Skocz do zawartości

MacTavish

Forumowicze
  • Zawartość

    666
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Posty napisane przez MacTavish


  1. Kra była już niedaleko brzegu, i można było dojrzeć różne dziwne okazy tamtejszej fauny. Były tam uskrzydlone kraby, ryba z jedną nogą oraz krowa wspinająca się na drzewo. Najwięcej uwagi zwracało jednak pewne zwierzę przypominające nosorożca. Było ogromne - wielkości autobusu - i było wyraźnie zainteresowane krą, na której znajdowali się bogowie. Nosorożec wyglądał na bezmyślnego mordercę - jego oczy nie były skupionymi oczami drapieżcy, nie przejawiały rozsądku - wyglądały, jakby nosorożec chciał po prostu coś rozwalić i to zjeść. Spojrzenie psychopatyczno-dziwno-morderczo-głodne.

    Jane się to nie podobało.

    - On chyba będzie sprawiał kłopoty - szepnęła do Abyssala. Nie musiała mówić kto - było to zbyt oczywiste.

    - Oczywiście, że kot będzie sprawiał kłopoty. - odszepnął Abyssal.

    - Wydaje mi się, że jej chodziło o tego nosorożca. - wtrącił się Solarion.

    - Ach. - mruknął Abyssal. - On też. Co z tym faktem zrobimy?

    Pierwszy klepnął Abyssala i Solariona po plecach. Mocno.

    - Co za pytanie, co robimy? Wpadamy, rozwalamy nosorożca i idziemy dalej, muehehhee!

    Zbliżył się do Solariona, i rzekł nieco mroczniej:

    - Nie mów, że się boisz...?

    - Ta prowokacja bardziej pasowałaby do szkolnego osiłka niż boga. - odrzekł Solarion. - Chcesz walki, to ją dostaniesz. Co ty na to, Jane? Walczymy czy próbujemy go jakoś wyminąć?

    - Wyminięcie chyba nie jest możliwe. On jest wyraźnie nami zainteresowany, więc dogoniłby nas nawet, gdybyśmy próbowali zwiać. Ale nie wydaje mi się, żebyśmy nie mogli poradzić sobie z jakimś nosorożcem, skoro pokonaliśmy krakena....

    Jane przeładowała snajperkę.

    Pierwszy stuknął Solariona w ramię.

    - Ja i prowokacja? Buachacha! Solarionku, chyba nie myślisz, że ci źle życzę? - spytał, wrednie się uśmiechając.

    - No to idziemy. - Solarion zignorował Bajcurusa, wyciągnął miecz i ruszył w kierunku nosorożca. Abyssal podążył za nim.Pierwszy się nieco zirytował. Drugi ruszył za Solarionem, i rzucił spojrzenie pełne odrazy Pierwszemu.

    Jane również zeskoczyła z topniejącej kry na piasek.

    Nosorożec wbił swoje psychopatyczne spojrzenie w Solariona i Abyssala, ale stał nieruchomo. Jego głowa znajdowała się może z 10 metrów od Solariona.

    Miecz Solariona zabłysnął złotymi płomieniami. Bóg Słońca rozpędził się i zamachnął. Abyssal wyskoczył w górę, na grzbiet potwora.

    Potwór wyszczerzył oczy.

    - Spokojnie! Ludzie, nie zabijajcie mnie, chciałem tylko was powitać, a tu od razu wyskakują z mieczem! - krzyknął, cofając się.

    Jane opuściła snajperkę.

    - To chyba jakiś żart - westchnęła.

    Solarion zatrzymał się. Abyssal opadł ciężko na ziemię.

    - Jest prawie jakby Moderatus robił sobie z nas żarty. - westchnął ten drugi.

    - Nic ci nie zrobimy - zapewniła Jane. - A teraz powiedz, czemu sterczysz na tej plaży i patrzysz na nas jak na drugie danie?- Jestem roślinożercą - powiedział nosorożec. - A gdybyś siedziała samotnie na wyspie przez 200 lat, też chciałabyś powitać jakichkolwiek cywilizowanych gości. Czego tu szukacie?

    - Kamienia. - odpowiedział Solarion. - Duży, świeci się, cuchnie magią na kilometr, gada, spełnia życzenia. Ciężko go przegapić.

    - Taki kamień przysłał mnie tu z mojego świata. Tak, wiem gdzie go szukać.

    - To nam powiedz. - powiedział Abyssal.

    Nosorożec zmierzył go swoim psychopatycznym wzrokiem.

    - W dżungli... Taka odpowiedź cię zadowala? Wybacz, ale ta wyspa nie ma żadnych punktów charakterystycznych.

    Jane szepnęła do Abyssala:

    - Bądź milszy. Jeszcze się wkurzy i nam nie powie.

    - Więc po prostu będziemy musieli przeszukać całą wyspę. Masz jakieś ogólne pojęcie, jak duża ona jest? - Abyssal zignorował uwagę Jane.

    - Mogę was zaprowadzić do kamienia. Mój procesor przetworzył obraz całej wyspy i zapisał ją w pamięci, dotrę więc do każdego punktu bezproblemowo. Z chęcią wyświetliłbym mapę... Ale mój moduł projekcyjny kompletnie się zniszczył w ciągu dwustu lat mojego pobytu na wyspie. A więc, chcecie iść do tego kamienia?

    - Procesor? Jesteś jakimś cyborgiem? Zresztą, nieważne. Zaprowadź nas do Kamienia, jeśli możesz.

    - Prosimy.

    - Cyborgiem? Jestem A3-21 Vole, pojazd wydobywczo-bojowy używany do poruszania się po ciężkim terenie. Wsiadajcie do środka, zabiorę was do kamienia.

    Na lewym boku A3-21 powstało zarysowanie, które po chwili okazało się drzwiami. Stanęły otworem.

    - Robi się coraz dziwniej. - powiedział Solarion, ale wszedł do środka "pojazdu. Abyssal podążył.

    Wszyscy zapakowali się do środka, a drzwi zamknęły się.

    - HA! Teraz was mam! Pożegnajcie się ze światem, muahahah! - wykrzyknął A3-21. - Zaraz wszyscy zginiecie!

    ...żartuję.

    I ruszył. Biegł szybko, i wcale nie trząsł, a bogowie mogli obserwować wyspę przez specjalne, niewidoczne od zewnątrz otwory. Był też panel kontrolny pozwalający sterować nosorożcem.

    - Więc. Po co wam ten kamień? - spytał.

    - Zależy, kogo pytasz. Ja chcę zwrócić kamień Stelli, by umieściła go w tym miejscu i czasie, w którym powinien być, by nie powodował więcej zakłóceń czasoprzestrzennych. Zgaduję, że Solarion chce zrobić to samo. Jane również, ale za opłatą. A Bajcurus, zarówno ten przeszły jak i przyszły... cóż, tylko oni wiedzą. Ale łatwo się domyślić. - odpowiedział Abyssal.

    Pierwszy Bajcurus uśmiechnął się szyderczo.

    - Chcę wykorzystać kamień do cudownego, bezsensownego i chaotycznie złego zła! Buachachachacha!

    - Nawet nie dotkniesz kamienia. Wracasz do swoich czasów, i to ja dostanę kamień.

    - Jesteśmy na miejscu - orzekł A3-21. - Widzicie tą posiadłość na bagnach? W niej znajduje się przywódca tutejszego plemienia, który został 'ulepszony' mocą kamienia. Próbowałem wziąć ich szturmem, ale jestem za słaby. Może wam się uda.

    Drzwi stanęły otworem.

    - Idziemy. - Solarion i Abyssal ruszyli w kierunku posiadłości.

    Nosorożec oddalił się.

    Posiadłość wyglądała na opuszczoną - nie było widać kompletnie nikogo. Same bagna wyglądały dziwnie. Unosiły się z nich toksyczne opary, a ziemia wokół bagna była wypalona.

    - Gdzie są wszyscy? - zastanawiała się Jane.

    - Uciekli. - powiedział Solarion.

    - Zginęli. - powiedział Abyssal. - Albo gorzej.

    Na dachu posiadłości pojawił się człowiek. Wyglądał na ważniaka. Był wysokim, czarnoskórym mężczyzną w garniturze. W ręku trzymał kamień.

    - Myślisz, że są rzeczy gorsze niż śmierć, mój mroczny przyjacielu? - spytał Abyssala, uśmiechając się jakby był pewny swej wyższości.

    - Życie potrafi być znacznie gorsze.

    - Zależy, czyje życie - powiedział mrocznie.

    - Życie przynosi ból. Życie bez bólu żeruje na życiach innych. Jest sposób, by przerwać ten cykl. - odparł Abyssal, wyciągając miecz.

    - Ech. To ja tu miałem być tym prymitywnym - westchnął, i teleportował się do Abyssala. Obok nich pojawiło się kilka krzeseł.

    - Załatwmy to po dżentelmeńsku. Usiądźcie, i powiedzcie mi co dostanę w zamian za kamień, hm?

    - A czego chcesz? - odpowiedział Abyssal. Ani on, ani Solarion nie usiedli.

    Facet zamyślił się.

    - Ujmę to tak: Wiem wszystko. Wiem, kim jesteście, co tu robicie. Wiem, że nie mam z wami szans. Wiem, że pokonujecie każdego wroga, i wiem, że dogonicie mnie, gdziekolwiek ucieknę. Chcę po prostu czegoś w zamian za ten kamień. Coś, co pozwoli wyrwać mi się z tej wyspy i tego świata.

    - Mogę poprosić moją matkę o przeniesienie cię w inne miejsce i czas. Normalnie nie interweniuje tak bezpośrednio, ale to wyjątkowy przypadek. - zaproponował Solarion.

    - A nie możemy go po prostu zabić? - żachnął się Abyssal. - On na to nie zasługuje.

    - Nie trzeba sobie zasłużyć na miłosierdzie. Trzeba coś zrobić, by na nie zasłużyć. A co on zrobił? - odparł bóg Słońca.

    - Dobre pytanie. Gdzie są inni ludzie?

    - Wolisz kłamstwo czy prawdę? - spytał wódz cicho.

    - Prawdę.

    - Nie mogli zrozumieć! Próbowałem im uświadomić, że budowa statku kosmicznego pomoże nam wybić się z prymitywności i zepsucia. Mówiłem, że trzeba się wydostać z tej wyspy! Ale głupota i prymitywność wygrała. Wódz nie potrzebuje takich poddanych.

    - Facet, gdzie ty w takim miejscu chcesz znaleźć materiały do budowy statku?

    - Tam. - wódz wskazał wysoką górę znajdującą się na środku wyspy. Na płaskowyżu znajdowało się jakieś zabudowanie.

    - Kamień zesłał mi ośrodek badawczy... Potrzebowałem tylko siły roboczej. A ona zawiodła. Mój gniew sprawił, że teraz jestem na tej wyspie sam... nie licząc was.

    Solarion zamyślił się na chwilę.

    - Kamień doprowadzał do szaleństwa potężniejszych od ciebie. Dostaniesz drugą szansę. Wierzę, że dobrze ją wykorzystasz. Jeśli nie, czeka cię kara.

    Wódz oddał kamień Solarionowi.

    - Ufam, że mnie nie zdradzisz.

    - Ja nikogo nie zdradzam. - odparł. Chwilę później człowiek zniknął, przemieszczony w inny czas i miejsce, zgodnie z umową.

    - Co teraz? - powiedział Abyssal. - Mamy Kamień, ale zgaduję, że wy nie pozwolicie nam go oddać Stelli? - zwrócił się do Bajcurusów.

    Drugi się wściekł.

    - Dlaczego go przeniosłeś?! Mogłem go zabić, byłoby o wiele szybciej i przyjemniej. Wszyscy jesteście tacy sami. Gdybym tylko miał swoją Otchłań... - zagroził.

    - Nie strasz, nie strasz, bo się... no wiesz. Nie zmieniaj tematu. Rozmawiamy o Kamieniu.

    - Dawaj kamień i podziękuj, to w przyszłości zginiesz szybko, a nie w męczarniach.

    - Abyssalu, może po prostu olejmy go i naradźmy się we trójkę? - szepnęła Jane.

