muszonik

Forumowicze
  • Zawartość

    464
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O muszonik

  • Tytuł
    Człowiek

Ostatnie wizyty

5430 wyświetleń profilu
  1. Jak pisałem już w raporcie z lektury ostatnimi czasy, po trwającej niemal 10 lat przerwie wróciłem do jednej z najważniejszych książek w moim życiu czyli Władcy Pierścieni. Podobnie jak dawno, dawno temu książka wywarła na mnie duże wrażenie. W niniejszym wpisie chciałbym się podzielić spostrzeżeniami z lektury pierwszego tomu. Nie będzie to recenzja tylko dość luźna garść spostrzeżeń: 1) O krytykach Władcy Pierścienia W zasadzie od momentu wydania Władca jest pozycją dość mocno dyskutowaną i spotyka się z liczną krytyką. Wspomina o tym zresztą sam autor: Pewne osoby, które przeczytały, a w każdym razie zrecenzowały tą książkę oceniły ją, że jest nudna, niedorzeczna i nic niewarta; nie mogę się obrażać, bo sam podobnie osądzam ich dzieła lub też rodzaj literatury przez nich zachwalany. Ale pan zaorał panie Tolkien... 2) Wojny o biżuterie: W sumie wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale obydwie, najważniejsze wojny w Śródziemiu stoczono o klejnoty. W pierwszej erze była to wojna o Sirmarille, która tak naprawdę rozpoczyna zarówno bytność Elfów, a przynajmniej Noldorów w krainie oraz epokę wojen z Mrocznymi Władcami. Druga to oczywiście Wojna o Pierścień, która obie kończy. 3) Hobbity: najbardziej cywilizowana nacja Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale hobbici są w sumie najbardziej cywilizowaną nacją jeśli nie całego Śródziemia, to z pewnością Eriadoru. Elfy, których w tym regionie jest nadal całkiem sporo są w sumie dość prymitywne, w szczególności pod względem społecznym, podzielone na nieskomplikowane wodzostwa. W Górach Błękitnych siedzą krasnoludy i klepią biedę, choć to pewnie jedyna nacja z którą się hobbici zadają. Dunedanów jest mało i głównie włóczą się bez celu, inni ludzie siedzą w lasach Minhiriath, trochę ich mieszka w Bree i trzech wioskach wokół niego. Prócz nich trochę wieśniaków jest być może jeszcze w pozostałościach Cardolan i z cała pewnością w Rhuduar… No i jeszcze są trolle z Ettenmoors. W takich realiach to nic dziwnego, że Hobbici nie wychylają się ze swojego kraju i trzymają się granic wyznaczonych przez granice naturalne: na zewnątrz nie za bardzo jest z kim gadać. Handel najpewniej odbębnia za nich Bree, dla którego pełnią pewnie funkcje zaplecza. 4) Shire: miejsce bardzo toksyczne Taka mała, zapadła wiocha, gdzie ludzie żyją plotkami. Atmosfera jest u nas w pokoju socjalnym: jeśli coś powiesz, ludzie będą ci to pamiętać do końca życia. Jeśli nic nie mówisz, uznają cię za gbura. Tajemnic i sekretów żadnych nie da się utrzymać, po tygodniu wszyscy i tak wszystko wiedzą, a do tego podają dalej. Ponoć miało to przedstawiać relacje między angielskimi ziemianami. Dla mnie wygląda to jednak jak typowa prowincja: w Ciemnogrodzie (jeśli pominąć większą ilość patologii w okolicznych wioskach, choć nie wiadomo tak naprawdę ile Tolkien przemilcza) jest tak samo ciasno i duszno. 5) Klub Pickwicka: Opowieść, aż do mniej-więcej spotkania z Aragornem Władca Pierścieni bardziej przypomina Klub Pickwicka, niż typową powieść fantasy. Hobbici, nawet Frodo, ostrzeżony przez Gandalfa tak naprawdę nie znają i nie rozumieją niebezpieczeństwa. Nazgule traktują raczej jak jakichś natrętów, czy drobnych łotrzyków, a nie wcielone zło. Idą jak na majówkę, co chwila wpadając w tarapaty, recytują poezję, goszczą w zajazdach, bywają zapraszani na kolacje, zabawiają się ploteczkami i żarcikami… Dopiero spotkanie z Aragornem zmienia ich postrzeganie rzeczy, a i to nie od razu. Wydaje się, że po prostu z czasem coraz bardziej się uczą. Jedna z analiz Władcy Pierścieni głosi, że Nazgule wraz z rozwojem akcji wyraźnie potężniały… Myślę, że tak nie było. To po prostu percepcja hobbitów się zmieniała. Im więcej czasu upłynęło, tym bardziej sobie zdawali sprawę z tego, z czym mają do czynienia. 6) Sam-prostaczek? Ale dla kogo? Sam czasem określany jest jako prostaczek oraz osoba, która ma uosabiać chłopski rozum, rozsądek i chłodną kalkulację. Jeśli ktokolwiek wśród hobbitów zaprzyjaźnionych z Frodem posiada te cechy, to jest to najpierw Grubas Bolger (ten jego kumpel, który został w domu), a potem Frodo. Sam to zupełnie inna postać: owszem bystry, ale marzyciel i romantyk: pisze wiersze, marzy o elfach i szerokim świecie, cudach i ładnych widoczkach. Shire jest dla niego wyraźnie za ciasne, zresztą, wszyscy się tam z niego śmieją. Owszem, jest bardzo zaradny, nawet bardziej bardziej, niż inni hobbici, jednak to zupełnie inna postać. Gdyby żył dzisiaj pewnie grałby w Skyrima i czytał książki fantasy. To bardziej młody Tolkien w okopach pod Sommą, niż Sancho Panza, którego niektórzy w nim widzą. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  2. Kiedyś w Magii i Miecz publikowany był „cykl” (choć to dość mocne słowo, bowiem do druku trafiły o ile pamiętam dwa artykuły) prezentujący sprzęt wykorzystywany przez przedstawicieli różnych, fantastycznych profesji (złodziei i alchemików dokładniej rzecz biorąc). Uznałem, że spróbuję napisać coś podobnego, w nadziei zainspirowania czytelników. Zacznę od sprzętu bliskiego memu sercu, czyli wyposażenia dzikołaza: łowcy, zwiadowcy, fotografa przyrody, leśniczego, ratownika medycznego etc. służący do poruszania się po lesie. Aparat fotograficzny Zacznę głupio: całkiem niezłym sprzętem w rękach niektórych osób spędzających dużo czasu na łonie przyrody jest aparat fotograficzny wysokiej klasy. Sprzęt ten zarówno może stanowić ich główne wyposażenie, jak w wypadku zwiadowcy, fotografa przyrody lub szpiega (polska Agencja Wywiadu Wojskowego i Służba Wywiadu co jakiś czas poszukują „fotografów z predyspozycjami do pracy na łonie natury”) ale też całkiem przydatne narzędzie łączące w sobie kilku innych sprzętów. Tak więc: dzięki obiektywowi teleskopowemu aparat może pełnić funkcję lornetki. Czułość ISO powyżej 12800 zapewnia całkiem poręczny noktowizor (aczkolwiek nie tak skuteczny, jak prawdziwy) większość tych najlepszych aparatów ma wbudowany GPS Buty Najbardziej podstawowym sprzętem outdoorowym są dobre buty. Buty powinny mieć dużą przyczepność do podłoża, być wyposażone w membranę odpychającą oraz wodoodporną, pozwalającą na co najmniej 4 godzinną wodoodporność, posiadać amortyzację oraz dobrze trzymać się kostki. Na rynku dostępne są modele letnie i zimowe, do wspinaczki górskiej oraz wytłumione, redukujące hałas. Marsz w tak opisanych butach jest dużo łatwiejszy niż bez nich. Bez mała można powiedzieć, że osoba idąca w dobrych butach może przejść nawet dwa razy dłuższy dystans, nim się zmęczy. Co więcej może wejść w miejsca, w które osobnik bez takich butów nie wejdzie, przykładowo z dużą łatwością forsuje się w nich skarpy, podmokłe łąki, płytkie cieki wodne, bajora, błoto, śliskie wskutek deszczu zbocza, na których w innych warunkach by się człowiek wywrócił etc. Podczas radzenia sobie z tym ostatnim przydaje się zwłaszcza membrana odpychająca. Jeśli wejdziemy w błoto w zwykłych butach to oblepi je ono grubą skorupą utrudniając nam dalszy marsz. W butach trekingowych możemy to zrobić spokojnie, a po trzydziestu minutach odkryjemy, że są one idealnie czyste: bród sam odpadł. Filtry do wody W trakcie dłuższych wypraw konieczne staje się uzupełnianie wody w lokalnych źródłach. Te nie zawsze są godne zaufania (a jeśli jesteśmy w innej części świata, niż nasza rodzima, to dzięki obcej florze bakteryjnej nawet źródła bezpieczne dla tubylców nam zagwarantują rozwolnienie). Z problemem tym można radzić sobie na dwa sposoby: gotując wodę lub dezynfekując ją za pomocą specjalnych tabletek (podobno można używać też wybielacza do prania, ale mi ten sposób wydaje się głupi) zawierających chlor lub fluor oraz za pomocą filtrów. Filtry mają różną postać: od zwitek papieru przypominających filtr do kawy, po dość skomplikowane ustrojstwa. Są o tyle przydatne, że usuwają zanieczyszczenia takie jak piasek, muł, ziemia etc. których zwykłe gotowanie nie usuwa. Te lepsze likwidują też skażenie biologiczne. Kamizelka taktyczna Kamizelka taktyczna to uprząż z licznymi kieszeniami i zaczepami. Zależnie od naszej pomysłowości i potrzeb może służyć do mocowania narzędzi, manierek, przenoszenia amunicji oraz broni krótkiej, sprzętu, obiektywów fotograficznych i innych takich. Kompas: Jaki koń jest każdy widzi. Współczesne kompasy często posiadają też poziomice, podświetlaną elektrycznie lub fluorescencyjnie tarczę do pomiarów w nocy, lusterko (przydatne do sygnalizacji i pomiarów w nocy) oraz przyrządy celownicze. Te ostatnie służą do wyznaczania azymutu, czyli kąta mierzonego z konkretnego punktu, przydatnego przy wyznaczaniu marszruty. Krzesiwo: W