-
Zawartość
666 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Posty napisane przez MacTavish
- Poprzednia
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- Dalej
- Strona 2 z 24
-
-
Co do kucyków, jestem na 'nie'. Nie pozwólmy Honorkowi wciągać FA w oglądanie bajeczek -.-
edit: Bez obrazy
. Zara mi zrobi 20-osobową nagonkę i nakłoni pół FA do wystawienia mi 1* w profilu. Sheesh. @up
nie interesują? Nie powiedziałbym... W Sesjach jest jeden odpis na dwa miesiące i nikt nie narzeka (oprócz mnie xD), a tu jak coś stoi przez tydzień to od razu 'umiera' i trzeba zrobić coś innego/zamknąć. Calm down.
Dlatego aż z tego miejsca wołam: DOWODY PROSZĘ!W pewnym wieku zabawa kucykami i oglądanie bajek nie przystoi. Ale to wasza sprawa co robicie z czasem wolnym... nie musicie w to jednak wciągać graczy w ZiZ.
Niedługo powstanie Smerfus Actionus, albo Teletubisius-Actionus. Albo... O, zgrozo... Moda-na-sukces-actionus... Gracze tworzący własne drzewo genealogiczne xD
<gryzie się w język>
-
@Cygnus
Nieprawda, ja z nim wygrałem i to nie raz : D
Cygnus do boju, rozwal go!
Cyy-gnus!
Cyy-gnus!
Nie poddawaj się, on ci nie odda ziem! W każdym razie ja bym nie oddał, jakbym był na jego miejscu.
-
*****, tak to jest być pomocnym... Teraz ten ***** elf ****** mnie kijem, i połamał mi wszystkie ******** kości... Dlaczego ja w ogóle jestem jeszcze przytomny?! Wszystko mnie tak ******** boli.... Nie mogę się ruszyć, ledwo cokolwiek widzę... uch... Nathanek nie umie nawet podnieść dziewczyny, to ciekawe jak pokona elfa... ********.... I co ja mam robić, patrzeć jak blondaś ich masakruje? Oby ktoś z nich znał czar na uleczenie, albo po mnie... Chyba, że... Mam pomysł.
Skupiłem myśli, i starając się ignorować ból, rzekłem telepatycznie do Elfa.
- Zadowolony jesteś, z tego, jak mnie urządziłeś? Uch, nie mogę się ruszyć... Połamałeś mi skrzydła! Obaj wiemy, że... Ach... Że mnie do czegoś potrzebujesz... Nieżywy, jestem tylko zwykłym ptakiem... W twoim interesie jest trzymać mnie przy życiu. Więc zrób coś! Pokaż jaki jesteś mocny, rzuć czar i uzdrów mnie! I lepiej się spiesz... Bo... Nie wytrzymam... ******.....
---------------------
Obrażenia:
- lekkie: 5
- poważne: 5
- krytyczne : 5
- śmiertelne: 0
Stres: 0
Mana: 15
-
Holzen leżał, wpatrując się w sufit z jakiejś tkaniny, w tym szpitalu polowym. Lekarz z trudem odpierał chętnych do linczu, ale to nie było ważne. Coś zadzwoniło w kieszeni brązowego płaszcza, powieszonego na wieszaku. Oparł się na rękach i sięgnął do kieszeni. To był ten stary nadajnik z tego złomu, którym niedawno poleciał do Blade'a. Ciekawe, co u niego...
W każdym razie, trzeba iść. Nigdzie się nie wybiera, ale miał nadzieję, że inni też tak to odbiorą.
Wstał i na mechanicznych nogach podszedł do lustra.
Cholera, strasznie posiwiałem...
I faktycznie, cała jego broda mogła z powodzeniem robić konkurencję Santa Clausowi, ale zaciekawiło go coś jeszcze.
Zaraz, przecież to lustro jest na... ludzkiej wysokości!
Spojrzał po sobie. Był teraz 2 razy mniejszy. No, może nie dwa razy mniejszy, ale nadal miał ledwie powyżej dwóch metrów.
- FFFUUU! - krzyknął, a cały tłum przed namiotem przewrócił się na plecy.
JAKIM CUDEM?!
Faktycznie, wszystko miał mniejsze - dłonie, stopy, tułów i...
Spojrzał bardziej po sobie.
A nie, uszy mam ciągle odpowiedniej wielkości! Uff...
Próbował zrobić kilka kroków w bok, do tyłu do przodu... Chyba elektroniczny przeszczep dobrze się przyjął do animy i nerwów Holzena.
Wyszedł z namiotu, z kapturem założonym na głowę i przekradł się dość niepostrzeżenie przez cały kordon. Udał się następnie do statku, który zaparkował w strefie dla bogaczy. Cholera, znowu mu nabiło potężne kwoty.
Wszedł do środka i zasiadł w fotelu... a raczej wpadł w niego, bo był stworzony dla kogoś dwukrotnie większego. Jakimś cudem wydostał się z niego i siadł na którymś z boku, przy konsoli. Nadajnik pokazywał jakiś sygnał w oddali, którego źródłem był jakiś mały obiekt - mniejszy nawet od lekkich myśliwców. Zastanawiało go jednak, skąd ten ktoś ma ten sygnał, przecież chyba wszyscy bogowie byli tutaj... Tak czy siak, równie dobrze mógł to sprawdzić, przecież i tak jakby chcieli, to go dopadną.
Jack wciskał losowe przyciski w kapsule ratowniczej.
No dobra, sygnał alarmowy wysłany. To teraz jak się tym latało...
*klik*
Z kapsuły wypadły zbiorniki paliwa.
Ups... To sobie podryfujemy...
Radar sygnalizował obecność znajomego statku w pobliżu. Jedyny statek zarejestrowany jako "znajomy" należał do Holzena. Jack postanowił więc wysłać wiadomość.
*tsst* Ej olbrzym, wybacz że przeszkadzam, ale właśnie planeta, na której mieszkałem została zbombardowana, a ja dryfuję w kapsule ratunkowej bez paliwa w zbiorniku... I jestem niebezpiecznie blisko tej wielkiej, gorącej gwiazdy. Może raczyłbyś pomóc? Robi się ciepło. *tsst*
A więc to on...
Krótka analiza sytuacji - statek faktycznie dryfował, ale zaczął spadać na gwiazdę. Trzeba wybrać jakiś odpowiedni manewr na tyle szybko, by z kapsuły nie został skwarek.
Holzen szarpnął za stery, i wirując leciał prosto na kapsułę. Na dole jego statku wyrósł teraz magnetyczny kryształ, który powinien ją złapać... w teorii.
W praktyce zawsze wychodzi różnie. Źle obliczona prędkość obrotów doprowadziła do tego, że co prawda kryształ przyciągnął kapsułę, ale następnie rypnął w nią całym impetem, a ta, ledwo pozostając w jednym kawałku, poleciała spory kawałek dalej.
Tym razem wokół kapsuły zacisnęły się podobne kryształy, które zatrzymały jej lot i utrzymywały ją w statycznym położeniu. Pomost ze statku wysunął się prosto do wejścia do kapsuły.
- Wchodź młody. - zabrzmiało przez radio. Głos był zniekształcony, ale może to wina zakłóceń...
- Nie do końca czerwony dywan... - rzekł Jack, wskakując do statku Holzena. - Chwila... Czy to ja tak urosłem, czy ty się tak jakby nieco... zmniejszyłeś?
Machnął ręką.
- Nieważne. Jest coś ważniejszego. Czy ty się kiedykolwiek oglądasz za siebie? Bo wiesz, śledziła cię PÓŁMILIONOWA FLOTA Bractwa Mrocznych Asasynów... Przez ciebie odkryli położenie naszej planety, i jak sobie poleciałeś, to zrobili nam Armageddon, zabili mojego ojca, i wysadzili całą planetę w powietrze. Został sam kosmiczny pył. Ciekawe, co ja mam teraz zrobić? Nie wiem o tym świecie nic. Nie mam nawet broni. Ani statku. Ani nikogo z rodziny.
Kolejne uderzenie w całej lawinie katastrof, tyle że mocniejsze.
- Nikt mnie nie śledził, to niemożliwe... Specjalnie przyleciałem takim statkiem, co nie wysyła żadnych sygnałów i wygląda jak złom. Musieli mieć namiar już wcześniej, a teraz wybrali moment, by mnie w to wmieszać czy skłócić... Niemniej to... bolesne... Daj mi chwilę...
Odwrócił się i patrzył smutny w pustkę kosmosu. Strasznie go serce suszyło od środka. Przez te kilka chwil przeleciało mu przez głowę wiele wspólnych misji i przygód z kilku ostatnich lat. Potem przyszły wspomnienia ratunków ze strony Blade'a i ostatniej jego rozmowy z Holzenem. Niestety, ten nie był w stanie go uratować.
Jeśli zdążę, odkupię jego śmierć.
Przejechał dłonią po swojej piersi.
Gdybym tylko miał drugie serce... Nie, tu potrzeba serca zabójcy, to będzie trzeba wyrwać mu je jeszcze bijące...
Koniec końców odwrócił się do Jacka.
- Przykro mi... Nie tylko z powodu straty, ale też sytuacji, w jakiej się znalazłeś...
Powstał i podszedł do szafki tuż pod kolejnym oknem.
- Byłem kiedyś wielkim bogiem i wojownikiem, tak samo jak Twój ojciec... Był najlepszym pilotem w galaktyce... i przebiegłym wojownikiem... Rozumiem, że sam jesteś niezgorszym pilotem, tyle że się nie orientujesz za bardzo w przyciskach.
Uśmiechnął się lekko.
- Był też dobrym przyjacielem... Co przypomina mi... że mam coś dla Ciebie.
Pokazał, by Jack podszedł, a w międzyczasie wyjął srebne, długie pudełko. Ze środka wyjął metalowy, długi przedmiot, dość gładki.
- Eee... To nie to, moment...
Schował pudełko i wyjął drugie, prawie identyczne. Tym razem w środku było to, czego szukał.
- Twój ojciec chciał, byś to otrzymał, gdy będziesz wystarczająco duży... ale inni by na to nie pozwolili. Baliby się, że mógłbyś podążyc za starym Holzenem na jakąś głupią krucjatę przeciwko złu, jak Twój ojciec.