    - W czwórkę - rzekł pierwszy. - Mnie nie wyrolujecie!

    - To właśnie zamierzaliśmy zrobić. - odpowiedział Abyssal. - Ale ten psychol nam przeszkodził. - skinął głową na Drugiego - Słowo daję, jak go słucham, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Bajcurus z czasem głupieje. Chyba po prostu jego mózg powoli się rozpada z przeładowania złością.

    Kamień postanowił się odezwać.

    - A więc mnie macie. I co ze mną zrobicie? Zginę?

    - Pani Losu o tym zadecyduje.

    - Uch. Nienawidzę przegrywać. Ale cóż - spełnię po życzeniu każdego z was. Abyssalu, ty pierwszy. Jeżeli życzenie będzie niemożliwe do spełnienia, powiem ci o tym.

    - Życzę sobie, żebyś nie uciekał po spełnieniu wszystkich życzeń.

    - GRRR, ty... Już myślałem, że będę mógł was wrobić. Ale niestety, życzenie to życzenie. Teraz kolej Pierwszego Bajcurusa.

    - Życzę sobie, żeby Drugi nie dostał życzenia! - powiedział Pierwszy, uśmiechając się szyderczo.

    - To nie jest możliwe, wypraszam sobie! - wściekł się drugi.

    - Jest możliwe. Drugi nie dostaje życzenia.

    - CO?!? Zabiję was wszy... uch....

    Jane wstrzyknęła Drugiemu trochę trucizny usypiającej. Bajcurus upadł na ziemię.

    - Miałam go już dość - wyjaśniła.

    - Teraz kolej na Solariona - rzekł kamień.

    - Ja nic nie potrzebuję. Mam wszystko. Ale inni... życzę sobie, by tamten nosorożec-cybog i inne istoty sprowadzone tu wbrew swojej woli wróciły do swych domów.

    - Co kogo obchodzi ten durny robot? Uch. Teraz kolej Jane.

    - Wybrałam się na tą wyprawę głównie ze względu na zysk... Ale teraz nie chcę niczego. Niech moje życzenie stanie się prezentem, którego będę mogła dać temu, komu zechcę.

    - Jak se chcesz.

    W ręku Jane pojawił się kamyk, który był życzeniem. Mógł być tylko ofiarowany - Jane nie może korzystać z życzenia.

    - Dobra. Abyssal, powiedz mamusi żeby nas stąd zabrała.

    Słowa Jane nawet nie przebrzmiały, kiedy czasoprzestrzeń zaczęła się zakrzywiać wokół nich. Po kilku chwilach, które zdawały się być wiecznością (i pewnie nią były) bogowie zorientowali się, że znowu stoją przed obliczem Stelli, która trzymała Kamień, przyglądając mu się z ciekawością.

    - Ciężko uwierzyć, że taka mała rzecz zawiera tak dużą i powoduje tyle kłopotów. - powiedziała.

    - Eee... cześć, Stella - powiedział kamień.

    - A teraz cię tutaj przetrzymam. Gdzie bym cię nie umieściła, zawsze powodujesz kłopoty. Tak więc zostaniesz tutaj, poza czasem i przestrzenią. Będąc tak blisko Krosna Losu, jak na ironię będziesz poza Przeznaczeniem. Na zawsze. Nie mogę cię jednak niańczyć osobiście. Jestem potężna, ale ty udowodniłeś, że potrafisz spaczyć każdego. Potrzebuję strażników...

    Jane szturchnęła Abyssala.

    - Co powiesz na przymierze? Ty i ja w obronie kamienia! Jakie to... romantyczne.

    Zaśmiała się.

    - Tak na serio, to innych kandydatów nie widzę.

    - Ja też.

    - No więc, mamy przymierze? - Spytała Jane, wyciągając dłoń na znak... no, przymierza.

    - Tak. - odpowiedział Abyssal i ścisnął jej dłoń.

    - To bierz ten kamień i zamknij go gdzieś.

    - Ej! Nie traktujcie mnie jak jakąś rzecz, jestem istotą rozumną i mam prawa!

    - Tak, a w tej chwili masz prawo zachować milczenie...

    - Później coś zaaranżuję. Jakieś więzienie, komnatę zamkniętą na skrzyżowaniu wymiarów... albo po prostu zakopię go na Osiedlu. Tak, właśnie to. Kiedy wrócicie na Osiedle, Kamień już tam będzie, niedosięgalny dla każdego oprócz was. W jądrze planety albo w jakimś innym ciekawym miejscu. Będziecie to wiedzieli podświadomie.

    - A więc... co ze mną? - zapytał Solarion.

    - Wracasz na swoje miejsce. Przeszły Bajcurus też. Wasze losy będą tylko się komplikować. Nawet ja nie mogę dokładnie przewidzieć, co się stanie. Tak więc musicie wracać. Przepraszam, że nie daję wam okazji na zamienienie kilku ostatnich słów, ale tak będzie lepiej. - powiedziała Stella. I tak się stało.

    - Dzięki za pomoc, Stello - powiedziała Jane. - Możemy już wrócić na Osiedle? W końcu trzeba wybrać dla naszego kamienia odpowiedni dołek.

    - Żądam równouprawnienia - wściekał się kamień.

    - Mowy nie ma. Taki już twój Los. - powiedziała Stella. Rzeczywistość raz jeszcze zawirowała. Bogowie znaleźli się z powrotem na Osiedlu. Abyssal w swoim pałacu, Jane przed jego bramą, a Bajcurus gdzieś indziej.

    Ze End


  2. - Gdzie my w ogóle jesteśmy? - spytała Jane, rozglądając się po pomieszczeniu. Było całe skute lodem.

    - Mnie bardziej interesuje KIM jesteście - wciął się Pierwszy Bajcurus.

    - Jestem tobą - przedstawił się Drugi. - Z przyszłości.

    - Buachacha! Naprawdę wierzysz, że ubrałbym się tak jak ty? Jeśli ty jesteś Bajcurus, to ten knypek tutaj - wskazał palcem Abyssala - To Solarion. Równie absurdalne. A więc gadaj prawdę, albo urwę ci...

    - To jakiś statek - przerwała im Jane, wychodząc z pomieszczenia. - O, kurczę... Dryfujemy po jakimś oceanie! Wygląda na to, że nie ma tu nikogo innego. Chyba jesteśmy skazani na dryfowanie.

    - Więc co teraz? - powiedział Solarion, podejrzliwie patrząc na Abyssala. - Możecie w ogóle powiedzieć, co tu robicie?

    Jane szepnęła Abyssalowi:

    - Chyba ty powinieneś go wtajemniczyć.

    Po czym poszła za Bajcurusami, którzy wyszli na pokład. Chciała mieć ich na oku.

    - Czyżby twój móżdżek był za mały, żeby to pojąć?! Ja to ty, a ty to ja, ty... - wściekł się Drugi.

    - Jeśli to prawda, to twój móżdżek jest taki sam jak mój! Buachacha! Jakbyś nie wiedział, mam moc czytania w myślach i zaraz... O, kurczę. Ty mówisz prawdę! - zdziwił się Pierwszy.

    - Wynocha z tą mocą! Nawet mi o niej nie przypominaj.

    - Jest taka przydatna... Buachachacha!

    - Zaraz cię...

    - Moglibyśmy pochodzić z przeszłości oddalonej o eony, a oni ciągle byliby tacy sami. Przy odrobinie szczęścia się pozabijają. - chłodno stwierdził Abyssal, po czym zwrócił się do Solariona. - Przybywamy z przyszłości po Kamień. Mamy podstawy twierdzić, że po spełnieniu waszych życzeń zniknąłby i wpadł w ręce... czegoś albo kogoś. Tak czy siak, za jakiś czas będzie z tego dużo nieprzyjemności, więc jesteśmy tu, aby temu zapobiec.

    - Czy jesteś mną? - zapytał Solarion.

    - Nie.

    - Zapytam inaczej: czy byłeś mną?

    - Tak.

    Minęło kilka chwil, zanim Solarion zebrał się na odpowiedź. - Co się stało, że upadnę tak nisko?

    - Nie upadniesz. Zmienisz się. Będziesz wielki na inny sposób.

    Solarion tym razem nie odpowiedział.

    Gdy posiniaczony Drugi złorzeczył na dawnego siebie, Pierwszy wpadł do pomieszczenia gdzie stali Solarion i Abyssal, i klepnął obu po plecach. Mocno.

    - Skoro sztywniaki się już poznały, to sugeruję żebyśmy dali tej łajbie kopa. Nie mam zamiaru spędzić tu reszty mojego żywota, szczególnie w waszym towarzystwie!

    Jane podeszła do obitego Drugiego Bajcurusa.

    - Nie wdawaj się w konflikty z silniejszymi. Byłeś wtedy tępy i narwany, ale nie słaby.

    - Nie będziesz mi mówić, co mam robić - warknął, i ruszył na drugą stronę statku.

    Planuje coś niedobrego - pomyślała Jane. - Jak zawsze.

    - Niby jak? Ten statek prawdopodobnie rozpadnie się pod rozpędzeniu do jakiejkolwiek przyzwoitej prędkości. I kto wie, jak daleko jest do lądu? - odpowiedział Abyssal. Solarion z kolei kreślił jakieś wzory na podłodze. Kiedy skończył, powiedział - Mogę wzmocnić konstrukcję i "wskrzesić" silnik.

    - Żaden z was nie potrafi latać? - zapytał Bajcurus drwiąco.

    Nie. - odpowiedzieli równocześnie.

    - Ja umiem - powiedziała Jane. - Ale wątpię, że się to przyda. Za daleka droga do najbliższego lądu. Zmęczę się zanim przelecę choćby kilometr...

    Pierwszy ją olał.

    - Solarionku, rozruszaj silnik. A ty...

    Sięgnął do pamięci Abyssala, i odczytał jego imię.

    - ...Abyssalu, mógłbyś się przydać do czegoś innego niż obrzydzania nas wszystkich swoją gębą obecnością.

    Solarion pstryknął palcami. Statek ruszył przed siebie, a jego konstrukcja została wzmocniona. Abyssal nic nie odpowiedział.

    - Nie wiemy gdzie jesteśmy, więc bez znaczenia jest, w którym kierunku popłyniemy.

    - Uch. I tamten się dziwił że chcę zawrzeć przymierze z Solarionem. Myślicie, że...

    Pierwszy nagle umilkł, gdyż odczytał w myślach Abyssala, że przegrał w Bitwie O Niebo.

    - BUACHACHACHA!! To dlatego tak zesztywniałeś, Abyssalku! Późniejszy ja skopałem ci tyłek i zająłem Niebo! Muehehehe! To musiał być cios... - rzekł Bajcurus, stojąc tuż przed Abyssalem. Uśmiechnął się szyderczo i wyzywająco.

    - "Zesztywniałem" znacznie wcześniej. A Niebo oddałeś mi zaraz po tym, jak je zająłeś. Chwilę potem twoje własne wojska prawie rozerwały cię na strzępy.

    Abyssal nagle poczuł, że zaczyna być coraz goręcej. Bajcurus powiedział głośno:

    - Ciekawe czy Solarion wie, że oddałeś Celestiusa na śmierć? Wyrzekłeś się własnego ojca dla tej nory którą nazywasz Niebem?

    Temperatura natychmiast spadła.

    - Nie "oddałem". Ty go porwałeś na spółkę z Mrokasem i Blade'em. Jego uratowanie było niemożliwe. A z Panem Piekieł się nie paktuje. Nigdy.

    Solarion tymczasem patrzył z mieszaniną złości, zaskoczenia i zaciekawienia to na jednego, to drugiego.

    Solarion usłyszał w swojej głowie głos Bajcurusa. Był on bardzo odległy, i nie był do końca jak głos... Bardziej jak myśl. Nie stworzona, ale narzucona.

    Ten Abyssal nie jest tobą. Nie zasługuje na bycie tobą. Jest chłodny i nie cofnie się przed niczym. Zupełnie tak, jak wrogowie, z którymi powinien walczyć. Jest nie lepszy od nich. Dobrowolnie poświęcił własnego ojca, pana Nieba! Celestius był torturowany, cierpiał straszne męki, a Abyssala to nie obchodziło. Taki bóg nie powinien istnieć na świecie.

