-
Zawartość
666 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Posty napisane przez MacTavish
-
-
Z Sesji sprzed roku prowadzonej przez mojego kumpla, który lubi, gdy wszystko jest 'na serio'.
Moja postać - jednoręki (!) asasyn - prowadził samochód, uciekając przed jakimiś mafiozami. W samochodzie oprócz mnie siedziało dwóch towarzyszy.
Pomijając groteskowość prowadzenia 'kolankiem' (żeby jedyna ręka była wolna do zmiany biegów) gdy nasz zdezelowany Citroen był pod ostrzałem karabinowym...
Miałem koszmarne minusy do rzutów na prowadzenie, więc uznałem, iż nie ma co się łudzić i czas na ucieczkę natychmiastową, czyli wyskok z pędzącego pojazdu.
Mistrz Gry spojrzał na mnie srogo spod swych okularów i ostrzegł, że to będą obrażenia krytyczne i wyeliminują mnie z gry (pomysł mu się chyba nie spodobał). Ja uznałem, że skaczę mimo to.
Rzut na zręczność. Miałem farta - sukces na każdej kości wytrzymałości (Asasyn miał tylko dwie z pięciu możliwych). Zero obrażeń.
GM westchnął i po chwili namysłu rzekł, iż wpadłem w stos śledzi (przejeżdżaliśmy obok dzielnicy portowej).
Po kilku rzutach na przejęcie kierownicy przez kumpli w Citroenie (nieudanych, koledzy wyhamowali przy pomocy ściany budynku) uznałem, że muszę jakoś zatrzymać pościg, biorę więc śledzia i ciskam nim w samochód mafiozów.
Mój rzut się, oczywiście, nie powiódł (GM dał mi jakieś straszne minusy), ale ja miałem fajny skradziony artefakt - szczęśliwy talizman, który - raz na całą Sesję - pozwala mi powtórzyć rzut i daje do niego +2.
Więc, jak się można było spodziewać, użyłem talizmanu aby powtózyć rzut rybą. I udało się.
GM opowiedział ze szczegółami, jak śledź trafił do samochodu mafiozów przez otwarte okno, przez co zmuszeni byli powtórzyć rzut na prowadzenie.
Taka oto moja historia.
-
1
-
-
Szkoda, że owo anime nie zyskało popularności; jak dla mnie, ma w sobie "to coś". Dowiedziałem się o nim zupełnie przez przypadek, gdy wrzucano screencapy z Watamote na imageboardach.
Zabawne, ładne, czasem nieco bolesne.
Uważam, że ciekawie stworzono wygląd Tomoko - jest słodka, ale wykreowana na 'niesłodką' w świecie anime (te wory pod oczami), więc wiadomo, o co chodzi a zarazem nie bolą nas od niej oczy. Hmm.
-
Jedyne, co mi się z tym kojarzy, to "Kore wa Zombie Desu-ka?", ale w owym anime to facet jest zzombifikowany. Hmm.
Czytałem jeszcze kiedyś taką mangę z taką cute laską zombi, ale nie przypominam sobie tytułu, cholera.
-
Nic nie jest wieczneTaak, panie Kohelet, wszystko to marność i pogoń za wiatrem. W przeciwieństwie do ciebie, drogi stoiku, ja się tam trzymam epikureizmu zahaczającego momentami o parahedonizm, tak więc przywołam inną sentencję... Może coś od Horacego - carpe diem. Ooo, to pasuje.
My point? Lubię dobrą zabawę. OA takową dobrą zabawą było - mogłoby nią być ponownie. Ale nie jest. Można to zmienić.
ludzie dorastają, zaczynają mieć swoje prywatne sprawy. Inni uczą się, by zapewnić sobie jako - takie wejście w świat dorosłych.Będziesz miał prawo uczyć mnie o wejściu w świat dorosłych dopiero, gdy sam w ten 'świat' wejdziesz :*. Additionally, zdajesz się insynuować, że OA to zabawa dla dzieci...
...to ja tylko cichutko wskażę twój awatar.
Point being - nie wszystko jest dziecięce, co na dziecięce wygląda. Syskuś to rozumie; Ty też możesz, jeśli się postarasz. Poproś go, to ci wyjaśni.
Jeszcze inni znaleźli sobie jeszcze ciekawsze zajęcia, przy okazji zapominając o OA.Jeżeli ci 'inni' to 'ty', to... co tu jeszcze robisz? Zajmij się tymi swoimi ciekawymi zajęciami i zapomnij. Zrobisz mi tym wielką przysługę.
Chyba, że źle zrozumiałem, i masz tu na myśli tych wszystkich 'innych', którzy sobie poszli. W takiej sytuacji... Co ci do tego? Próbujesz przywołać motyw "Ubi sund?" z "Wielkiego Testamentu" Francois Villona, czy co?
Jednym się nudzi, inni idą, bo widzą, co się z tym wszystkim stało. Either way, nijak się to odnosi do mojego posta.
Takie jest życie, i trzeba to przyjąć, bo innej drogi nie ma.Powiedz mi, jak wiele wiesz o życiu, drogi osiemnastolatku!
A tak serio, to... WHAT?! Czy ty w ogóle pomyślałeś, zanim to napisałeś?
Innej drogi nie ma... Znaczy się co, ludzkość biernie patrzy i zdaje się we wszystkim na fortunę?
Bro, za dużo Kochanowskiego i Szarzyńskiego się naczytałeś.
Tempus fugit, jak mawiali starożytni.No tak, bo we współczesności to już nikt nie mówi, że 'czas płynie'.
Psh.
@down
Nie zrozumiałeś, o czym mówię.
Gdzie tu się w ogóle pojawia przymus?
ocb.
-
To nie jest powiew świeżości, tylko...
*ekhem*.
Nieważne.
Przydałoby się tchnąć jakiś powiew świeżości w opuszczony wrak, jakim jest obecnie OA....To, jakie jest dziś OA ma swoją przyczynę. Yhym.
