Jump to content

Leaderboard

Popular Content

Showing content with the highest reputation since 09/22/2021 in all areas

  1. Nawet za 1449zł! To ok, wezmę go razem z tą Z490, fajna ta promocja z 679zł na 499. Dzięki wszystkim za pomoc, napiszę jak przyjdzie i złożę Kupiłem obudowę na net-s, najlepszy bonus za zakup jaki w życiu widziałem:
    2 points
  2. Niedawny wpis @Przemyslav uświadomił mi, że powinienem zrobić prywatny ranking gier z serii Assassin’s Creed. Oto i on. Oczywiście, brałem pod uwagę tylko te produkcje, które ukończyłem. Uwaga – będą spoilery! 11. Assassin’s Creed Unity Ta część może nie była jakaś super słaba, ale coś musi znaleźć się na dnie listy, prawda? Szczególnie, że w tej części ani protagonista (czyli Victor Arno Dorian – samo jego imię mnie z jakiegoś powodu irytuje ) ani fabuła nie były jakoś pociągające. Do tego masa błędów (najsłynniejszy macie na obrazku poniżej - aczkolwiek ten akurat mi się nie trafił), bezsensowna aplikacja towarzysząca (która teraz nie działa…) oraz zupełnie niepotrzebny co-op. Źródło Jedynie klimat Paryża z czasów Rewolucji Francuskiej ratował całą produkcję. Ale, moim zdaniem, to troszkę za mało. Szczególnie, że nikt nawet nie silił się na wstawki po francusku. 10. Assassin’s Creed Revelations Ostatnia część trylogii Ezio była dla mnie – w porównaniu z wcześniejszymi częściami – niezbyt udana. Klimat Stambułu nie przemówił do mnie w żadnym stopniu. Do tego te durne sekwencje w podświadomości Desmonda… Oraz, oczywiście, tower defence… Do tego, o czym wspominałem w recenzji, należy doliczyć skopany tryb multi – co zaskoczyło mnie dość mocno, bo w Brotherhood ten element był wykonany bardzo dobrze. 9. Assassin’s Creed Origins Mimo ogromnego szacunku do Asasyna scalonego z Wiedźminem jakoś niezbyt dobrze wspominam tę część. Nie mówię, że było źle – sam zamysł zmienienia marki w RPGa nawet mi się podobał. Osobiście jednak ustawiam tę część tak nisko, ponieważ nie polubiłem bohatera. Nic na to nie poradzę – Bayek był nijaki. Szkoda, że nie moglem pograć Ayą… 8. Assassin’s Creed III Podobnie, jak w przypadku Origins, także w „trójce” o miejscu w rankingu zadecydował protagonista. Ile bym nie ogrywał, żałuję, że nie mogłem zostać przy postaci Haythama Kenway’a, a musiałem się użerać z jego synem. Jednakże, podobało mi się frontier i aktywności, które można było tam wykonać (aczkolwiek było ich bardzo mało...) oraz osada Davenport. Dodatkowo, ta część wprowadziła bitwy morskie - ale na ich rozwinięcie trzeba było poczekać. 7. Assassin’s Creed Rogue Moim zdaniem dość niedoceniana część serii – fakt, była po części recyklingiem „czwórki”, ale podobały mi się w niej dwie rzeczy. Po pierwsze – Shay Patrick Cormac pokazywał, że Templariusze mogą mieć tyle samo racji, co Asasyni w tym konflikcie. Związana z tym mechanika unikania asasynów też byłą całkiem niezła... Choć czasami miałem wrażenie, że mam do czynienia z idiotami (najbardziej rozbawił mnie skrytobójca "ukryty" na dachu w taki sposób, że widziałem go z kilometra, zaszedłem od tyłu i zasztyletowałem... kto ich szkolił?). A po drugie – ta część fabularnie spaja „amerykańskie” Asasyny z Unity. A to, moim zdaniem, Ubisoft poprowadził świetnie. 