- Co to za rupieć?
- Miecz świetlny Twojego ojca. To jest broń wielkich wojowników. Nie tak toporny jak broń palna... to elegancka broń... na bardziej cywilizowaną erę.
Usiadł wraz z Jackiem na fotelach.
- Przez wiele wieków, Bractwo było strażnikiem sprawiedliwości na wielkich obszarach... przed mrocznymi czasami... przed bardzo Mrocznymi czasami.
- Ta, słyszałem takie historyjki wiele razy. Mój ojciec biegał po Mieście, miał kumpla imieniem Bill, ale mieli nieco sprzeczne ideologie. Mój ojciec założył Bractwo Asasynów, a Bill - Bractwo Mrocznych Asasynów. Odtąd byli najgorszymi wrogami. No i Bill wygrał. No cóż, z pewnością nie spodziewa się spotkać na swojej drodze *mnie*...
- Powoli. Bill załatwił Twojego ojca, czas na zapłatę przyjdzie, ale jak
pójdziesz od razu, to zrobi z ciebie kebaba...
Zastanowił się chwilę.
- Bill został uwiedzony przez ciemną stronę mocy.
- Eee? Przez co?
- Moc jest tym, co daje niektórym bogom ich siłę. Miał ją Twój ojciec, masz ją i ty. To potężna energia przenikająca przez wszystko co istnieje.
Jest dookoła nas... Musisz nauczyć się dróg mocy, jeśli chcesz pokonać Billa. Najpierw polećmy na jakąś placówkę treningową, Blade chyba dał mi kiedyś też koordynaty na kilka...
- O, tak! Now we're talking! Zaraz, zaraz.. PLAcówkę? Eee, wiesz, chyba na jeden dzień miałem wystarczająco wybuchających planet, asasynów-morderców itp... To może ja już sobie pójdę?
- Zrobisz to co uważasz za słuszne.
Ustawił kurs z powrotem na osiedle i w kilka chwil znajdował się już sam na zaparkowanym statku...
- Dzięki, były olbrzymie. Odwdzięczę ci się, i też dam ci bezużyteczny kawałek metalu, z którego wylatuje gorące światło po naciśnięciu przycisku, i który trzymam w komodzie tylko dlatego, że jeśli wyrzucę to do kosza to nie będę mógł tego kiedyś opchnąć na bazarze za ćwierć szylinga.
Jack uśmiechnął się fałszywie, i pomachał na pożegnanie.
-----
@up
LOL
Notice:
Nie spieszmy się z akcją. Nie ma co pędzić, tym bardziej że przez tydzień nie będzie orzelka, a potem trochę mnie (choć będę odpisywał). Wiadomo, są wakacje, i ci, co mają wakacje (
) bawią się i nie zawsze mogą odpisać. Pewnie dopiero we wrześniu OA będzie bardziej 'regularne' (o ile dożyjemy). Out. -
Do drzwi piekła zapukał pan Stasio, listonosz.
- Przesyłka dla mrocznej pani!
Rozejrzał się, po czym zostawił awizo w piekielnej skrzynce pocztowej.
Reavy wyszła z lodówki. Wampiry czaiły się w każdym niemal cieniu, za każdym filarem, pod każdym stołem, wszędzie tam, gdzie nie padało słońce, które zresztą do Dziewięciu Piekieł nie docierało. Zawiedziona swoimi sługusami, zazdrościła swemu ojcu, ale tylko tego, że jego czarcie sługusy wszystko za niego robiły.
Czas zrobić coś z tą moją "armią".
Włożyła sukienkę, uczesała włosy i wyszła przed Piekło. Oczywiście listonosz nie zaczekał i zostawił awizo. Reavy, choć niemal zawsze była spokojna i opanowana, trochę się... zbulwersowała. Nie miała na tym świecie nic do roboty, nie było dla niej na kim dokonać zemsty, nie było dla niej nic do odzyskania, ani nikt do pomszczenia, bo Mrokasa już pomszczono. Ruszyła więc z nudów na pocztę. Czekając kilka lat w boskiej kolejce, wreszcie się doczekała. Podeszła do okienka.
Po wypełnieniu setek papierów, Reavy otrzymała wreszcie paczkę.
W paczce znajdował się dziwny moduł z przyciskiem, nadajnik, oraz kartka.
Na kartce było napisane:
"Czas działać.
Spotkaj się ze mną w miejscu, do którego prowadzi nadajnik.
Bajcurus"
Czyżby jakaś nowa przygoda?
Pani Piekła (wciąż zastanawiała się nad zmianą tej nazwy) wyruszyła czym prędzej w kierunku wskazywany przez urządzenie.
Na miejscu jej oczom ukazało się wielkie miasto, wspaniale zbudowane, od którego aż wiało boskością.
- Hmm... Dlaczego to zaprowadziło mnie do miasta? I co to za miasto? - spytała sama siebie.
Słońce na szczęście już zaszło, więc mogła przebywać na świeżym powietrzu. Rozejrzała się. Ujrzała wielką chmarę dziwnych istot, z którymi walczyła w Otchłani. Pewnie gdzieś wśród nich był Bajcurus... Ruszyła więc w kierunku demonów, rozglądając się za Panem Otchłani.
Bajcurus stał na czele floty demonów, i gdy tylko doniesiono mu o przybyciu Reavy, podszedł do niej.
- Taka okazja może się więcej nie nadarzyć. To, co widzisz przed sobą, to Miasto - gigantyczna metropolia wielkości Ameryki Północnej, zamieszkana i rządzona przez bogów, półbogów oraz zwykłych śmiertelników. Misje naszej nierozgarniętej boskiej zgrai często wiązały się z tym miejscem, a niektórzy mają tu historię, a nawet wywodzą się z tego miejsca.
Uśmiechnął się.
- Teraz będzie nasze!
Miejsce, w którym się znajdowali, okazało się wielkim statkiem bojowym, i na sygnał Bajcurusa podniosło się z ziemi, i poszybowało w górę, ukazując całe Miasto, rozciągające się po horyzont.
- Shadow zorganizował galaktyczną balangę, na którą pewnie zaciągnie wszystkich bogów. To odwórci ich uwagę od nas, a my możemy wypełnić plan! Zastanawiasz się pewnie, w jaki sposób podbijemy tak wielką strukturę... Zaraz wtajemniczę cię w plan, ale najpierw, jakieś pytania? Wątpliwości?
- Tak. - spokojnie odpowiedziała. - Nie jestem przekonana do elektroniki i wszelkich maszyn. One są takie... zawodne. Po co komu blastery, skoro można zabić kamieniem? Oby Twój sprzęt był naprawdę dobry...
- Mój plan pozwoli nam ograniczyć ofiary do minimum. Nie jestem wielkim fanem pozbawiania się możliwości masowych mordów, frontalny atak na miasto wpędziłby nas w sytuację, w której jesteśmy my dwoje przeciwko paru milionom wściekłych bogów... Musimy zrobić coś, co nie pozwoli im na reakcję. I taki mam plan.
Myśliwiec wzniósł się wyżej.
- Metropolia tak wielka jak Boskie Miasto wymaga gigantycznych zasobów energii, aby móc poprawnie funkcjonować. W samym centrum Miasta znajduje się wielka elektrownia, która produkuje niewyobrażalną ilość energii. Jeżeli dostaniemy się do środka i przejmiemy elektrownię, możemy regulować ilość dostaw energii - zmniejszać ją, oraz zwiększać. Zaszantażujemy całe Miasto, że jeśli ktokolwiek podejmie przeciw nam jakąkolwiek akcję ofensywną, to wyślemy do jednej z dzielnic prąd o mocy tysiąca rozszczepionych atomów. Bum.
Bajcurus roześmiał się.
- Będziemy mieli całe Miasto, zrobimy z nich niewolników i zmusimy do pracy pod groźbą śmierci! A z taką siłą roboczą oraz ilością energii, możemy stworzyć niewyobrażalnie potężną superbroń, która pozwoli nam podbić Wszechświat! Buachachachacha!
Reavy znów się wtrąciła.
- Tylko skoro tam jest kilka milionów bogów, to wśród nich nie ma żadnego, który włada prądem, elektrycznością? Jak możemy powstrzymać innych bogów przez znalezieniem innego źródła? Przecież Miasta nie zamkniemy... Chyba, że możesz poradzić i na to.
- Żaden bóg energii nie ma mocy zdolnej powstrzymać wybuch tysiąca bomb atomowych. A jeżeli ktoś odetnie nas od dzielnic, zawsze możemy użyć maksymalną moc elektrowni, i wysadzić ją samą, co spowoduje zniszczenie serca Miasta oraz rozdarcie go na wiele części, które poszybują w kosmos bez sztucznej atmosfery, a nawet pola grawitacyjnego.
- Dobrze. A do czego potrzebna ci jestem JA?
- Ja razem z Mrokasem zniewoliłem całe Niebo! Reaktywowany Mroczny Sojusz pozwoli nam osiągnąć wszystko to, czego nie osiągniemy w pojedynkę, jak na przykład odparcie kontrataku bogów. Zresztą, przyda się ktoś zaufany do kontrolowania energii i szantażowania oraz wyzyskiwania społeczności, gdy mnie nie ma. Poza tym...
Mroczny uśmiech.
- ...Jesteś naprawdę piękna.
Reavy chuchnęła Bajcurusowi w twarz. Można powiedzieć, że powiało od niej chłodem.
- Jeśli tylko będę z nich mogła pić, tak jak ty pijesz z kielicha, to nie mam nic przeciwko temu pomysłowi. - uśmiechnęła się, ale ledwie zauważalnie. - A możesz jeszcze powiedzieć, dlaczego teraz nie siedzimy w Niebie i nie patrzymy, jak aniołki i inne serafiny nam służą?- Bo...
Krótkie zawahanie, ale zaraz na twarz Bajcurusa wrócił szyderczy uśmieszek.
- Bo po co? Podbiłem Niebo, pokazałem, że dobrzy nie mają ze złymi szans, a resztę Nieba zostawiłem twojemu ojcu. To już nie moja wina, że w wyniku niekompetencji stracił wszystko...