    - A więc po prostu dałeś mu umrzeć? Buechecheche! Nie spodziewałem się po dawnym Solarionie aż takiej słabości.

    Bajcurus nagle zaatakował, chcąc złapać Abyssala za gardło.

    Kot przypłacił ten nierozważny ruch kopniakiem metalowym butem w krocze.

    - Nie miałem wyboru. Ty mi go odebrałeś. - Abyssal wycedził przez zęby i kopnął Bajcurusa jeszcze raz, tym razem w twarz.

    Teraz masz szansę, Solarionie. Pomóż Bajcurusowi! - odezwał się głos.

    Bajcurusa tymczasem odrzuciło do tyłu, nieco przesadnie. Widać było, że udaje jak przegrywa.

    - Nie. - odpowiedział w myślach Solarion. - Jeśli to zrobił, to znaczy, że musiał. Zresztą, w czym pomoże zabicie go? Owszem, ukarzę go za jego winy, ale potem sam się tego dopuszczę, cofnę w czasie i zginę, tworząc pętlę czasową. Poza tym, w czym mam pomóc Bajcurusowi? On się tylko zgrywa. A Abyssal nie chce go zabić.

    - Na Pustkę, to było dobre. Od razu mi lepiej. - westchnął Abyssal, ale nie ponowił ataku.

    - Chyba.

    - ROZSZARPIĘ WAS OBU NA STRZĘ...

    - Chłopaki, mamy problem! - krzyknęła Jane. - Przełóżcie te wasze sprzeczki i chodźcie!

    Solarion i Abyssal poszli za głosem Jane, kompletnie ignorując Bajcurusa. Po chwili doszli na mostek. Morze było wzburzone. Nagle pod taflą wody zamajaczył jakiś okrągły, pomarańczowy kształt. Po chwili gwałtownie się on rozszerzył do rozmiarów małego boiska.

    - To oko! - krzyknął Solarion dobywając broni.

    - Tylko czego?

    Z wody wystrzeliły dziesiątki macek.

    - Cudownie. A woda jest lodowata - zdenerwowała się Jane, i wystrzeliła w oko pociskiem repulsorowym. Wtem jedna z macek owinęła się wokół niej.

    - Puszczaj!

    Wbiła w mackę maczetę, ale nic to raczej nie dało. Potwór wciągnął Jane pod wodę.

    Nagle statek zaczął tonąć. Drugi Bajcurus wyszedł z kajuty kapitańskiej, uśmiechając się wrednie.

    - Postanowiłem dodać trochę napięcia i podziurawić statek. Miłego tonięcia.

    I rozpadł się w pył.

    Abyssal spokojnie zeskoczył do wody. Macki gniły, kiedy próbowały go dotknąć. Ciężar zbroi ściągnął go w dół, prosto na olbrzymie cielsko potwora, w które wbił miecz.

    Solarion tymczasem, tnąc macki pobiegł pod pokład łatać dziury.

    Cały pył Bajcurusowy oblepił Solariona, utrudniając mu poruszanie się. Okazało się wtedy, że to wcale nie pył, tylko... miliony komórek, które utworzyły lepiącą się, klejącą organiczną masę.

    Pierwszy Bajcurus wytworzył ogromny płomień i uderzył nim w wodę, chcąc ugotować krakena oraz wszystko inne żywcem.

    Jane tymczasem ciągle była trzymana przez mackę. Pod wodą. Zaczęło brakować jej oddechu, więc ostatecznie wyciągnęła snajperkę i wypaliła kolejnym pociskiem, który przeleciał po soczewce oka, i rozciął je. Po całości. Oślepiony stwór zaczął machać mackami jak oszalały, a statek autentycznie wyrzucił w powietrze.

    Abyssal odbił się nogami od ciała stwora i wyleciał przed siebie. W locie wyrwał Jane z macki i razem z nią znalazł się nad wodą, wysoko w powietrzu.

    Solarion zaś zadecydował, że koniec z półśrodkami. Wyrwał się organicznej masy i skoczył przebijając przez sufit. W locie chwycił maszt flagowy i zakręcił nim, zawracając cały statek prosto w kierunku oka stwora.

    Maszt przebił się przez oko i przeszedł przez organy wewnętrzne aż do serca. Kraken nagle przestał wierzgać mackami, a woda zabarwiła się na czerwono. Na powierzchnię wynurzył się Pierwszy Bajcurus, który nie zdążył wyjść ze statku.

    - Wszystko ze mną w porządku, dzięki że pytacie - prychnął.

    Jane zemdlała, a woda wypełniała jej płuca. Mimo posiadania Mocy, miała żywotność zwykłej śmiertelniczki, a teraz potrzebowała pomocy.

    Abyssal po prostu spadł. Tuż przed dotknięciem wody, jej powierzchnia zamieniła się w lód. Bóg ułożył Jane na krze, na której po chwili wylądował Solarion i użył białej magii, by ją uleczyć. A Bajcurus... cóż, nim nikt się nie przejmował.

    Drugi uformował się na krze i spokojnie patrzył, jak Pierwszy tonie.

    - Ekhu... Po prostu pozwolicie mi utonąć?! - wysapał Pierwszy, próbując utrzymać się na powierzchni wody.

    - Mogę cię dobić, jak chcesz. - rzekł Drugi.

    - Nie jestem pewien, ale myślę, śmierć twojego przeszłego wcielenia nie skończy dla ciebie dobrze. - zauważył Abyssal. - A to z kolei pociągnie mnóstwo innych nieprzewidzianych konsekwencji. Stella się wkurzy. Nie chcesz wkurzyć osoby, która może sprawić, że nigdy nie istniałeś.

    - Stoję tu, więc przeżył. Zawsze możesz go uratować. - stwierdził chłodno Drugi.

    Postoisz tu jeszcze trochę, a zginie. - odpowiedział, jednak widząc, że Drugi nie kwapi się pomóc pierwszemu, westchnął i stworzył pod Pierwszym krę lodu.

    Drugi spokojnie przeszedł po wodzie, i kopnął Pierwszego w twarz, po czym złapał go za włosy i uderzył jego głową o krę, na której powstało kilka pęknięć. Proces powtórzył. I jeszcze raz. I jeszcze.

    Jane poruszyła się.

    - Uch... Jestem w niebie? - spytała, i spojrzała na Solariona. - Na szczęście nie. Tylko by mnie tam rozszarpali.

    - A ci znowu zaczynają? - spytał Solarion.

    - Najwyraźniej tak. - odpowiedział Abyssal znudzonym głosem. - Zawsze twierdziłem, że Bajcurus nienawidzi z całego serca nawet samego siebie, ale dopiero teraz upewniłem się, że mam rację.

    - Zamiast po prostu zacząć się ciąć, cofnął się do przeszłości, by się poznęcać nad przeszłym sobą.

    - To w jego stylu, nieprawdaż?

    - Zaiste. - przytaknął Solarion.

    Pierwszy uderzył w Drugiego ogniem, w wyniku czego kra stopniała, a pierwszy wpadł do wody. Drugi tylko pokręcił głową, i spokojnie przeszedł po wodzie z powrotem na krę z Abyssalem i resztą.

    Jane podała Pierwszemu rękę, i pomogła mu wejść na krę.

    Nagle wszyscy usłyszeli głos kamienia.

    - Dopiero pierwszy boss, a wy już przegrywacie! A co by było, gdyby teraz wpadł kolejny kraken? Stoicie na tej krze jak na patelni. No ale przydałaby się każdemu zmiana scenerii, co nie?

    Nagle na horyzoncie pojawił się ląd. Rozciągał się przez cały horyzont - był jakby rajską wyspą, z plażą, zielonym lasem tropikalnym i palmami.

    Prąd również zaczął kierować krą w stronę tej wyspy.

    CDN


  3. Nieco zasępiłem się. Sokół w mojej głowie najpierw miał ochotę zwiać, a potem użreć tego kolesia w palec, gdy mnie 'tyknął'.

    - Ej! Nie 'tykaj' mnie, jestem drapieżnym ptakiem! Trochę szacunku. - wyskrzeczałem, ale po chwili przypomniałem sobie, że od niego zależą moje dalsze losy. Zamachałem więc skrzydłami, i wdrapałem się na jego ramię. Wczepiłem mocno pazury żeby nie spaść.

    - Wybacz, ale nie jestem papuga. Jeśli chcesz żebym tu siedział - proszę bardzo, ale wątpię, że będzie to przyjemne doświadczenie. No to chodźmy!

    Po chwili namysłu, 'wyszeptałem' mu do ucha:

    - I jeżeli myślisz, że to wszystko jest dziwne, postaw się w moim miejscu.


  4. Gdyby nie ten dziwny koleś który do mnie podszedł, może przejąłbym się tym, że tak naprawdę nie jestem smokiem. Nie miałem jednak czasu myśleć nad sobą, bo ten brunet zaczął przybierać formę... I gadać... uch, co on, próbuje się ze mnie nabijać?! I jak ja niby mam mu pomóc?! Miałem ochotę powiedzieć mu co nieco o rozdrapywaniu cudzych ran, ale ten nagle padł na ziemię. Podskoczyłem w jego kierunku i przyjrzałem się mu. Musiało to wyglądać idiotycznie, sokół stojący nad kimś jakby się martwił.

    - Ej, wszystko wporzo? Cokolwiek przed chwilą zrobiłeś, nie powtarzaj tego. I zabierz mnie stąd. Wszystko lepsze od blondasów z kuszami. Znasz jakieś wyjście z tego miejsca? Słyszałem, że ludzie dostają tu świra. I chyba wiem dlaczego. Nigdy nie myślałem, że cokolwiek może spowodować, że zeświruję jeszcze bardziej... Ale to miejsce pokazało, że jednak się myliłem.

    Dlaczego się do niego odezwałem zamiast uciec? Dlaczego zaufałem? Może dlatego, że zwariowałem? Albo przez te twarze? Albo...

    Hm, właściwie ten kolo nie wygląda na porywacza...

    Mam tylko nadzieję, że pan Marakuja nie maczał w tym palców.

    ... Brylant, ale mnie wyrolowałeś z tym smokiem ;q


  5. I jeśli będzie coraz więcej narzekań, to wprowadzę jeszcze więcej postaci.

    ...

    Moja krew :D

    Naprawdę liczyłem, że zechcesz posłuchać głosu większości i dojść do kompromisu takiego, że być może nawet formalizm nie byłby potrzebny, ale teraz, po takiej wypowiedzi, popieram go w całej rozciągłości.

    Yeah. Mam dość. Głosuję za limitem, tylko niech ona wywali w końcu te nadwyżki -_-

    A co do moich postaci, to jeśli ten limit wprowadzimy, to będzie tak: Blade będzie bogiem nr. 1, Jane będzie połówką co da nam 1,5, a Kot będzie drugą połówką (ale moc będzie miał jeszcze mniejszą... w ćwiartki mi się nie chce bawić, anyway). Czyli 2.

    I 0wn0r.

    "Kto się spieszy to się diabeł cieszy"

    Buechecheche! ]:->

    Ahem.

    No więc BlackMoon is outnumbered! Bo nie wiem czy 7 do 1 jednak da się odwrócić... Ale kto ją tam wie ;q ?

    Ja zaczynam rekrutować halabardierów, anyway.


  6. BehuŚ, all jest bardzo pr0 itd, ale mimo wszystko to wprowadzanie jakichś ograniczeńz powodu 1 osoby(nasza Księżycunia) to trochę przesada. Nikt inny nie przesadzał, więc potrzeby na takie 'zasady' nie ma. Jest umowna linia umiaru i widać że jak czyjeś postacie liczy się w legionach, każda ma dużo patronatów i nie można ich odróżnić od siebie to już coś zaczyna być nie tak. A wtedy - jak to ślicznie ujął Marshall w Red Dead Redemption - "He steps over the line - whack him! He does it again - whack him harder!".

    You dig?