dzisiejszych czasach nie ma chyba większego sensu stosowania krzesiwa, aczkolwiek narzędzie to ma kilka zalet: nie może zamoknąć i nie może się skończyć. Krzesiwa wykonywane są z różnych materiałów w tym ze stali i kamienia oraz (moje ulubione) magnezjowe. Te ostatnie składają się z kawałka magnezji i pilniczka. Najpierw nożem lub gładką stroną pilniczka spiłowuje się odrobinę magnezji (nie jest to konieczne, ale może ona służyć za rozpałkę), a następnie za pomocą szorstkiej krzesze się iskry. Te mają temperaturę 3.000 stopni, dzięki czemu szybo zapalają nawet najbardziej oporne materiały. Kuchenki ekspedycyjne Różnych kształtów i rozmiarów, zwykle wyposażone też w szereg innych udogodnień, jak lekkie garnki i czajniki, zestaw menażek, termosy obiadowe i termokubki etc. Często cały zestaw waży mniej niż kilogram. Kuchenki dzielą się na kilka typów: do palenia drewnem i chrustem, do palenia gazem oraz takie do palenia specjalnym, stałym paliwem, często na bazie etanolu. To ostatnie jest bardzo wydajne i lekkie (jedna kostka o wadze 4 gramów pali się 15 minut, wystarcza do przygotowania posiłku, nie powoduje dymu, nie zostawia popiołu, a co więcej jest wodoodporne i pali się w każdych warunkach. Latarka: Latarki dzielą się na: sygnałowe, do wysyłania sygnałów alfabetem Morse'a czołowe kątowe, o regulowanym kącie świecenia oraz taktyczne do mocowania na broni. Latarki taktyczne świecą bardzo silnym światłem, które w ciemnościach oślepia przeciwnika, sprawiając, że jesteśmy dla niego tylko rozmytą, białą plamą. Ciekawą funkcją niektórych latarek jest tak zwany dazzler, czyli możliwość emitowania nagłego, bardzo silnego strumienia światła, oślepiającego przeciwnika, jeśli błyśniemy mu takim ustrojstwem w oczy. Niektóre latarki dodatkowo posiadają silny dazzler laserowy trwale uszkadzający rogówkę, jednak tego typu sprzęt jest zabroniony przez prawo w większości państw (i konwencję genewską). Część latarek jest bardzo ciężka i specjalnie zbudowana tak, by dało się je użyć jako kubatonu, czyli krótkiej pałki. Inną funkcją jest laserowy pointer. Jeszcze jedną jest możliwość emisji promieniowania podczerwonego zamiast światła. Pozwala to podświetlać cel dla ludzi wyposażonych w noktowizory nie zdradzając swojej pozycji. Ostatnio pojawiły się też tak zwane latarki „torch” czyli emitujące bardzo silne, skupione światło, którego można użyć np. do krzesania ognia. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  3. Obserwacja koleżanki przy pracy zachęciła mnie do napisania jeszcze jednego tekstu o moderacji. Zastanawialiście się kiedyś jak to wygląda od strony moderatora? Oraz co czuje „człowiek pociągający za spust”? Główne problemy: W skrócie: od strony moderatora istnieją, po zredukowaniu różnic osobowościowych i motywacyjnych trzy typy problemów, z którymi styka się on niemal na co dzień. Są to: pospolity idiota user na złej drodze klient konfliktowy Pierwszy i najważniejszy problem stanowią ludzie, którzy są zwyczajnie głupi i w sumie, to nie wiadomo o co im chodzi. Co jakiś czas przychodzą i wpisują posty, które a) albo nie mają sensu b) albo powodują nagłe zawieszenie się systemu u czytającego (typu „Widać, że nigdy nie byłeś w Afryce”. O co chodzi? Jaka znowu Afryka?) albo też c) uważają, że poczujecie się bardzo zranieni i zrobicie sobie krzywdę, bo napiszą pod waszym adresem kilka wulgaryzmów. Ludzie tacy najczęściej poruszają się poniżej moderacyjnego radaru, bowiem piszą z gościa. Ich posty zwykle są natychmiast kasowane, a jeśli założą konto: moderacja pozbywa się ich po kilku dniach. Typ drugi, to zwykli userzy, którzy zrobili coś nie tak. Zwykle metodologia radzenia sobie z nimi wygląda tak, że zwracasz mu uwagę publicznie lub na privie, on odpowiada i stosuje się do twoich zaleceń typu zasady wstawiania obrazków, dopuszczalny styl wypowiedzi etc. Albo też, jeśli nie stosuje się do twoich zaleceń: otrzymuje ostrzeżenie, a potem bana. W bardzo licznych sytuacjach okazuje się wówczas, że trafiliśmy na jakąś primadonnę, która po zwróceniu uwagi obraża się i zaczyna się kłócić, bronić demokracji i innych tego typu rzeczy oraz obrzucać modów wyzwiskami. Osobnik taki zwykle dość szybko sobie grabi i jest banowany. Niektóre społeczności mają zresztą w swoim regulaminie zapis zabraniający dyskusji z moderatorami. Służy on właśnie do radzenia sobie z gburami. Typ trzeci to ludzie sprytni, ale wredni, nawracający, znający i wykorzystujący regulamin, posiadający licznych kumpli oraz społeczne poparcie lub po prostu uparte świry. Do tej kategorii zaliczają się między innymi różni dowcipnisie, rycerze lewej i prawej strony czy trolle, które od razu przywędrowały w większej grupie. Pozbycie się tego typu osób jest zazwyczaj bardziej skomplikowaną pod względem organizacyjnym operacją, zwykle zatrudnia się do tego kilku modów, którzy koordynują swoje działania. Forum administracyjne: Moderacja posiada kilka narzędzi, którymi się posługuje. Pierwszym z nich jest dostęp do forum administracyjnego lub moderacyjnego, lub też możliwość pisania ukrytych, widocznych tylko dla innych moderatorów postów. Zasadniczo zazwyczaj istnieją dwa typy ukrytych pod-forów lub wiadomości. Są to: forum administracyjno-moderacyjne kosz na śmiecie Do „kosza” przesuwane są kasowane wpisy oraz usuwane tematy. Dzieje się tak na wypadek konieczności kłótni z userem, na wypadek błędu moderatora oraz po to, by jego koledzy wiedzieli za co poszedł ban i czy był uzasadniony. Gromadzi się tam też materiał dowodowy. Na forum administarcyjnym natomiast jak łatwo zgadnąć rozmawia się oraz pisze raporty typu („XYZ, dostał bana za przeklinanie”). W normalnych okolicznościach bowiem moderatorzy się komunikują, w wypadkach mniej oczywistych naradzają i podejmują wspólne decyzje. Często też rozmawiają przez różnego rodzaju komunikatory internetowe. Wspomnienie o tym jest o tyle istotne, że niektórym userom wydaje się chyba, że – gdy zostali ukarani przez jednego moda – mogą natychmiast udać się do innego, nakłamać mu i spróbować wmówić, że są niewinni. Tak, jakby ci działali w zupełnej próżni. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  4. Wraz ze wzrostem mody na zewnętrzne oznaki patriotyzmu Internet zaczął zapełniać się niesłychanymi ilościami bzdur. Jedną z nich było nagłe zainteresowanie się polskimi szablami husarskimi, którym zaczęto przypisywać takie same, czarodziejskie właściwości jak kiedyś japońskim katanom. Pora zająć się z krążącymi w kulturze popularnej mitami: Co to jest „szabla husarska”: Szabla husarska, zwana też pałaszem krzywym, pałaszem husarskim (błędnie, pałasze husarskie były bowiem inną bronią) i czarną szablą jest sposobem wykończenia (a nie innym typem) szabli, który pojawił się około roku 1650, a występował gdzieś do roku 1700-1730. Od innych szabli różni się stosunkowo niewiele, bowiem głównie konstrukcją rękojeści. Sama głownia pozostaje niezmieniona, często zresztą wykorzystywano starsze głównie np. szabli polsko-węgierskich, ormiańskich lub zdobycznych szabel wschodnich, którym dorabiano nowe rękojeści. Zdarzało się też, że później, szable husarskie przerabiano na karabele. Rękojeść posiada długi jelec w formie wąsów i jest zakmnięta. Po wewnętrznej części jelca znajduje się tak zwany „paluch” czyli pierścień służący za oparcie dla kciuka. Jest to bardzo ważny szczegół konstrukcyjny, bowiem całkowicie zmienia on sposób prowadzenia broni. Paluch sprawia, że oręż dużo trudniej jest stracić w trakcie walki, czy to wytrącony przez przeciwnika, czy też upuścić w trakcie bardzo silnego uderzenia. Jest to szczególnie istotne w trakcie walki konnej, do której szabla ta służyła, gdzie z racji na warunki zadaje się pojedyncze, bardzo silne ciosy. Po drugie taki oręż znacząco ułatwia cięcia z przeciągnięciem, czyli po prostu przesuwające się po ciele, krojące je. Cięcia takie są dość powierzchowne, jednak rozległe, powodują silnie krwawiące rany i uszkadzają odsłonięte tętnice. Ich wartość w starciu z ciężko opancerzonym przeciwnikiem jest znikoma, jednak w okresie tym pancerze już w zasadzie wychodziły z użycia. Typowo polska, wymyślona i kuta przez Polaków… Szabla w żadnym razie nie jest polskim wynalazkiem. Ogólnie rzecz biorąc szable są wynalazkiem bardzo starym. Po raz pierwszy pojawiły się w późnej starożytności w regionie Wielkiego Stepu, gdzie wykształcił się typ zakrzywionej broni jednosiecznej służącej głównie do cięć. W regionie tym toczono walki głównie z konia, gdzie nie było możliwości wykonywania licznych manewrów, liczył się pojedynczy atak, który musiał być silny i szybki. Broń ta, rozpowszechniona przez ludy turecko-mongolskie trafiła na przełomie starożytności i średniowiecza do Chin i Europy. O ile w chinach przyjęła się bardzo szybko, dając początek charakterystycznemu mieczowi