- Uważaj kocie, bo jeśli tak zamierzasz mówić o moim ojcu, skończysz jak on. W każdym razie jak zdobędziemy Miasto, to też pokażemy bożkom, że jesteśmy górą i oddamy im je, jak rybak, który wpierw łowi rybę i robi sobie z nią zdjęcie, a potem wypuszcza z powrotem do morza?
- Miasto, w przeciwieństwie do Nieba, ma boską siłę roboczą, oraz źródło energii, które możemy wykorzystać jako superbroń - zauważył Bajcurus. - A więc, inwazję czas zacząć! Jak ktoś zacznie porządnie łoić ci skórę, to biegnij do mnie, obronię cię. Muahahah.
- Ta, tylko że ja nie potrzebuję całej armii demonów i floty. Doskonale umiem sobie poradzić bez pomocy, tworząc kiedy chcę własną armię. Czego Ty zapewne nie potrafisz, mimo swych boskich mocy. - odgryzła się, delikatnie się uśmiechając i odkrywając śnieżnobiały, ale zakrawiony na końcu kieł i przejeżdżając po nim językiem.
- I dlatego, żeby cokolwiek osiągnąć, potrzebujesz mojej pomocy - zaśmiał się Bajcurus, i zeskoczył z pokładu myśliwca, a za nim, po kolei, wyskakiwały demony. Cel desantu - elektrownia.
---
TO BE CONTINUED...
-
Hehe, nie martw się, zrobiliśmy sobie tylko wakacyjną przerwę =p
Twoja akcja w połączeniu z akcją moją i Markosa zaraz tam wszystkich postawi na nogi

Let's get to work!
-
Holzen opuścił samotną planetę Blade'a, a życie dalej toczyło się swoim torem...
Nie na długo.
W pobliżu księżyca Luck stacjonowały oddziały wojsk Bractwa Cienia, które kolejno atakowały planety Asasynów. 'Opuszczony' księżyc Luck jednak nie wzbudzał podejrzeń owych oddziałów - do czasu, gdy nagle zadokował tam statek obecnego Szefa Bractwa Asasynów - Holzena. Bractwo Cienia natychmiastowo przeskanowało planetę w poszukiwaniu jakiejś tajnej placówki wojskowej, ale znalazło coś o wiele cenniejszego...
Blade'a.
Blade spoglądał w niebo, rozmyślając o Holzenie i jego wcześniejszych poczynaniach. Czy to wszystko było prawdą? Czy jeden z najbardziej przyjacielskich bogów Osiedla mógł naprawdę dopuścić się podobnych zbrodni?
Rozmyślania przerwał mu jednak wielki obiekt zbliżający się do powierzchni planety.
Blade dobrze znał wygląd statków Bractwa Cienia.
- Jack!
- Co jest?
- Do awaryjnego myśliwca, natychmiast!
- Ale co się...
- RÓB CO MÓWIĘ!
Jack pobiegł na dach, gdzie znajdował się stary, nieco zardzewiały myśliwiec ewakuacyjny przygotowany na wypadek jakiejś katastrofy. Jack był nauczony sterować owym statkiem - ojciec zadbał o wszystko.
Tymczasem na księżyc Luck wystrzelone zostały cztery kapsuły, a z każdej wyskoczyło po dziesięciu Mrocznych Asasynów.
Blade nie posiadał prawie żadnej mocy, ani broni. Żołnierze otworzyli ogień, i zmusili go do ucieczki wgłąb domu.
- Co robisz?! Odpalaj silniki, odlatuj stąd!
- Dokąd?! Bez ciebie?!
Blade mocą poraził silnik prądem, powodując natychmiastowe uruchomienie turbin, a myśliwiec poderwał się do lotu. Ze statku Bractwa wystrzelone zostały dwie rakiety przeciwlotnicze. Blade ostatkiem Mocy uchwycił jedną z nich i zmienił jej tor lotu, kolidując ją z drugą rakietą.
Kolejnych rakiet nie wystrzelono. Bractwu chodziło o Johna, nikogo innego.
Strzały ucichły, i zapanowała totalna cisza.
A więc to koniec.
John podszedł do drzwi. Force Sense mówiło mu, że na zewnątrz jest ponad trzysta osób, ze wszystkich stron. Nie było ucieczki.
Wziął głęboki oddech, i założył swoje ukryte ostrze.
Pchnął drzwi, i wyszedł na zewnątrz.
Przywitało go ponad 100 luf - reszta znajdowała się pewnie z tyłu domu, nad domem czy na domu.
- Znowu się spotykamy, John! - rzekł uśmiechnięty Bill, szef Bractwa Cienia.
Blade jednak nie miał ochoty na rozmowę. Błyskawicznie uniósł rękę, i wystrzelił ukrytym ostrzem w Billa.
Dwadzieścia lat temu, gdy Blade jeszcze był Asasynem, ostrze to trafiłoby Billa centralnie między oczy i zakończyło jego wędrówkę po tym świecie.
Teraz jednak zboczyło nieco z kursu, trafiając w bok twarzy Billa i pozbawiając go prawego oka.
Trzysta luf natychmiast wypaliło.
Odgłosy wystrzałów ucichły dopiero, gdy skończyły się magazynki.
- Jeszcze dwie platynowe kule w to co zostało z jego łba, a potem rozwalić tą planetę! Ma z niej nie zostać nawet atom, jasne?! ARgh!
Bill pospiesznie wrócił na statek, aby poddać się opiece medycznej oraz przetestować przeszczep oka.
Skończyło się jednak na opasce na oko.
**** <można wyłączyć muzykę>
Jakąkolwiek nadzieję miał Jack na ujrzenie ojca żywego, prysła ona wraz z wybuchem planety Luck. Nie było już nic.
Rozpacz i gniew Jacka przybrały formę Mocy, która wniknęła w niego, cieleśnie postarzając go o 10 lat. Był teraz wysokim, nieco umięśnionym młodzieńcem z brązowymi włosami oraz żółtymi, mechanicznymi oczami. Oraz przysięgą zemsty.
Świat zewnętrzny był mu kompletnie obcy. Lekcje historii udzielone przez ojca na nic mu się teraz nie przydały, gdyż nie miał zupełnie pojęcia co robić, i gdzie lecieć. Nie było nic...
...oprócz Holzena.
_____________
A więc Blade epicko umiera, a jego miejsce zajmuje Jack, którego karta niedługo znajdzie się tam, gdzie powinna < w biurokracji...>
-
Reavy wstała z fotela i zaczęła chodzić po pokoju. Rozmyślała nad czymś. Zatrzymała się przed mapą Mrokasa, na której widoczny był cały wszechświat, i na której informacje o wojskach, granicach i sytuacji politycznej były automatycznie co mikrosekundę aktualizowane. Wynikało z niej, że Piekło jest pozbawione armii. Zastanawiała się, kiedy przybędą jej podopieczni, była jednak pewna, że prędzej czy później do Piekła przybędzie armia wampirów - dokładnie tak, jak sobie to wcześniej zaplanowała.
Tymczasem jednak wróciła do biurka i usiadła w fotelu. Gdy tu przybyła wystrój Piekła jej nie pasował, teraz jednak jest takie, jakie według niej powinno być - ciemne i... zimne.
Ta nazwa mi nie pasuje. Piekło? Brzmi zbyt... gorąco.
Rozmyślając nad nową nazwą dla Dziewięciu Piekieł zauważyła pod stertą papierów pewien wyróżniający się dokument, zwinięty w rulonik. Gdy go rozwinęła, wypłynęły z niego - tak na oko - trzy szklanki krwi. Był to pakt między Otchłanią, a miejscem, które teraz należało do niej, podpisany przez Bajcurusa i... Mrokasa. Chwilę się zastanawiając, doszła do wniosku, że...
Bajcurus skończył właśnie się zbroić.
Miał jeden cel - odbicie Otchłani.
Czuł przez sierść, że będzie go to wiele kosztować... Ale że też zyska coś bardzo wartościowego.
Bez Otchłani będzie nikim, nawet jako bóg. Z nią może znów stać się symbolem zła w tym świecie.
Poza tym, Bajcurus nie mógłby pozwolić jakiemuś cherlakowi rządzić całą Otchłanią...
Nie dokończyła myśli, gdy - w idealnej ciszy - przed wejściem do ostatniego kręgu Piekła zatrzymała się horda wysokich, szczupłych, przypominających ludzi postaci.
Nie było co zwlekać. Nie było na co czekać. Piekło, już wkrótce nazwane inaczej, MUSI odzyskać dawną potęgę. Szlachetni i dobrotliwi bogowie znów MUSZĄ poczuć trwogę i zwątpienie.
Była noc, toteż armia wampirów od razu wyruszyła do Otchłani, będąc niewidzialną w mroku. Całe tabuny podobnych do ludzi istot przemieszczała się szybko i pozostawały niewykryte, niczym cienie.
Otchłań znajdowała się już w zasięgu wzroku Reavy. Kazała zatrzymać się wszystkim wampirom, które następnie rozdzieliły się na cztery legiony, by złapać demony w kleszcze. Świtać miało już za parę godzin, a nie wiadomo było, jak długo potrwa walka, toteż nie było na co czekać. Pierwszy i ostatni raz w historii wszechświata wampiry zachowały się jak najbardziej krwiożercze diabły. Setki, tysiące, miliony, miliony milionów wampirów ruszyły do ataku, nie zważając na nic. Biegły przed siebie z gołymi rękami, wyszczerzając kły. Nieważne, że w minutę padło ich tysiąc - co chwilę każdy ugryziony przez wampira demon tracił nagle wszystkie siły, by potem z pełnią mocy atakować swoich braci.
Reavy obserwowała wszystko ze wzniesienia. Nowy władca Otchłani widocznie spanikował i uciekł, zostawiając chaotyczne i pragnące krwi, ale również skazane na porażkę demony.
Bajcurus ucieszył się z takiego obrotu sytuacji. Jakkolwiek zaskakujące by to nie było, dodatkowe odwrócenie uwagi było mu na rękę.
Zresztą, on kochał chaos.
W Pałacu - siedzibie wszystkich władców Otchłani nie było nikogo. Bajcurus uderzył mocą, i wyłamał wielką, Otchłaniową bramę.
Niektóre demony poznały swojego dawnego władcę, i nawet nie stawiały oporu nacierającym wampirom. Kot nie zwracał na nich uwagi, i ruszył w kierunku Pałacu.