-
Nie chce tego, ale jednak pozwala nam żyć według naszego zegara, jeśli tego chcemy.Myślę, że ci cierpiący woleliby jednak Jego interwencji. Poza tym, skoro on nie może interweniować bo żyjemy według 'własnego zegara' to jaki cel ma modlitwa o 'coś'? Oczywiście oprócz tego, że koleś sam się podbuduje, modląc się w ten sposób, to jednak wkład Boga będzie i tak zerowy. Albo pozwala nam żyć, jak chcemy, albo ingeruje w ten świat.
Ponadto chyba trudniejszym byłoby stworzenie trójkąta o sumie kątów <180 st.Poradziłby sobie.
Mi chodziło o to, że NIE poradziłby sobie z 'przełamaniem' samego siebie. Na przykład, czy mógłby po prostu 'zniknąć'? Na zawsze?
I właśnie, kolejna sprawa. Gdyby tak nagle zniknął, po prostu przestał egzystować, to czy ktokolwiek by zauważył?
Nie. Nic by się nie zmieniło. A wiara chrześcijańska i wszystkie inne nadal by prosperowały w nieskończoność.
I wiem, że ten temat ma więcej stron, niż Ziemia lat, i że ten motyw pojawił się już tu trylion razy, ale... No nie ma po prostu dowodów na Jego istnienie, to jest największy problem.
Ale olej moją powyższą wypowiedź, bo nie wnosi nic do dyskusji i w ogóle nie wiem, po co ją napisałem (backspace mnie boli).
Żałował, przyjął swoją karę z pokorą, podkreślił swój stan.Nie wiem, czy nagła żałość wystarczy jako 'pokuta' za wielkie zbrodnie...
Bóg ma ocenić wszystko - wszystkie zmienne, przesłanki, chęci, motywy, wnętrze, zaangażowanie i właściwie tysiące innych zmiennych, każdego momentu naszego życia.Właśnie dlatego ważne jest, czy można ufać w jego obiektywizm.
A według hagiografii, większość świętych rozpoczynała od hulaszczej młodości. Jednak późniejsza spotęgowana asceza przełamywała szalę na tą stronę 'dobra' (św. Aleksy to dobry przykład).
Jeśli nie jest doskonały, to mógł się mylić. Bóg jednak z samej definicji danej często jest doskonały, w tym nieomylny.Jak już mówiłem, Bóg nie może być "dobry", nie będąc tym samym subiektywny.
Narzucać też nie narzuca - daje nam w miarę gotowy spis rzeczy, które chce byśmy czyniliJak jednak dzięki naszej wolnej woli nie uczynimy tego, co nam rozkaże, to będziemy cierpieć i płonąć w piekle.
Dam ci wolną wolę - możesz żyć radośnie i szczęśliwie jeśli wbijesz sobie tę wykałaczkę w tyłek. *podaje* Możesz też nie wbijać tej wykałaczki, ale wtedy ja wepchnę ci ją do tchawicy, i kopniesz w kalendarz.
To nie jest wybór.
Nie można cały czas brać, a i wizja człowieka samego może być cokolwiek smutna.Nie przedstawiłeś na to kontrargumentu. Nie można cały czas brać, bo...? Zresztą, przecież wszystko, c orobisz, niesie dla ciebie korzyści. Oddychasz, żeby żyć. Grasz w gry, żeby się zabawić. To zgoła interesowne. A na przykład poświęcenie się dla kogoś? No właśnie. Ofc. zależy dla kogo, lecz robiący to chrześcijanin wie, że czeka go za to nagroda w Niebie. Ja mógłbym to śmiało podciągnąć pod interesowność i materializm. To nie jest 'dobro', ani nie jest 'zło'. Because neither exists.
niesprawiedliwy i zły ma pozostać nieukaranymŻyjesz radośnie, dogadzasz sobie, więc jesteś zły? A więc dzieci w Afryce cierpią, więc automatycznie są 'dobre'? Come on.
niektóre ocalenia można tłumaczyć jako wpływ BogaTak, to, i jeszcze stygmaty, które były wspomniane a few posts ago, i inne tam zjawiska metafizyczne.
To w końcu Bóg interweniuje, czy nie? Bo jeśli tak, to to już naprawdę zło i hipokryzja, że zsyła np. na biednego Ojca Pio chorobę, nie wahając się tu złamać praw świata, ale cierpiącego nie uratuje.
Wobec Boga ciężko rozumować ludzkimi kategoriami, co najwyżej to co widzimy, jak pojmujemy.[cynic]No tak, nie żebyśmy byli stworzeni na jego podobieństwo, czy coś.[/cynic]
-
Skrajnie - może być to zwykła przyjemność (potrzeby brak, nadal jednak miło)Yeah, tu wracamy do punktu nr 2. Dla Boga to przyjemność patrzeć sobie na pełne cierpień i mąk życie tych śmiesznych ludków na ziemi, a jak w końcu zginą, to jeszcze będą dalej cierpieć niewyobrażalny ból w piekle. Coś nie tak.
Wie, niemniej może się sam ograniczać i nie korzystać z własnej wszechmocy.Czyli typowe 'czy Bóg może stworzyć kamień, którego nie może podnieść'. Z drugiej strony, ograniczanie się jest również bezsensowne, bo po co?
wyłącznie zjawiska natury, które się dzieją na Ziemi oddanej nam w posiadanieStworzonej i zaprojektowanej przez Niego razem z całą fizyką i 'naturą'. Jako istota wszechmocna mógł zrobić to tak, że kataklizmów i bezsensownego cierpienia by po prostu nie było, chyba że od ludzi (wolna wola).
Człowiek z natury grzeszy, więc jakże to widzieć, by za to został na starcie skreślony?You got me wrong. Z chęcią rozpiszę się kiedyś, jak głupi jest system nieba/piekła. Na przykład ten koleś na krzyżu obok Jezusa - straszne grzechy, przez niego cierpiało wiele osób, a zapłakał, i już poszedł do Nieba. Jak fair jest to w stosunku do jego ofiar? Nawet jeśli i one pójdą do Nieba, to czy serio są na równi z takim degeneratem jak ten zbrodniarz? Coś mi tu nie pasuje.
