, nie rozumiesz? Z Bractwem Cienia nie ma żartów.
- Poradzę sobie.
Widać było, że nie ma zamiaru ustąpić. Westchnąłem.
- Tylko uważaj na siebie.
Wsiedliśmy do Orła, a FNG od razu odpalił silniki i uniósł myśliwiec. 3 minut później byliśmy na miejscu.
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
- Ich jest... bardzo dużo - powiedziała Abi. I miała rację. Statków było tysiące, a każdy był zawieszony nad planetą Hope. Niektóre zrzucały Mrocznych Asasynów na planetę, inne okrążały ją w poszukiwaniu statków mojego Bractwa.
FNG uaktywnił niewidzialność statku, i ruszyliśmy w stronę głównej siedziby, która była oblegana. Wylądowaliśmy, a ja wysiadłem z Orła.
- Wyślijcie więcej do głównej bramy, kolejny desant nadciąga od przodu. Wy trzej - pokazałem na Asasynów wyższych stopniem - złapcie jeden z awaryjnych myśliwców. Ja utrzymam posiłki wroga.
Ruszyłem w stronę wejścia. Mechaniczne oczy pokazały mi, że za bramą stoi z trzydziestu Asasynów. Nie przejmując się bramą wypadłem prosto na nich, i zmiotłem okolicę mocą. Odrzuciło ich do tyłu, a brama wpadła prosto na nich. Zza budynku wyszli kolejni. Trzymali pistolety.
Stanąłem na środku ulicy, a za mną było pięciu moich Asasynów, którzy pozostali przy życiu.
- Wynoście się stąd - powiedziałem spokojnie, gdy przeciwnicy zapełnili całą ulicę.
Nikt się nie ruszył.
Skupiłem moc.
- Pokażę więc wam, że popełniliście wielki błąd. I upewnię się, że nie popełnicie go ponownie.
Skupiłem się na Mocy jeszcze bardziej. włożyłem w nią całą swoją siłę, moc i wszystko, co w sobie miałem.
I nagle wyzwoliłem atak. Potężne pchnięcie mocy dosłownie wymiotło całą okolicę. Drzewa, budynki, ludzi, nawet statki kosmiczne zawieszone w atmosferze.
Wszystko.
Opadłem na jedno kolano. Asasyni za mną nie mogli uwierzyć własnym oczom. Próbowałem unieść się, ale nie wytrzymałem. I wtedy usłyszałem wystrzał. A potem drugi. I trzeci. I czwarty. I piąty.
Żaden jednak nie trafił we mnie. Wiedziałem w kogo... Uniosłem się z trudem. Asasyni za mną nie żyli. Byłem tylko ja.
I szef Bractwa Cienia.
- Ach, John. Jak miło, że postanowiłeś przyjechać.
- Witaj, Bill. Minęło trochę czasu od naszej ostatniej wizyty. - odpowiedziałem.
- To mają być ostatnie słowa? - rzekł, i parsknął śmiechem. - Powinieneś ćwiczyć takie kwestie co dzień.
- Och, ależ ćwiczę. Co powiesz na 'może i zginę. Może. Ale zabiorę cię ze sobą,'?
- Niezłe - odparł, uśmiechając się. - Zawsze marzyłeś o niemożliwym.
Nie miałem zamiaru gadać dalej. Sięgnąłem do kabury po pistolet.
Bill wypalił. Poczułem ostre ukłucie w boku. Oczy przesłoniła mi mgła.
Upadłem.
Wiedziałem, co się dzieje. Dostałem platynową kulą. Zaraz zginę.
- Buachacha! John, zrobiłeś się zbyt powolny. Teraz całe Bractwo...
*łup*
Bill upadł. Ktoś uderzył go łopatą. Nie widziałem, czy się podniósł, nie widziałem też, kto go zaatakował.
Zemdlałem.
---------------------------------
Abi zawlokła rannego Blade'a do Orła.
- FNG, zabierz nas do jakiegoś lekarza. On nie wytrzyma długo - rzekła drżącym głosem.
- Dobra. Kurczę, aleś rąbnęła Billa tą łopatą... Nie lepiej go dobić?
- Nie ma czasu!
- Dobra, jasne. Już lecę.
Orzeł wystrzelił najprędzej jak mógł, i po chwili był na Osiedlu. FNG pokazał Abi drogę do szpitala Tyt0kusa. Abi położyła Blade'a na noszach które pochodzą z części składowej Orła, i weszła do szpitala.
- Tytokusie, potrzebuję pomocy - rzekła.