Ku ogromnego zdziwieniu Władczyni Piekła demony - rozpoznając swojego władcę - przestały stawiać opór i - kąsane w szyje - zasilać szeregi armii wampirów.
To lepsze niż nekromancja! Po co wskrzeszać przeciwników jako szkielety, skoro można zmienić ich mentalność, zachowując (nieco zmieniony, owszem) wygląd i pełną moc...
Reavy jednak postanowiła przestać obserwować akcję ze wzniesienia i stanęła pośród wampirów i ostatnich już resztek demonów. Zwycięstwo było dziecinnie łatwe, więc przybycie nieznajomego, który dodatkowo jej w tym pomógł i nie przejmując się niczym samodzielnie wszedł do pałacu (który był głównym celem wampirów), trochę ją zszokowało. Ponieważ jednak bitwa była już zakończona, a Otchłań pozostała bez obrońców i władcy, Reavy - pewna siebie na tyle, że nie wzięła ze sobą eskorty, tylko kazała wampirom odbudować zniszczone fortyfikacje - ruszyła sama do pałacu.
Bajcurus stał tyłem do wejścia, i spokojnie wyglądał przez okno na wampirzą armię.
- Niezły pomysł. Armia zasilana przez armię wroga... Fajnie by to wyglądało w walce z niebiańskimi cherlakami.
Gwałtownie się odwrócił.
- Ale nie tutaj.
Na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, ale zaraz zostało zastąpione przez szyderczy uśmiech.
- Dziewczyna? Przewodząca armii wampirów? Muahahah! Nie powinnaś być teraz w kuchni?
Reavy była spokojna, opanowana i... chłodna, nawet pomimo upragnionego zwycięstwa i usłyszanego szyderstwa.
Rozejrzała się po pomieszczeniu - jak na pałac wyglądało... niepałacowo. Tylko ktoś chory, w którego umyśle panuje chaos i z wyczuciem stylu... powiedzmy, że ślepego nietoperza z biegunką mógłby tak urządzić wnętrze zamku.
- Mogę - powiedziała, nie okazując zdziwienia - Cię bez problemów zabrać do mojej kuchni i ugotować w zupie, karmiąc Twoim truchłem moje siostry i braci. Zanim to jednak zrobię wolę wiedzieć kim jesteś, po co tu przybyłeś i czy nie jesteś przypadkiem byłym Panem Otchłani? Mów szybko, bo trochę mi się spieszy.
- Buachachacha! Ja? BYŁYM panem Otchłani? Niee, ja jestem TERAŹNIEJSZYM panem Otchłani. A ty, moja droga panno, szybciutko zabieraj stąd swoje wampirki, albo ci pomogę. Rozumiemy się?
Zbliżył się do niej.
- Kim ty właściwie jesteś, że atakujesz *mój* świat?
- Chyba źle rozumiesz moje przybycie tutaj z armią i wybicie wszystkich obrońców tego miejsca. Przybyłam tutaj, żeby to miejsce ZDOBYĆ. I zdobyłam, więc należy teraz do mnie. Przymierze zawarte z Otchłanią przez mojego ojca jest nieważne, więc teraz ja tu rządzę. I zainwetsuj w tik-taki, bo cie jedzie.
Bajcurus zignorował obelgę, bo nagle zaczął brać przeciwniczkę 500% bardziej serio.
- Mrokas....
Odwrócił się, i nerwowym krokiem podszedł do okna.
- Jesteś córką Mrokasa?!
Odwrócił się, i wycelował Magnumem w głowę Reavy.
- Wynocha z mojego świata.
Wciąż stała opanowana, nawet się drgnęła, gdy znalazła się na linii strzału.
- Jesteś wyjątkowo opornym typem. Dawno już zasiliłbyś szeregi mej armii, ale ciekawi mnie to, że znałeś mojego ojca. Powiedz...
Nie dokończyła, bo Bajcurus nacisnął spust. Odskoczyła błyskawicznie na bok. Sięgnęła po sztylet przywiązany do buta i wbiegła za jedną z kolumn. Słońce za kilka minut miało wzejść, więc musiała działać szybko. Teraz jednak cienia było wystarczająco dużo, by niezauważenie podejść Bajcurusa od tyłu. Nie chciała go zabić, bo prawdopodobnie informacje, które posiadał, mogłyby się jej przydać.
Pchnęła więc sztylet w stronę nogi Pana Otchłani.
- Ałć!
Bajcurus machnął nogą z wbitym sztyletem, rzucając przeciwniczkę na ścianę. Ta oczywiście zgrabnie wylądowała.
- Słuchaj uważnie. Jestem Bajcurus, pan Otchłani, jeden z pierwszych bogów którzy powstali. Jestem tu od wielu lat, przeżyłem wielu bogów, a jeszcze więcej upadło od mojego miecza. Zwyciężyłem Bitwę o Niebo razem z twoim ojcem, tylko my dwaj, przeciwko ponad OŚMIU bogów. Pomogłem unicestwić najpotężniejszego dwuboga, tym samym pokonując też twojego ojca.
Zaśmiał się.
- Serio myślisz, że masz jakieś szanse?
Podszedł do niej, i uśmiechnął się.
- Jesteś naprawdę piękna. Szczególnie, gdy jesteś wściekła. A teraz sio z tymi twoimi wojskami, bo mam tu różne rzeczy do zrobienia.
Równie zgrabnie co upadła, wstała i szybko wyjrzała przez okno - słonce już wschodziło, a wampiry instynktownie wróciły do Piekła.
- I tak miałam już iść, bo słońce strasznie wysusza skórę. Powiedz mi jednak jedno: dlaczego skoro najpierw mój ojciec pomógł ci zdobyć Niebiosa, ty go potem pokonałeś? Co on ci zrobił? Przecież mieliście podpisany nie tyle pakt o nie agresji, co sojusz gwarantujący wzajemną pomoc i wspólne pokonywanie wrogów! Dlaczego go zabiłeś?!
- No... Wiesz... Jak stał się dwubogiem z manią wielkości i chciał unicestwić cały świat razem ze mną, to raczej nie było innej opcji. Zresztą, nie udawaj, że ci zależy. Mrokas zginął, a ty masz piekło - ja bym się cieszył, muehehehe. A teraz czekaj.
Kot skupił się, i nagle cała Otchłań zadrżała. Jak tylko przekroczył jej bramy, w najciemniejszych czeluściach wybuchały burze, wyładowania elektryczne i inne dziwne, niewyjaśnione zjawiska które mają podbudować nastrój. Teraz następowała kumulacja. Cała Otchłań stała się... Płynna, a Bajcurus tracił coraz więcej mocy. Wyglądało to, jakby pobudzał Otchłań do życia.
Nagle podłoga zaczęła rozmywać się, i płynąć w stronę Bajcurusa. Cały pałac zaczął do niego płynąć, jakby znajdowała się w nim jakaś czarna dziura. Góry w oddali skruszyły się, drzewa rozmyły, a cała Otchłań zmierzała prosto na Kota, aż nie zostało... nic, tylko sam Kot oraz Reavy.
- RRARGH
Świat eksplodował, wyrzucając wszystko z powrotem na swoje miejsca. Otchłań znów podlegała tylko Bajcurusowi.
Stracił on jednak, ponownie, swoją boskość.
- Uff... To na czym skończyliśmy...
Machnął ręką, a słońce natychmiast zaszło.
- Tak lepiej?
- Nie, nie jest lepiej. Normalnie żyłabym wśród ludzi, pijąc ich krew po to, by przeżyć i żyjąc po to, by pić ich krew. Piekło mnie nie interesowało, ale gdy dowiedziałam się kim był mój ojciec, postanowiłam go pomścić. Władanie Piekłem tylko mi to ułatwi, bo wychodzi na to, źe... Ale nie musisz tego wiedzieć. Jeśli mój ojciec zginął z twojej ręki, to gdyby nie to, że mam jedynie połowę mocy boga, nie widziałabym powodu, dla którego ty nie miałbyś zginąć z mojej ręki... Przejdźmy więc do rzeczy? Czego chcesz, po co zgasiłeś słońce? Czemu mnie nie zabiłeś, gdy dowiedziałeś się, że jestem córką Mrokasa?
- Wiem, że dziwnie to ode mnie zabrzmi, ale wolę widzieć cię żywą, niż martwą. Z kilku powodów.
Swobodnie opadł na krzesło, które zmaterializowało się znikąd.
- Po pierwsze, nie będziesz równie piękna w formie gnijącego ciała. Po drugie, możesz mi się bardzo przydać. A po trzecie...
Uśmiechnął się.
- Mam pewien plan, i potrzebuję sojusznika.
- Nadal nie rozumiem, dlaczego miałabym pomagać zabójcy mego ojca, którego przysięgłam pomścić wszelkimi sposobami. Ale kontynuuj, bo wiem, że masz jednak większą moc ode mnie.
Reavy i Bajcurus zapadli się w ziemię, i wpadli do jakby bezkresnego oceanu. Mogli jednak swobodnie oddychać i poruszać się.
- Ja i twój ojciec byliśmy powiązani umową, której usiłowałem dotrzymać. Ale wtedy stało się TO.
W wodzie zaczęły formować się kształty. Najpierw było widać Holzena i Mrokasa, a potem Holkasa, który niszczył wszystko i wszystkich.
- Jako elitarna grupa bogów wyruszyliśmy, aby go powstrzymać.
Ukazani zostali wszyscy bogowie walczący z Holkasem, oraz wielki finał.
- Wreszcie udało nam się rozdzielić Holkasa, pokonać go. Twój ojciec jednak to przeżył. Potem dowiedziałem się, że zginął Boski Bard będący dobrym wcieleniem Mrokasa. A jeśli zginął on, to zginął i twój ojciec. Ja go nie zabiłem; Tylko pokonałem.
Wrócili do zamku.
- Jeżeli mogę wierzyć tobie, chaotycznie złemu Panu Otchłani, stojącemu na czele (co prawda nieżywych już) krwiożeczych demonów to... - pomyślała chwilę, - To znaczy, że zemsta dokonała się bez mojego udziału?! - pierwszy raz przestała być opanowana i trochę się zdenerwowała. Zaczęła chodzić po sali, analizować wszystko, myśleć nad czymś. W końcu - ciągle nerwowo krążąc po pomieszczeniu - odezwała się.