    @cieniu niżej:

    skoro to wam nie przeszkadza to zaraz stworzę Batalion Kolumny Pancernej Gen. Shadowa Bezimiennych Metali Bojowych w liczbie tysiąca o sile minimum PÓŁ-BOGÓW. Dlaczego? Bo nie ma limitu i można -_-'

    No niestety, ale takie coś jednak przeszkadza ;]

    A limit jest - umiar, panowie i panie! Był od zawsze, tylko BM go nie przestrzega. Może więc zawołajmy Rankina, który przyspieszy proces debu/ogowania ?


  7. E no, ludzie, bez przesady. Już niedługo ustalimy limit patronatów i w ogóle liter w slowach.

    Ja rozumiem, BlackMoon uberuję no i to trza zmienić... ale limit postaci? Mamy się AŻ TAK ograniczać? Tutaj granicą powinien być umiar. Co z tego że mam trzy postacie, skoro nie uberują i łatwo odróżnić jedną od drugiej? Jeszcze niedawno wyśmialibyście mnie, gdybym zaproponował limit postaci. Sorry winnetou, ale tego nie powinno być. Ktoś wyłamuje się z przeciętności i zaczyna przesadzać, to to widać - tj. BlackMoon teraz. Natomiast jak nie ma żadnych zastrzeżeń, to można grać dalej.

    Proszę, przemyślcie ten limit postaci jeszcze raz, tym razem bardziej dogłębnie - bo chcecie go zrobić >tylko< po to, żeby BlackMoon nie uberowała. Ale ograniczymy każdego.

    Ja rozumiem Cieniu, że masz tylko jedną postać i to ci wystarczy, albo ty Behemuś, że masz Holzena i jego herosa, ale czasem więcej postaci pozwala na ciekawszy gameplay.

    MacTavish traci jedno światełko za nazwanie mnie "Księżycem" i "BlackMuś"....

    To ja biorę all resztę światełek i moje życzenie to tylko jedna rzecz - żeby nie było limitu postaci...

    @down:

    Gzyms... Twój pomysł jest niezły! Kurczę, podoba mi się. Lepsze niż nie robienie limitu... Ale jakaśtam zapora anty-legionowa jest. :thumbsup:


  8. Najs.

    Firstly, joł all what up xD ?

    Secondly: O, jak pr0, można się wypowiedzieć w Biurokracji i zgarnąć +1 posta do licznika ;q

    A thirdly: No więc BlackMoon w końcu przesadziła. A już myślałem, że to się nigdy nie stanie ;q

    Patronat wody jest Cygnusia. Był zaklęty w naszyjniku, i tyle. Ty i tak masz 15 innych patronatów, mój ty księżycu ;q

    Dalej, to chyba 'nieco' przesadzasz z bogami i ich trupą pomocnikami. Ja sam może i mam dwa i pół boga... Ale zważcie na to, że drugiego pozbawię boskości zaraz po queście Behemarkosa (chciałem wcześniej, ale coś dla niego przygotowali i nie mogłem). Anywayz, BlackMuś powinna zmniejszyć ilość bogów. A temat na posty growe jest . Zamiast zpraszania all przez listy po prostu napisz co zmieniasz ;q

    A , i ostatnia sprawa.

    Jeżeli quest Behemarkosa będzie się tam tyle piekł...

    <zakłada okulary Alberta Weskera>

    ...To się może przypalić.

    YEEAAAAAHHHH


  9. E, no zaraz, chwila, co?! Smok?! Ale.... Przecież to...

    ...niesamowicie ekstra! Ihaa!! Nigdy więcej uważania na inne ptaki drapieżne, nigdy więcej uciekania przed kłusownikami, nigdy więcej... Cywilizacji...

    O kurczę pieczone. I co ja teraz zrobię? Jestem między młotem a kowadłem! Jak zawrócę, dorwie mnie blondaś, a jak polecę do miasta to dorwą mnie łowcy smoków. Ale skoro to miasto nazywa się Wzorowo... Chyba nie zamordują biednego smoczusia zabłąkanego w miejskiej głuszy...?

    Poza tym... Jestem potężny! I mogę ich upiec jeżeli będą chcieli mnie zaciukać! Ale z drugiej strony, mogę upiec również blondasia.

    Nie! Wydawał się zbyt pewny siebie. Ma pewnie asy w rękawie. Jeśli w tym świecie istnieją asy. I rękawy.

    Zamachałem skrzydłami, i ruszyłem na wzorowo. Postanowiłem, że ruszę na sam środek tego miasta, w najbardziej zaludnione miejsce jak się tylko da, i tam gdzieś przycupnę. W locie mnie nie zamordują, bo zniszczyłbym budynek albo przygniótł kogoś mymi stalowymi bicepsami. A jak siądę i nie okażę wrogości, to pewnie mnie złapią albo coś. Przecież nie wsadzą mi kuli w łeb na oczach cywili.

    ...Mam nadzieję.

    Latało mi się o wiele lżej, ale to nie znaczy, że szybciej. Smok nie sprawiał wrażenia długodystansowca... Ale co ja tam wiem? Tylko następnym razem poproszę chmury o jazdę próbną zanim zamienią mnie w ogromnego potwora.

    Uch... Jestem w końcu optymistą! Wszystko się ułoży! Wrócę do sokolej postaci, i... A jak nie wrócę? Uch. Optymizm! Przynajmniej będę mógł powiększyć swój jadłospis o pieczone mięso.

    Byle nie ludzkie.


  10. n00b w Call Of Duty 4:

    1. Patrzy, czy na dedykach są admini, a jak tylko wyjdą, włącza marty, bierze noobtube oraz zaczyna wkurzać wszystkich dookoła.

    2. Jeżeli ktoś jest lepszy od niego - OMG! Cheater! LoL! HaX! KicK! BaN!

    3. Jeżeli ktoś poinformuje go, że noobtubowanie oraz marty jest irytujące - n00b wyśmiewa go, dodając, żeby 'get a life nerd lol'.

    4. Spędza dużo czasu na serwerach z małymi mapami, a dużą ilością graczy (Shipment, Killhouse), po czym bierze automat, kuca w kąciku i zabija respawnujących się ludzi, w ten sposób zgarniając ogromne XP.

    5. Na Z&Z strzela do swoich, i tłumaczy to tym, że 'weszli mu przed lufę gdy sprejował'.

    6. Narzeka na wszystkich i wszystko - helikoptery, noobtuberów, marty, a sam z tego korzysta.

    n00b w Stalker: Clear Sky

    1. Szukając artefaktów wskakuje w sam środek anomalii, i utrzymuje, że zebranie artefaktu jest niemożliwe.

    2. Gdy jest napromieniowany czeka, aż to samo zniknie.

    3. Żeby się uleczyć je 5 chlebów naraz, zamiast zjeść 2 i poczekać, aż HP dojdzie do góry samo.

    4. Biega przeciążony i narzeka, że tak mało można targać.

    5. Sprzedaje potrzebne mu rzeczy narzekając na ceny. (np. apteczki)

    6. Kupuje niepotrzebne rzeczy, narzekając na ceny. (np. apteczki, które o wiele lepiej zloocić niż kupić)

    7. "gdzie tu się ładuje ekspa w umiejętności?"

    8. Gdy jest przeciążony, chleje wszystkie napoje energetyczne zamiast wywalić parę rzeczy.

    9. Atakuje bazę Bandytów i liczy, że mu się uda.

    10. Myli klawisze, marnując apteczki zamiast bandaży.

    11. Odkrywa możliwość sprintu po 5 godzinach gry (wiecie, jaki byłem z siebie dumny, gdy to odkryłem? =p)

    12. Chce mieć potężną broń, która również jest bardzo celna. Dziwi się, gdy to okazuje się niemożliwe.


  11. Vanasayo uderzyła potwora biczem. Bezskutecznie. Twardy pancerz odbił cios, a stwór chlasnął heroskę długim jęzorem. Nie zraniło jej to za bardzo, ale zdekoncentrowało na tyle, by potwór chwycił Vanasayo w szczypce.

    Przyczepiłam się linką do szczypca, który pochwycił Vanasayo, i przyciągnęłam się do niego. Wypaliłam ze snajperki. Pocisk przeszedł przez przegub, co rozluźniło nieco uścisk. Doskoczyłam do heroski, zastawiłam szczypce snajperką, i podałam Vanasayo rękę.

    - Wyłaź, bo broń mi się zepsuje - mruknęłam.

    Blade wyczołgał się z miejsca, w którym był torturowany.

    - Ugh... Abyssalu, naprawdę przychodzisz, żeby mi pomóc? - uśmiechnął się. - Wiesz, pomogłoby nawet, gdybyś mnie teraz dobił...

    Vanasayo podała Jane swoją rękę, ale wyślizgnęła się z jej uścisku z powodu śliny potwora. Wreszcie jednak chwyciła pewnie i wydostała się ze szczypiec. Abyssal tymczasem podszedł do Blade'a i bezceremonialnie zarzucił go sobie na plecy.

    Blade przez chwilę zastanawiał się, czy nie poczęstować Abyssala Ukrytym Ostrzem.

    - Puść mnie - powiedział w końcu.

    Wyjęłam snajperkę, i.... Język potwora owinął się wokół mojego brzucha, i pociągnął do paszczy. Nacisnęłam spust, a pocisk repulsorowy strzaskał jedną nogę potwora.

    Znalazłam się w... środku. To coś nie miało nawet zębów. Ale za to miało bardzo żrące płyny w żołądku. Spróbowałam się wydostać - bezskutecznie.

    - Jak chcesz. - odprał Abyssal i upuścił Blade'a na ziemię. - Ale wątpię, byś mógł iść. Mam cię ciągnąć po ziemi? Zdecyduj się. I to szybko, wygląda na to, że nasze panie potrzebują pomocy. - powiedział i rzucił swój miecz w kierunku heroski.

    Vanasayo chwyciła ostrze i prześlizgnęła się po ziemi pod brzuchem potwora, rozcinając niechronione pancerzem podbrzusze.

    Blade skupił moc.

    - Pomóż im - powiedział, i całą swoją siłą skoczył na Abyssala, po czym autentycznie rozmazał się na nim. Tak jakby wylać na niego kubeł wody. Tylko że lepkiej. Abyssal był cały oblepiony biomasą... Co zwiększyło jego siłę, prędkość, oraz wytrzymałość.

    - Vanasayo, właź - powiedziałam prędko, wystawiając jedną rękę z brzucha Billa. - On gdzieś tu ma serce! Zwalczymy problem od środka.

    Normalna osoba miałaby opory przed wejściem do wnętrza olbrzymiego chrząszcza, by posiekać mu serce od środka. Ale Vanasayo, jako Otchłaniec, nie była normalna więc chwyciła rękę Jane i weszła do środka, przedtem rzucając swemu panu jego miecz. Abyssal chwycił go i skoczył na jedną z nóg Billa, by ją odciąć.

    Wyjęłam miecz świetlny, i podałam go Vanasayo.

    - To ci się przyda bardziej, niż mnie - powiedziałam, i wyskoczyłam do góry, przebijając się przez obleśne, śliskie sklepienie. Wystrzeliłam linkę w dół, żeby Vanasayo mogła się wspiąć, a drugą ręką uniosłam snajperkę i wycelowałam w coś, co wyglądało jak gigantyczny orzech włoski.

    Wypaliłam. Pocisk repulsorowy ledwo drasnął serce potwora, który teraz miotał się jak oszalały. Poczułam, że Bill wywrócił się. Jeśli Abyssal był pod nim, to go pewnie przygniotło.

    Vanasayo wspięła się po lince i uruchomiła miecz świetlny. Po chwili różowe ostrze zmieniło kolor na czarny i zdawało się pożerać powietrze wokół siebie. Vanasayo rzuciła mieczem w serce.

    Abyssal, po odcięciu jednej z nóg Billa, skoczył w górę by uniknąć przygniecenia. Po opadnięciu na ziemię pobiegł do oka potwora.

    Ostrze świetlne wbiło się w 'orzech', ale tylko do połowy. Stwór teraz nie szalał, on berserkował. Machał szczypcami, przebierał odnóżami, a jego oko wyglądało tak na nienawistnie wściekłe, że aż zabawne.

    Zbliżyłam się do jego serca, i przyłożyłam lufę snajperki do rękojeści miecza. Teraz, gdy te dwa potężne urządzenia się połączyły, ta skorupka na pewno nie wytrzyma.