Anyways, nie wiadomo, co Bogu się spodoba, i czy zdecyduje wysłać człowieka do piekła czy do nieba. Natomiast wcale nie uważam, że jeden grzech skreśla człowieka od razu - ale jeśli mamy hipotetyczny stosunek grzechu do 'dobrych' uczynków, i ilość grzechu przewyższa, to wtedy raczej piekło.
Bóg jako istota doskonała wie, co jest dobre, a co złe, bo sam takie rozgraniczenie stworzył.My point is - jeżeli nie jest doskonały w KAŻDYM aspekcie, to może się mylił?
Poza tym nie można powiedzieć, że coś jest dobre albo złe. As I said before, zło i dobro to abstrakcja. Coś może być dobre dla mnie, ale złe dla kogoś innego, albo odwrotnie. A więc to, co mówi nam Bóg w Biblii, jest po prostu narzucaniem nam swoich poglądów.
Wolna wola - możesz robić co chcesz, ale jeżeli nie zrobisz tego, co ci każę, to będziesz cierpiał wieczne męczarnie.
No tak trochę nie do końca wolna ta wola. Niewolnicy podczas budowy piramid też mieli wolną wolę - mogli odmówić pracy. Inna sprawa, że i tak mówimy na nich NIEWOLNICY, czyli ludzie 'niewolni'.
Jaka jest różnica między takim niewolnikiem a tobą? Ty też masz jasno nakreślone zasady, za złamanie których zostaniesz ukarany, i ty też jesteś zmuszony do swoistej pracy przez całe życie - do czynienia 'dobra', i wyrzekania się grzechu.
To nie jest wolna wola.
Ależ wiedza nie oznacza odpowiedzialności za to.Wyobraź sobie taką sytuację.
Siedzi sobie człowiek wygodnie na ławce nad jeziorkiem, i czyta gazetkę.
Nagle z jeziorka dobiegają krzyki tonącej osoby, która zwraca się do gościa czytającego gazetkę, aby rzucił mu koło ratunkowe przymocowane do barierki znajdującej się na wyciągnięcie ręki od człeka czytającego gazetkę.
Jegomość czytający gazetkę podnosi wzrok, podchodzi do koła ratunkowego, strzepuje z niego pyłek, siada z powrotem na ławeczce, i pogrąża się w lekturze, podczas gdy już nieruchomy nieszczęśnik zsuwa się na dno jeziorka.
Nie pociągnąłbyś tego jegomościa do odpowiedzialności?
Bóg mógłby zainterweniować, ale tego nie zrobił. Mógłby zmienić losy ludzi, ale tego nie robi, mimo, że to dla niego żaden wysiłek.
A gdyby człowiek był doskonały, nie byłoby grzechu. Truizm.Gdyby człowiek był doskonały, to Bóg nie byłby potrzebny.
A z jakiegoż to powodu bycie absolutem wyłącza te czynności (za wyjątkiem może znudzenia)?Bo skoro Bóg jako wcielenie perfekcji i obiektywizmu odczuwa zgoła ludzkie uczucia, to może reagować wedle owych ludzkich uczuć, i tak robi, a reagowanie na bazie uczuć to impulsywność, a Bóg nie może być impulsywny, bo to wada, a jeśli On ma wady, to nie jest perfekcyjny. Czyli chrześcijaństwo przeczy samo w sobie, bo Bóg nie może być perfekcyjny ORAZ uczuciowy jednocześnie.
-
'Oi.
Tak mnie czasem nachodzi na Kibelkowe Przemyślenia, i postanowiłem się podzielić ich produktem (znaczy się, produktem przemyśleń).
Zanim zacznę, to tylko zaznaczę, że jestem bardzo nieobiektywnym ateistą, ale staram się maskować nieobiektywizm, co mi się może nie udawać zbyt dobrze.
So.
Przyjmując, że Bóg istnieje, i że jest on taki, jak mówi nam to Biblia. Czyli - wszechpotężny absolut, oraz DOBRY.
No więc skoro Bóg ma być all-powerful, nie mieć początku ani końca, wiedzieć wszystko o wszystkim, to... Nie ma powodu do tworzenia świata, ludzi, czegokolwiek. Bo jaki był cel stworzenia świata? Biblia mówi, iż żeby zapełnić pustkę. No dobra, ale po co? Bogu się *nudzi* w pustce? Surely, to niemożliwe. A więc tworzy świat, daje ludziom wolną wolę. Dlaczego? Najprawdopodobniej dlatego, że stają się oni wtedy nieprzewidywalni, 'chaotyczni'. Mogą zrobić cokolwiek - dobro lub zło.
Ale jeżeli Bóg wie wszystko, to wie też, co zrobi poszczególny człowiek, nieważne, czy z wolną wolą czy bez. On po prostu wie, co się stanie, jak potoczy się życie każdego od początku do końca.
Wyobraźcie sobie oglądanie filmu 100 razy pod rząd. Albo 500. Albo 20 000 razy. Będziecie znać każdy szczegół na pamięć, wszystko co się dzieje, każda sentencja, każda klatka. Każdy zwrot akcji, wątek czy romans. A przecież przed ekranem trzyma nas niepewność. Co się stanie? Czy dobrzy wygrają? Kto jest zdrajcą? Kto mordercą?
My point is - jeżeli wie się w najdrobniejszym szczególe o wszystkim, co się wydarzy, to nie ma potrzeby tego oglądać. Nie ma celu, nie ma sensu. Wszystko to marność i pogoń za wiatrem.
Więc jeżeli Bóg mimo to stworzył ludzi, to są dwa warianty, dlaczego.
1. Bóg nie wie, co ludzie zrobią, i nie wie, jak potoczy się los ludzi i świata. Albo przynajmniej to może go jakoś 'zaskoczyć'. Czemu to takie ważne - bo to znaczy, że nie jest absolutem, że nie jest tym wcieleniem perfekcji, o którym mówi nam Biblia, a przecież perfekcja i czysty obiektywizm Boga to fundament, na którym stoi cała wiara chrześcijańska. Bo tylko jeden Bóg wie, co jest słusznym czynem.