6. Assassin’s Creed Pierwsza część cyklu – choć była bardzo dobra (i bez niej ten ranking by nie powstał ;)) to z perspektywy czasu nie jest aż tak wybitna. O ile bowiem grając po raz pierwszy (i drugi, i trzeci…) bawiłem się świetnie, to z upływem czasu było już tylko gorzej. Powtarzalne do bólu misje (szczególnie wkurzająca z kradzieżą kieszonkową) oraz flagi, których za nic nie umiałem zdobyć sprawiają, że Altair – choć zasłużony – musi ustąpić miejsca niektórym swoim następcom. 5. Assassin’s Creed II Muszę przyznać, że długo się wahałem czy pierwsza część przygód Ezio powinna trafić na 5 czy 4 miejsce. Ostatecznie, uznałem, że ta część jednak musi zejść nieco niżej. Ale do rzeczy: w grze podobał mi się klimat renesansowej Italii – Florencja, Wenecja i Toskania (oraz Monteriggioni!) stanowiły miód dla moich oczu. Niestety, podobnie jak w przypadku „jedynki” grę dobijały powtarzalne zadania. Źródło 4. Assassin’s Creed Syndicate Może się Wam wydać dziwne, że tuż przed podium znajduje się część, której bliżej do Unity niż innych odsłon, ale nic na to nie poradzę – uwielbiam klimat wiktoriańskiego Londynu z tej odsłony. Do tego świetna postać Evie Frye (i nieco słabsza Jacoba…) oraz otoczka rewolucji przemysłowej. Czego chcieć więcej? Bo dla mnie było to wystarczające, by postawić tę część na tej pozycji – choć, jak napisałem, długo się zastanawiałem. 3. Assassin’s Creed Brotherhood Wiem, wielokrotnie powtarzam, że to właśnie druga odsłona przygód Ezio to mój ulubiony Asasyn… I sam siebie oszukuję. Bo choć XVI wieczny Rzym jest świetną lokacją to przyjemność z gry za każdym razem zabijają mi tu dwa wydarzenia – sam początek oraz zakończenie. W obu przypadkach rozumiem zabieg twórców, ale – mimo wszystko – było to dla mnie nie do przyjęcia. 2. Assassin’s Creed Odyssey Grecki Asasyn spodobał mi się z kilku powodów (dlatego zajmuje 2 miejsce ;)). Po pierwsze – w przeciwieństwie do Origins mamy tu do czynienia z prawdziwym RPGiem – wybór postaci na początku determinował wydarzenie w grze, pojawiły się dialogi (choć nie zrealizowane tak dobrze jak w typowych grach tego typu) oraz tablica rodem z Wiedźmina 3, choć z zadaniami generowanymi niemal bez przerwy. Do tego pojawiła się Adrestia – statek, którym mogliśmy brać udział w bitwach na morzu, a tego elementu brakowało mi w Origins. Wisienką na torcie były nawiązania do mitologii greckiej – szczególnie dobrze widoczne w kilku side-questach. Dodatkowo, moim zdaniem, było tu najwięcej „Asasyna w Asasynie” spośród wszystkich „nowych” części serii. A przynajmniej zdecydowanie więcej niż w Origins. 1. Assassin’s Creed Black Flag Moim zdaniem najlepsza część cyklu, choć wiem, że wielu się ze mną nie zgodzi ;). Niemniej, Edward Kenway jest najciekawszym bohaterem w serii. Fakt, może na samym początku rozgrywki nie da się go zbytnio polubić (w końcu facet zostawił swoją młodą żonę z synem w Anglii i wyruszył zdobyć bogactwo), ale finałowa scena rekompensuje wszystko. Oczywiście, najważniejszym czynnikiem, który w mojej hierarchii ustawia BF na pierwszym miejscu są bitwy morskie. Pod tym względem Ubisoft stworzył Arcydzieło. Nie wiem czy dałoby się lepiej zrealizować ten element w grach komputerowych. Źródło Chciałbym poznać Wasze zdanie na temat tej serii – czy zgadzacie się z moim rankingiem? Jeśli tak to dlaczego? A jeśli nie – to też dlaczego? Do zobaczenia za tydzień!