- Dobrze, jaki masz plan i jaka jest w nim moja rola. A po drugie - zatrzymała się i uśmiechnęła prawie tak samo szyderczo jak Bajcurus na początku spotkania, ale mniej gniewnie - dlaczego ktoś taki jak ty, kto przeżył mnóstwo bogów, a jeszcze więcej zginęło z twojej ręki, miałby potrzebować pomocy... półbogini?
Bajcurus spoważniał.
- Bo nie jestem bogiem.
Spojrzał w ziemię, ale zaraz podniósł głowę i gwałtownie machnął ręką.
- Ale to nie znaczy, że jestem cherlakiem! Posiadam całą Otchłań, bezkresne armie, oraz nadal nieco mocy. Do szcześcia potrzebuję tylko dwóch rzeczy, a jedną z nich jest...
Zbliżył się do niej.
- ...Sojusznik.
- Rozumiem, a co jest drugą? - zapytała.
Uśmiechnął się.
- Zobaczysz.
W jego ręku pojawił się pakt.
- Co powiesz na sojusz wojskowy? Mroczny sojusz - reaktywacja! Piekło i Otchłań ramię w ramię... ponownie. Nikt nie stanie nam na drodze, tak samo jak wtedy!
- No nie wiem... - spojrzała w demoniczne oczy Bajcurusa i przeanalizowała wszystko jeszcze raz. - Wygląda na to, że można ci ufać. Skoro nie mam nic do roboty, mogę pomóc ci w wykonaniu tego planu, na czymkolwiek by on polegał.
Wyjęła pióro i przeczytała treść paktu.
- Myślałam - powiedziała, podpisując się na czerwono krwistym piórem - nad zmianą nazwy "Piekło". Rozumiem, że mój ojciec lubił gorąco i piekielne klimaty, ja wolę jednak ich przeciwieństwo. Masz jakiś pomysł?
- Yyy.... Zamrażarka?
- Nie masz talentu krasomówczego, co? - powiedziała, ponownie się uśmiechając. - W każdym razie czas na mnie. Bywaj.
Odeszła. Gdy wchodziła do Piekła słońce natychmiast wzeszło. Nie była pewna, czy Bajcurus mówił prawdę, ale wizja w oceanie utwierdzała ją w przekonaniu, że jej ojciec już został pomszczony.
Ciekawe, co to za plan... W każdym jednak razie trzeba mi będzie wyszkolić lepiej i uzbroić moje wampiry. Szkoda, że zwycięstwo w bitwie o Otchłań poszło na marne...
Bajcurus siedział na środku bezkresnego oceanu, i zastanawiał się. Czy wybranie jej na sojuszniczkę jest dobrym pomysłem? Czy dorówna mu w walce, przyda się?
I czy jest to wreszcie szansa, aby po raz pierwszy w życiu był naprawdę szczęśliwy?
-
Bajcurus pojawił się na Osiedlu.
- GRRH... Tyle się narobiłem, i co za to dostałem?! Ziemię na PWB?! Jakbym chciał, podbiłbym cały wszechświat. Po co mi jedna ziemia?! Jak jeszcze raz zobaczę tego lalusia, to mu...
- Przesyłka dla pana - przerwał mu listonosz Zdzisio. Podał dość pokaźną paczkę, i teleportował się do innej części kosmosu.
- Nie przypominam sobie, żebym coś zamawiał. Hmm, ciekawe co to? Może jakaś piękna kobieta postanowiła uraczyć mnie prezentem - głośno myślał Bajcurus, otwierając pakunek.
- Tak! To na pewno wysoka, piękna wampirzyca która nie mogła już trzymać swych uczuć w tajemnicy i...
- KRRRRIIII
Z pudełka wyskoczył mały Obcy, wydając obleśny, organiczny dźwięk. Przylgnął on do gardła Bajcurusa, chcąc złożyć w nim jaja.
- CO DO #$%@*&@#% ?!
Kot uderzył w Obcego ogniem, ale ten nic sobie z tego nie robił. W końcu Bajcurus sięgnął po rewoler, i odstrzelił Obcego razem z kawałkiem swojego nosa.
- Panie Zdzisiu - rzekł Kot do listonosza. Gdy ktoś zwracał się do Boskiego Listonosza, ten zawsze to słyszał.
- Tak?
- Kto wysłał tą paczkę?
- Hmm... Nie poprosił o utajenie danych osobowych, więc chyba mogę powiedzieć. Paczka nadeszła od niejakiego Pympa.
- Dziękuję.
Kot podszedł do paczki.
- Wrrh, wiedziałem że to on! Drogo mi za to zapłaci! Jak go tylko dorwę, to zmuszę go do zjedzenia tego Obcego, a potem nabiję mu łeb na pal. Chwila, w tej paczce jest coś jeszcze...
- KRRRRIIII
- ARGHHH~ #$%@*&@#%!!
-------
@up
Było podane w Biurokracji.
-
ołkiej, to dziś o 18.00 (oficjalnie, ja już jestem ciut wcześniej).
Link wlepiony, czekam na kanale ;]
Ciut niżej
|
V
* http://webchat.quakenet.org/ * <---- tutaj jest link
^
|
Tam o
Instrukcja obsługi(czyli jak się dobić do kanału):
1.Proszę kliknąć link, i w okienku Nickname wpisać swój nick, a w okienku Channels wpisać "freeforall" (bez cudzysłowia...) i kliknąć join chat. Jeżeli 2. wypełniliście powyższy krok poprawnie to witam na kanale, jeśli nie - powtórzyć krok 1.
-
- Nathan! Leć po tą laskę co spadła. Ej mięśniaki, ten blondaś atakuje kijem... Niech ktoś wyjmie pistolet i go po prostu zastrzeli! W dzisiejszych czasach morderstwo nie powinno być przesadnie trudne.
Uniosłem się wyżej. Najpierw planowałem odlecieć, ale jednak postanowiłem, że zostanę jeszcze trochę i popatrzę jak kochaś dostaje bęcki.
Zatoczyłem koło, i znów zacząłem pikować na elfa, tym razem od tyłu.
- Nie jestem orłem! KIRIIII!!!!
Miałem nadzieję, że mięśniak wykorzysta mój atak i zaatakuje elfa, gdy ten będzie się na mnie zamierzał z kijem. Nie zawsze uda mi się uniknąć, a jak mi złamie skrzydło to... Po ptakach.
Obrażenia:
- lekkie: 0
- poważne: 0
- krytyczne : 0
- śmiertelne: 0
Stres: 0
Mana: 15
-
Jane odrzuciła pozostałości dachu eksplozją Mocy, a nad gruzowiskiem zawisła Normandia.
- Shepard... Masz wprawę w rozwalaniu gigantycznych maszyn. Może parę wskazówek?
Gdy Jane znalazła się na pokładzie Normandii, statek prędko odpalił silniki i wyskoczył do góry, unikając kolejnego laserowego ataku.
- Te statki są większe od Żniwiarzy, i strzelają bronią Zbieraczy. Nie mamy szans, nawet Normandią v3. Joker!
- Wybacz, szefie, jestem nieco zajęty unikaniem laserów... co jest?
- Połącz mnie z armią. Czas na kontratak!
- Łączę... Kurczę, mam nadzieję że panna Brown zafunduje nam chociaż fajny pogrzeb na Ziemi...
Jane patrzyła na ekran z danymi, gdyż wszystkie okna zostały zasłonięte tytanowym pancerzem Normandii.
W końcu na ekranie wyświetliła się twarz jednego z poddowódców armii.
- Raportuj!
- Armia gotowa i mobilna, czekamy na rozkazy!
- Rozkazy? A słyszysz, co się tu dzieje?
- No.... brzmi jakby wybuchały tysiące taktycznych ładunków atomowych.
- I co z tego wnioskujesz?
- Że... Ktoś nie wyłączył głośników grając w STALKER-a?
- Że POTRZEBUJEMY POMOCY. NATYCHMIAST!
- Tak jest!
Połączenie zostało zakończone.
Shepard popatrzył na Jane.
- Skąd wzięłaś tego faceta, i co ci strzeliło do głowy żeby ustanawiać go poddowódcą?
- Wybaczcie że przerywam rozmowę, ale bariery kinetyczne mają 10% mocy - wciął się Joker.
- Leć w stronę statku-matki i podłącz się tam. Ja ich zatrzymam.
- Nie graj bohaterki. To nie gra czy jakaś zabawa na forum. Jak zginiesz, to wszystko stracone! - oznajmił Shepard.
- Nie zginę.
I wskoczyła do swojego myśliwca, po czym wystrzeliła się z Normandii w kosmos (razem z myśliwcem...).
- Ta.
***
Jane leciała małym myśliwcem, zręcznie unikając laserowych promieni. Wiedziała, że to się nie zakończy prędko, i że walka nie może toczyć się w kosmosie, gdyż będzie z góry przegrana.
- Shepard!
- Co jest, bohaterko, nie wytrzymujesz napięcia?
- Znajdź jakąś gigantyczną planetę. Naprawdę wielką, żeby krążowniki nie mogły jej rozłupać kilkoma strzałami z planetołamacza.
- Najbliższa jest KCT-331 znajdująca się 2 lata świetlne na zachód od ciebie. Myślisz, że cała wroga flota pójdzie za tobą?
- Nie tylko za mną. Masz na mnie na tej planecie czekać, razem z całą obroną.
- Nie podoba mi się twój ton.
***
Gdy planeta zaczęła pojawiać się na horyzoncie, Jane zdała sobie sprawę, jak gigantyczna owa planeta naprawdę jest. Ziemia w stosunku do tej planety jest jak ziarnko piasku w stosunku do Ziemi. Gdy tylko pojawiła się w zasięgu wzroku, zajęła cały horyzont, jak wielkie, nieprzemierzone morze. Gdy tylko Jane ją ujrzała, wiedziała, że tu trzeba będzie urządzić ostatni bastion.
- Normandia gotowa?
- Gotowa! - odpowiadał Joker.
- Statek-generator gotowy?
- Gotowy!
- Flota gotowa?
- Gotowa!
- Pilot gotowy?
- Gotowy!