A mówi nam, co jest dobre, a co złe, i odpowiednio nas za to karze/nagradza (o czym rozpiszę się kiedy indziej - też mi to mierzi).
Już nie wspominając o tym, że dobro i zło to abstrakcja. Nic nie jest dobre, ani złe. Nie ma czystego dobra i zła. Dam tu ekstremalny przykład - Hitler przecież wierzył, że to, co robi, jest dobre. Tak samo jak Longinus Podbipięta, odcinając kolejne łby (postacie fikcyjne FTW). Jeśli więc Bóg narzuca nam, co jest według niego dobre, a co złe, to znaczy jedno - Bóg jest nieobiektywny.
A to już niefajnie, bo skoro nasz wielki autorytet którego mamy bezwarunkowo słuchać i który w teorii ma być bez wad nagle wykazuje nieobiektywizm, to jednak nie powinniśmy się może go słuchać, bo nie wszystko, co nam rozkaże, będzie dobre...?
2. Ten bardziej ekstremalny wariant. Czyli - Bóg tworzy świat dla swej przyjemności, żeby patrzeć na jego losy, podczas gdy na Ziemi występują kataklizmy, ludzie cierpią, giną w mękach, nad nimi płaczą ich rodziny. Czyli Bóg jest po prostu... zły? Według mnie zło nie istnieje, lecz wyraźnie widać, że to nie do końca wyglądałoby tak, jak to sobie wyobrażają chrześcijanie.
To cierpienie jest bezsensowne. Bóg doskonale wie, kto pójdzie do piekła, kto 'zgrzeszy', mimo rzekomej wolnej woli. Czyli praktycznie ci ludzie od urodzenia skazani są na wieczne męki w piekle. To Bóg skazał ich na te męki, bo on doskonale wiedział, kto gdzie pójdzie. Gdyby świat nie istniał, i zostałaby pustka, to nikt by nie cierpiał. A Bóg przecież nie odczuwa radości, znudzenia czy gniewu. Ani miłości. Bo to ma być absolut.
Miłego gromienia mnie i moich bezsensownych(?) argumentów, guys.
Have a nice day.
-
Nie rozumiem pytania. Jeżeli przez 'oprogramowanie' masz na myśli sterowniki, to wgrały się z modemu, nie trzeba się było bawić płytkami, ani niczym. Po prostu podłączam modem, i działa, no big deal.
-
Hmm... A może jednak ktoś pomoże? <ach te rymy>.
-
Posiadam bezprzewodowy internet.
No więc, problem wystąpił po raz pierwszy, gdy kupiłem sobie borderlands (chyba nawet przez to forum). Tak czy siak, uruchamiam grę, i magicznie odłącza mi się internet. No ale nie zwracałem na to uwagi, bo co tam, i tak nie grałem na necie.
Potem kupiłem Flashpointa, i problem się ponowił. Ale wystarczyło, że alt-tabnę z gry, połączę net ponownie, i mogę grać w multi. No dobra.
Ale teraz przy zakupie Arkham City, problem wystąpił ponownie - ale niestety Games For Windows lubi robić ludziom kłopoty - żeby móc zapisać grę, muszę się zalogować. I byłoby wporzo zrobić sobie profil offline, ale cholerny GFW wciska mi jakiś updejt Arkham City. No a do tego potrzebuję internet, który się odłącza.
A gdy podłączam go ponownie, to GFW wywala mi komunikat, że 'upewnij się że internet był podłączony przy uruchomieniu', czy coś. A więc end of the line, trzeba coś z tym zrobić.
Windows 7, co do neta to jakiś modem huawei, czy coś.
Also, ten sam problem występował na innym komputerze (z tym samym modemem/internetem).
Gry i system operacyjny 100% legit oryginalne, słowo skauta.

Nie wiedziałem, czy dać ten temat do 'sieci i internet' czy do 'sprzęt i programy'. I hope I made a good choice.
Jakieś dodatkowe parametry powinienem udostępnić? Nie mam zielonego pojęcia, szto może być przydatne, a szto nie.
Ofc szukałem rozwiązania w necie, ale wszystkie tematy kończą się na 'och, tak, ja też mam taki problem' <nic dalej>, więc jestem zmuszony poprosić o pomoc ludzi zgoła kompetentnych, czyli FA.
Hewp me pwease

-
Tytoczku, 'rzondy' są teraz twoje, a posta w OA nie było od 23 października...
Masz czas, żeby się wykłócać, masz czas, żeby płakać do Rankina, ale nie masz czasu żeby pokazać, jak to świetnie 'rzondzisz'?
Biedactwo. Odpowiedzialność przytłacza, niestety.
Zegar tyka. Każdy kolejny dzień tylko potwierdza, że sobie nie radzicie.
-
Oj, oj, oj, ktoś tu chyba nie wyrabia z nauką...
Tytokuś rzucił OA, żeby poprawić zagrożenia?
To może cygnuś weźmie OA na swoje barki?
Nie?
Nikt nie radzi sobie z odpowiedzialnością?
No cóż, może nie trzeba było obalać tego, kto z odpowiedzialnością sobie RADZIŁ?
Biedactwa. Kontynuuję odliczanie do upadku OA. Tego oficjalnego, bo nieoficjalny już nastąpił.
-
Ojoj, chyba coś wam nie idzie beze mnie

Brakuje wam mnie? A może Tytok się rozmyślił, i Cygusiowi odeszła ochota 'do boju'?
Jakoś ambicja leży, bo bez odzewu się obeszło

Wygląda na to, że moje słowa BYŁY prawdziwe, bo nikt nic nie robi. Totalna bezczynność. Potrzebowaliście mnie do rozruszania akcji, bo samych was na to nie było stać.
A teraz radźcie sobie sami. Liczę dni do upadłości OA.
Trza się było zmobilizować, kiedy was o to prosiłem. Wtedy byśmy się nadal bawili, wspólnie współtworząc uniwersum i niepowtarzalne wydarzenia, jak za starych, dobrych czasów.
No ale cóż, świat się zmienia...
...ludzie też.
I o tobie mówię, Cygnus. Kiedyś byłeś naprawdę dobrym graczem.