    2 points
  3. Każdy może mieć opinię na temat sznura albo innej liny. Zazwyczaj, to kwestia potrzeb i osobistych preferencji decyduje o tym, którą linę uważamy za lepszą, a podczas oceny produktu będziemy zwracać uwagę na materiał, grubość, jakość wykonania. Oraz długość. Zadziwia mnie, że niejednokrotnie wygłasza się negatywną opinie głównie ze względu na długość, gdyż z mojego doświadczenia wynika, że nie ma za krótkich lin. Tak samo, jak nie ma za krótkich gier. W dwunastym numerze CD-Action z roku 2007 znajdziemy recenzję Call of Duty 4: Modern Warfare. To naprawdę zabawna lektura z dzisiejszego punktu widzenia, gdy wie się co stało się w kolejnych latach z tą serią strzelanek. Na ostatniej stronie tekstu, klasycznie wręcz, znajdziemy ocenę, a pod nią wady i zalety ocenianej gry. Jednym z trzech minusów obok skryptów oraz okazjonalnych niewidzialnych ścian jest napisane wielkimi literami “ZA KRÓTKA”. Taka żywiołowa i opisana caps lockiem reakcja jest zrozumiała, gdyż autorowi recki COD4 zdecydowanie się podobał i najpewniej zostawił go z uczuciem niedosytu niczym czekolada, której jest zawsze o jedną kostkę za mało. Jako konsument, gracz może mieć skłonności do oceniania produkcji pod kątem tego na ile mu wystarczy i to od tego uzależniać decyzję o zakupie. Wydaje się to nawet sensowne i sam mam to na uwadze, gdy wydaję swoje ciężko wyszarpane korporacji pieniądze. Jednak zaskakująco często zapomina się, że (jakby to powiedział marketingowiec) w przypadku gier nie płacimy za produkt, a ZA DOŚWIADCZENIE. Tego sloganu “doświadczenia” używa się w kontekście gier zbyt górnolotnie, a w praktyce, to zaskakująco trywialne, ale również prawdziwe, bo właśnie za to płacę: za doświadczenie, dostarczające mi rozrywkę, a rozciągnięcie go w czasie niekoniecznie sprawi, że będę się lepiej bawił. Aby była jasność: od razu ucinam tu wszelkie przypadki, w których “krótkość” wynika z urwanej nagle fabuły. No i jestem samotnym graczem i nie zwraca uwagi na multi i inne takie, więc dalej omawiam tylko kampanie singlowe (nawet jeżeli w produkcji był obecny tryb dla wielu graczy) W tym roku z powodu “zrządzenia losu”, lub jak kto woli “awarii konsoli”, byłem poniekąd zmuszony do grania na PC i przy okazji przeszedłem kilka tytułów, które trudno nazwać “dużymi”, przynajmniej pod kątem czasu potrzebnego do ich ukończenia. Patrząc na poniższą listę można łatwo zrozumieć o co i dlaczego mi chodzi. Call of Juarez: The Cartel - średni czas potrzebny na ukończenie: 7 godzin Call of Duty: Modern Warfare 2 - średni czas: 6,5 godzin Call of Duty: Modern Warfare 3 - średni czas: 6 godzin Kane & Lynch 2: Dog Days - średni czas: 4 godzin Star War: Republic Commando - średni czas: 9 godzin Medal of Honor: Airborne - średni czas: 6 godzin Obok nazw widzicie średni czas potrzebny na przejście według danych z serwisu howlongtobeat.com, więc nie bazujemy tu na odosobnionym (czytaj: moim) przypadku. W każdym z wyżej wymienionych przykładów, niezależnie od własnej oceny, nie mógłbym powiedzieć, że którakolwiek z tych gier powinna być dłuższa. Po prawdzie łatwo jest sporządzić jeden wspólny opis dla Codów, cojów, medali oraz reszty Kaneów i Lynczów i nazwać je zwyczajnie: liniowymi strzelankami, nie odznaczającymi się niczym odkrywczym w rozgrywce. Call od Duty z rodzaj modernus warfarus to (jak wielokrotnie