- Drinki gotowe?
- Chyba ostatnią rzeczą, którą potrzebujemy w obecnej sytuacji jest pijany pilot.
- Łączymy! Jazda!
Myśliwiec wpadł do luku bagażowego Normandii, a Normandia wysunęła zmodyfikowany system paliwowy.
- Odpalaj!
Silniki i rdzeń rozgrzały się, a Normandia wpadła w nadświetlną.
- Teraz!
Normandia uderzyła w statek-generator, i podłączyła do niego zmodyfikowany system paliwowy. Napływ energii czerpanej z silnego jądra planety wzmocnił systemy o 100 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 %. No, przesadzam, ale zrobiły się całkiem silne.
- Wszystko działa, czekamy na rozkazy - zameldował Joker.
- Połowa energii w barierę kinetyczną.
Bariera wzmocniła się. Wrogi krążownik zaatakował, ale promień lasera po prostu się odbił.
- Cała energia w działa, zbombardować ich!
Działo wystrzeliło pocisk w krążownik. Wielka kula skoncentrowanej plazmy wpadła do środka statku z taką łatwością, z jaką ryba wskakuje do wody.
Tylko że ryby nie eksplodują.
KABOOOOM
- Oo tak! Jeden z krążowników skasowany! - ucieszył się Joker.
- Pamiętaj, to tylko skauci. Zaraz zjawi się mamuśka, a wtedy przechlapane.
- Panno Brown?
- Hm?
- To czarne, okrągłe coś wielkości Ziemi lecące w naszą stronę? Co to jest?
- Wygląda na... skoncentrowaną kulę plazmy taką jak ta, co przed chwilą wystrzeliliśmy, tylko z 20 000 razy większą.
- Serio?
- No.
- To chyba niedobrze.
- Racja.
CDN XD
-
- Fajerboli? Ale... Ja tu tylko sprzątam....
Próba wyłgania się chyba nic nie dała, bo blondaś dalej szedł w naszym kierunku.
- Nathan, nie możesz po prostu... Złapać jakąś pałę i strzelić nią elfa przez łeb? Masz tu nade mną przewagę, jesteś w końcu człowiekiem...
Rozejrzałem się, ale nie zauważyłem niczego, co mógłbym użyć jako broń. Nie mogłem blondasia nawet zbombardować, bo od dawna nic nie jadłem... Kurczę pieczone, co tu zrobić żeby ich wspomóc? Uch, raz sokołowi śmierć.
Rozwinąłem skrzydła, i wystartowałem.
- Wydłubię ci gały, kochasiu! KIRIIII!!!!!!
Wydałem z siebie sokoli okrzyk, i poszybowałem z wystawionymi szponami prosto na oczy elfa. Jak się zasłoni ręką albo czymś, to może ten ziomek urżnie mu łeb mieczem, którego wyjął z kieszeni.
-------------------
Obrażenia:
- lekkie: 0
- poważne: 0
- krytyczne : 0
- śmiertelne: 0
Stres: 0
Mana: 15
(Wpisałem do many 15 tak domyślnie, ale szczerze to... nie mam pojęcia, ile Falcon ma many. Podczas tworzenia karty zostawiłem to MGom do ustalenia, i chyba się to zapodziało w myślach. So, Brylancie, ile mam many? :S )
-
Bajcurus popatrzył na Luckera.
- Zdurniałeś?! Lepiej walczyć otwarcie niż dźgnąć w plecy?! A poza tym, co za różnica czy to Holkas czy nie? Zabijemy - zobaczymy.
Kot wyciągnął sztylet.
- Patrz mi się w oczy jak giniesz!
Pojawił się z przodu Holkasa i wbił mu sztylet w oko.
- Co to za krzyżówka?
Zostawił sztylet w oku i wziął "666 panoramicznych".
- Hmm. Małe zwierzę które miauczy, na trzy litery... kot!
Wpisał hasło do krzyżówki.
- Lucker, ty go dobij, ja muszę to dokończyć.
-
- Uch... Jeszcze się wygrzebujesz?! Nie dość ci? Ugh.
Bajcurus rozejrzał się po okolicy, ale potwora nie widział.
- Gdzie się schowałeś, Totemomordy? I dlaczego tu wszędzie rosną kwiaty? I latają różowe kurczaki?
Świat stał się jakiś... dziwny. Kot stał teraz na szerokim polu porośniętym kwiatami, a wokół migały rózowe gołębie oraz zielone krowy.
Nagle na samym środku wyrósł gigantyczny wieżowiec. Z boków wieżowca wyskoczyły wielkie rury PCV, chcąc pochwycić Bajcurusa, ten jednak wskoczył na pobliską krowę i uniknął ataku.
Nagle iluzja na chwilę zamigotała, i ujawnił się prawdziwy świat, gdzie krowa była... drzewem, a wielki wieżowiec - Krzywomordym.
Zaraz jednak wróciła. Kot był teraz maleńkim robaczkiem, którego goniła wielka, otwarta i wściekła konserwa. Ucieczka na nic się nie zdawała.
- Zaraz zginiesz, ty... konserwo!
Kot uniknął pokrywki rzuconej niczym szuriken, złapał ją w locie i przepołowił nią konserwę.
Prawdziwy świat ponownie się ujawnił. Bajcurus trzymał w ręku otchłaniowy sztylet, a przed nim leżała ucięta noga potwora.
Znów wizja.
Tym razem Kot był na wielkiej taśmie produkcyjnej, a wokół uderzały najróżniejsze młoty, lasery, spawarki, walce i ogólnie.
Laser - skok w bok! Młot - skok w przód! Laser - na ziemię! Walec - uciekać!
Wielki walec zaczął gonić Kota po taśmie produkcyjnej, tratując wszystko na jego drodze. Bajcurus zauważył kontener z ropą naftową, i wskoczył na niego. Walec wpadł prosto w kontener, a ropa prysnęła na całą salę, kot więc chciał uderzyć we wszystko ogniem, ale zamiast ognia wytworzył tylko kamienie.
- Co jest?! Co się dzieje?! Co to za miejsce?! Argh!
Razem z Walcem Zagłady znalazł się w wielkim mikserze, który wirował i niszczył dosłownie wszystko. Po chwili została tylko masa zmiksowanych części walca i Bajcurusa.
A wizja się skończyła.
- O kurczę...
Kot ocknął się na środku gigantycznego krateru po Ognistym Świdrze. Wszędzie były ślady walki, a ziemia była wręcz przemielona.
Wnętrze krateru całe było we krwi, a Bajcurus czuł, że zostały mu jedynie dwa życia.
- Totemomordy, jesteś tu?
-
- To cała armia? - spytała Jane.
- Myślisz, że jak powiesz ludziom o 'nieuniknionej zagładzie świata' to chwycą za broń i całymi legionami będą bić ci pokłony i czekać na rozkazy? - odrzekł kpiąco Shepard.
- Ale ich naprawdę jest mało. Sto tysięcy ochotników na zastępy diabłów?
- Mamy jeszcze całą moją drużynę, ciebie oraz Blade'a.
- Jego nie mamy... I nie będziemy mieli.
- Myślałem, że przekonałaś go do tego jeszcze zanim przyszłaś do mnie?
- Źle myślałeś. Blade to w tej chwili bezużyteczny kaleka, i za takiego się uważa. Nie potrzebujemy go.
- Jeszcze jego przyjaźń do Holzena weźmie górę, a wtedy będzie problem...
Jane zignorowała Sheparda, i wyszła naprzeciw wojsk. Nie były one zbyt imponujące - ot, armia uzbrojonych po zęby ludzi z różnych epok i czasów, jedni uzbrojeni w dzidy i łuki a inni w działa antygrawitacyjne.
- Wszyscy jesteśmy zagrożeni - rozpoczęła przemowę Jane. - wróg jest potężny i groźny dla całego Wszechświata. My bogowie dotąd radziliśmy sobie z każdymi pajacami, którzy chcieli panować nad Wszechświatem, ale to poważniejsze, gdyż nasz przeciwnik jest połączeniem dwóch bogów oraz.. jeszcze czegoś. Udało mi się go osłabić, ale to nic nie da na dłuższą metę. Jeżeli reszta bogów również zawiedzie, musimy być gotowi na atak.
Shepard słuchał uważnie. Gdy Jane skończyła, zbliżył się do niej.
- A jeżeli bogowie nie zawiodą, to co? Cała ta armia będzie niepotrzebna, a ludziom powiemy 'fałszywy alarm'? - spytał.
- Nie - odparła Jane. - Jeżeli bogowie wygrają, to prawdopodobnie Holzen zostanie uwolniony.
- No i?
- To przez jego kłamstwa to wszystko się stało. Jeżeli stamtąd wyjdzie, dopilnuję, aby już nikogo więcej nie okłamał.
- Kulka w łeb rozwiązuje wszystko.
- Dokładnie.
-
- GRRAH! Zapamiętaj to sobie, Holkasie, zniszczę ciebie oraz wszystko, co stanie mi na drodze, włącznie z tym... tym...
Popatrzył na potwora.
- Toto gada?! - zdziwił się, i wyjął Ultramagnuma. - Puszczaj mnie, ty niewyrzeźbiony do końca, drewniany, siedmionogi totemie!
Wypalił potworowi ze stopionego magnuma prosto w twarz. Siła uderzeniowa wyrwała Kota ze szponów.
- Sorka Krzywomordy, ale nie mam zamiaru służyć takiej nędznej i obleśnej kreaturze jak ty. Twoja śmierć będzie demonstracją mojego gniewu. Dorwę Holkasa, zamorduję go i wykuję z jego twarzy jeszcze obleśniejszy totem, po czym zrzucę go na główny plac Miasta Bogów. Wszyscy zasmakują mojego zwycięstwa! A teraz PŁOŃ!
Powietrze, rozgrzane niemal do czerwoności, zaczęło wirować po całej arenie, tworząc jakby gigantyczny wir wodny zasysający wszystko w stronę Bajcurusa. To nie była trąba powietrzna. Wszystko dookoła było pochłaniane, a wir nabierał masy i zwiększał się.
- GGIIIIIIŃŃŃ!!!!