Kiedyś.
@down:
Już widzę, jak to odbudowujesz. Nie sztuka stawiać gruzy na gruzach =p
-
Każdy ruch, każde dotknięcie sprawiało mi ból. Musiałem leżeć nieruchomo, a to nie w moim stylu; Jestem żywym ptakiem. Jedyne, co mogłem zrobić, to gadać. Dużo gadać.
- Kurczę Nathan, myślisz że jak owiniesz mnie w jakąś szmatę to nic nie czuję i możesz mną rzucać?! Argh! Nie trzęś tak!
Spojrzałem mu w oczy.
- Niech mnie potrzyma Julia. Jeśli do końca życia mam patrzeć na twoją twarz, to wolę... Ał! To wolę, żebyście mnie dobili i oszczędzili mi choćby tego cierpienia...
Chwila ciszy.
- Znaczy się, bez obrazy. Swoją drogą... Ludzie, wy znacie się na magii. Nie możecie po prostu rozwalić tej bariery i dotłuc elfa? Mam wrażenie, że... Ałć... Jeszcze nieraz się z nim spotkamy. A może rzućcie na mnie jakieś zaklęcie leczenia? Zaaplikujcie morfinę? Nieżywy się wam nie przydam... Chyba że macie ochotę na rosół. Ale słyszałem, że sokoły są łykowate.
Kontynuowałem swoje wywody, starając się uciec umysłem od cierpienia. Wiedziałem, że nie pozwolą, aby cokolwiek mi się stało. Chciałbym tylko wiedzieć, czego ode mnie chcą... W końcu nie ryzykują dla mnie życia tylko dlatego, że jestem wyjątkowo piękny. I mądry.
---------------------
Obrażenia:
- lekkie: 5
- poważne: 5
- krytyczne : 5
- śmiertelne: 0
Stres: 0
Mana: 15
-
A róbcie co chcecie. Ja mam już was dość. Może Cygnus wam pomoże, a może kolejka questów - bo ja już raczej nie.
-
Niechęć cygnusa i brak jakiejkolwiek kooperacji czy chęci fair gry lub choćby stworzenia jakichkolwiek warunków do podniesienia OA z gruzów zdemotywowała mnie ostatecznie. Mam dość. Radźcie sobie sami. Jak się coś ruszy to odpiszę, ale nie będę ciągnął tego po raz enty tylko po to, żeby Cygnus to wszystko rozwalił.
EDIT:
Wiem, że byłem za pełnym liberalizmem, ale... No ludzie, brains please. Liczyłem na zdrowy rozsądek... Tylko dzięki współpracy można tą zabawę odpowiednio pociągnąć, a gdy będziemy psuć sobie nawzajem akcje, to po prostu pozniechęca innych. Tak jak mnie teraz. Not nice.
-
Gdy Bajcurus usłyszał, że Casul stał się mistrzem podstawówkowej algebry, naszła go ochota, aby zaszyć się w klasztorze na jakieś 20 lat. Wynik był jednak poprawny.
- Uch. Co ja jeszcze mogę robić z machiną śmierci i bronią masowej zagłady? Nawet Sewastia bez problemu broni się przed wielkim miotaczem skompresowanej energii. Ale... Wiem! Przed tym się NIE obroni!
Nacisnął parę przycisków, pociągnął za dźwignię... i wprawił stację w ruch.
- Cała naprzód!
I wyprowadził potężnego kopniaka prosto w ekran komputera.
- Buachachacha!
Elektrownia zaczęła się przeciążać, i stała się niestabilna. W wyniku zderzenia z większym obiektem, eksplodowałaby z siłą.... Co tu dużo gadać, całkiem pokaźną. Wybuch wielkości Księżyca? Hell yea.
Kot rzekł do całego Miasta.
- No to teraz bogowie są waszą jedyną nadzieją. Powodzenia z akcją ratunkową! Miasto będzie lecieć aż dotrze do Sewastii, po czym rąbnie w sam jej środek. Tego nie rozłoży NIC!
I postawił przed kamerą klepsydrę, po czym wyszedł z sali kontrolnej i rzekł do Reavy:
- Teraz będą musieli zaatakować Elektrownię. Ja ustawiłem miasto na bezustanny kurs naprzód między galaktykami, a najbliższy obiekt, z którym można się zderzyć pojawi się za jakieś 300 000 000 lat. Ale oni raczej nie sprawdzą kursu, muehehehe. Zawsze wierzą mi na słowo, że ujawniam im mój mroczny plan. A plan jest taki: Wbijają do Elektrowni, po czym my.... Ją wysadzamy! Przeciążone systemy nie wyślą impulsu w inne dzielnice, aleeksplodują lokalnie, tylko z większą mocą. Stawiam 100$, że rozwalimy trzech bogów za jednym razem!
-
@up
Cyguś po pierwsze nie cytuje się postów znajdujących się bezpośrednio nad twoim. ---> regulamin FA

Po drugie, zabawa zdycha bo jeden z graczy nie odpisuje i przez to OA ma miesięczne zaparcia. Żeby coś odpisać, musiałbym wyrzucić do kosza ostatnie 15 postów albo po prostu je olać.
Po trzecie, 'zapytajnik' został użyty przez owego jegomościa ironicznie i celowo. Natomiast dam sobie głowę uciąć, że "wyCHodowanie grosika na grzybie" w twym ostatnim OA-owym poście było już nieco mniej celowe. I kole w oczy ciut bardziej.
Out.
-
Bajcurus wręczył Reavy rondel oraz miotłę.
- Kobieto, ty idź do kuchni. Tu się bawią meżczyźni.
Uśmiechnięta kocia twarz znów pojawiła się na wszystkich telewizorach Miasta.
- Ravenosa nie ma na horyzoncie... Czyli albo rebelianci się z nim policzyli za podwójną zdradę, albo... Coś razem knują. No cóż, tak czy siak, czas na moją ulubioną część programu - śmierć niewinnych ludzi! Na razie daruję sobie wysadzanie po kawałku mojego nowego królestwa, i przetestuję główną broń. III-haaa!