dao, tak w Europie po okresie najazdów Hunów i Awarów popadłą w zapomnienie aż do XIII wieku, gdy została ponownie wprowadzona do Europy i na Bliski Wschód przez Mongołów. Początkowo szabla nie cieszyła się większą estymą, staje się jednak dość szybko bronią mieszczańską i chłopską (rycerzom często zabraniano lub przynajmniej odradzano ją nosić), gdyż jest prosta w obsłudze: ciosy szablą obejmujące głównie cięcia z nadgarstka i łokcia są dużo bardziej intuicyjne i instynktowne, niż techniki mieczowe, wymagają więc mniej treningu. To, że szabla była mało skuteczna w konfrontacji ze zbroją natomiast kmiotków mało interesowało. Kariera szabli wśród szlachty polskiej zaczęła się wraz z wyborem Batorego na króla w XVI wieku. Batory przywiózł tą broń z ojczystych Węgier, a królowi nie wypadało mówić, że nie wypada… Co więcej broń ta była w Rzeczypospolitej już wcześniej rozpowszechniona dzięki wzorcom szlachty litewskiej i ruskiej (które od XIII wieku kultywowały wojskowość opartą na wzorcach mongolskich, a nie zachodnich, jak podówczas szlachta polska). Jest to tak zwany typ szabli polsko-węgierskiej, będący kontynuatorem wcześniejszej szabli węgierskiej. Powodów popularyzacji szabli jest kilka: zanik pancerzy, zanik tradycji rycerskich wśród szlachty polskiej (od drugiej połowy XV wieku szlachta składa się raczej z rolników niż wojowników) oraz reorientacja naszej wojskowości z zachodu na wschód, przeciwko najpierw Tatarom, a potem także Turkom i ma końcu Moskwie. Wraz z popularyzacją szabli wśród szlachty, od drugiej połowy XVII wieku zaczyna pojawiać się masowo oręż wschodni i naśladujący wschodni. Są to: szable kirgiskie (czeczugi): ze skróconym jelcem krzyżowym lub też w ogóle go pozbawione oraz o wygiętych rękojeściach Szable tatarskie (ordynki): jako jedne z nielicznych różniące się od pozostałych konstrukcją głowni. Ta jest ciężka i gruba, do tego dochodzi ciężki jelec chroniący dłoń i wygięta rękojeść. Szable takie są bardzo dobre do walki konnej, ale gorzej nadają się do ogólnego fechtunku pieszego. Ordynka (a nie szabla czarna) była głównym wyposażeniem jazdy w II połowie XVII wieku i na początku wieku wieku XVIII. Prócz nich pojawiają się też szable wyraźnie inspirowane bronią zachodnią jak: Smyczki, podobnie jak ordynki różniące się innych szabli budową głowni. Posiadają długi sztych oraz głownie o bardzo małej krzywiźnie, służące głównie do cięć, ale dysponujące też większą niż w wypadku normalnej szabli zdolnością pchnięć. Pochodzenie ich jest nieznane, najpewniej narodziły się gdzieś na terenie Europy Środkowej, pod wpływem wcześniejszych głowni mieczowych i broni zachodniej typu szpad i rapierów. Szable husarskie właśnie, wykorzystujące typowe głownie szablowe (często pochodzące z szabel polsko-węgierskich lub czeczug) oraz silnie inspirowane wpływami zachodnimi, zamknięte głowice i paluchy. Paluch nie pojawia się w szablach wschodnich, jednak, podobnie jak zamknięta rękojeść nie jest polskim wynalazkiem. Pochodzi prawdopodobnie od szabli włoskich, gdzie występował już w XVI wieku (same zamknięte rękojeści to natomiast najpewniej pomysł bałkański, który pojawił się w tamtejszej broni). Po roku 1650 pojawia się jeszcze jeden typ szabli. Jest to karabela, zwana też „szablą ormiańską” czyli szabla o wykończeniu tureckim. Faktycznie karabele często wykorzystywały głownie z wcześniejszych szabli, do których dorobiono nową rękojeść. Były one otwarte i bogato zdobione. Od około roku 1697 wypierają one z użycia inne typy szabli. Karabele były głównie elementem stroju narodowego, rzadko je jednak używano bojowo, gdyż uchodziły za zbyt kosztowne. Oręż większość zwycięstw Rzeczpospolitej: Jeśli ktoś dokładnie czytał powyższy wywód wie już, że szabla husarska nie była orężem większości zwycięstw III Rzeczpospolitej. Była orężem tylko dwóch znacznych wygranych: II Odsieczy Wiedeńskiej oraz niedługo później: Drugiej Bitwy Pod Parkanami. Oraz całkiem sporej liczby klęsk, począwszy od I Bitwy pod Parkanami. Niestety szabla husarska wymyślona została zbyt późno, by załapać się nie tylko na czasy świetności oręża III Rzeczpospolitej, co nawet na Potom Szwedzki. W czasach swej największej świetności husaria korzystała z innej broni bocznej: czekanów, pałaszy i koncerzy. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  5. Maj był dość nieudanym miesiącem jeśli chodzi o lekturę. Udało mi się w jego trakcie przeczytać zaledwie trzy książki. Winnych łatwo wskazać: duża aktywność zwiedzających w pracy, przez których nie mogłem czytać, oraz urlop, który tym razem postanowiłem spędzić aktywnie. W efekcie czego w tym miesiącu padły jedynie trzy pozycje. Miesiąc nie minął na przyjemnej lekturze także z innego powodu: oszwabili mnie na Allegro. Zamówiona książka („Kocioł” Larrego Bonda) nie przyszła, mimo wpłaconych pieniędzy. Pierwszy raz mi się coś takiego zdarza. Przeczytanymi pozycjami natomiast były: Armia rzymska: Od czasów cesarza Galiena do bizantyjskiej organizacji themowej Ocena: 7/10 Jak łatwo zgadnąć jest to kolejna pozycja historyczna. Tym razem jest to wydanie dość starej i niestety pod wieloma względami przestarzałej, acz klasycznej pracy pochodzącej z początków zeszłego stulecia. Jak łatwo zgadnąć omawia ona strukturę armii rzymskiej (cesarstw wschodniego i zachodniego) w schyłkowym okresie tego ostatniego. Praca jest bardzo dokładna i dość rzetelna, aczkolwiek napisana trudnym, zagmatwanym językiem. Autor, jak to Niemiec ma tendencje do pisania długich zdań długimi słowami, które ledwie mieszczą się na stronach. Podaje też w wielu miejscach informacje siłą rzeczy dziś nieaktualne, oraz lansuje poglądy, których dziś nie da się już wybronić. Momentami też stara się przepychać swoje interpretacje w sposób niekiedy dość śmieszny np. tłumacząc bucellari jako „zjadaczy wykwintnego pieczywa”, podczas gdy zwrot ten najczęściej przekłada się na „zjadaczy sucharów”. Oznaczał on najemnych żołnierzy z drużyn prywatnych, w których autor upiera się widzieć ludzi o wysokim statusie społecznym i udowadnia to posuwając się do opisanej wyżej, słownej ekwilibrystyki. Ogólnie rzecz biorąc jednak jest to książka niezła. Osobom zainteresowanym tematem w prawdzie radziłbym zacząć od jakiegoś, nowszego i bardziej aktualnego opracowania, aczkolwiek sam uważam, że skorzystałem na jej lekturze. Niebo ze stali: Ocena: 8,5/10 Trzeci tom Opowieści z Meechiańskiego Pogranicza. Tym razem spotykają się ze sobą postacie Wchodu i Północy, a losy poszczególnych bohaterów zaczynają się powoli splatać. Główną osią fabuły jest jednak powrót zamieszkującego wozy ludu Verdano na ich rodzime stepy oraz trudne relacje łączące ich z innymi plemionami koczowników. Ponownie Wegner bardzo dobrze łączy motywy i wątki znane już z twórczości Feliksa Kressa (moralnie ambiwalentni bohaterowie i twarde, żołnierskie życie, próby wydarcia tajemnic z otaczającego bohaterów, nie do końca rozumianego świata) z tymi z prozy Davida Gemmelna (epickie bitwy, bohaterstwo i poświęcenie). Główną atrakcją książki jest więc pełne rozmachu starcie między Verdano, a Sekoliatczykami, będące, podobnie jak walki w poprzednich tomach prawdziwym „gunpornem”. Do tomu czwartego przeszedłem więc prawie płynnie, z niewielką przerwą na inną lekturę. Władca pierścieni: Drużyna pierścienia Ocena: 10/10 W tłumaczeniu Marii Skibniewskiej (czyli klasycznym). Nie jest to w moim wypadku nowa lektura. Przeciwnie: Władcę pierścieni czytałem już przynajmniej osiem razy (co najmniej trzy razy w podstawówce, najmniej dwa razy w liceum, w tym raz w wydaniu prawdziwie-Łozińskiego, jak wchodził film, najmniej raz na studiach, oraz najmniej raz po studiach, gdy kupiłem sobie wreszcie własnego), jednak ostatni raz musiało mieć to miejsce z 10 lat temu. Potem brak czasu sprawił, że nie wracałem do lektury więcej. W sumie to nawet trochę się bałem, tym bardziej, że zeszłoroczna powtórka trylogii filmowej byłem raczej rozczarowany. Niedawno wróciłem. Spowodowane było to wyrwą w planie czytelniczym spowodowaną tym nieszczęsnym problemem z „Kotłem”. I muszę powiedzieć, że… O Jezu! Jakie to dobre! „Władca pierścieni” jest, nawet po dziś dzień książką inną. Koncentruje się raczej na budowaniu świata, niż na szybkiej akcji i pogoniach, nie korzysta z ogranych, hollywoodzkich chwytów dramatycznych, ma raczej powolną, stateczną fabułę. Jednocześnie z każdym czytaniem znajduje w nim coś zupełnie nowego, co wcześniej mi umknęło. Czy zauważyliście na przykład jak duszna, toksyczna atmosfera panuje w Shire? Albo jakim romantykiem jest Gimli? Lub też że Sam to taki trochę nieśmiały intelektualista, a nie żaden wiejski prostaczek, jak go często malują? Strasznie mi się ta książka podoba. A to dopiero pierwszy tom. Ten najsłabszy w dodatku. Post pochodzi z Bloga Zewnętrznego.