wspominałem) wyścig z kulami, polegający na nadaniu wysokiego tempa, którego nie tyle, że nie można utrzymać długo, co w pewnym momencie zacznie ono męczyć. Ani jedna z gier z wzmiankowanych tutaj przeze mnie nie ma w sobie na tyle zawartości: fabuły czy mechanik, aby być dłuższa i każda dodatkowa godzina by im tylko zaszkodziła. Najlepszym przykładem tego o co mi chodzi, jest wybijające się z mojego zestawienia, dziewięciogodzinne Republic Commando. Przygoda przeżywana w butach żołnierzy Republik ma zbyt dużo powtarzalnych potyczek, miejscami wlecze się i wyraźnie po niej widać, że chciano wyciągnąć z niej więcej niż ma do zaoferowania. To gadałem o wspominanym Republic Comanndo Zanim moje PlayStation 4 zaczęło się identyfikować jako odkurzacz (tak przynajmniej sądzę na podstawie odgłosów jakie wydaje, gdy włączy się na nim coś bardziej wymagającego niż menu), to moja oddana konsola pozwoliła mi początkiem roku ukończyć Assassin's Creed: Valhalla. Ostatni Asasyn to całkiem miły open world, którego jedną z kluczowych cech jest rozmiar, więc wszystko jest rozciągnięte: od wątków fabularnych do nadmiernego eksploatowania tych samych sztuczek. Assassin's Creed: Wikingowie bardzo mocno opiera się na eksploracji i ma tak dużo recyklingowanych typów aktywności, że wszystko co wydawało się fajne na początku, stało się dla mnie nudne gdzieś po… 100 godzinach, a końca dalej nie było widać. Gra jest więźniem swojej wielkości i cały jej rozmach na pewnym, trzeba przyznać, raczej późnym etapie, staje się powodem znużenia, bo brakuje nowych pomysłów i raz po raz powtarzamy to, co już bardzo dobrze znamy. Gdybyśmy szukali przyczyn wystąpienia znużenia przy gierce w jakimś jej momencie, to zawsze można wskazać “jakość wykonania” i stwierdzić “gdyby tylko było więcej pomysłów, to można by efektywniej wypełnić czas”. Stawiając się w butach dewelopera (bez żadnej wiedzy w temacie), łatwo wpaść na to, że inwencja w trakcie tworzenia projektu się wyczerpuje, a i budżet nie pozwala na implementację kolejnych pomysłów. Zapewne w pewnych przypadkach tak pewnie jest, jednak stojąc wobec takiej sytuacji, zaskakująco często twórcy decydują się na rozciągnięcie całego doświadczenia. Rozmemłanie go i rozmycie. Chociaż w niejednym przypadku wynika to ze złej oceny swojej pracy, to osobiście obstawiam, że za większość zabójstw na frajdzie odpowiedzialny jest paskudny, zwodniczy zabójca, posiadający po prawdziwe dobre intencje. Jego imię cicho wypowiada się w kuluarach, ale wszyscy wiemy o kogo chodzi. O “Chęć przypodobania się konsumentowi”. Taki przykładowy konsument, dajmy na to ja, podejmuje decyzje o nabyciu w oparciu o dawkę jaką oferuje sprzedający. Nie wiedząc kiedy, biedny kupujący wpada w pułapkę, bo okazało się, że jego potrzeby zostały zweryfikowane przez proces produkcji i rzeczywistość. Pomnóżmy teraz naszego konsumenta do rzędu wielkości kilkuset tysięcy, może milionów i oddzielamy go do mojej osoby, bo dostaliśmy wtedy bardzo dużo irytujących ludzi. Efektem naszego eksperymentu będzie obraz rzeczywistości, w którym dostajemy za długie gry, ponieważ wiele osób chce długich gier, a skutkiem jest rozmycie doświadczenia na którego wysokiej jakości nam zależało. Trochę jakbyśmy na własne życzenie dolali do bardzo dobrej zupy, więcej cienkiego bulionu, tylko po to, aby potrawa starczyła na dłużej.
