- Dobra. Znasz się na runach, prawda? Oby. Musimy udać się do Międzynarodowego Muzeum Antyków (MMA). Tylko że jest to chyba najbardziej chronione miejsce na Ziemi. Może dlatego, że paru bogów usiłowało już wykraść z niego różne artefakty...
*pstryk* i pojawili się przed bramą Muzeum. Czterech żołnierzy natychmiast zauważyło czarnego kota oraz kamiennego olbrzyma pojawiających się w kuli ognia.
- Bogom wstęp wzbroniony! - krzyknął jeden.
- Nie jesteśmy bogami, tylko turystami - wyjaśnił Bajcurus.
- Od kiedy koty potrafią mówić? I kamienne statuy chodzić?
Bajcurus szepnął do Holzena:
- To co, zabijemy ich wszystkich? Czy masz lepszy pomysł?
Holzen tylko zgiął rękę, a ziemia otworzyła się pod dwójką z ochroniarzy, pochłaniając ich. Przez krótką chwilę było słyszeć trochę wrzasków, ale niedługo, póki ziemia się nie zasklepiła.
- Przejmij ciało tamtego, szybko - wskazał na najwyższego z żołdaków, a sam podszedł do ostatniego ocalałego, który właśnie sięgał po krótkofalówkę. Już miał ją uruchomić, ale akurat, cóż za pech, złapał go bóg i pstryknięciem palca, złamał mu kość.
- Kurrrnaaa! Ty draniu-ugh!
- Co? Nie słyszę - rzekł Bajcurus, próbując przekrzyczeć płonącego żołdaka, tarzającego się po ziemi i krzyczącego w niebogłosy. - To chodźmy po to ciało.
Bajcurus wykopał drzwi, i wszedł do środka, paląc wszystkich ludzi w zasięgu - zarówno gości Muzeum, jak i ochroniarzy. Po chwili jednak 'wypalił się'.
- Uch. Poza Otchłanią nie mogę przesadzać z mocą.
Wyjął więc pistolet, i masakrował niewinnych ludzi "ręcznie".
- Hmm... "The memorial of Lincoln's Memorial". To chyba tu.
Wykopał drzwi, i podpalił kilka ukrywających się osób. Na zewnątrz słychać już było syreny policyjne, i chyba helikopter.
- Hmm... Wygląda na to, że po Lincolnie został jedynie szkielet - rzekł Kot. - A gdyby tak...
Spojrzał na woskową figurę Lincolna. Wyglądała jak żywa osoba - tyle że nie była do końca 'martwym ciałem', a tego właśnie chciał Ravenos.
- Holzen, ty specjalizowałeś się w runach. Możesz to ożywić?
Bóg podszedł do grobowca i figury.
- Dam radę, to proste zaklęcie. W międzyczasie sugeruję, byś wziął zakładników, wskoczył do helikoptera i zamontował działko vulcana albo poszedł na kawę, względnie whiskasa.
Otworzył trumnę i wyjął kość, a następnie zaklął jej moc w kamieniu runicznym. Zdjął figurę z góry, jakby wyjmował ołówek ze szklanki i wlepił moc runiczną po wewnętrznej stronie, tak, by nie można jej było zdjąć, przynajmniej nie tak łatwo. Wątpił, czy to będzie później potrzebne, ale na wszelki wypadek, zapamiętał wzór.
Skorupa była gotowa, ale Bajcurusa nadal nie było. Nie żeby mu nie zależało. Poszedł więc do sąsiedniej sali, łamiąc po drodze łuk nad wejściem, i rozejrzał się po niej. Było w niej biurko, całkiem stylowe, orzechowe, w nawet dobrym stanie. Zaczął coś przy nim majstrować, gdy nagle, z tyłu wyskoczyła sporej wielkości szuflada. Zajrzał do środka i znalazł plik dokumentów. Niby nic ciekawego, ale usiadł i zaczął przeglądać. Kolejna mikstura? Ostatnia akurat się zużyła po tym, jak jego przeszłość wzięła nad nim górę...
... Złapał się za serce, dla pamięci. Już go nie miał. Teraz to było coś mechanicznego, sztucznego, nieprawdziwego... ale było warto, żeby chociaż odkręcić ten kawałek...
Nie umiał tego odczytać. Było to szyfrowane, ale lista składników była zrozumiała i... dość upiorna. Wywar z ryby głębinowej, sproszkowany ząb smoka górskiego, róg demonicznego marszałka? Skąd oni, do diabła, znaleźli takie składniki w XIX wieku?! Nieważne.
Schował plik papierów za pazuchę, akurat wtedy, gdy nadszedł Bajcurus.
- Nie kradnij dokumentów, tylko ożyw tą figurę, a ja zajmę się policją. Wrrh. Niekompetencja.
Bajcurus wyszedł z Muzeum, gdzie czekały na niego dwa helikoptery, trzy czołgi, pojazd opancerzony APC oraz kilkudziesięciu żołnierzy.
- Ani kroku dalej, dachowcu! Masz się natychmiast poddać!
Bajcurus zamruczał, i przybrał słodką pozę.
- Kiedy ja was słodko proszę
Piloci helikopterów stracili kontrolę nad swoimi pojazdami, i wyrżnęli w czołgi.
Prawo "Wybuchających Beczek" sprawiło, że wszystkie pojazdy wybuchły <w realu nic by oczywiście nie wybuchło, ale ćśś>.
Bajcurus wskoczył między żołdaków, atakując ogniem wszystko wokół.
Powłoka była gotowa. Teraz trzeba weń tchnąć trochę życia.
Holzen przyłożył usta tuż przed jego ustami i wdmuchnął szarawy strumień powietrza, który zaczął podgrzewać wnętrze. Wkrótce powieki ruszyły. Jak widać, jeszcze umiał ożywiac nieożywioną materię.
Sprawił mu przy okazji frak - tylko po to, by go za niego złapać i zeskoczyć z któregoś piętra, prosto na jeszcze sprawny czołg.
Dookoła latały jakieś pociski, ale nie zwracał na to większej uwagi.
- Gotowe. Chcesz jeszcze coś, czy może weźmiesz mnie do miasta? Mam... trochę rzeczy do załatwienia. Wolałbym też być obok na wypadek, jakby runa okazała się... nietrwała.
- Ta, to wszystko - rzekł kot, otrzepując się z popiołu.
- Co się tu dzieje?! Gdzie jestem?! - wykrzyknął Lincoln. Kot momentalnie zatopił mu sztylet w piersi, oraz przyzwał Boskiego Listonosza.
- Panie Wiesiu, proszę dostarczyć to do Ravenosa - oznajmił Bajcurus, i wręczył listonoszowi stygnące ciało.
- Ty chcesz do Miasta? Może jeszcze wyjawię ci mój plan, i w ogóle poddam się tobie? Wy świętoszki mnie nie oszukacie.
Teleportował jednak Holzena na najwyższą wieżę pałacu Moderatusa w Mieście, po czym pojawił się w Elektrowni.
- A ty co?! Ja też chcę więcej bezwolnych sługusów! A tak w ogóle, to żeby pokazać, że mówimy serio, to może wysadzimy jakąś dzielnicę.
Nie pytając o zdanie Reavy, przekierował energię do jednej z biednych, głównie opuszczonych (ale nie do końca) dzielnic. Światła rozbłysły, i po paru minutach oddziaływania szalejącej energii, po dzielnicy zostały tylko zgliszcza.