  6. Science fiction posługuje się bardzo bogatym zbiorem fikcyjnych technologii, z których wiele służy do odbierania życia innym ludziom. Pytanie brzmi, jak wiele z tego typu ekwipunku faktycznie by się na polu walki sprawdziło? A jaka część, nawet gdyby została skonstruowana, to pozostałaby najpewniej tylko ciekawostką techniczną? Pomijając wynalazki w rodzaju „mocniejszych materiałów wybuchowych”, „lepszej amunicji” czy „wytrzymalsze materiały” przyszło mi do głowy dwanaście, bardzo często spotykanych „technologii przyszłości”. Tak więc: 1) Pola siłowe Tarcze energetyczne, czy to przeznaczone dla pojazdów, czy też osobiste na pierwszy rzut oka wydają się przedmiotami bardzo przydatnymi. To po prostu dodatkowy pancerz, znajdujący się nad pancerzem, a co więcej: prawdopodobnie nie mający masy prawdziwego pancerza. Moim zdaniem mają bardzo duże szanse wejść do użycia z prostej przyczyny: życie ludzkie ma wartość niewymierzalną. Widzę z nimi tylko jeden, choć duży problem: baterie. Pytanie brzmi z jakimi źródłami energii będzie miała do czynienia przyszła cywilizacja i jak długo będą w stanie one pracować na polu walki. Otóż: liniowe oddziały typu piechoty lekkiej czy zmechanizowanej muszą robić to nierzadko bardzo długo, broniąc stanowisk gdzieś w lesie czy na bezdrożu całe dnie lub tygodnie (teoretycznie po dwóch tygodniach powinny zostać zluzowane, ale…), względnie patrolując teren, gdzie niekoniecznie musi być dostęp do źródeł energii. Jeśli więc typowa wydajność tarczy wynosiłaby mniej niż kilka godzin to sprzęt taki byłby umiarkowanie przydatny. Żołnierze pozostający dłużnej w polu nie mogliby bowiem z niego skorzystać, bowiem za szybko by się wyłączył. Przenoszenie dodatkowych baterii mogłoby ich nadmiernie obciążyć, tarcza uruchamiana natomiast dopiero w momencie nadejścia niebezpieczeństwa byłaby natomiast mało efektywna. Obecne trendy są bowiem takie, że niebezpieczeństwo najczęściej przybiera postać bombardowania lub nawały artyleryjskiej, która uderza całą mocą jednocześnie, właśnie dlatego, żeby zaalarmowany wybuchem pierwszego pocisku przeciwnik nie mógł znaleźć schronienia. Nawet wtedy jednak broń taka mogłaby trafić w ręce formacji przeznaczonych do krótkich, intensywnych walk jak oddziały antyterrorystyczne, grupy szturmowe atakujące budynki, czy oddziały powietrzno-szturmowe, które działają na zasadzie „jest problem, przylatują śmigłowce, rozwalają problem, jeśli to nie starczy: wyskakuje z nich piechota, robi dożynki i powrót do bazy”. Ostatnia grupa odbiorców to oczywiście saperzy, narażeni na wybuchy min i niewypałów. Wyżej wymieniony problem nie dotyczy pojazdów, które siłą rzeczy i tak muszą pozostawać albo włączone, albo wyłączone, albo zatankowane, albo niezdolne do walki. 2) Pancerze wspomagane O pancerzach wspomaganych mówi się już od lat 90-tych i pewnie dziś wszyscy już by w nich biegali (wszyscy, nie tylko wojsko) gdyby nie jeden, zasadniczy problem: baterie. Pancerze, a raczej sam egzoszkielet podnoszący wydajność organizmu to marzenie wielu dziedzin życia: straży pożarnej, firm magazynowych i przeprowadzkowych, inwalidów… Gdyby sprzęt taki trafił na rynek wojsko dostałoby pewnie orgazmu. I niekoniecznie w pierwszej kolejności dostałyby go oddziały liniowe, choć możliwość przenoszenia dodatkowego sprzętu, elektroniki, amunicji, sensorów i płyt pancernych bardzo by się chyba im spodobała. Myślę, że najbardziej zachwycone byłyby jednak wojska inżynieryjne i artyleria. Przykładowo obecnie używana amunicja artyleryjska ma zazwyczaj kaliber około 150 milimetrów (155 w NATO, 152 w ZSRR i spadkobiercach), gdyż jest to największy kaliber, jakim mogą wydajnie posługiwać się ludzcy ładowniczy. Gdyby ładowniczy dostali nagle dodatkowej siły, to pewnie zaczęto by używać mocniejszej amunicji. Tak samo w piechocie zobaczylibyśmy zapewne zespoły z uniwersalnymi karabinami maszynowymi jako główną bronią, do tego dźwigające granatniki automatyczne i inne zabawki dla naprawdę dużych chłopców. 3) Teleportacja Oj… Ta technologia miesza wszystko. Tak naprawdę niezależnie od tego, jak by funkcjonowała poważnie zmieniłaby nie tylko pole walki, ale też życie codzienne. To, do jakiego stopnia by się to odbyło zależałoby w dużej mierze od szczegółów technicznych: na jak duży zasięg możemy się teleportować, jak dużą masę, czy musimy mieć odbiornik, czy wystarczy tylko nadajnik, ile energii to pochłania etc. W skrajnym przypadku myślę, że teleportacja sprawiłaby, że znikłyby linie frontów, artyleria, lotnictwo i być może wojska zmechanizowane straciłyby na znaczeniu, natomiast wojnę toczono by usiłując namierzać wrogie nadajniki teleportacji, obozy, składy, elektrownie i centra dowodzenia, a następnie teleportując tam grupy ludzi (albo po prostu bomby) z ręczną bronią, które robiłyby z nimi porządek. Po rozbiciu sił wroga już klasyczną drogą wprowadzono by oddziały liniowe, które opanowałyby teren i złamały wolę walki ewentualnych partyzantów. 4) Androidy Pomijając tradycyjny już problem z zasilaniem: nie do końca jestem pewien, czy humanoidalny robot bojowy jest najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Ogólnie nasze ciało, z punktu widzenia biologii jest dość mocno skopane i nie jest to najlepsza inżynieria pod słońcem. Być może dużo wydajniejsze byłyby więc jakieś pająki, albo coś w tym guście? Niemniej jednak widzę kilka i to sensownych zastosowań robotów, nawet niekoniecznie androidów. Po pierwsze: szturmy na silnie bronione obiekty oraz walki w mieście. Oba te rodzaje walki generują bardzo duże straty, a androidy na dłuższą metę prawdopodobnie będą mniej kosztowne niż ludzie, choćby dlatego, że da się je seryjnie produkować, zamiast czekać aż dorosną (choć tu w grę wchodzi problem klonowania), można też je zaprogramować, zamiast szkolić, a wreszcie: zniszczone pewnie do jakiegoś stopnia da się naprawiać. Tak więc rozsądne jest, że do generujących największe straty ataków należy posłać właśnie maszyny. Opinia publiczna też bardziej będzie się cieszyć z tego rozwiązania. Drugie zastosowanie, to dziedzina do której obecnie używa się robotów. Czyli prace saperskie. Rozbrajanie bomb, usuwanie min i niewybuchów, usuwanie przeszkód przed atakującym wojskiem… Wszystko to są prace bardzo trudne, bardzo żmudne i nierzadko dużo niebezpieczniejsze, niż zwyczajna walka. Lepiej więc, by ginęły maszyny, niż ludzie. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  7. „Nie wiem, jak będzie wyglądała III Wojna Swiatowa, ale IV będzie na maczugi” - to słynne słowa Alberta Einsteina, będące odpowiedzią na pytanie o przyszłość ludzkości. Przy okazji poprzedniego wpisu o postapokalipsie przyszło mi do głowy zastanowić się trochę nad tym jak daleko, społecznie i technologicznie moglibyśmy się cofnąć, gdyby faktycznie doszło do globalnej zagłady. Na pewno nie będzie to epoka kamienia łupanego: Po pierwsze (i udowodnieniu tej tezy poświęcę cały ten wpis) nie uważam, by możliwe było cofnięcie się do epoki kamienia łupanego, jak popularnie się uważa. No, chyba, że jedynymi ocaleńcami okazaliby się jacyś Indianie z amerykańskiej dżungli lub ktoś podobny, kto zwyczajnie nie miałby wcześniej do czynienia za wiele ze współczesną cywilizacją. Jeśli natomiast przy życiu pozostaliby przedstawiciele wysoko rozwiniętych społeczeństw półkuli północnej, to nie wydaje mi się prawdopodobne, byśmy byli w stanie cofnąć się aż tak daleko. Najprawdopodobniej regres techniczny nastąpiłby do poziomu wieku XIX, aczkolwiek niektóre, specjalistyczne dziedziny mogłyby cofnąć się bardziej lub wręcz zniknąć. Powód takiej sytuacji wynika z tego, że nie ma ekonomicznego uzasadnienia wykorzystywania technik paleolitycznych czy neolitycznych zamiast późniejszych. Nawet koszt konieczny do wynalezienia ich od podstaw jest wyższy, niż ewentualny koszt wdrożenia lub ponownego opracowania późniejszych technologii (lub ich ekwiwalentów), a efekty marne. Przykładowo: celem ścięcia za pomocą stalowej siekiery drzewa trzeba poświęcić maksymalnie kilka godzin pracy. Ścięcie go za pomocą kamiennego toporka to natomiast około 2-3 tygodni pracy i to dość skomplikowanej (proces polega na tym, że pod drzewem pali się ognisko i za pomocą toporka usuwa się zwęgloną tkankę rośliny, aż drzewo runie). Samo nawiercenie dziury do mocowania drążka w kamieniu zajmuje około miesiąca żmudnej pracy, toporek można wykonać tylko z określonych typów kamienia, które występują tylko w niektórych miejscach (w Polsce: pod Sandomierzem i w okolicach Iłży), w dość mocno już wyeksploatowanych złożach. Żelazo natomiast, choćby nawet pod postacią złomu jest wszędzie (istnieje też możliwość eksploatacji łatwo dostępnych rud darniowych, które są w zasadzie wszędzie, aczkolwiek ich zasoby obecnie zmniejszają się). Po drugie wiele ze zdobyczy nauki to tak naprawdę rzeczy proste, które obecnie rozumie każde dziecko: mycie rąk przed jedzeniem i gotowanie wody zmniejsza ryzyko chorób, koło można wykorzystać, żeby toczyć przedmioty, jeśli zasiać ziarno i je podlewać, to wyrośnie coś jadalnego, energię wody i wiatru można wykorzystać do poruszania maszyn, podobnie jak moc pary i prądu... Nie sądzę, by wiedza ta zamarła. 1) Najnowocześniejsza technologia: Nie znaczy to, że regres nie nastąpi, choć prawdopodobnie dość dużo rzeczy uda nam się ocalić. W pierwszej kolejności jednak stracimy i to zapewne dość dokładnie większość zdobyczy ostatnich 50 lat. Mimo ogromnego wpływu, jaki wywierają na ludzi te przepadną z prostego powodu: ich produkcja jest relatywnie niewielka, odbywa się w małej ilości fabryk, a zasad działania tych przedmiotów najczęściej nikt nie rozumie. Drugim problemem jest niewielka produkcja: takie rzeczy, jak leki najnowszej generacji, mikroprocesory, optykę etc. często produkuje tylko jedna fabryka na całym kontynencie lub wręcz na świecie. Przykładowo: gdy całkiem niedawno pogłębił się kryzys na Półwyspie Koreańskim całkiem poważnie obawiano się o globalny rynek elektroniki, bo w Korei Południowej wytwarza się 90 procent procesorów. Takie rzeczy niestety maja poważne szanse ucierpieć w trakcie zwykłego, ograniczonego konfliktu między dwoma państwami. Problemem będzie też wiele zapomnianych dziś dziedzin. O ile kowalstwa, szewstwa, krawiectwa, ciesielstwa etc. ludzkość prawdopodobnie dość szybko się nauczy ponownie metodą prób i błędów, tak poważnym problemem będzie brak bardziej skomplikowanych zawodów. Przykładowo: obecnie jest już bardzo niewielu zegarmistrzów i drukarzy, bowiem popyt na ich usługi coraz bardziej maleje. Obecnie nawet zegarków elektronicznych nikt już nie używa, a do druku stosuje się urządzenia poligraficzne. 