    - Vanasayo, spróbuj znaleźć jakieś wyjście... Dolne piętro zalane jest kwasem, a mój miecz zaraz eksploduje mocą. Lepiej więc, żebyś się cofnęła...

    Vanasayo cisnęła bicz w "ścianę". Ostrze przebiło się na zewnątrz, gdzie złapał je Abyssal. Silnym ruchem ręki pociągnął bicz ku sobie, razem z Vanasayo, która dosłownie przebiła przez wnętrzności Billa, cala pokryta krwią i flakami, ale nienaruszona.

    Serce powoli zaczęło pękać. Najpierw na skorupie powstały niebieskie ryski, potem pokryła się nimi cała, a na końcu po prostu eksplodowała. Wnętrze robala wypełniło się mocą, światłem, gorącem, plazmą i sama nie wiem czym. Po chwili to wszystko zniknęło. Wyskoczyłam na zewnątrz przez dziurę w pancerzu, i stanęłam obok Vanasayo. Skorupa potwora zapadła się, gdyż w środku nie było niemal nic. Bill zaczął się zmieniać z powrotem, gdyż tak nie wytrzymałby 20 sekund. Wycelowałam snajperką, pragnąc go dobić, i wtedy on zniknął. Tak po prostu.

    Zdjęłam miecz świetlny z lufy, po czym schowałam broń.

    - No, to chyba koniec.

    Podeszłam do Vanasayo, i podałam jej miecz świetlny.

    - Weź to, jako podziękowanie za pomoc.

    - Miecz świetlny? Już nie. Teraz to miecz negacji. - powiedziała Vanasayo biorąc ostrze. - Dziękuję. Mój panie, a tak właściwie to gdzie jest Blade?

    - Na mnie. Jestem nim oblepiony. To... dziwne.

    Z mazi uformował się ptak, który niemal od razu wzbił się w powietrze.

    - Abyssalu, dziękuję za pomoc. Słowa to nie jest zbyt wiele... Dlatego przekazuję ci teraz moc Biomasy. Znasz zastosowania, widziałeś, co z nią potrafiłem. Teraz nie przyda mi się w ogóle, gdyż nie mogę chodzić. Już ci ją przekazałem... We mnie została w postaci na tyle szczątkowej, że umożliwiającej przemianę w sokoła i z powrotem. Heh, on nie potrzebuje nóg.

    Blade przeleciał nad głową Abyssala, i zatoczył koło czekając na odpowiedź.

    - Biomasa? Nie potrzebuję jej. Mam własne moce. Ale... chyba znajdę dla niej zastosowanie. Tak więc dziękuję za ten dar. - odparł Abyssal. - I co teraz ty zrobisz? Nie możesz chodzić, straciłeś część mocy i raczej nie wzbudzisz u swoich podwładnych respektu będąc na przemian ptakiem i inwalidą. Chociaż z tym ostatnim może pomóc ci Tytokus, nie takie rany już leczył.

    - Nie jestem już Asasynem. Kaleka nie może być szefem... Dlatego ustąpię. Shepard ma kompetencje, zostanie nowym Szefem. A Tytokus mi nie pomoże... Wdała się infekcja, a na coś takiego jak mechaniczne nogi nie mam zamiaru się zgadzać. Każdy musi kiedyś zejść ze sceny... Przyszedł i czas na mnie. Żegnaj, przyjacielu.

    I odleciał.

    Zbliżyłam się do Abyssala.

    - Dziękuję... Bez twojej pomocy nie udałoby mi się go uratować.

    Pocałowałam go lekko w policzek, i odeszłam. Przechodząc obok Vanasayo, szepnęłam tylko:

    - Tak to się robi.

    Abyssal przez dłuższą chwilę stał bez ruchu, jak posąg. Vanasayo patrzyła się na Jane, jakby zamierzała ją zabić, ale po jej słowach uspokoiła się. Trochę.

    Wreszcie Abyssal się odezwał.

    -Wygląda na to, że ten jeden raz uratowałem komuś życie, a nie je odebrałem. Wolę zabijanie. Jest prostsze. A życie i tak przemija. (Dlaczego więc to zrobiłem?) Vanasayo, idziemy.

    - Tak, panie. - odpowiedziała. Abyssalowi wydało się, że jakoś dziwnie się na niego patrzy, ale nie zwrócił na to uwagi. Razem zgubili się w Pustce i wrócili do pałacu.

    ----------------------------------------


  12. Byłem otoczony przez Zmutowanych Asasynów. Nie mogłem ich zranić, bo tarcze z dusz chroniły ich przed moimi atakami. Stanąłem więc, i czekałem.

    Wśród Asasynów pojawił się ich szef.

    - Teraz cię mam, John! - zaśmiał się złowieszczo.

    - Masz mnie - powiedziałem powoli. - I co zrobisz? Podejdziesz tu? Ha. Obaj wiemy, że jesteś na to zbyt tchórzliwy.

    Zmarszczył brwi, ale nie zbliżył się.

    - Najpierw cię złapię - zadecydował, i wystrzelił mi pod nogi portal. Nie miałem gdzie uskoczyć - wpadłem do środka. Wszyscy Mroczni Asasyni zniknęli z planety.

    Znalazłem się w jakimś pomieszczeniu bez drzwi i okien. Portal za mną został zamknięty. Powiedziałem do komunikatora:

    - FNG, słyszysz mnie?

    - Słabo, ale ...yszę - odpowiedział.

    - Przyśłij posiłki na moją pozycję - kazałem.

    - To niemożliwe. Miejsce, w ...rym się znajdujesz, jest ...czone barierą elektromagnetyczną.

    - Wystrzel rakietę, wydostanę się sam - zadecydowałem.

    - Nie widzę celu. ...riera EMP ...kłóca odczyty. Musiałby tam ...jśc człowiek, ale szanse na pokonanie ...ylu statków Bractwa są ...rowe.

    - Rozumiem - powiedziałem. - W takim razie powiedz Abi, żeby zamieszkała na planecie Hope, powiedz Jane, żeby przekazała bractwo Shepardowi, i powiedz Casulowi, że przepraszam...

    Rozłączyłem się. Ściany się rozstąpiły, i wszedł przez nie Bill. Odruchowo rzuciłem się na niego ze sztyletem. Drogę zasłoniła mi jednak... ściana.

    - Co to ma być?! - zdziwiłem się.

    - Och, obaj wiemy, że dusze potrafią opętywać wiele rzeczy.

    Cofnąłem się. Ten tchórz nigdy by tu nie wszedł, gdyby nie miał zagwarantowanej stuprocentowej przeżywalności.

    - I co, zabijesz mnie, gdy nie mam możliwości obrony? - zapytałem go, mimo, że znałem już odpowiedź.

    - Tak - odpowiedział, i roześmiał się. - Nareszcie cię mam!

    Wyjął pistolet, wycelował mi w kolano i wypalił.

    Kula pokonała barierę z Mocy oraz z Biomasy... to musiała być platyna.

    Upadłem na ziemię. Strzaskane kolano bolało niemiłosiernie, ale udało mi się podnieść, przenosząc ciężar ciała na prawą nogę.

    - Dopadnę cię... - wysyczałem, i wtedy kula przeszyła mi drugie kolano. Tym razem się nie podniosłem.

    - Teraz tu trochę posiedź, buachacha! - roześmiał się, i wyszedł.

    Przeczołgałem się pod ścianę, i rąbnąłem w nią całą swoją siłą - nic to nie dało. Wygląda na to, że jest po mnie.


  13. - Uch... Zwijamy się, prędko! - powiedziałem, i wyszedłem w stronę nadciągających wrogów. - Są ich tysiące!

    Ogromna armia zmutowanych Asasynów posuwała się powoli, ale pewnie. Gdzieś tam z tyłu był jednostronny portal, który nieustannie przenosił ich na tą planetę.

    - Jazda, idźcie przez portal Holzena! Ja ich zatrzymam. - powiedziałem.

    - Nie mam zamiaru cię tak tu zostawiać. - sprzeciwiła się Jane.

    - Nie ma czasu na gadanie, wyrżną nas jak kaczki. To w końcu Bractwo. Dodatkowo, cały gaz został wypalony i nie ma jak z nimi walczyć.

    - I co, chcesz tu zostać i umrzeć? Nie ma mowy.

    - Mam moc Biomasy - odparłem dwuznacznie. - A teraz wynoś się stąd.

    Jane była niezdecydowana, ale postanowiła usłuchać. I dobrze.

    Wyszedłem armii na spotkanie. Chcieli mnie - tylko mnie. A więc dostaną, co chcą.

    _________________

    Dobra. Tyt0k healnięty, to trza się zmywać ;q

    I proszę, nie zostawajcie żeby się tłuc z tymi Asasynami, chcę zrobić <almost> sucide run ;q. Szkoda tylko, żeście gaz wypalili -_- Chciałem wysadzić tą planetę w cholerę.


  14. @panoramiczny

    Dlatego nie możemy być pewni czy wszyscy Afrykanie bedą tolerancyjni. Dla nich to taka nowość, więc zależy od kwestii przyzwyczajenia.

    Szkoda, że wszystko musi być popsute przez "a jeśli ci ludzie będą źli, to co?". Że też człowiek człowiekowi nie może po prostu zaufać...

    Gdy teraźniejszość jest bolesna, to nie patrzmy się na przyszłość.

    Czasem przyszłość niesie nadzieję.

    Bo przecież może się objawić, czy coś.

    Sure, tylko nigdy tego nie robi...

    Zawsze może uciszyć wojujących, by nie przelewali krwi swoich braci.

    Ale tego nie robi, bo mamy podobno wolną wolę.

    Gdyby kochał, dałby drugą szansę, ale z innymi zasadami.

    Gdyby nie kochał, mógłby nas wszystkich unicestwić i mieć problem z głowy... A ta 'druga szansa' brzmi, jakbyśmy byli zabawkami.

    Nie jesteśmy.

    ...I hope.

    Ale to chyba mimowolnie wybuchają. Tak samo jak etniczne konflikty.

    Mimowolnie? Nie. Wszystko ma swój powód, żadne konflikty nie wybuchają 'ot tak'. Powód jest ZAWSZE.

    Dlaczego wybiera osoby wierzące, a nie zbłądzonych?

    Bo wierzących bardziej kocha, maybe? A może dlatego, że wierzący sami se wymyślili owe wizje, żeby nimi zabłysnąć?

    @behemort

    że jest jeden naród wybrany, ulubiony spośród innych.

    And why is that? Bo Bóg kocha ten jeden naród bardziej niż inne? Tsk, jakoś niezbyt sprawiedliwy ten nasz bóg, skoro są 'równi i równiejsi'...

    EDIT:

    Jak tak patrzę... My tu głównie o religii, a to jest temat o sensie życia. Nie lepiej się przenieść z religią tam, gdzie powinniśmy o tym gadać, hę?


  15. Wybory, wybory... No dobra, zastanówmy się.

    Zahamowałem, i zatoczyłem koło.

    Jak polecę na górę, to pewnie upiecze mnie jakiś piorun który wystrzeli w drugą stronę. Albo zabije mnie powietrze. "Góra" jest zbyt normalna, żeby była bezpieczna. A dół? Ten deszcz wygląda jak szklana ściana. Oczywiście może się zdarzyć, że jak w niego wpadnę to okaże się zupełnie niewrażliwy. Może też mnie złapać i zjeść.

    No dobra, decyzja podjęta. Lecimy środkiem!

    Zamachałem skrzydłami, i wpadłem prosto w najbliższą chmurę.

    Postanowiłem, że jak nic mi nie będzie to polecę na najbardziej zaludnione miejsce w mieście. Tam będę bezpieczny... w miarę. Jeśli ta chmura okaże się groźna, to złożę skrzydła i runę w dół. Wpadnę pewnie prosto w strumienie deszczu, które popchną mnie w dół, na ziemię i budynki.

    Albo jeszcze bardziej mnie natłuką. No cóż, raz się żyje!


  16. @behemort

    Najpierw polecałbym rozwiązać problem wysokiej śmiertelności z powodu powszednich chorób w krajach skrajnej nędzy, a dopiero potem bawić się w pozyskiwanie izotopu helu z marsjańskich skał.