Kot wycelował działo cząsteczkowe zasilane energią z Elektrowni prosto w niewielkie państewko zwane... Sewastią.
- Nigdy więcej buntów w Sewastii! Płońcie!
- Ruszcie się z tym Ravenosem. Żywy, nieżywy półżywy, ważne żeby BYŁ. Uch. A teraz macie dwa dodatkowe zadania.
U rebeliantów pojawił się Listonosz Miecio, i dał im paczkę z zadaniami.
Pierwsze zadanie było diabelsko trudne, wymagało sprytu i zręczności.
Polegało na rozplątaniu słuchawek.
Drugie zadanie potrzebowało żelaznej logiki oraz nieprzeciętnego umysłu, gdyż była to najtrudniejsza zagadka matematyczna w historii podstawówki.
2+2*2=?
------------
Cyguś, jak nie chcesz wysadzenia sewastii, to napisz, że jakoś powstrzymujesz działo cząsteczkowe. Zdaję się na twoją kreatywność. Tylko chcę się upewnić że cię nie manipuluję.
EDIT:
@down żałuję, że cię nie zmanipulowałem... 0 kreatywności...
-
We wszystkich telewizorach w Mieście pojawiła się uśmiechnięta kocia twarz.
- Panie i panowie, witam w pierwszej edycji programu "Róbcie, co każę, albo coś rozwalę!". Uczestniczą w tym programie moi znajomi bogowie, którzy chcą oswobodzić Miasto, a także ci, którzy pomogą mi was terroryzować. Mueheheh. Jestem prezenter Bajcurus, a zarazem wasz nowy dyktator i terrorysta.
Podrapał się za uchem.
- Zasady gry są proste! Będziecie robić to, co sobie ubzduram, bo jak nie, to wysadzę jakąś część miasta. Robiąc, co wam każę, dostaniecie więcej czasu na zaplanowanie kontrataku. Proste. Dodam tylko, że wszyscy opuszczający lub przybywający na Miasto zostają natychmiast zestrzeleni, chyba że to bogowie uczestniczący w naszym teleturnieju. No więc, zabawę czas zaczać!
<muzyka z milionerów>
- Pierwsze zadanie: Niech wszyscy bogowie Miasta zaczną szukać osobnika znanego jako Ravenos. Obiecał pomóc mi was terroryzować, gdy dam mu prezencik. Ja swoją część umowy wypełniłem, teraz czas na niego... A skoro nie spieszy się z odwiedzaniem mnie, to wy go pospieszycie. Mueheheh. Lepiej się spieszcie - nie wiecie, kiedy skończy się czas, i jedna z waszych dzielnic zrobi ładne *bum*. Muahahahahaha!
--------------------
Markos jest zbyt zajęty przekraczaniem Wrót Baldura, aby napisać co-posta, piszę więc sam. Reavy może być 'drugą prezenterką', nie wiem, improwizuj. Chyba, że zapomniałeś. To my ci z Ravem przypomnimy.
<koniec orędzia do Markosa>
PS szkoda, że Syskol odszedł. Był dobrym graczem <zazwyczaj>.
-
- Dobra. Znasz się na runach, prawda? Oby. Musimy udać się do Międzynarodowego Muzeum Antyków (MMA). Tylko że jest to chyba najbardziej chronione miejsce na Ziemi. Może dlatego, że paru bogów usiłowało już wykraść z niego różne artefakty...
*pstryk* i pojawili się przed bramą Muzeum. Czterech żołnierzy natychmiast zauważyło czarnego kota oraz kamiennego olbrzyma pojawiających się w kuli ognia.
- Bogom wstęp wzbroniony! - krzyknął jeden.
- Nie jesteśmy bogami, tylko turystami - wyjaśnił Bajcurus.
- Od kiedy koty potrafią mówić? I kamienne statuy chodzić?
Bajcurus szepnął do Holzena:
- To co, zabijemy ich wszystkich? Czy masz lepszy pomysł?
Holzen tylko zgiął rękę, a ziemia otworzyła się pod dwójką z ochroniarzy, pochłaniając ich. Przez krótką chwilę było słyszeć trochę wrzasków, ale niedługo, póki ziemia się nie zasklepiła.
- Przejmij ciało tamtego, szybko - wskazał na najwyższego z żołdaków, a sam podszedł do ostatniego ocalałego, który właśnie sięgał po krótkofalówkę. Już miał ją uruchomić, ale akurat, cóż za pech, złapał go bóg i pstryknięciem palca, złamał mu kość.
- Kurrrnaaa! Ty draniu-ugh!
- Co? Nie słyszę - rzekł Bajcurus, próbując przekrzyczeć płonącego żołdaka, tarzającego się po ziemi i krzyczącego w niebogłosy. - To chodźmy po to ciało.
Bajcurus wykopał drzwi, i wszedł do środka, paląc wszystkich ludzi w zasięgu - zarówno gości Muzeum, jak i ochroniarzy. Po chwili jednak 'wypalił się'.
- Uch. Poza Otchłanią nie mogę przesadzać z mocą.
Wyjął więc pistolet, i masakrował niewinnych ludzi "ręcznie".
- Hmm... "The memorial of Lincoln's Memorial". To chyba tu.
Wykopał drzwi, i podpalił kilka ukrywających się osób. Na zewnątrz słychać już było syreny policyjne, i chyba helikopter.
- Hmm... Wygląda na to, że po Lincolnie został jedynie szkielet - rzekł Kot. - A gdyby tak...
Spojrzał na woskową figurę Lincolna. Wyglądała jak żywa osoba - tyle że nie była do końca 'martwym ciałem', a tego właśnie chciał Ravenos.
- Holzen, ty specjalizowałeś się w runach. Możesz to ożywić?
Bóg podszedł do grobowca i figury.
- Dam radę, to proste zaklęcie. W międzyczasie sugeruję, byś wziął zakładników, wskoczył do helikoptera i zamontował działko vulcana albo poszedł na kawę, względnie whiskasa.