2) Zapis elektroniczny: Zapis elektroniczny prawie na pewno szlag trafi: wystarczy, żeby nie było prądu, a nie będziemy mogli korzystać z tak zgromadoznych danych. Podobnie niestety wygląda sytuacja z danymi zapisanymi na różnego rodzaju nośnikach. Dyski optyczne tracą trwałość po około 10 latach, dyskietki i dyski twarde po podobnym czasie, zresztą te pewnie wyzeruje gong elektromagnetyczny… Co gorsza im bardziej polegamy na nośnikach elektronicznych, tym tak naprawdę wrażliwsi jesteśmy. Wystarczy, żeby bomba trafiła w serwerownie, a wszystkie szlag trafi. Na tym tle papier jest doskonały: jeśli nie zostanie spalona książka może przetrwać tysiąclecia czekając, by ktoś ją przeczytał. 3) Repozytoria wiedzy: książki i głowy Mimo to cały czas pozostają na dwa wielkie repozytoria wiedzy: książki i głowy. Należy zauważyć jedno: w wypadku większości scenariuszy globalnej katastrofy - czy to będzie wojna atomowa, najazd z kosmosu, pandemia czy inwazja zombie – co najmniej okresowo utracimy dostęp do największych zbiorów wiedzy. Jedyny wyjątek stanowią katastrofy naturalne w rodzaju uderzenia asteroidy czy wybuchu superwulkanu, które owszem zniszczą część świata, ale resztę pozostawią nienaruszoną. W wypadku pozostałych najbardziej ucierpią najludniejsze miasta, czyli miejsca gdzie działają uniwersytety i największe biblioteki, oraz gdzie przebywa większość specjalistów i uczonych… Nie zmienia to faktu, że papierowych książek jest zwyczajnie bardzo dużo: głupie biblioteki powiatowe mają zbiory sięgające 20-100 tysięcy tytułów (dla porównania: w Bibliotece Aleksandryjskiej, zależnie od szacunków, przechowywano między 40 do 400 tysiącami książek), z czego pewna część to książki techniczne, poświęcone budowie maszyn, materiałoznawstwu, mechanice, elektryce, elektronice etc. Nie będę kłamał: reaktora atomowego się na tej podstawie nie zbuduje (choć diabli wiedzą, co leży w domowych bibliotekach, gdzieś, całkiem niedaleko nas może żyć jakiś nauczyciel fizyki pasjonujący się fizyką jądrową i mający odpowiednie publikacje). Jednak do zaprojektowania prymitywnego pojazdu napędzanego silnikiem spalinowym, wodociągu, elektrowni etc. wiedza ta zapewne wystarczy. Tym bardziej, że nawet w małych miastach są lekarze, farmaceuci, elektrycy, mechanicy, architekci oraz szkoły techniczne kształcące pracowników wykwalifikowanych. Obecny trend, by przenosić się na wieś prawdopodobnie ułatwi im przetrwanie armageddonu. Oczywiście można twierdzić, że w chwili, gdy ludzie będą walczyć o przetrwanie nie będzie czasu, żeby czytać książki. Będzie trzeba znaleźć rozwiązania tu i teraz. Pytanie brzmi jednak: czy lepiej jest na nowo wymyślać nieskuteczne rozwiązania, czy też poświęcić trochę czasu, by odtworzyć łatwe do wykonania rozwiązanie, które będzie około 100 razy wydajniejsze? Tym bardziej, że zwykłe podręczniki szkolne zawierają zasób wiedzy, o którym nie śniło się dawnym filozofom. Wystarczy tylko, żeby wpadły w ręce utalentowanych osób. Lub też takich, które maja motywacje, aby ich użyć. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  8. Scorpix: zasadniczo lubię jRPG ale niewiele ich na PC wychodzi. Xellar: zgodzę się z większością tego, co napisałeś. Loot w Wiedźminie 3 jest słaby, większości przedmiotów, poza ekwipunkiem setowym i składnikami do eliksirów mogło by nie być. Questy w wiedźminie tak naprawdę ratuje właśnie otoczka fabularna, to, że często pojawia się jakiś konflikt oraz zwykle są z jajem i dowcipem. No niestety jak zwykle wychodzi na to, e nie ważne jest to, co się robi, ale jak się robi. Tak, świat jest momentami za duży, a CD Project Red mógł ustawiać Znaki Drogowe bliżej sklepów, a nie gdzie popadnie. Fabuła, jak fabuła. IMHO Sapokowski dużo bardziej zakończenie spieprzył. A Krwawego Barona faktycznie szkoda, ze bardziej nie pociągnęli. W kasycznych cRPG-ach perków często nie było, jak w BG i wszystkim, co oparte na Advanced Dungeons and Dragons, albo były predesygnowane. Nie był to taki zły system, gdyż wbrew pozorom ograniczał mikrozarządzanie i powodował, że gra była bardziej przejżysta. Sytuacja, w której zły wybór blokuje Ci możliwość ukończenia gry, to IMHO mimo wszystko źle opracowana mechanika. Tak Wiedźmin 3 jest zręcznościówką. W zasadzie od początków gier cRPG te przeplatały się z grami zręcznościowymi. Przykładowo dungeon crawlery wprost mialy sekwencje zręcznościowe. To jest temat na kolejny wpis. Swoboda wyboru... To też jest temat na następny wpis. Zasadniczo pytanie jest: mamy się wczuwać w bohatera żyjącego w obcym świecie, czy też mieć możliwie największą ilość wyborów?
  9. Ukończenie Wiedźmina 3 zachęciło mnie do rozważań nad tym, dlaczego tyle czasu zajęło mi zabranie się za tą grę. Przecież wiele lat temu cRPG należały do moich ulubionych gier. Wydaje mi się, że moja podejrzliwość wynika z tego, że gatunek nie do końca rozwinął się w stronę, która mi odpowiada. A doświadczenia, jakie wyciągnąłem z innych gier z tego gatunku zniechęcały mnie do dalszych z nim przygód. Może to dziwne u człowieka, który wychował się na Isharach, Amberstarze, Might and Magic, Baldur's Gate czy Diablo, ale współczesne gry cRPG za bardzo mnie nie pociągają. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele. 1) Bestiariusz W zasadzie to w grach cRPG zawsze bardzo lubiłem trzy motywy: zgraną drużynę przyjaciół, bicie potworów i rzucanie czarów. Pierwsza rzecz, która uwiera mnie w tego typu grach to marny bestiariusz. Otóż: we współczesnych grach cRPG, w odróżnieniu od starych walczymy z wrogami mało zróżnicowanymi, zarówno pod względem taktycznym, czyli posiadanych umiejętności oraz zachowania (co i w starych cRPG się zdarzało) jak i graficznym. Dobrym przykładem może być tu Dragon Age 1, w którym w praktyce 90 procent walk przypadało na jeden typ nieprzyjaciela: humanoidów. Bo powiedzmy sobie szczerze: to czy potykaliśmy się akurat z ludźmi, nieumarłymi, czy goblinoidami, znaczy się: pomiotami, tak naprawdę robiło niewielką różnicę. Nasi wrogowie mieli bowiem miecze, topory, łuki i najczęściej jakiegoś czarownika. Było to zwyczajnie nudne. Z biegiem lat znikły gdzieś fantazyjne, groteskowe, czy choćby śmieszne monstra, a zastąpiły je coraz większe grupy ludzi i istot człekokształtnych. Właściwie pierwszym od dość dawna programem, który w tym względzie mnie nie rozczarował był właśnie Wiedźmin 3, gdzie faktycznie monstrów było tyle, ile należało po grze o zabójcy potworów oczekiwać. W zasadzie rozumiem dlaczego tak to wygląda: koszta. Zaprojektowanie każdego potwora to zapewne wiele godzin pracy grafików, która kosztuje miliony monet. Tymczasem ludziom wystarczy rzucić inny kolor skóry, inne ciuszki i już gotowe. A wszystko to na od dawna gotowym modelu. 2) Magia Nie tylko potwory są zjawiskiem wymierającym we współczesnych grach cRPG. Także magia jest zjawiskiem wygasającym. W takich grach, jak Amberstar, Might and Magic, Wizardy czy Baldur's Gate mogliśmy poznać nieraz i dobrze ponad 100 zaklęć. Owszem, często były to zwykłe bolty, działające na zasadzie „słaby, silniejszy, dużo silniejszy, niesamowicie silny”. Owszem, czasem zdarzało się, że czary te się nie przydawały, jak znaczna część zaklęć w Realms of Arcania czy część w Baldur's Gate. Ale były. Jeśli porównać to z drzewkami zdolności Maga z Dragon Age 3, to widać niestety różnicę. Po drugie: wśród zaklęć ze starych gier zdarzały się czary pomysłowe, dość mocno wzbogacające rozgrywkę, jak Lewitacja, Chodzenie po wodzie, zaklęcia niszczące ekwipunek przeciwników, Niewidzialność, duplikujące lub tworzące przedmioty w inwentarzu… Dziś wszystko to popadło w zapomnienie. W zasadzie przyczyny takiego stanu rzeczy łatwo odgadnąć. Ponownie: są to koszta grafików oraz konieczność grzebania się w silniku gry i całej jej fizyce. Co nie znaczy, że ten fakt akceptuje. 3) Questy Po trzecie: poboczne, dodatkowe questy, które w zasadzie nie są dodatkowe, tylko obligatoryjne. W samej idei questów pobocznych nie ma nic złego. Problemy są dwa. Po pierwsze: balans gry i jej fabuła często są tak pomyślane, że przynajmniej część questów pobocznych trzeba zrobić, bo bez tego mamy za mało doświadczenia, żeby cokolwiek począć. Po drugie: w większości gier questy poboczne są liczne, nudne i głupie, podobnie jak nagrody zań. Wyjątek stanowi Wiedźmin, gdzie questy są naprawdę z jajem, aczkolwiek większość innych gier niestety takowych nie posiada. Zamiast tego otrzymujemy kolejne warianty tego samego: „Idź na pocztę, odbierz dla mnie przesyłkę, a w drodze powrotnej kup jajka i mleko! Tylko nie zapomnij”. No i oczywiście poczytaj grafomanię. Albo jej posłuchaj, bowiem w niektórych programach przydałaby się opcja nagrywania stanu w trakcie dialogów, tak długie są bowiem. 4) Niekiedy nadmiernie rozległe światy Zlecenia tego typu pojawiły się po raz pierwszy w grach takich jak Elder Scroll czy Baldur's Gate 1. Ta ostatnia gra zawierać miała jakoby 100 zleceń pobocznych, z których większość polegała niestety właśnie na „znalazłem przedmiot, zanoszę go do właściciela”. Wtedy to jednak nie przeszkadzało. Raz, że było to nowe, dwa, że pierwszy Baldur to raczej nieduża gra. Przejście Edycji Rozszerzonej z pominięciem Wieży Durlaga zajęło mi trochę mniej niż 25 godzin. Większość tamtejszych lokacji czyści się w 20 minut, bowiem tak naprawdę są one maleńkie. Niestety współczesne gry mają często dużo większe lokacje, tak więc bywa, że samo przejście z jednego krańca na drugi, a nie jej oczyszczenie zajmuje dwadzieścia minut. W efekcie w niektórych grach zamiast grać chodzimy godzinami od domu do domu. Przykładem może być tu pierwsze Dragon Age, gdzie celem zrobienia najgłupszego questa nierzadko musieliśmy przemaszerować między kilkoma lokacjami, wchodząc po parę razy do domów i za każdym razem oglądając pasek postępu. Z tego samego powodu odpadłem też od Drakensang II, gdyż gra, zaraz na wstępie napadła mnie dziesiątkiem questów w rodzaju „Idź do wieży w innej dzielnicy, wejdź na trzecie piętro i porozmawiać z czarodziejem, potem idź do portu, też pogadaj i wróć (serio)”. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  10. Wiecie co? Turbosłowianie naklikali mi strasznie dużo odsłon w tym miesiącu. A, że dawno nikt mnie nie zwyzywał od sługusów Watykanu i papistów oznacza to, że wybiła pora, aby napisać kolejny tekst o pseudonauce i pseudouczonych. Dziś zajmiemy się natomiast częściami składowymi, z których złożona jest ich ideologia. Turbosłowianstwo jest bowiem zjawiskiem bardzo złożonym, na które zlewa się wiele, często pozornie sprzecznych elementów, które były tak długo naginane i łączone, że stworzyły nowy, pseudologiczny system, nie pasujący do żadnego ze swoich poprzedników. Składniki te to: 1) Głupota: Pierwszym elementem turbosłowiaństwa jest albo zwykła głupota, albo kliniczne choroby umysłowe. Niestety, krótka lektura komentarzy na blogach turbo, albo też samych blogów dowodzi, że ludzie ci są dość specyficzni. Najczęściej więc, jeśli gdzieś pojawiają się turbosłowianie, to od razu są oni nie tylko wyznawcami new age, ale też płaskiej ziemi, antyszczepionkowcami i altmedowcami, a do tego też często negacjonistami ewolucji, ufologami i tropicielami ludzi-jaszczurów oraz ich biorobotów. Także lista prominentnych turbosłowian obfituje w zaskakujące osobowości. Ta obejmuje: Wynalazcę diety leczącej AIDS oraz odkrywce zaginionego plemienia słowiańskiego żyjącego w Tajlandii Ekonomistę, twórce metody odnajdywania źródeł historycznych poprzez oglądanie filmów na Youtube. Pisarza science fiction, znanego głownie z inwektyw i gróźb karalnych Innego pisarza science fiction, znanego z cyklu książek autobiograficznych, w których opisywał swe przygody przeżyte na obcych planetach. Jednego z autorów gry fabularnej Zły Cień: Kruki Urojenia, w latach 1995-2009 uznawanej za najgorszą, wydaną w Polsce grę fabularna (obecnie, po ukazaniu się Horyzontu i Charakternika: zepchniętą na trzecie miejsce). Tak zwany „pierwszy, polski prepers”, wynalazca prawosłowiańskiego jabola, człowiek, który zasłynął jako pierwszy polski SWAT-er i pierwsza polska ofiara SWAT-ingu zarazem (facet nielegalnie nabył pistolet, chwalił nim na Youtube, a potem dziwił się, że mu policja na dom wpadła). Jednego z członków zespołu Wardaha, będącego pośmiewiskiem polskiej sceny metalowej od późnych lat 90-tych i twórcę najważniejszego źródła do badan nad Imperium Lechickim: Księgi Popiołów, którą własnoręcznie napisał na zeszycie w kratkę. Oczywiście prócz wyżej wymienionych szeregi turbosłowian zasilają też ludzie nauki, predysponowani i dysponujący fachowym warsztatem do badania pradziejów ziem polskich, zatrudnieni na licznych uniwersytetach: socjolog z UJ-otu, wuefista z Uniwersytetu Rzeszowskiego i matematyk z Uniwersytetu Wrocławskiego. To prawie tak dobrze, jak ta pani geolog, która okazała się polską ekspertką od szczepień. Owszem, to naturalne, że w każdym, wystarczająco dużym środowisko można znaleźć świrów, gdyż taką sytuację zwyczajnie dyktuje statystyka. Problem w tym, że powinni być tam też i ludzie normalni. Tymczasem turbosłowiaństwo składa się niemal wyłącznie z jednostek – mówiąc delikatnie - zaburzonych. 2) Potworne kompleksy: Po drugie: turbosłowianie są ludźmi potwornie wręcz zakompleksionymi. Bo kim innym musi być człowiek, któremu faktycznie ból sprawia fakt, że Egipcjanie mają piramidy, a Polacy nie... Albo, że Niemcy (znaczy się: Germanie, ale dla niektórych to to samo) walczyli z Cesarstwem Rzymskim, a Polacy nie... Albo, ze Żydzi występują w Biblii (i to w dodatku jako naród wybrany), a Polacy nie... Widać to nawiasem mówiąc w argumentacji. Jeśli Turbo już na taką idzie, to najczęściej zamiast argumentami rzeczowymi zaczyna posługiwać się emocjonalnymi typu „Tak, tak! Kiedy wszyscy się budowali, to Słowianie żyli w chatkach z [beeep]” albo „A dlaczego wszystkim można mieć, tylko Słowianom” zupełnie tak, jakby historia była szwedzką pomocą społeczną, która rozdzielana musi być wszystkim po równo… Zupełnie tak, jakby dokonania narodu wyrażała jego starożytność. 3) Nacjonalistyczny mesjanizm: Trzecim elementem składowym Turbosłowiaństwa jest dziewiętnastowieczny, narodowy mesjanizm. Ten zaczerpnięto trochę od poetów romantycznych, trochę od pisarzy z tego okresu, a trochę od żyjących w XX wieku, młodopolskich twórców ugrupowań neopogańsko-nacjonalistycznych pokroju Stanisława Szukalskiego, Zermatyzmu czy Jana Stachniuka i Zadrugi. Przekonanie o wybitnych cechach osobowości, które w szczególny sposób wyróżniają Polaków, czy raczej: Lechitów jest w tym ruchu silne. A skoro dowodów na takowe brak zarówno w świecie współczesnym, jak i przeszłym, to uciekają w świat urojony. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  11. Kilka dni temu szukałem czegoś w starych Secret Service. Przy okazji natrafiłem na felieton luźnie związany z tematyka Star Treka, w którym autor mądrymi słowy udowadniał, że dwa wynalazki z tego uniwersum: tricordery i komunikatory są skrajnie nierealistyczne i nigdy nie powstaną. Mi osobiście koncepcja tych urządzeń kojarzy się ze Smartphonem naszym codziennym, a jedyne, co mnie dziwi, to to, że potrzebowali aż dwóch sprzętów do wykonywania tych zadań. Natchnęło mnie to do zainteresowania się tym, jak (w sumie nie tak dawno temu) wyobrażano sobie przyszłość. I co z tego wszystkiego wyszło. Tricorder ma każdy: Artykuł do którego się odnoszę powstał w roku 1996 czyli trochę ponad 20 lat temu. Poruszane w nim urządzenia: tricorder i komunikator atakowano z dwóch powodów. Komunikator dostawał z powodu jego miniaturyzacji, autorowi nie mieściło się bowiem w głowie, że może powstać tak małe urządzenie komunikacyjne, by można było je nosić wpięte w klapę, podobnie jak odznakę. Tricorder to natomiast wielozadaniowy analizator, odpowiadający w zasadzie na każde pytanie zadane przez bohaterów. Tricorder miał nie powstać, gdyż autor uważał, że tak małe urządzenie zwyczajnie nie będzie w stanie posiadać wystarczająco dużej pamięci, by przechowywać te dane. To, że może przechowywać je na zewnętrznym serwerze jakoś nie przyszło mu do głowy. Dziś tricorder i komunikator ma każdy. Bo wystarczy tylko wyjąć z kieszeni telefon i wpisać Wikipedia, albo nawet Google i bazowo otrzymamy to samo. Co więcej telefony są niesamowicie uniwersalnymi urządzeniami, mogącymi służyć za wszystko: od aparatu fotograficznego, zegarka, radia i telewizora poczynając, na latarce, zestawie map, kalkulatorze balistycznym, wykrywaczu metalu, dalmierzu, mierniku decybel i liczniku Geigera kończąc. Tylko gwoździ nimi nie da się wbijać (pomijając niektóre, stare Nokie). Tak więc: a jednak się dało. Badania genetyczne: Ciekawą zdobyczą współczesności są badania genetyczne. Dziś, o ile mi wiadomo jest to niezwykle istotna dziedzina kryminalistyki, bez której często nie sposób sobie wyobrazić śledztwa, używana w zasadzie na co dzień, w każdej niemal sprawie: od ustalenia ojcostwa, po wszystkie zabójstwa, włamania, przestępstwa seksualne i z użyciem przemocy… Tymczasem dość długo trzeba było czekać, aż technologia ta przeniknie do świadomości twórców science fiction. Przykładowo w napisanych w 1996 roku Opowieściach Łowców Nagród (uniwersum Star Wars) celem rozpoznania sprawcy trzeba było szukać świadków i zaciągnąć ich przed oblicze sądu. Ogólnie wszelkie formy genetyki upowszechniają się bardzo szybko. Przykładowo ponoć w Polsce działa już nawet firma produkująca transgeniczne rośliny do akwarium. Roboty też nadchodzą… W podobnym czasokresie, co o Tricorderach czytałem też o tym, że nie ma też szans, by kiedykolwiek powstały roboty (tym razem w kontekście droidów ze Star Wars). Roboty bowiem miały nie mieć sensu: drogie, zawodne, pozbawione praktycznych zastosowań i w ogóle bez sensu. I co? Drony masowo wykorzystywano już 10 lat temu. Kiedy zaczynałem pisać „Tego, co walczy z potworami” zastanawiałem się, czy uzbrojenie w nie Wojska Polskiego nie będzie zbytnim krokiem do przodu. I co? W zeszłym tygodniu w Lidlu była promocja na drony (a zarówno Wojsko Polskie jak ich nie miało, tak nie ma, a „Ten co walczy” leży u wydawcy jak leżał). Obecnie największym problemem jaki mają roboty, jest to samo zjawisko, które bardzo mocno powstrzymuje cały rozwój elektroniki mobilnej: baterie. Niestety w tej chwili posiadamy ogromne trudności z wyprodukowaniem wydajnych akumulatorów. Gdyby to dało się obejść, to pewnie cuda już by się działy. Bo w tej chwili większość z nich ma czas pracy mierzony w minutach. Równolegle do rozwoju mainframe ma miejsce też rozwój sztucznych inteligencji i sieci neuronowych. Na razie te są raczej głupie. Nauczyły się interpretować obrazki, oceniać odległości, do pewnego stopnia tłumaczyć teksty etc. Do poziomu intelektu, jaki posiada mrówka lub pszczoła daleko im bardzo. A nie są to szczególnie bystre stworzenia. Prawdę mówiąc to myślą one głównie układem limbycznym, czyli tym, co odpowiada za poruszanie się. Intelekt u nich polega na działaniu bodziec-reakcja. Zwierzęta te nie mają np. pamięci. Niemniej jednak to wystarcza, by zastąpić pracę wielu ludzi. Ocenia się, że każdy robot likwiduje 6 miejsc pracy. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  12. Dziś będzie na nieco inny temat. Coraz więcej osób z mojego otoczenia zaczyna spędzać czas na świeżym powietrzu, chodząc to tu to tam po ścieżkach turystycznych. Można powiedzieć, że robi się to wręcz modne. Do tego typu aktywności niezbędny jest jednak aparat fotograficzny. Dziś zajmiemy się więc tematem: jaki aparat wybrać dla początkującego i niezbyt zaawansowanego, na początek wiedźmińskiej przygody? Ludzie pytają się mnie o to, bo ponoć się znam. Ja nie przypominam sobie, żebym coś takiego mówił, ale: zasadniczo istnieją trzy typy aparatów fotograficznych. Są to: Lustrzanki: Lustrzanki z racji swojej budowy wykonują najlepsze zdjęcia, w efekcie czego wielu fotografów nie potrafi sobie wyobrazić pracy z czymkolwiek, co lustrzanką nie jest. Faktycznie jeszcze kilka lat temu różnice w jakości zdjęć wykonywanych aparatem kompaktowym, a lustrzankom były kolosalne. Obecnie jednak różnice miedzy niezłym zdjęciem z kompaktu czy nawet telefonu, a lustrzanki nie są już tak duże, choć różnice między bardzo dobrym zdjęciem wykonanym za pomocą lustrzanki, a kompaktu są już dostrzegalne na pierwszy rzut oka. W skrócie: wykonanie bardzo dobrego zdjęcia za pomocą kompaktu może okazać się trudne lub wręcz fizycznie niemożliwe. Wynika to z konstrukcji aparatów. Lustrzanki składają się bowiem z dwóch elementów: aparatu właściwego, który dalej będę nazywał „korpusem” oraz wymiennego obiektywu. Zwykle w zestawie jest jakiś, podstawowy obiektyw, który niestety zazwyczaj właściwościami przypomina obiektyw aparatu kompaktowego. Prócz niego można kupować dodatkowe obiektywy o rożnych właściwościach oraz nakładane nań filtry. Z racji posiadania wbudowanego obiektywu aparaty kompaktowe nie posiadają takiej możliwości (na niektóre modele można jednak nakładać filtry, ale też nie jest to regułą). Lustrzanki maja też dużo większe możliwości manipulacji obrazem poprzez liczne, lepsze opcje kadrowania, manipulacji szybkością pracy przesłony, długością naświetlania, głębią ostrość etc. czego większość kompaktów nie posiada. Na kompakcie zwykle zdani jesteśmy na tryb autofocus. Z drugiej strony lustrzanki są dużo bardziej skomplikowane w obsłudze i co nie jest bez znaczenia: cięższe od kompaktów. A kiedy przejdziecie wam przemaszerować 20-30 kilometrów czuć będziecie każdy gram. Do czego się nadają? Zasadniczo, przy odpowiednim zestawie obiektywów lustrzanki nadają się do wszystkiego. Szczególnie predysponowane są jednak do: - fotografii krajobrazowej i fotografii wnętrz: zarówno dobre zdjęcia wnętrz jak i krajobrazów są bardzo trudne do osiągnięcia zarówno za pomocą aparatów kompaktowych jak i telefonów komórkowych. Wynika to z tego, że stworzenie obiektywu, który pozwalałby zarówno na duże przybliżenie obiektu jak i szeroki kont postrzegania jest niemożliwe (tryby panoramy natomiast mają swoje ograniczenia). W efekcie więc większość kompaktowych aparatów ma węższe od nas pole postrzegania. Rezultat jest prosty do przewidzenia: ani fotografii wnętrz, ani krajobrazu nie da się za ich pomocą dobrze zrobić, bowiem po prostu wyglądają one inaczej niż w rzeczywistości. Co innego lustrzanka z obiektywem szerokokątnym. - fotografii makro bez płoszenia obiektu: fotografia makro to zdjęcia małych obiektów jak owady, krople wody, etc. Teoretycznie jest wykonalna nawet za pomocą zwykłego kompaktu, warunkiem jest położenie aparatu zaraz obok naszego celu. Co niestety często kończy się to jego wypłoszeniem. Obiektywy makro pozwalają nie tylko na fotografowanie z większej odległości, ale też dużo bardziej szczegółowo. - fotografii ujęć dynamicznych: przy czym należy zauważyć jedno: nie każda lustrzanka będzie robiła dobre fotografie dynamiczne (aczkolwiek we współczesnych czasach znalezienie takiej, która będzie to potrafiła nie jest trudne). Celem wykonywania dobrych zdjęć dynamicznych, takich, jak jadące samochody, lecące paki, fotografia sportowa etc. potrzebny jest jasny obiektyw, aparat z szybko pracującą przesłoną oraz bardzo szybko rejestrujący zdjęcia. Coś takiego łatwiej będzie znaleźć wśród lustrzanek. - fotografii kulinarnej: wynika to z tego, ze fotografia kulinarna jest po prostu bardzo trudna. Fotografujemy małe obiekty, często o rożnych, nieciekawych właściwościach (same z siebie niezbyt ładne, bardzo szczegółowe, lub bardzo jednorodne, często też odbijające światło). Wymaga wyspecjalizowanych narzędzi, których zwykłym kompaktom zwyczajnie brakuje. Do czego się nie nadają? Zasadniczo lustrzanki nie nadają się dla nikogo, kto chce fotografować tanio, a dobrze. Przy czym mówię tu „tanio” dla ludzi normalnych, takich jak ja, a nie np. lekarzy z prywatną praktyką i czterema gabinetami. Ogólnie rzecz biorąc w wypadku lustrzanek opcja „tanio” nie istnieje. Jest tylko drogo i dobrze, drogo i bardzo dobrze oraz drogo i genialne. Oraz oczywiście bardzo drogo i bardzo niedobrze, co w wypadku osób o niewielkim doświadczeniu i wiedzy będzie najprawdopodobniejszym scenariuszem. W skrócie: aparat lustrzany z niskiej półki będzie kosztował zwykle tyle, co kompakt z najwyższej. Warto o tym napisać, gdyż nagminnie widuje ludzi z aparatami wartymi po 10 tysięcy, którzy nie potrafią nawet wyłączyć w nim lampy błyskowej lub nastawić ostrości. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  13. Ostatnimi czasy, to jest od jakichś 10 lat anime dręczy plaga. Nazywa się słodkie dziewczynki (często z kocimi uszkami) robiące słodkie rzeczy (na ten przykład: kawę). Większość tego typu produkcji jest (przynajmniej dla mnie) do tego stopnia niestrawna, że już lepiej wyjść na dwór, pooddychać poliaminami. Zastanawiało od dłuższego czasu, jakiego typu osoby oglądają tego typu anime, bo odpowiedz „Japończycy” mnie nie zadowala. Przecież tam też mieszkają ludzie. Oraz dlaczego wyparły one serie przygodowe i normalne, zdrowe komedie romantyczne. I dzięki wywiadowi z panią doktor Moniką Ksieniewicz na temat współczesnych, japońskich kobiet już chyba wiem. Kilka slow o tym, kim jest Mio: Mio Akiyama jest jedną z bohaterek choroby zwanej K-On!, która to choroba dotknęła anime już jakiś czas temu, bo w roku 2007. Przez wielu data ta uważana jest za symboliczną, bowiem wyznaczającą początek ery moe. Moe, które ongiś występowały głównie w ekranizacjach gier hentai rozpełzły się podówczas też po normalnych seriach. Dziś dojrzałego anime niemal nie uświadczysz. K-On opowiada o perypetiach szkolnego klubu muzycznego. Klub ten z braku członków upada, jednak pewnego dnia trafia tam energiczna dziewczyna, która postanawia go rozkręcić W tym celu ona oraz przyciągane przez jej (pożal się Boże) osobowość inne dziewczyny jedzą ciastka, kupują żółwia morskiego, jedzą ciastka, kupują gitary, jedzą ciastka, kupują gitary w innym kolorze, jedzą ciastka, biegną do szkoły w deszczu, tak, żeby nie zmoknąć, jedzą ciastka, udają sie na zakupy do galerii handlowej, jedzą ciastka, w markecie podziwiają sukienki i (koniec końców) jedzą ciastka. W dalszych częściach na Japonię spada klęska humanitarna, w efekcie czego ciastka się kończą, dziewczęta wyjeżdżają wiec do Londynu, by tam konsumować. W trakcie wyprawy jednej z nich zdarza się opalić. Problemem serii z mojego punktu widzenia jest brak w zasadzie wszystkiego. Intrygi nie ma, akcji nie ma, fabułę streściłem. Brakuje też czegokolwiek innego, choćby poczucia humoru, albo nawet erotyzmu. Po prostu widzimy grupkę dziewcząt, która robi coś słodkiego, jest uśmiechnięta i wiedzie jakiś dialog w rodzaju - „Ja mam dwa ciastka, a ty tylko jedno, czy ci nie kupić drugiego”. - „Tak, rzeczywiście chętna byłabym też posiadać dwa ciastka” - „Dobrze wiec kupie ci drugie ciastko i wówczas będziesz szczęśliwa, a ja też będę szczęśliwa twoim szczęściem” - „Zaprawdę faktycznie będę szczęśliwa, ale tylko pod warunkiem, że drugie ciastko będzie z truskawką, ale bez czekolady” - „Ajajaj! Cukiernik-san twierdzi, że ciastka z truskawkami się skończyły, ale zamiast tego nabyłam z kremem!” - „Aczkolwiek krem to nie to samo, co truskawka, jednak teraz mam dwa ciastka i faktycznie jestem szczęśliwa” Najbardziej rozlazła z tych bab jest właśnie tytułowa Mio. I to nie jest seria adresowana do grupy wiekowej 6-9. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  14. Chmury obliczeniowe to technologia, która przerzuca cały ciężar usługi z jej nabywca na serwer, umożliwiając korzystanie z niej niezależnie od tego, czy mamy dostęp do własnego komputera, czy nie. Wystarczy mieć tylko dostęp do netu, pamiętać swój login i konto. Wszyscy doskonale znamy je z takich usług, jak Steam, GoG, Netflix czy Dokumenty Google. Z jednej strony znacząco zwiększa to bezpieczeństwo naszych danych, przyśpiesza i ułatwia pracę. Z drugiej strony… Zastanawiał się ktoś, co się stanie, jeśli usługi te nagle znikną? Na przykład dlatego, że provider zbankrutuje? Upadek chmur obliczeniowych to dość częsty temat na blogach technologicznych (zwłaszcza Antyweb chętnie o tym pisze). Odpowiedź na nie jest bardzo prosta: Nasze zasoby również znikną Myślę, że oczywistym jest, że nie należy pytać, „czy chmury znikną”, ale raczej „kiedy znikną” oraz w jak gwałtownych okolicznościach będzie się to odbywało. Bo powiedzmy sobie szczerze: technologia to technologia. Kiedyś wyjdzie z użycia, zmniejszy się na nią zapotrzebowanie lub w najlepszym razie zastąpiona zostanie przez coś lepszego. Myślę, że niestety najprawdopodobniejszym scenariuszem w takim układzie będzie permanentna utrata danych, jakie przechowujemy w naszych zbiorach. W zasadzie możliwa jest ona do uniknięcia tylko w trzech sytuacjach: jeśli upadający provider zostanie wykupiony przez jakąś firmę zewnętrzną, która zechce kontynuować jego dzieło. Jeśli pozwoli on na pobranie danych, do których mieliśmy dostęp (a nam zechce się je archiwizować). Jeśli usługa zostanie zastąpiona przez inną, nowocześniejszą, która zachowa wsteczną kompatybilność z tym, z czego korzystaliśmy. Jeśli żadna z tych sytuacji nie będzie miała miejsca, to niestety: nasze zbiory znikną. I to tak, jakby ich nigdy nie było: Co więcej będzie to permanentna utrata, która kosztować nas będzie znaczną część danych zmagazynowanych także na różnego rodzaju nośnikach. Wynika to z prostego faktu, że obecnie kupując grę czy program użytkowy często nie nabywamy jej kopii na płycie, tylko jakiś klient Steama albo podobnego sklepu, ważący kilka megabajtów, służący do tego, żeby dany program pobrać z netu. Nawiasem mówiąc jest to irytujące. Wkładasz płytkę do napędu, masz nadzieję, że zaraz sobie pograsz, a tu przed tobą pół dnia pobierania. Jeśli chmury znikną, to tego typu nośniki będą mieć wartość wyłącznie sentymentalną. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.