    Pozyskiwanie izotopu jest łatwiejsze.

    Obecnie są inne priorytety, na które można przeznaczyć fundusze... Chociażby na to, by każdy zwykły człowiek mógł mieć taki pogląd na sens życia jak ty.

    To jakiś zarzut?

    Tylko, że przyjemność to nie tylko "dajcie mi wszystko, mnie się należy, chce mieć jak najlepiej, mieć wszystko i nie kiwnąć nawet palcem".

    Nie mówię, że to 'tylko' to. Dla mnie np. przyjemnością jest rąbanie drewna na opał. Praca jak praca, ale wg. mnie jest fajna. Słowem - jestem wtedy spełniony ;]

    Rozumiem, że Piły nie oglądałeś?

    Nie, ale za to znam "ile Cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto cię stracił", więc rozumiem, o co ci chodzi. I yeah, chyba masz rację.

    Kto wie, może zabicie wszystkich nieuleczalnie chorych jest dobre dla ludzkości?

    Czy ja coś mówiłem o jakichś życiowych zasadach?

    Poza tym, prawo jest inne w każdym kraju/organizacji. Czasem niekiedy bardzo. Dlaczego mielibyśmy uznać chociażby liberalne prawo za dobre, a konserwatywne za złe?

    "Dekalog" works for me... Ew. pomijając pierwsze trzy, bo to najdzie na naszą Wolną Wolę. A w nie-katolickich krajach coś na styl tego ;

    Dobrze wiedzieć, za co przyjmujesz duchowość człowieka.

    Nigdy nie byłem specjalnie pobożny.

    Ludzie to egoiści, mało skłonni do kompromisu w sferze dobra wspólnego i idei.

    That's true. Na szczęście - nie wszyscy.

    chęć poznawania nadal jest potrzebą, zapewniam Cię.

    Teraz to widzę.

    można też, tak jak to zaprezentowałeś, w sposób szydzący (w podtekście, przynajmniej w części wypowiedzi możliwych) i/lub arogancki.

    Nie wiem, gdzie to zaprezentowałem. Chodziło mi po prostu o to, że człowiek lubi wygrywać.

    Bardzo.

    Dlaczego mielibyśmy oddychać/jeść/pić/rozmnażać się, skoro później i tak wszyscy zginiemy?

    Dla własnego szczęścia i przyjemności, maybe?

    Zawsze "My" będziemy najważniejszi. Chęć przetrwania.

    Tutaj jestem z Behemortem. Choć czasem ludzie pomagają innym mając przed oczami nagłówki gazet w stylu "Bohater uratował <kogoś>!".

    Można mieć pogląd, że fajnie jest być takim jak Doktor Dom (a raczej jego powierzchowność), ale dla mnie to postawa trochę godna pożałowania.

    No, jego fanatyczna dociekliwość to lekka przesada, tak samo jak czyste chamstwo. Chociaż czasem odpowiednio 'wsadzone' chamstwo jest co najmniej wskazane... ;]

    Skoro jest jedyne, należy je jak najlepiej wykorzystać.

    Nie. Nie dlatego "że jest jedyne" a dlatego, że więcej takich okazji nie będzie. To samo? Może, ale znaczenie lekko się zmienia. Dlaczego mamy marnować swoje życie? Nie lepiej się po prostu dobrze zabawić?

    Jeśli życie miałoby mieć sens, Bóg musiałby istnieć.

    Ale że bo jak?! To niby Bóg nam daje sens życia, aye?

    ][_, ([]) ][_,

    Przydałyby się argumenty.

    Zawsze stwierdzenie, że Bóg istnieje, rodzi więcej pytań.

    Nie. Stwierdzenie 'Bóg istnieje' to pójście na łatwiznę. Dlaczego jest Ziemia? - Bo On tak chciał. Czy Wszechświat ma koniec? - Jeśli On tak zadecyduje, to tak.

    Itd...


  17. @beh

    dla ludzkości problemem (jeśli nie technicznym to ekonomicznym) jest założenie bazy na Księżycu czy chociażby załogowy lot tam i z powrotem.

    Yeah, i na tym się powinniśmy koncentrować. Żeby nie było to takim problemem.

    Skolonizowanie innych planet może i będzie trudnym oraz kosztownym przedsięwzięciem, ale też otworzy nowe możliwości przed ludzkością.

    To dość płytkie sformułowanie. Jeśli już, to odpowiedniejszym byłoby "poszukiwanie maksymalnych przyjemności". Owszem, hedonizm jest jakimś rozwiązaniem, ale operuje on na dość płytkich wodach i mało wiąże się z rozwojem i wielopłaszczyznowością istoty ludzkiej.

    To jest 'w nas'. W tym jak się zachowujemy, w tym co mówimy i co robimy. Nie bez powodu pracownicy przegrali tysiące godzin w PacMana który zastąpił logo Google... Człowiek dąży do przyjemności, dobrobytu oraz bogactwa. Materialnego, duchowego i każdego innego (jeśli takie jest). Bo każdy lubi czuć się dobrze.

    Zdefiniuj, co to znaczy "dużo mieć". Dla jednego i dworek ze stadniną, własnymi jeziorami i flotyllą statków to mało, a dla drugiego dach nad głową i bliskość ukochanej osoby to dużo. Dla mnie każdy powiew wiatru (pomijając wianie podczas pożarów) jest przyjemnością i wielkim darem.

    Tak jest. Zależy, czym jest dla kogo owo 'dużo'. Nie ukrywam, że nie rozumiem jak powiew wiatru może być wielkim darem, ale ludzie mogą się cieszyć czym tylko chcą ;q

    Nauka daje nie tylko to, że później można zaszpanować wielgachnym CV.

    Nie mówiłem, że daje *tylko* to. Ale głównie, tak.

    Złodzieje kradną samochody, a łowcy skór zabijają i sprzedają organy. Postępują dla własnego dobra i prawdopodobnie własnych rodzin. Problem w tym, że życie ogółu to jakoby równanie - do jednego z elementów coś dodasz, to z innego coś odejmiesz.

    Pod płaszczem "dobra" może się kryć wiele niegodziwości.

    Yeah, ale chodzi o dobro ludzkości. Na pewno obiżenie populacji zwierząt nie będzie leżało w interesie ludzkości, choć w interesie jednej osoby już tak... A kradzież samochodów? Dla jednego może i zarobek, dla innego już tragedia.

    Bogactwo i dobrobyt to jedno, ale trzeba też uważać na prawo czy zwykłą przyzwoitość.

    No patrz, dla mnie to ważny fragment mojego życia, zastanawiać się na mistyką, metafizyką i duchowością oraz poświęcać się modlitwie.

    To była tylko moja opinia. Jak dla mnie, ludzie mogą marnować czas jak tylko im się podoba.

    może się okazać, że zostaniemy przez grupkę innych po prostu wykorzystani...

    Yeah, dlatego powstało takie cudowne coś jak kompromis. Niestety, tak trudno go wypracować, że używa się go coraz rzadziej... Ja myślałem, że w sporze o ten krzyż ktoś się w końcu wkurzy i zwali go koparką albo czymś. Wcale bym się nie zdziwił.

    Piramidą Masłowa. Jeżeli nie zaspokaja się niższych, to nie ma się wyższych, chociaż zdarzają się przenikania różnorakich potrzeb, a reguły i cegiełki nie są trwale ustawione.

    Co mają ludzkie potrzeby do poznawania świata? 'poznawanie' nie jest naszą potrzebą, tylko takim 'czymś', co ciągnie nas w nieznane. Czymś, co sprawia, że człowiek wejdzie tam, gdzie nie powinien, i zrobi to, czego nie powinien - choćby dla ciekawości.

    Wystarczy, że przeczytałem o światowych problemach matematycznych do rozwiązania i już odechciało mi się szukania nierozwiązanych zagadek w tej materii...

    Miałem na myśli bardziej to, co jest dla nas możliwe. Ale popatrz na przykład na takiego Dr. House'a, który

    oddał porywaczowi broń tylko po to, żeby dowiedzieć się, na co jest rzeczony porywacz chory...

    Może to nie przykład 'z prawdziwego świata', ale widać, jak daleko może sięgnąć ludzka dociekliwość.

    To się nazywa umiłowaniem mądrości, dążeniem do prawdy, definicji, syntez i wielu innych rzeczy i idei. To jest filozofia.

    Nie. To jest chęć wyższości. Czego się nie robi, żeby móc powiedzieć "jestem lepszy niż inni! Jestem najlepszy ze wszystkich!"?


  18. Wszedłem do sklepu spożywczego, i wziąłem stamtąd karton soku pomarańczowego. Ze sklepu 'wszystko po 4,999999' wziąłem jeszcze długą i elastyczną rurkę, po czym jeden koniec wbiłem w karton i przykleiłem biomasą, a drugi zaostrzyłem.

    - Taka kroplówka doda ci sił, Tytokusie. - spojrzałem na karton. - Bez konserwantów!

    Postawiłem karton koło niego.

    - No dobra. Jeżeli potrzebne będzie wyładowanie elektryczne, żeby go zdefibrylować, to ja mogę to zrobić Mocą. Pozostaje więc tylko coś, co zatrzyma ewentualną infekcję.

    Usiadłem koło Tytokusa, i wbiłem mu żyłkę z kroplówką w żyłę. Sok od razu popłynął.

    Miałem nadzieję, że go to obudzi.

    - Giń, poczwaro - powiedziałam, i kopniakiem posłałam kolejnego mutanta prosto na rozgrzaną blachę. Poparzona dusza wybuchła, a ja uniosłam potwora Mocą, i ciągle go trzymając wpakowałam mu kulę między oczy.

    Odrzuciłam go na bok.

    - Chwila odpoczynku... Mam już ich dość.

    Odeszłam, przeładowując pistolet. Miałam ochotę na chwilę ciszy. Kątem oka zauważyłam Casula siedzącego w odosobnieniu. Usiadłam obok niego, i położyłam sobie snajperkę na kolanach.

    - Wszystko w porządku? Wyglądasz jak marynarz na Saharze.

    Przetarłam dłonią snajperkę. Miałam ochotę ją użyć; zawsze lubiłam duże wybuchy.

    Ale wolę, jak nikogo nie ma w pobliżu tego wybuchu.

    A przynajmniej nikogo z moich sprzymierzeńców...

    _______

    Dobra. Skombinujcie prędko coś do zatrzymania infekcji, i jedziem, bo Tytok się niecierpliwi(a on groźny wtedy jest! ;q).

    PS:

    ][_, ([]) ][_, . Post 999. Numer '999' to na karetkę, a my właśnie ratujemy lekarza :lol2:


  19. Ugh... pozwólcie, że się 'wetnę' w dyskusję. Widać, że to dział w którym jest wielu bogatych umysłowo, więc może mi być ciężko się wgryźć. Ale warto spróbować ;q

    Panie Riad69, dziwne mi się wydaje takie 'życie dla planety'. Mówisz, że nasi potomkowie mają się opiekować Ziemią. Ja natomiast uważam, ze skoro przy Ziemi jesteśmy, to najlepiej zostawić ją i jak najprędzej skolonizować inne planety. Dlaczego? Bo jak się coś stanie z naszą Ziemią, to wtedy sens życia zniknie razem z życiem...

    Well, jeśli o mnie chodzi, to sensem życia powinna być zabawa. Bo po co żyć, skoro nie będziemy z tego dużo mieć? Po co spędzać długie lata studiów? Może po to, żeby znaleźć pr0 robotę i narobić kasy, po czym żyć w luksusie? Yeah, tak mi się wydaje. Jeśli ludzie mają postępować, to wg. mnie powinni robić to dla własnego dobra. Dla, dunno, długowieczności czy ułatwień w życiu codziennym albo może podniesieniu nieco PKB ;q

    I zgadzam się z Sarcasticiem. Nie ma po co patrzeć na Święte Symbole i pogrążać się w rozmyślaniach, modlitwach itd. Lepiej zrobić coś, co sprawi nam przyjemność. Co innego, jeśli ludzie wolą miło spędzać czas np. w kościele. To ich wybór.

    Co do CELU życia.

    CEL jest taki sam.