Atmosfera zapaliła się, i całą arenę ogarnęły płomienie. Wir ognia nie był już powietrzem, to był gigantyczny świder obracającej się, płonącej materii który zaczął wywiercać dziurę w podłożu. Cały teren zapadł się, a świder spłaszczył się na podłożu, ogarniając podziemia, parząc i mieląc wszędobylskie macki oraz siejąc wszędzie chaos. W końcu zgasł, a wydrążoną jaskinię wypełniała w większości próżnia, gdyż niemal całe powietrze zostało wypalone, a gigantyczne pokłady dymu skondensowały się pod sklepieniem.
- Zacznij się bać, totemogłowy!
Zewsząd wystrzeliwały macki, ale gdy tylko zbliżały się do Bajcurusa, cofały się sparzone. Kot wyskoczył prosto na głowę potwora.
TSSSSSS
Skorupa na twarzy Krzywomordego zasyczała od temperatury kota, niemal topiąc się.
Potwór zaatakował wszystkimi odnóżami, siekąc próżnię z niewiarygodną prędkością. Bajcurus, nawet teleportując się, nie mógł uniknąć takich ciosów. Dosłownie rozleciał się na kawałki, które zaczęły lądować w różnych zakamarkach jaskini.
Kot szybko poskładał się. Utrata kolejnego życia była mu nie na rękę, tym bardziej, że zostały mu jedynie trzy, a musiał jeszcze zmierzyć się z Holkasem.
Zauważył na suficie pokłady skondensowanego, ultratoksycznego dymu.
- To jest twój koniec!
Wskoczył prosto w toksyczny dym. Jego ciało zaczęło się dosłownie topić, ale jego komórki nadbudowywały się z niewiarygodną prędkością.
Uderzył ogniem, wypychając opary do dołu. Ogień ponownie zaczął ogarniać jaskinię i otaczać potwora. Toksyczny dym, z braku innego miejsca, osiadł prosto na bestii, żrąc oraz topiąc jego ciało. Bajcurusowi to nie wystarczyło. Wprawił ogień ponownie w ruch, i zatrząsł całą jaskinią.
- Pożegnaj się z życiem! MUAHAHAH!
Ostatkiem mocy wystrzelił się do góry i przebił przez sklepienie, wyskakując na powierzchnię areny, a ogień eksplodował. Ziemia zapadła się, pogrzebując całą jaskinię w wielkim wybuchu. Po chwili jedynie toksyczne opary ulatniały się z pobojowiska.
- Nic mnie nie zatrzyma, Holkasku! Idę po ciebie.... BUACHACHACHA!!!
-
Ale że bo jak?!
Jeżeli walką fair play jest dla ciebie olewanie postów atakującego, to ja się poddaję.
Czyli co, pisałem tego posta półtorej godziny tylko po to, żebyś później oznajmiła, że go olewasz?
Not likely.
Zawsze możesz napisać, w którym momencie się broniłaś i nakopałaś mi oraz że jakoś przeżywasz giga eksplozję końcową, ale bez przesady z olewaniem całego postu...
------
Nadal jestem za ograniczeniem do 3 jeśli nie chcecie się ich wogóle pozbyć.Whoa, Shakuś, bez przesady z tym pozbywaniem się. Co to za bóg bez mega artefaktów?
I ogólnie przeciwny jestem limitom. Wiadomo, że jak artefakt trzyma moc 'na później' albo coś, to raczej nie powinno tak być, a jak kto będzie imbił z 50 itemkami naraz to się go sprowadzi do pionu i tyle. Nie potrzeba dalszego 'usesjowywania' OA kolejnymi limitami, bo niedługo będę musiał liczyć ilość spacji w poście czy coś.
-
Bajcurus, nadal oszołomiony ostatnimi wydarzeniami, podniósł się i rozejrzał po arenie.
Gdy wydarł się na niego grabarz, Kot wyjął pistolet.
- Ach, tak?! Takie ścierwo jak ty nie będzie mi rozkazywać - warknął, i strzelił grabarzowi w kolano. - A teraz zamknij się i patrz, jak wypruwam jej flaki. Zupełnie jakby Holkas odesłał mi ją na arenę, bo podobało mu się widowisko.
Wyjął zastygłego już, 'zlepionego' magnuma oraz Otchłaniowy sztylet.
- Postaram się zadowolić widownię.
Temperatura powietrza zaczęła się podnosić. Bajcurus złamał sztylet o kolano, i wbił jeden koniec w ziemię, po czym gwałtownie wyskoczył w stronę Konishi. Ta z pewnością była na to przygotowana, toteż próba powalenia jej nie powiodła się, a Kot odbił się od niej i opadł na ziemię za plecami przeciwniczki, po czym wbił drugi koniec sztyletu w ziemię.
- Showtime!
Między wbitymi kawałkami sztyletu pojawiła się prosta linia, która gwałtownie eksplodowała mocą i rozryła ziemię, ujawniając pod spodem rzekę lawy ciągnąca się przez całą arenę. Temperatura powietrza podskoczyła o kilkaset tysięcy stopni w górę. Kot wypadł na Konishi próbując ją podciąć, ale został złapany i wyrzucony o ziemię. Teleportował się więc za jej plecy i wypalił z Magnuma. Tego pocisku (ani odrzutu broni) nic nie zatrzyma, toteż Kota i jego przeciwniczkę odrzuciło do tyłu.
Holkasowe macki już szalały, bo pojawienie się na arenie rzeki lawy było dla nich dość... niespodziewane.
Ale to nie wszystko.
- Muahaha! Czujesz ekscytację w powietrzu? Nie? To pewnie ten grabarz. Tak czy siak, przywitajmy gwoździa programu! Buechecheche!
Powietrze drżało od gorąca, bo temperatura była już prawie maksymalna. Bajcurus wysilił Moc, i gorąco przekroczyło limity. Atmosfera zapaliła się, a zupełnie niekontrolowany ogień zaczął tańczyć po całej arenie, spalając ją niemal na węgiel. To powietrze, które się jeszcze nie paliło, było tak gęste, że niemal nic się przez nie nie widziało, a kumulujące się wszędzie czarne opary potęgowały wrażenie totalnego chaosu. Bajcurus wyskakiwał na Konishi ze wszystkich stron, atakując szybko i niespodziewanie, po czym znikając w oparach gorąca.
W końcu Kot postanowił JESZCZE bardziej zdewastować to miejsce. Wskoczył prosto do lawy, i eksplodował mocą, rozrzucając magmę po całej arenie.
Kotu zostało z 10% mocy, postanowił więc "przyimbić na maksa" naśladując Shadowa.
Skupił się, i ogarnął cały ten chaos swoją mocą. Wirujące powietrze znalazło punkt oparcia na mocy Kota, i zaczęło pochłaniać wszystko w zasięgu, tworząc tornado ognia, magmy, niemal płynnego powietrza, kawałków macek i areny.... A Konishi była w samym środku, szargana na wszystkie strony.
- Czas to zakończyć!
Kot podszedł do tornada, i wyciągnął rękę. Trąba ogniowo-powietrzno-magmowa zaczęła powoli zmniejszać się i jakby kondensować. W końcu Bajcurus złapał tornado i ścisnął je w ręku, kondensując je do rozmiaru naboju do magnuma.
Kot podszedł do Konishi, i zaatakował sztyletem. Cios został odparty, Bajcurus ponowił więc cios. Ten także został zablokowany, Kot pojawił się więc za plecami przeciwniczki i zaatakował ponownie. Konishi była szybka, ale nie wystarczająco. Bajcurus pojawiał się za jej plecami, nad nią, pod nią i przed nią, ciągle ponawiając atak i w końcu udało się - sztylet przebił zbroję i lekko ukłuł Konishi w brzuch. Moc Otchłaniowa zaczęła osłabiać przeciwniczkę. Kot odrzucił sztylet, wsadził skondensowane tornado do magnuma, wycelował i wypalił. Kula utkwiła w zbroi Konishi.
- Bum!
Całe tornado nagle wyzwoliło się, w sekundę powiększając swoją objętość z niewielkiego naboju na całą arenę.
Kto przetrwałby... to?
Bajcurus wziął berło, i popatrzył na nie.
- Holkasku! - krzyknął nagle. - Widzisz, co potrafię! Popatrz, jaką mam moc! Tak zacząłem się zastanawiać, czy nie jestem dla ciebie przydatniejszy jako wspólnik niż jako wróg? Pracowałem już z Holzenem i Mrokasem, i obu wyszło to na dobre. Co powiesz na Mroczny Sojusz v2?
Po czym złamał berło na kolanie i rzucił kawałki grabarzowi.
___
Wiem, że przyimbiłem, ale nie miałem szansy na odpis tak długo, że wyobraźnia zaczęła mi eksplodować podczas pisania >_>
-
Yeah, nie tylko o quest tu chodzi... More like... o zdrowy rozsądek? No serio, ja tu się wysilam, coby napisać ciekawe i efektowne ataki i liczę na jakąś ciekawą i rozbudowaną kontrę, po czym dostaję "wszystkie ataki zostały zablokowane". No dzięęęki....
Zresztą, mówione było, że nie ma niezniszczalnych...
Dodając do tego manipulację mną (jak ja daję długi atak, a ona jednym ruchem sprowadza mnie na ziemię....), to wyczuwam tu pogwałcenie zasad nie tyle questa, co całego OA in general.
No sorki, ale 'wybuchłem' i tak jej nakopałem, że zwiała...
Teraz jestem po prostu wkurzony. Behemort pozwolił mi ją ukatrupić, a ta se poszła gdzieś w mgłę i tyle.
-
Bajcurus nie mógł dojrzeć noży przez mgłę.
Jeden wbił mu się w ramię, a drugi centralnie w brzuch. Reszta nie trafiła, bo Kot teleportował się w bok.
- Ile można żyć?! Dlaczego nikt nie może się po prostu poddać.... - warknął, i wyszarpał sobie nóż z ramienia oraz brzucha. - Dość patyczkowania się! Jakieś smocze zbroje i średnioweczne zabawki cię nie ocalą!
Wyjął fiolkę z wirusem, i wstrzyknął go sobie w ramię.
- Nic....Cię.....Nie....Obroni....!
Zaaplikował sobie kolejną dawkę wirusa. Zatoczył się, i wyrzucił przeciwsłoneczne okulary, odsłaniając wściekle czerwone oczy.