  15. Velahrn podpowiedział mi bardzo ciekawy temat: życie z hobby. Czy da się to zrobić? Czy możliwy jest sukces? Czy w ogóle to może się udać? Oraz jakie przynosi to dochody? Historie klęski: Osobiście jestem pewien, że ze swojej pasji można czerpać całkiem niezłe dochody, a w niektórych przypadkach może ono stanowić (pośrednio lub bezpośrednio) główne ich źródło. Powiedziałbym, że człowiek wręcz powinien postępować tak, żeby swoją pasję przekuć właśnie w sposób zdobywania pieniędzy. Niemniej jednak tradycja tego typu tekstów nakazuje, by rozpocząć je od jakiejś historii sukcesu, która zachęci czytelników do dalszych wysiłków. Nie będę jej kontynuował. Większość ludzi ponosi bowiem klęskę. Powody są rożne: najczęściej porażka wynika z prostego faktu, że osoby takie nie szukają pracy, tylko bezpiecznej, leniwej przystani, gdzie nie będą musiały pracować i użerać się z innymi, nieodmiennie złymi ludźmi, a zamiast tego będą mogły leniwie i komfortowo pędzić życie wśród kwiatków, motylków i wiecznej wiosny. Faktycznie należy przygotować się raczej do pracy jak na dwa albo trzy etaty, w tym jeden – przynajmniej przez kilka lat – praktycznie za darmo. Oraz na szereg, bardzo stresujących sytuacji. Po pierwsze: jeśli źle znosisz krytykę, to raczej nie odniesiesz sukcesu. Podobnie jeśli przejmujesz się niepowodzeniami. Jeśli będziesz przejmował się tym, że twoje prace zbierają negatywne oceny, to raczej nie jest to zajęcie dla ciebie. Podobnie jeśli będziesz przejmował się każdym odrzuceniem pracy. Z własnego doświadczenia wiem, że w większości przypadków 40 procentowy poziom akceptacji jest dobrym wynikiem. Będą się zdarzać sytuacje, gdy wyślesz 1.000 prac, a przyjęte zostaną 3. Będą się zdarzać sytuacje, gdy usłyszysz od osoby kwalifikującej prace, że „To najlepsza pozycja, jaką miała w ręku od kilku lat. Jest pewna jej sukcesu. Niestety, nie mogą jej przyjąć, bo akurat ponieśli klęskę na innym polu i chwilowo nie stać ich na Twoją propozycję więc życzą szczęścia u konkurencji”. Będzie tak, że będziesz tracić czas i okazje tylko dlatego, że ktoś inny coś spierniczy. Po drugie: jeśli słuchasz krytyków, w szczególności w sieci, to najpewniej nie odniesiesz sukcesu. Większość ludzi po prostu nie wie, o czym mówi. Z innej strony: możesz być po prostu nienormalny, a twoje dzieło może faktycznie być tak kalekie, jak mówią o nim inni. Po trzecie: aby prace zaczęły przynosić rezultaty należy poświecić im bardzo dużo czasu. Przygotuj się mentalnie na projekty, które będą trwały rok, nim w ogóle osiągną taki poziom, by pokazać je ludziom. Po czwarte: przygotuj się, że nagroda (a przynajmniej ich pierwsze dziesięć) Cię rozczaruje. Przykładowo: jedyna moja komercyjna praca, która nie osiągnęła poziomu ocen rzędu 9-10/10 jest „Gambit mocy”. Żadna nie osiągnęła jednak poziomu sprzedaży adekwatnego do poziomu ocen. Wychodzi na to, ze 10/10 to zwyczajnie za mało. W większości przypadków kluczem do sukcesu jest wytrwałość. Przygotuj się mentalnie na to, że wytrwały będziesz musiał być przez 10 czy 20 lat. Po piąte: należy pogodzić się z prostą prawdą. Na świecie są rzeczy przyjemne i nieprzyjemne. Ludzie pobierając pieniądze za to, że pozwalają innym ludziom robić rzeczy przyjemne i płacą im nimi, żeby ci robili za nich rzeczy nieprzyjemne. Tak samo działa to na rynku hobbystycznym. Zawód = pasja: Istnieją jednak sposoby na to, by komercyjnie zajmować się swoim hobby. Pierwszym z nich jest znalezienie pracy zgodnej ze swoją pasją, talentami i zainteresowaniami. Jest to całkiem możliwe, choć w dużej mierze zależy od tego, jakie masz pasje, talenty i zainteresowania. Powiedziałbym wręcz, że większość ludzi, odnoszących sukcesy w swoich zawodach, w tym tych, wymagających najwyższych kwalifikacji jest jednocześnie absolutnymi nerdami swojej dziedziny. Nie wyobrażam sobie, jak w innym wypadku mieliby siły, by raz odnieść sukces, dwa wkładać całego siebie w pracę, a trzy stale podnosić kwalifikacje na ciągle zmieniającym się rynku. Osoby, które nie maja serca do swojej dziedziny lub leniwe zwykle kończą na jakichś podrzędnych stanowiskach.. Z mojej osobistej obserwacji wynika, że poza najbardziej poszukiwanymi na rynku zawodami jak lekarze, zgodnie ze swoim kierunkiem edukacji pracuje miedzy 10 a 25 procentami absolwentów. Przy czym, niezależnie od kierunku od 50 do 80 procent absolwentów zwyczajnie nie nadaje się na studia, które podjęło i raczej jej w zawodzie nie znajduje, bo nie ma ku temu odpowiednich kompetencji. Podejmując studia niezgodnie z zainteresowaniami lub po prostu z przymusu mamy ogromna szanse, ze znajdziesz się w tej 50 do 80 procentowej grupie, która zwyczajnie się nie nadawała. W wypadku najbardziej poszukiwanych zawodowa też tak to działa, choć konsekwencje nie są tak drastyczne. Pasjonaci zostają informatykami w Google, ludzie którzy poszli na informatykę z przymusu: uczą jej w szkołach lub instalują Windowsy. Lekarze z pasją koczą kardiochirurgię. Ci, którzy jej nie mieli zostają sprzedawcami leków, gdzie zarobki są mniejsze, niż na kasie w Lidlu, a poziom uciążliwości pracy podobny. Oczywiście to, że jesteś pasjonatem nie oznacza, że nie skończysz na podrzędnym stanowisku. Jednak istnieje różnica między szansami na sukces z przedziału 50 procent, a tych z przedziału 10-25 procent. Zawód = koszmar: Z drugiej strony wymarzona praca nie zawsze okazuje się taka wymarzona. Pomijając fakt, że wiedza, doświadczenie, talent czy nawet znajomości nie zawsze ukazują sie kluczowe, w odróżnieniu od zwykłego szczęścia zauważyć trzeba, że wiele zawodów po prostu polega na czymś innym, niż mogłoby się wydawać. Przykładowo: znaczny odsetek osób z mojego otoczenia, które probowaly kariery naukowej lub akademickiej odpadła z tego zawodu nie z powodu braku zdolności, pasji etc. tylko dlatego, ze prace naukowa prowadzili w zasadzie w domach, hobbystycznie. 90 procent czasu na etacie natomiast poświęcali na pisanie podań o granty. A nie tego chcieli od życia. Podobnie ja nie jestem już dziennikarzem, gdyż dziennikarstwem zajmowałem się głownie w domu. Mój normalny dzień pracy wyglądał bowiem tak: zebranie redakcyjne (2,5 godziny), opowiadamy o tym, co zamierzamy dziś zrobić. Przerwa śniadaniowa. Zebranie redakcyjne (2 godziny): opowiadamy o tym, co powinniśmy właśnie robić. Przerw obiadowa. Zebranie redakcyjne (2,5 godziny): tłumaczymy się, dlaczego znowu nie wykonaliśmy żadnej pracy. Raz kolega się wściekł i powiedział co o tym myśli. To naczelny zwolnił go dyscyplinarnie, bo „podważa jego autorytet”. Czasem zebrania trwały tak długo, że trzeba było rezygnować z innych zebrań. A potem ludzie tworzą teorie spiskowe na temat tego, czemu Agora bankrutuje. Pracoholizm: choroba zawodowa: Należy zauważyć jeszcze jedno: osoby, które wykonują prace będącą ich pasją najczęściej prędzej czy później popadają w pracoholizm. To jedna z rzeczy, które część mojego otoczenia nie rozumie. Dla tego typu ludzi każdy dzień w pracy jest po prostu wakacjami (jeśli nie liczyć zebrań, życia biura i tym podobnych przerywników). To przerwy w niej są dyskomfortem, podobnie jak powroty do domu. W okolicznościach takich człowiek musi zajmować się jakimiś, zupełnie trywialnymi rzeczami, zamiast rozwiązywać fascynujący problem. Zjawisko to jest powodem z którego wiele osób zrezygnowany ze swoich, wcześniejszych hobby. Ale pytanie brzmi: czy da się zarabiać na swoim hobby, jeśli nie jest ono jednocześnie pracą na etacie, wynikająca z wykształcenia? Blogi i vlogi: Pierwszym i obecnie najmodniejszym sposobem na zarabianie na własnej pasji jest prowadzenie dochodowego bloga lub vloga. Niedawno materiał na ten temat nakręcił Kopyra, pozwolę sobie go wkleić. Ze swojej strony dodam, że swego czasu zajmowałem się reklamami na stronie mającej 2 miliony wyświetleń. Udawało nam się na niej zarabiać 50 dolarów miesięcznie. Niemniej jednak było to prawie 10 lat temu, od tego okresu bardzo dużo się w Intrnecie zmieniło. Marne skutki tych działań w dużej mierze wynikały też niestety z naszej winy, w szczególności w skutek ze sprzecznych komunikatów wysyłanych przez redakcję i jej momentami histerycznego zachowania (O Jezu! Na stronie będą reklamy! Będą wyskakiwać okienka! A w okienkach będzie porno! I będzie grało i śpiewało!) przez które jakakolwiek merytoryczna dyskusja nie była możliwa. Ile pieniędzy mógłby zarabiać zgrany zespól lub dobry bloger nie wiem. Niemniej jednak 50 dolarów miesięcznie, dla pojedynczego blogera w polskich realiach mogłoby stanowić całkiem zacny zastrzyk dodatkowej gotówki , zwłaszcza, że w skali rocznej to około 2400 złotych. Minusem tej sytuacji jest fakt, że doprowadzenie bloga do stanu, w którym w w ogóle jest w stanie generować dochody to (przy dobrych wiatrach) minimum 2-3 lata pracy. Warto zrozumieć też jedno: w Internecie zarabia się grosze. Rzecz w tym, ze niektórzy zarabiają kilka groszy, inni kilkadziesiąt, jeszcze jedni zarabiają ich setki, tysiące lub miliony. Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.