    Dobrobyt, szczęście, jak zwał, tak zwał. Chyba widać, że ludzie chcą żyć w luksusie, szczęściu itd.

    Są oczywiście i tacy, którzy wolą harować żeby dać coś komuś - ale wtedy mają dobrobyt i szczęście innej osoby na myśli. A samo dawanie ich raduje.

    Well, ja jako samolub zdecydowanie preferuję branie ;q(co może trochę wpłynęło na moje postrzeganie sensu życia), ale ludzie mają prawo tak sterować swoim życiem, żeby byli zadowoleni.

    Jeszcze nieco sensu życia może być w poznawaniu. Poznawaniu świata, otoczenia, wszystkiego. Każdy dąży do wiedzy od samego urodzenia. Wszyscy lubią 'wtykać nos w nie swoje sprawy', a jest wiele nierozwiązanych zagadek jeszcze na tym świecie ;q. Może więc żyjemy też trochę, żeby zrozumieć wszystko i wspiąć się na szczyt wszechświata?

    Marzenia =P


  20. Wpadłem do sklepu 'wszystko po 4,99999', i wycelowałem pistolet w kasjerkę.

    - Dawaj zestaw Małego Pogromcy Duchów, albo rozwalę ci łeb!! - krzyknąłem.

    - Sprechen Sie Deutch? - spytała mnie.

    - ... Ja. Gibt mir Little Ghost Buster Kit, oder mich rozwalen ci głowen - powiedziałem w końcu.

    - Szto? - zdziwiła się, i wyciągnęła shotguna. - giń.

    - Nie - odpowiedziałem jej, i wbiłem jej szpon w głowę.

    Po chwili wyszedłem ze sklepu z zestawem Małego Pogromcy Duchów.

    - No, to gdzie jest ta duszyczka?!

    Jak tylko ujrzałem szyld nowego sklepu, wiedziałem, że go tam znajdę.

    Wpadłem do środka.

    - Za każdym razem, gdy mnie pokonywałeś, ja rosłem w siłę. Mam takie moto "co mnie nie zabije, to mnie wzmocni". Nigdy nie udało ci się mnie wykończyć, a ja zawsze po tym rosłem w siłę. Tak, jesteś niczym. Zamknę cię w tym pudełku i wystawię dla innych jako przestrogę.

    Wystrzeliłem w niego promień z Ściągacza. Ogarnęło to całą jego duszę. Zacząłem ściągać go do pudełka, które przetrzymuje dusze.

    Z tego urządzenia nie wymknęła się jeszcze żadna dusza...

    Ech. Tak naprawdę wiedziałem, że go wypuszczę. Nie żywię do Casula nienawiści, a nawet go lubię... Gdy nie przesadza.

    Ale czasem trzeba go czegoś nauczyć.


  21. Wpadłem do pomieszczenia z Tytokusem. Minąłem Casula, i rzekłem do Pympa:

    - Ten wielki frachtowiec, który właśnie zawisł nad nami sprawia niedobre wrażenie. Nie mogę przebić się przez bariery kinetyczne, proponuję więc...

    Nie dokończyłem, bo nagle ściana została rozwalona. Wpadł przez nią wielki, muskularny facet ze zmutowaną twarzą. Zamiast lewej ręki miał stalowy szpon, a jego prawa ręka była wirującą duszą. Jego duszą. Wbiłem mu ukryte ostrze w brzuch.

    Jakby wbić kij w kamień.

    Jego twarz pozostała nieporuszona. Obdarzył mnie gniewnym, ale mało rozgarniętym spojrzeniem, i uderzył szponem po twarzy.

    To mnie wkurzyło.

    Powiększyłem prawą rękę Biomasą, i rąbnąłem go w głowę.

    Kompletnie nic! Moja ręka zatrzymała się na jego głowie jak na murze. Jakby cała energia uderzenia zniknęła w zetknięciu z jego głową.

    Odepchnął mnie do tyłu, i zamachnął się szponem.

    Nagle usłyszałem głośny wystrzał jakby plazmy, i ujrzałem jak dusza wychodząca z jego ręki jest przeszyta pociskiem repulsorowym. Dusza zniknęła.

    Force Sense powiedziało mi, żeby zaatakować. Wyskoczyłem prosto na niego, zmieniłem rękę na szpon, wbiłem mu ją w brzuch i rozciąłem go na pół.

    Nadszedł kolejny.

    - Te ich dusze reagują na ciepło - powiedziała Jane, podchodząc do mnie. - trzeba im je wypalić, inaczej żaden atak nie poskutkuje.

    Skinąłem głową, i spojrzałem na Tytokusa.

    - Potrzebuje pomocy...

    - FNG już mnie poinformował. Mamy większe problemy, ten wielki statek kosmiczny nad nami chyba zaczyna coś robić - rzekła, spoglądając na mnie.

    - Co?

    - Ostatnio widziałam podobną aktywność podczas misji eskortowej dla Biotechu. On chyba zaraz otworzy portal czasoprzestrzenny...

    I, oczywiście, tak się stało.

    Nagle wszystko rozbłysło jasnym światłem, a szpital drgnął.

    - Portal czasoprzestrzenny?! Przecież...

    Cały szpital rąbnął w ziemię. Ściany zapadły się, a dach opadł na nas. Zrobiłem nad nami barierę z Mocy, i odrzuciłem kawałki dachu i innych pięter. Byliśmy...

    W mieście.

    Ale opuszczonym mieście.

    Widziałem wrak samochodu na ulicy. Wyglądał na jakieś 100 lat, rdza mocno go przeżarła. Po prawo był sklep ze sprzętem RTV i AGD, po lewo 'wszystko po 4,999999', trochę dalej sklep odzieżowy, a jeszcze dalej jakiś megazaawansowany sklep komputerowy. Dałbym głowę, że widziałem przez szybę "Duke Nukem Forever"!

    Jeszcze dalej były dwa inne sklepy oraz dom.

    Wszystko było obrośnięte dziką roślinnością, a inne domy i budynki były zatopione w piasku. Dalej, na środku pustyni znajdowało się jeziorko z zatopionym w środku komisem pojazdowym. Przez krystalicznie czystą wodę widziałem nowiusieńkie modele statków kosmicznych.

    Poczułem coś. Coś jakby...

    Odwróciłem się, i ujrzałem wielką, urwaną rurę z napisem "subsancja łatwopalna! W temperaturze powyżej 50 stopni jeden metr sześcienny gazu powoduje wybuch równy grzybowi atomowemu".

    Cała okolica była wypełniona śmiercionośną substancją. Można nią było oddychać, ale trzeba uważać na gorąco. Wystrzał z broni nie powinien odpalić reakcji wybuchowej, ale snajperka repulsorowa już tak.

    To utrudni nam walkę z tymi opętanymi Asasynami.

    Spojrzałem na miejsce, z którego wypadliśmy razem z całym szpitalem. Gdyby nie grudki ziemi wysypujące się z powietrza, nikt by nie podejrzewał, że jest tam portal.

    Najgorsze było to, że to był portal jednostronny.

    Nagle z powietrza wyskoczył opętany Asasyn.

    - Uch... Potrzebuję jakiegoś źródła ciepła! - powiedziałem do pozostałych. Cofnąłem się.

    Hmm, czym by go tu...

    Chwyciłem kij i zdzieliłem nim Asasyna przez łeb. Odwrócił się w moją stronę, i ruszył na mnie ze szponem.

    - Wymyślcie coś z tym gorącem. Tylko nie przekroczcie 50 stopni!

    Jane wypaliła kilka strzałów z pistoletu w przeciwnika.

    - To nic nie da. Spróbuję zająć się Tytokusem. Po tym, jak cała ta woda wisząca mu nad głową chlusnęła mu w łeb, chyba pozostanie przytomny...

    Weszła do sklepu 'wszystko po 4,9999999 zł' i wyszła stamtąd z dość dużym młotkiem.

    - Najlepiej zacząć od znieczulenia.

    __________________________________________

    No, dobra. To mamy miasteczko wypełnione łatwopalnym gazem. Mamy sklepy, ale zostawiłem dwa, żeby ktoś mógł sobie wymyślić jakie to sklepy. Tylko bez 'sklepu do wyjmowania platynowych kul' proszę...

    Ja już propozycję na znieczulenie dałem, Tyt niech opisze efekt ;q

    Co do portalu - on jest tylko w jedną stronę. z Osiedla na 'to nieznane miasto'. Wydostaniem się stamtąd zajmiemy się po uleczeniu Tytoka.

    I proponuję nie rozwalać frachtowca robiącego portal, bo ten zostanie zamknięty i nikt się tam nie dostanie ;q


  22. Ciosy nic mi nie robiły. Stałem tylko uśmiechnięty i słuchałem ich rozmowy.

    - To nie był zwykły Asasyn, tylko szef Bractwa Cienia. - powiedziałem, i spojrzałem na Casula. - A gadzich cech nie mam, bo ich nie chcę. Mocą Biomasy mogę zmienić się w cokolwiek. I nie jestem twoją własnością, ojcze - warknąłem.

    Dość mocno odepchnąłem Casula.

    - Mam cię dosyć. Wynoś się stąd i nie wracaj, albo zginiesz.

    Wystrzeliłem mu portal pod nogi. Portal prowadzący na Trójkąt Bermudzki na Ziemi. Ciekawe kto tam po niego przyjedzie... Zamknąłem przejście za nim, i odwróciłem się do Pympa.

    - Ty też nie nadwyrężaj mojej cierpliwości.

    I wyszedłem. Zabrałem Abi do nadszarpniętego Orła, i kazałem FNG zawieźć ją na Główną Planetę Bractwa. Gdy odlecieli, przeskanowałem otoczenie. Wykryłem dwa statki wyładowane Asasynami. Jeden desantował ich na szpital, a drugi zawisł nad moją głową.

    - John! Widzę, że jedna kula to za mało. Dlatego postarałem się o to sześciolufowe cudo!

    Na podkreślenie swoich słów zakręcił sześcioma lufami miniguna.

    - Zabierz się tu na dół, Bill - powiedziałem, stojąc spokojnie. - Będziesz siedział tam na górze?

    - Cha! Oczywiście, że tak! - krzyknął, i zaczął strzelać.

    Nie zaskoczy mnie ponownie.

    Uaktywniłem moc Biomasy, i zmieniłem się w muchę.

    Teraz mógł sobie postrzelać... Poleciałem w jego kierunku. On przestał bezmyślnie strzelać na oślep, i rozejrzał się. Pojawiłem się tuż za nim zmieniłem w siebie, i zadałem cios sztyletem.

    Ostrze trafiło na metalowy naramiennik.

    Bill wyczuł mnie za sobą.

    Odwrócił się, i potężnym ciosem wyrzucił mnie ze statku. Wystrzeliłem linkę, i wpadłem z powrotem. Zaatakowałem lewym sierpowym. Uchylił się, i oberwał w łeb z kolana.

    I zniknął.

    Tak po prostu.

    Westchnąłem, i złapałem miniguna. Bill to zwykły tchórz... Jak sprawy wymykają się spod kontroli, to po prostu znika. Wycelowałem w myśliwiec desantowy, i zacząłem strzelać. Oczywiście zwykłe pociski, nawet platynowe, nic nie zrobią tytanowemu opancerzeniu. Przyciągnąłem jednak ich uwagę. Myśliwiec wycelował we mnie i wystrzelił dwie rakiety. Prędko opuściłem pokład, a rakiety rozwaliły myśliwiec z minigunem.


  23. Abi spostrzegła Casula, który wszedł do szpitala.

    - To... ty jesteś Casul? Ten Casul, który walczy z Johnem? - popatrzyła na niego. Musiała zadrzeć głowę, bo zbroja przewyższała ją o niemal metr. - Spodziewałam się kogoś, kto ma trochę honoru! - powiedziała do niego, i zmarszczyła gniewnie brwi.

    - Zaraz zacznie się zabijanie - zauważył Stanley.

    - Honor oszczędzam dla kogoś, kto jest tego wart.

    - Nie pozwolę ci go skrzywdzić, więc najlepiej odwróć się, i odejdź stąd - powiedziała, i stanęła tuż przed nim.