Otworzył trumnę i wyjął kość, a następnie zaklął jej moc w kamieniu runicznym. Zdjął figurę z góry, jakby wyjmował ołówek ze szklanki i wlepił moc runiczną po wewnętrznej stronie, tak, by nie można jej było zdjąć, przynajmniej nie tak łatwo. Wątpił, czy to będzie później potrzebne, ale na wszelki wypadek, zapamiętał wzór.
Skorupa była gotowa, ale Bajcurusa nadal nie było. Nie żeby mu nie zależało. Poszedł więc do sąsiedniej sali, łamiąc po drodze łuk nad wejściem, i rozejrzał się po niej. Było w niej biurko, całkiem stylowe, orzechowe, w nawet dobrym stanie. Zaczął coś przy nim majstrować, gdy nagle, z tyłu wyskoczyła sporej wielkości szuflada. Zajrzał do środka i znalazł plik dokumentów. Niby nic ciekawego, ale usiadł i zaczął przeglądać. Kolejna mikstura? Ostatnia akurat się zużyła po tym, jak jego przeszłość wzięła nad nim górę...
... Złapał się za serce, dla pamięci. Już go nie miał. Teraz to było coś mechanicznego, sztucznego, nieprawdziwego... ale było warto, żeby chociaż odkręcić ten kawałek...
Nie umiał tego odczytać. Było to szyfrowane, ale lista składników była zrozumiała i... dość upiorna. Wywar z ryby głębinowej, sproszkowany ząb smoka górskiego, róg demonicznego marszałka? Skąd oni, do diabła, znaleźli takie składniki w XIX wieku?! Nieważne.
Schował plik papierów za pazuchę, akurat wtedy, gdy nadszedł Bajcurus.
- Nie kradnij dokumentów, tylko ożyw tą figurę, a ja zajmę się policją. Wrrh. Niekompetencja.
Bajcurus wyszedł z Muzeum, gdzie czekały na niego dwa helikoptery, trzy czołgi, pojazd opancerzony APC oraz kilkudziesięciu żołnierzy.
- Ani kroku dalej, dachowcu! Masz się natychmiast poddać!
Bajcurus zamruczał, i przybrał słodką pozę.

- Kiedy ja was słodko proszę
Piloci helikopterów stracili kontrolę nad swoimi pojazdami, i wyrżnęli w czołgi.
Prawo "Wybuchających Beczek" sprawiło, że wszystkie pojazdy wybuchły <w realu nic by oczywiście nie wybuchło, ale ćśś>.
Bajcurus wskoczył między żołdaków, atakując ogniem wszystko wokół.
Powłoka była gotowa. Teraz trzeba weń tchnąć trochę życia.
Holzen przyłożył usta tuż przed jego ustami i wdmuchnął szarawy strumień powietrza, który zaczął podgrzewać wnętrze. Wkrótce powieki ruszyły. Jak widać, jeszcze umiał ożywiac nieożywioną materię.
Sprawił mu przy okazji frak - tylko po to, by go za niego złapać i zeskoczyć z któregoś piętra, prosto na jeszcze sprawny czołg.
Dookoła latały jakieś pociski, ale nie zwracał na to większej uwagi.
- Gotowe. Chcesz jeszcze coś, czy może weźmiesz mnie do miasta? Mam... trochę rzeczy do załatwienia. Wolałbym też być obok na wypadek, jakby runa okazała się... nietrwała.
- Ta, to wszystko - rzekł kot, otrzepując się z popiołu.
- Co się tu dzieje?! Gdzie jestem?! - wykrzyknął Lincoln. Kot momentalnie zatopił mu sztylet w piersi, oraz przyzwał Boskiego Listonosza.
- Panie Wiesiu, proszę dostarczyć to do Ravenosa - oznajmił Bajcurus, i wręczył listonoszowi stygnące ciało.
- Ty chcesz do Miasta? Może jeszcze wyjawię ci mój plan, i w ogóle poddam się tobie? Wy świętoszki mnie nie oszukacie.
Teleportował jednak Holzena na najwyższą wieżę pałacu Moderatusa w Mieście, po czym pojawił się w Elektrowni.
- A ty co?! Ja też chcę więcej bezwolnych sługusów! A tak w ogóle, to żeby pokazać, że mówimy serio, to może wysadzimy jakąś dzielnicę.
Nie pytając o zdanie Reavy, przekierował energię do jednej z biednych, głównie opuszczonych (ale nie do końca) dzielnic. Światła rozbłysły, i po paru minutach oddziaływania szalejącej energii, po dzielnicy zostały tylko zgliszcza.
-
- Wokół mnie jest wiele martwych ciał, więc może coś znajdę, a teraz ZŁAŹ.
Kot otrzepał się, i zrzucił Ravenosa, po czym ruszył w kierunku wyjścia. Przy wyjściu zauważył wampira, stojącego sobie i nie przejmującego się rozwałką panującą dookoła.
- A ty co stoisz jak kij od szczoty? Jazda do Reavy, każ jej opanować tu sytuację a nie wygrzewać się w *moim* wymiarze. Nie zrobię za nią wszystkiego. Uch. Otaczają mnie głupcy.
I wyszedł. Miał dobrego kandydata na ciało dla Ravenosa, jednak żeby je zdobyć, trzebaby namówić do tego Ziemian. A oni chyba niechętnie oddadzą ciało jednego ze swych najsłynniejszych przywódców. Tu potrzeba kogoś obeznanego ze sztuką dyplomacji... Kogoś subtelnego i błyskotliwego...
Bajcurus pojawił się u Holzena stylową fireballową teleportacją w stylu Arcydiabła z Heroes 3.
- Hej golem, wisisz mi przysługę za ocalenie twojej duszy. A teraz potrzebuję pomocy, bo muszę wykraść ciało Abrahama Lincolna Ziemianom.
- Za tobą - lekko wyszeptał Holzen, ciągle leżący na polowym łózko.
Widać otoczenie niezbyt za nim przepadało, bo jakiś elf właśnie zamachnął się na kota... na tyle niefortunnie, że wpadł prosto pod jego pazury.