- GRRRAAARRRHHH!!!
Cała jego sylwetka jakby rozpływała się w ciemność, gdyż jego komórki dzieliły się tak prędko, że inne dosłownie wypadały. Rany po nożach wygoiły się.
Bajcurus wyskoczył, i grzmotnął pięścią o ziemię. Taki cios wyrzuciłby pociąg z torów. Fala uderzeniowa doszła do Konishi, lekko wybijając ją z równowagi, i rzuciła nią o nowopowstałą ścianę ognia. Temperatura powietrza osiągnęła taki próg, że kilkaset stopni więcej i podpaliłaby się atmosfera. Gorąco było niemalże materialne - powietrze było niemal tak gęste, jak woda. Bajcurus wyjął topiącego się magnuma, i dosłownie scalił go z drugim, tworząc ręczną, dwulufową armatę. Wycelował tym w wstającą Konishi, i wypalił. Odrzut urwał mu rękę, na jej miejscu jednak wyrosła druga. Kot złapał swój Otchłaniowy sztylet, i ręką rozciągnął go tak, że krótki przedtem sztylecik był teraz bardziej dwumetrowym sierpem. Kot zaczął chlastać tym przecwiniczkę, a gdy ta atakowała mieczem, on pojawiał się za jej plecami. W końcu odskoczył.
- Ten twój miecz jest bezużyteczny! Wymachiwanie tym czymś przypomina atakowanie muchy młotem bojowym - wydrwił przeciwniczkę Bajcurus. - Bardzo kąśliwą i upartą muchę.
Kot postanowił to zakończyć. Wyskoczył prosto na Konishi, złapał ją i upadli razem na kapliczkę.
- Widzisz to? - spytał Bajcurus, wskazując z dwadzieścia min klejących i granatów poprzyczepianych do jego kostiumu. - To ostatnia rzecz, jaką kiedykolwiek zobaczysz.
Wytężył moc do 100%. Atmosfera zapaliła się, a miny i granaty eksplodowały w jednej gigantycznej i szalenie efektownej kuli ognia.
Biedna kapliczka została totalnie unicestwiona, a na jej miejscu powstał niemalże atomowy krater.
- To ją nauczy - rzekł Kot, i usiadł w kraterze. Jeżeli Konishi dalej żyła, to nie miał siły dalej walczyć. Przedawkował wirus, stracił życie oraz wyczerpał moc - ale co mogłoby uciec od TAKIEGO ataku?
____________
Tak, to jest manipulacja. Sorry batory, ale jak ja się staram a ty niweczysz wszystko jednym 'żaden atak nie działa', to teraz zadziałał.
Period.
-
- Berło? Ależ ja nie chcę żadnego berła!
Kot stanął przed boginią.
- Jedyne, czego chcę, to twoja śmierć. Irytowałaś mnie już wystarczająco!
Ziemia pod nogami Konishi nagrzała się do czerwoności. Bajcurus wyskoczył na przeciwniczkę, i nieustannie teleportując się, zadawał cięcia - po głowie, brzuchu, nogach, plecach. Odbił się od niej, i wylądował.
- Nie myśl, że uda ci się uciec.
Zrzucił pelerynę krępującą ruchy. Był teraz w stroju do walki, do którego poprzyczepiane były najróżniejsze bronie, ładunki wybuchowe itd.
- Nie myśl też, że uda ci się zwyciężyć.
Wyskoczył prosto na Konishi, a gdy już miał uderzyć w nią sztyletem, pojawił się za jej plecami i przyczepił do jej pleców minę klejącą. Odskoczył do tyłu, i wyjął magnuma - broń na tyle potężną, żeby móc przestrzelić głowę dużemu orkowi.
Lub przynajmniej przestrzelić się przez zbroję Konishi.
Kot wycelował, i wypalił w przeciwniczkę tak, żeby kula przeszła przez zbroję i trafiła w minę klejącą przyczepioną do pleców.
__________________
Tu też możesz przerwać akcję w każdej chwili.
Jednak uważam, że poprzednio zrobiłaś to zbyt szybko... Wiesz, Konishi nie powinna się tego spodziewać po długiej współpracy z Kotem. Teraz kot ma Rage Mode, więc znowu jak walniesz go jak tylko wyskoczy to się wkurzę.
Poza tym, w twoim poście mnie - jak zwykle - zmanipulowałaś, podczas gdy ja dałem ci swobodę obrony.
Nieładnie.
-
Jane powoli wygramoliła się z trumny.
Uch, nie wiem, jak tu się znalazłam, ale wiem, że grubas mnie popamiętał.
Rozejrzała się, i zobaczyła Barta.
- Ty też zadźgałeś Holkasa? - spytała go, po czym postanowiła nie czekać na odpowiedź. - Nie stój tak, trzeba zmobilizować wszystkich. Holkas może wrócić, a my musimy być gotowi.
Wybiegła na zewnątrz, i wskoczyła do myśliwca.
- Shepard, wiem, że nie bierzesz ode mnie rozkazów, ale nie ma czasu na takie błahostki. Mobilizuj całą drużynę... Lada chwila może nastąpić inwazja.
- Lepiej, żebyś miała rację - rzekł tylko Shepard, i rozłączył się.
Jane włączyła silniki, i opuściła planetę. Miała zamiar stanąć na czele największej armii w galaktyce.
--------
Gdy Bajcurus i Konishi podeszli do zrujnowanej kapliczki, kot stanął przed boginią.
- Tu twoja droga się kończy. Widzisz tą kapliczkę? Mam zamiar pomalować ją na czerwono...twoją krwią.
Bajcurus uderzył Konishi sztyletem w brzuch, i kilkoma szybkimi cięciami przejechał jej po twarzy, po czym uderzył w nią fireballem. Przeteleportował się za jej plecy, i ciął po długości kręgosłupa, po czym odbił się od niej silnym kopniakiem.
Na koniec odbezpieczył granat i rzucił go w boginię.
___________
Żeby część kota nie była perfidną manipulacją, let's say że Konishi może przerwać atak Bajcurusa w każdym momencie - na przykład powiedzieć, że gdy przeteleportował się jej za plecy to nie kontynuował ataku, bo oberwał czymśtam.
Czyli że to co napisałem wyżej to atak, który nastąpiłby, gdyby Konishi stała jak dąb. BlackMoon zadecyduje, w którym momencie przestaje.
'kay?
-
Jane była bardzo osłabiona święconą platyną, ale udało jej się stanąć prosto. Ledwo.
- Chwila... Chcesz mnie ocalić bo jestem "urodziwa"? - spytała, i pokręciła głową. - Czyżbyś już zamordował wszystkie kobiety? Uch. Powinieneś się cieszyć, że jestem zbyt wyczerpana, żeby podnieść snajperkę i wypalić ci dziurę w głowie. Co do Casula, to nie wierzę, że go pokonałeś. Jego nie osłabiłbyś tak, jak mnie, i z pewnością nie odważyłbyś się stanąć przed nim tak, jak stajesz przede mną.
Jane mówiła gniewnie, i zacisnęła pięść mechanicznej ręki. Kumulowała resztki Mocy.
- Zabawne. Mówisz, że lepiej jest utracić przeszłość i żyć... Holzen próbował uczynić właśnie to, ale mu przeszkodziłeś. Nie popełnię tego samego błędu, co on. I powiem ci jedno - źle zrobiłeś, stając tu przede mną. Zwycięstwo miało być tylko twoje... Ciekawe, co powiesz na remis?
W mechanicznej ręce Jane błysnął odłamek platyny. Jane skoczyła w stronę Holkasa, i z całej siły wbiła mu odłamek w brzuch.
- Nie doceniłeś mnie - szepnęła.
--------------
Bajcurus wyszedł przez dziurę, i otrzepał się.
- Nareszcie. Ile można czekać!? - warknął, i zauważył, że Książę oraz Tytokus wyciągani są w otchłań.
- Mam nadzieję, że zginiecie. Jesteście bezużyteczni.
I spokojnym krokiem ruszył w kierunku ruin katedry.
__________
Kot idzie do (4).
- Poprzednia
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- Dalej
- Strona 2 z 24


Olympus Actionus - temat główny, podejście trzecie
w Archiwum zagadkowe
Napisano · Raportuj odpowiedź
- Chrr....
Do śpiącego Bajcurusa podszedł demon.
- Yyy... Szefie... Mieliśmy cię obudzić, jak...
- Chr... CO?! Do broni! Rozerwać na strzępy! - wrzasnął Bajcurus, zrywając się na równe nogi.
- Tak jakby nie ma kogo, szefie - rzekł demon, drapiąc się po głowie.
- Zawsze ktoś się znajdzie. Co z tą elektrownią? Wyrżnęli cały desant? Wyślij następnych. No gadaj, co jest?
- No, bo... ten.. Znaczy się pierwszy desant. Tak. Oni tak jakby...
- Streszczaj się - warknął kot.
- No bo wysiadły systemy obronne elektrowni, i przejęliśmy ją tak bez większych ofiar.
- Czemu nie obudziłeś mnie wcześniej? Ta fałszywa wampirzyca zaraz mnie zdradzi i sama będzie terroryzować świat, przywłaszczając sobie mój plan.
Kot pojawił się w Otchłani, gdyż wyczuł, że właśnie tam znajduje się Reavy.
- Gdy ty paradowałaś sobie po Otchłani, moje oddziały ze mną na czele opanowały elektrownię, dzielnie odpierając kolejne fale wroga oraz kontratak systemów obronnych. Było ciężko, ale udało się! Elektrownia jest mo... znaczy się nasza!
W tym samym momencie, we wszystkich telewizorach Miasta ukazał się komunikat Bajcurusa.
- Witajcie, śmertelnicy, bogowie i półbogowie! Wygląda na to, że macie kłopoty... Właśnie zająłem główną elektrownię Miasta! Jeżeli ktokolwiek postanowi zorganizować kontratak, skupię część energii i wysadzę jedną z dzielnic miasta. Może tam właśnie mieszka twoja żona, albo dzieci? Chyba jednak lepiej będzie, jak zostaniecie w domu! Buachachachacha!
Komunikat zakończył się.
- Mamy broń - rzekł kot do Reavy. - A więc co wysadzamy? Och, kocham takie wybory. Muehehehe.