    - I kto to niby mówi? Śmiertelniczka. Na dodatek nienamaszczona. Co ty tu właściwie robisz? Robisz za jego chowańca? Idź lepiej, bo nie chcę demolować wystroju tej sali.

    - Nie wiem o czym mówisz, ale widzę, że nie masz zamiaru odejść. Nie wiem o tym miejscu wiele, ale John nauczył mnie wystarczająco.

    Cofnęła się, i wyjęła pistolet, który zabrała wcześniej Blade'owi. Wycelowała w duży pojemnik z płynnym wodorem, po czym nacisnęła spust.

    Strzał odrzucił ją w tył, ale kula trafiła w cel. Wodór wystrzelił prosto w zbroję, i zaczął ją zamrażać. Abi wstała, i wycofała się.

    - Tytokusie, zapłacę za wszelkie szkody, które uczynię.

    Bóg odtrąca pojemnik prawą ręką (lewa zamrożona) tak, aby nie stanowił dłużej zagrożenia.

    - Prometeusz!

    Zdobyczne dusze formują wokół ręki działo. Casul strzela dwa metry na lewo. Wyzwolone ciepło niweluje skutki kontaktu z wodorem.

    - To jest Prometeusz. Pocisk ma około 3000°C, a jego prędkość wynosi... A tam... Nie będę zamęczał cię technicznymi zagadnieniami, bo i tak ich nie zrozumiesz.

    Casulono spostrzega stos worków z krwią na stoliku. Robi użytek z nowego patronatu. Krew wydostaje się na zewnątrz, formuje olbrzymią łapę, która łapie Abi, a następnie wyrzuca ją przez otwarte okno. Bóg wychodzi przez drzwi.

    - Teraz przynajmniej nie będę miał dużego rachunku. A tobie mówię jeszcze raz: zmiataj stąd.

    - Uch! Nie mogłeś jej po prostu zadźgać?! - oburzył się Stanley.

    Abi wstała. Jej prawa dłoń broczyła krwią, a odłamki pokiereszowały jej bok. Bolała ją też noga od upadku.

    - Nie odejdę - powiedziała. - Bez Johna bym tu nie przeżyła. Nie zostawię go teraz, bo jakiś wielki rycerz przyszedł zamordować go, osłabionego i bezbronnego.

    Zwróciła się do komunikatora.

    - FNG, strzelaj!

    Orzeł zwrócił się w stronę Casula, i odpalił dwie rakiety.

    --------------------------

    Obudziłem się.

    Najpierw ujrzałem Tytokusa, a potem własną krew. Zamknąłem oczy. Byłem osłabiony, ale czułem, że kula została usunięta.

    - Ugh... Myślałem, że mnie zamordowali - mruknąłem, i wsparłem się na łokciu. Obecność Osiedla pomogła mi utrzymać przytomność, a nawet dodała mi sił.

    - Dzięki, Tytokusie.

    - Nie ma sprawy. Zawsze do usług.

    Tytokus wziął jakąś szmatkę z torby, przewieszonej przez ramię, i zaczął wycierać z krwi przyrządy.

    - Musisz trochę bardziej uważać. Wylądowałeś tu szybko, więc platyna cię nie zainfekowała. Trochę dłużej, i miałbyś infekcje. A infekcja, kończy się najczęściej amputacją czegoś. Ale tam, nieważne. Dobrze się czujesz?

    Wstałem.

    - Już chyba będzie w porządku. - powiedziałem.

    Nagle naszło mnie przeczucie. Czułem... WIEDZIAŁEM, że Abi ma kłopoty.

    - Muszę... iść - powiedziałem. - Czuję zło.

    Ruszyłem w stronę wyjścia, zostawiając za sobą plamki krwi. Najpierw rzuciło mi się w oczy rozbite okno. Zmarszczyłem brwi.

    Zabiję go! - przeszło mi przez myśl.

    - Egida!

    Działo zmienia formę na tarczę. Rakiety uderzają w nią. Wybuch. Na Egidzie nie ma nawet zadrapania.

    - A teraz Normandia!

    Nad Orłem pojawia się kawałek francuskiego wybrzeża.

    - Jak tam dom Blade'a?

    - Bombardowanie zostało przeprowadzone zgodnie z rozkazem.

    - To teraz tu macie kolejny cel. Miłej zabawy.

    Działa zaczynają ostrzeliwać pozycję Orła.

    - Nie pozostawiasz mi wyboru.

    Casul podchodzi do dziewczyny i chwyta powietrze obok rany. Po chwili zaczyna wyciągać miecz z krwi. Krwi Abi. Odpycha śmiertelną.

    - Jak sądzisz ile tu jest? Pół litra? Litr? Hmm... Czuję nieopisane podekscytowanie. Czyżby to była radość z zadawania bólu? Sadyzm? Trzeba to sprawdzić. Tylko na kim?

    Rozgląda się, po czym z udawanym zaskoczeniem mówi.

    - O, wygląda na to, że jesteś najbliżej. Nie martw się, poświęcisz się w imię nauki.

    Zadaje cios mieczem w okolice wątroby.

    Miecz wbija się w moją dłoń na kilka centymetrów. A jednak, moc Biomasy nie podziałała. Poczułem przeszywający ból, ale moja twarz nawet nie drgnęła.

    - Będziemy bić się kiedy indziej. Ona nie ma żadnego związku z naszym konfliktem. Zostaw ją w spokoju.

    Stanałem przed nim, i zacisnąłem przebitą pięść na wbitym mieczu.

    - Mamy gorsze problemy. Bractwo Cienia jest tutaj. Śledzili nas po drodze, i właśnie szykują się do szturmu na szpital. Bierz Stanleya, i pomóż mi ich odeprzeć, bo całe Osiedle jest zagrożone.

    Stanley westchnął.

    Mówi jadowitym tonem. Gdyby miał twarz, malowałby się na niej szaleńczy uśmiech.

    - Ależ nie... Teraz ona ma sporo wspólnego z naszą małą kłótnią. Stanęła mi na drodze. A ja chciałem tylko przemówić Tytokowi do rozsądku. A skoro nieumyślnie sprowadziła tu twoich innych wrogów, to tym bardziej należy jej się małe co nieco. Za skrajną głupotę...

    Zaczyna powoli przekręcać miecz w dłoni Blade'a. Chce, aby na twarzy Asasyna, pojawiły się choćby najmniejsze oznaki cierpienia.

    - W sumie masz rację. Nie można pozwolić na zniszczenie szpitala.

    Wyciąga miecz i rzuca nad Abi. Broń traci swój kształt i spada na dziewczynę jako czerwony deszcz.

    - Szpital i Osiedle są zagrożone, bo ten robak wziął ciebie i sprowadził Ciemniaków, chcących ciebie dorwać. Dlatego...

    Częstuje Blade'a pięścią, łapie go i rzuca nim na środek polanki.

    - Dlatego trzeba ciebie im zwrócić. Wilk syty i owca cała! Nie... Zaraz... Owca raczej dobrze nie skończy, ale kogo to obchodzi?

    Podniosłem się ponownie.

    - Nie - powiedziałem. Moja twarz była niewzruszona. Byłem ponad słabością ciała. - W takim razie po prostu mi pomóż. Sam już nie pamiętam dlaczego walczymy.

    Egida ponownie staje się Prometeuszem.

    - Dlaczego walczymy? Dlaczego walczymy?! Bo ty pomagałeś Bajcurusowi w podboju Nieba! Bo ty zabiłeś Jane! Bo ty chciałeś zabić mnie! Bo ja zawiodłem w Niebie!

    Casul oddaje strzał w Asasyna.

    Złapałem pocisk. Wryło mnie w ziemię, ale utrzymałem się na nogach. Byłem zły, że jak tylko odzyskam trochę mocy, od razu muszę ją marnować. Upuściłem pocisk, i roześmiałem się.

    - Jane wróciła, i wybaczyła mi to. A zrobiłem co musiałem. Zresztą, od kiedy ci na niej zależy? A Niebo? To nie moja wina, że zawiodłeś. Trzeba było się bardziej postarać, a nie przychodzić teraz i próbować wykończyć mnie, gdy nie mogę się obronić. A teraz rusz się i pomóż mi wykończyć tych Asasynów, zanim oni wykończą nas.

    Nie patrzyłem już na niego. Jeśli ma mnie zabić, to zrobi to bez problemu, bo nie miałem już mocy. A wątpię, że mi pomoże mimo, że kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Po prostu ruszyłem przed siebie. Minąłem jego, i minąłem Abi. Słyszałem jak Mroczni Asasyni wtargnęli do szpitala.

    - Tak, zawiodłem... A ty wtedy wygrałeś. Ale ja się nie poddaję. Dla mnie wojna nadal trwa, a ja chcę się pozbyć jednego z dowódców.

    Słyszy głosy Ciemniaków. Odwraca się i biegnie prosto na Blade'a. Prometeusz znika, a Casul sięga po swoją platynową broń. Jest kilka metrów za Johnem i nie zmienia kierunku. Unosi miecz i... Przebiega po Asasynie, wgniatając go głęboko w ziemię. Casul przecina zaskoczonego przeciwnika przy drzwiach i wpada do środka.

    Abi pomogła mi wyjść z dołu. Spojrzałem na nią z wdzięcznością. Wyglądała, jakby była w gorszym stanie niż ja...

    Wstałem.

    - Dzięki - powiedziałem, i ruszyłem w stronę szpitala. Minąłem kilku trupów, i wszedłem na salę operacyjną. Po chwili doszedł i Casul, cały ubrudzony krwią.

    Na sali operacyjnej byli już wrogowie. Dwóch Asasynów celowało w Tytokusa, a trzeci rzucił się z wielkim mieczem na Casula. Bez namysłu złapałem defibrylator i przyłożyłem do klaty nacierającego Asasyna. Odrzuciło go w tył, i wbiło w ścianę. Rzuciłem nożem do rzucania w wroga celującego w Tytokusa. Trzeci przeciwnik wypalił, a lekarz oberwał platynową kulą.

    - Kurczę - powiedziałem, i zabiłem napastnika. - Tytokus, kto cię zoperuje, skoro tylko ty umiesz wyjmować platynowe kule...?

    - Hmm... Może lepiej go zostawić? Rozniosłem na kawałki sporo sprzętu w czasie walki, a zobowiązałem się do zapłaty za zniszczenia, więc... Nie ma właściciela,więcej kasy dla mnie.

    - Może się jeszcze przydać, i nie tylko tobie. Zresztą, ocalił mi życie, i jeśli masz zabijać jego, to możesz równie dobrze zabić i mnie, bo nie pozwolę go skrzywdzić. ...wiesz, myślałem, że to wbicie mnie w ziemię było specyficzną 'sztamą na zgodę'.

    - O! Kolejny powód do zostawienia go. Przez niego muszę się dalej z tobą użerać. A co do drugiego... Masz wybujałą wyobraźnię. Jedyną "sztamę na zgodę" dałbym twojemu zgniłemu ciału.

    I wtedy wróciło do mnie wszystko. Najpierw ból. Zdałem sobie sprawę, że jestem niesamowicie poobijany, ponacinany i obtłuczony. Skupiłem więc moc biomasy, co uleczyło mnie niemal całkiem.

    Potem był gniew.

    On mną gardzi, traktuje mnie jak robaka. Tak samo z Abi.

    Dość.

    Wstałem, i odwróciłem się w jego stronę, a moje oczy zaświeciły się na czerwono.

    - Uważaj, co do mnie mówisz - ostrzegłem. Abi zrobiła facepalm.


  24. Matrix! Dostajesz moje prywatne ostrzeżenie za wprowadzanie niepotrzebnych elementów epickości i śmierci!

    A ty dostajesz moje prywatne ostrzeżenie za bezsensowny, dwulinijkowy spam w biurokracji.

    Karta napisana z 'lekką' pomocą MacTavisha.

    Yeah, lekką =P

    -------

    As you see, już z Tyt0kiem rozpoczynamy akcję. Jeśli chcecie się do niej załapać, to radzę wbić do szpitala z 'jakiegoś' powodu (tak jak orzelek).

    Zaraz napiszę posta w właściwym OA.

×
×
  • Utwórz nowe...