- Jak widzisz, raczej nie jestem w kondycji, by robić za przynętę. Poza tym, jakbyś nie zauważył, jestem już żywym trupem, gdy tylko bogowie się zgromadzą, by mnie osądzić. Ucieczka nie ma sensu, to wiem, co zrobić miałem - zrobiłem.
Zaczął patrzeć się w sufit.
- A po co Ci ono w ogóle?
- Już mówiłem, jest dla Ravenosa. A jak mu je dostarczę, to pomoże mi podbić galaktykę i terroryzować świat, więc warto spróbować.
Kot wskoczył na głowę Holzena.
- Wstawaj! Ocaliłem twoją duszę, więc masz robić to, co chcę! Chociaż raz!
Perswazja nie działała, ale Kot nie zrażał się.
- Wstawaj, albo powiem Casulowi, że pałasz do niego miłością.
- A co mnie to obchodzi? Równie dobrze mógłbym już odejść. Zresztą nie sądzę, że ktokolwiek Ci uwierzy po ostatniej rzezi, nie mówiąc już o czymkolwiek o mnie.
Strząsnął go z głowy i odwrócił się.
- Odrzuciłeś część mojej iskry, rezygnując ze wzmocnienia... Dlaczego?
- Bo zawsze dobrze jest mieć kogoś w garści! Dość tego, albo pomożesz mi zdobyć to ciało, albo napiszę Konishi, że urządziłeś przyjęcie dla niej i wszystkich jej znajomych! Twoje ostatnie godziny będą przebiegać w mękach, jakich nie doświadczył jeszcze NIKT!
Holzen powoli odwrócił się w jego stronę, z wkurzonąminą.
- Nie... no, kurna, takiego czegoś to nawet ty byś nie zrobił. Wrabiasz mnie, ale ja jestem silny.
Niestety, Bajcurus nie żartował, co dał mu do zrozumienia ponownie.
- No wiesz ty co?! Ty draniu! Niech Ci będzie, póki jeszcze stoję. A teraz won stąd, przed namiot!
Bajcurus, z diabelskim uśmiechem, wyszedł na zewnątrz.
Holzen zdjął kołdrę i wstał. Ciągle miał pół szklanego ciała, w takim stanie raczej nie byłby zbyt użyteczny.
Przyklęknął i zamknął oczy. Pomedytowawszy przez chwilę, jego ciało zaczęło się wykrzywiać. Zaczął krzyczeć, kiedy szklane protezy były wypierane przez brązową skałę. Po chwili był już w miarę normalnym stanie, ale nadal był osłabiony. Niemniej wyszedł przed namiot.
- Byle szybko.
To Be Continued...
--------------------
Powinienem dostać aczika "Mistrz perswazji" za przekonanie Holzena do ruszenia swojego leniwego...
...ciała.
Dodam to do kolekcji "100 aczików, które powinienem dostać w OA ale nie dostałem bo nikt o mnie nie pomyślał :C".
A, i jeszcze jedno:
MAAARKOOOOOSSSS~~
-
Bajcurus w kociej formie miał właśnie zamiar zrelaksować się w kąpieli z lawy, gdy nagle został teleportowany do Elektrowni.
- Co jest, do czorta?! Kto śmie...
Nie zdążył dokończyć, gdyż zauważył swoje demony niszczące wszystko wokół.
- Co wy wyprawiacie?! - wrzasnął na demony biegające wokół w koszulkach JO* na 100%. Oni wydawali się jednak nie słyszeć.
- Kto jest odpowiedzialny za to wszystko?!
Bajcurus wtargnął do sterowni, chcąc zablokować wejścia i wyjścia oraz powiadomić swoją wspólniczkę o zamieszkach. Nie spodziewał się tam jednak znaleźć.... Ravenosa.
- TY! Wracasz z zaświatów, żeby mnie nękać?! Niszczyć moje plany?! Ja ci zaraz...
Bajcurus nie zakończył swojej wiązanki obelg i gróźb, gdyż zauważył nowe nagranie nadawane na całe Miasto.
"Po co iść z modą? Dres i koszula JO* w zupełności wystarczą na całe życie! Prezentuję wam nowy styl życia - styl JO*! Widzisz na ulicy kogoś z ładnym telefonem? Może zauważyłeś nadobną dziewoję? A może po prostu za szybą wystawową widzisz fajny zegarek? Nic prostszego, złap kij bejsbolowy i bierz co chcesz! Załatw swoje sprawy w iście londyńskim stylu! Może nie masz głowy do języków? Nie martw się! Język JO* w wersji pisanej składa się tylko z jednego znaku, a mówionej - z kilku słów! A ty i twoi kumple zrozumiecie go na 100%! ****** ****, ****** ****! ********! Czyż to nie cudowny język? Bez zbędnych zasad gramatycznych, oraz bez tysięcy słów które nie zmieszczą się w waszej łepetynie! Zapraszamy do klubu JO - sekretne pytanie pozwalające na wejście to "Masz jakiś problem?"......."
- RRRGHHH... Ja nagle... Czuję wielką potrzebę zniszczenia czegoś....
Spojrzał Ravenosowi w oczy.
- Na szczęście, ja zawsze się tak czuję. A ty teraz wyjaśnisz mi, czego chcesz dokonać, niszcząc mój perfidny plan podbicia świata.
*O - Otchłań


Watashi ga Motenai no wa Dou Kangaetemo Omaera ga Warui!
w Manga & Anime
Napisano · Raportuj odpowiedź
Ja bym to nazwał tą samą konwencją, nie dowcipem. Chodzi tu o różnorodne perypetie; nie każdy main musi być postacią dynamiczną, nieprawdaż?
Jednak masz trochę racji - jej problem pozostaje nierozwiązany. Ale gdyby znalazła tych przyjaciół po dwóch odcinkach, nie byłoby o czym robić ciągu dalszego.
Najprawdopodobniej w Watamote chodzi po prostu o obnażenie i wyolbrzymienie problemów, z którymi spotykają się 'hardkorowi otaku'. Tak, że niektórzy znajdą w tym parę rzeczy odnoszących się do nich samych, choć oczywiście w tym anime mocno przesadzonych.
Takie "I laughed, but it hurt a little". Smutne, ale przyjemne, według mnie.