    2 points
  4. Macie czasem tak, że oglądacie jakiś film, który z każdą minutą schodzi do poziomu poniżej poziomu, lecz mimo wszystko dalej siedzicie przed telewizorem w nadziei, że potworne krapiszcze okaże się jednak warte waszego czasu? Czas czytania: 5 min. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że tego typu zachowanie wywodzi się ze szkoły. Jest konkretny zestaw lektur, który musisz przeczytać. Czy ci się to podoba, czy nie. Zacząłem się jednak zastanawiać: dlaczego uparcie gramy w grę, która nam się nie podoba? Skąd biorą się negatywne recenzje, których autorzy mają po 100, 200, 600 godzin grania na liczniku? Ostatnio z ciekawości odpaliłem sobie platformówkę Yooka-Laylee and the Impossible Lair w cichej nadziei, że może będzie to doświadczenie podobne do Crasha lub Spyro. O tym za chwilę… najpierw muzyka! Żeby było jasne: Impossible Lair to nie jest zła gra. Jestem pewien, że gdybym odpalił ją w podstawówce (czy nawet w przedszkolu), po latach wspominałbym ją jako jedną z gier dzieciństwa. Tytuł ten ma swoje poczucie humoru i często otwarcie śmieje się z branży gier. Postacie też czasem zarzucą jakimś sucharem (czego dowodem poniższe screeny). Grafika jest bajeczna. Overworld, po którym poruszamy się pomiędzy poziomami, pełen jest wyzwań, znajdziek i ukrytych miejsc. Jednak niemal nigdy nie chciało mi się przechodzić zwykłych poziomów w grze. Ich level design jest nieintuicyjny – nigdy nie wiadomo, czy następne drzwi prowadzą do bonusowego przedmiotu, czy do następnej lokacji. Poza tym często możemy zablokować sobie dostęp do niektórych miejsc, na przykład niszcząc skrzynie, po których dało się wejść wyżej. A jeśli otrzymamy cios (i przegramy prostą minigierkę), nasz moveset zostaje ograniczony, przez co również nie da się zajrzeć w każdy kąt. Postacie, humor, zagadki, wyzwania – tego wszystkiego w poziomach nie ma. No chyba że ukończenie ich uznamy za wyzwanie. Potwierdzam, jest. Koniec końców wyłonił mi się obraz gry tak nierównej, jakby stworzyły ją dwa studia i tylko jedno z nich wiedziało, co robi. Efekt był taki, że szybko odechciało mi się grać. Co nie znaczy, że przestałem. No dobra – pomyślałem sobie – Gothic też z początku wydawał ci się koszmarny, a po trzech godzinach było już całkiem nieźle. Pod koniec było już nadspodziewanie dobrze. Może warto dać grze szansę? Dałem jej ponad dziewięć godzin szans. O pięć za dużo. Odkryłem 90% genialnego overworlda i wywaliłem grę w kosmos. A mimo tego i tak ciężko mi było podjąć tę decyzję. Nadal miałem to głupie wrażenie, że będzie to platformówkowy mesjasz, stojący z dumą obok Crasha, Spyro i Raymana. Spędziłem w Impossible Lair zdecydowanie zbyt dużo czasu w nadziei, że może otrzymam jakiś power-up, który pozwoli mi łatwiej szukać znajdziek albo poprawi system poruszania się postaci. Poza tym cały czas chciałem odkrywać tajemnice overworlda. Choćbym chciał, nie mógłbym brać go na serio. Te oczy! Tylko co z ludźmi, którzy rozegrali w jakiejś grze kilkaset godzin, by wystawić jej ocenę 2/10? Skoro tak bardzo im się nie podobała, czemu grali w nią tak dużo? Sprawa ta dotyczy przeważnie gier wieloosobowych. Te są, do pewnego stopnia, losowe. Jednego dnia możemy wygrać trzy mecze z rzędu, następnego przegrać pięć. „Gramy, aż wygramy” – znamy to skądś? Nikt nie chce pójść spać z poczuciem beznadziei oraz straconych kilku godzin. Oczywiście nie znaczy to, że wynik meczu zależy od rzutu kością, lecz że zdarzają się lepsze i gorsze dni. Pokuszę się o stwierdzenie, że wygrywanie wszystkich meczy z rzędu przez kilka dni graniczy z niemożliwym. Dlatego często wystarczy to jedno jedyne zwycięstwo na koniec dnia, żeby poczucie porażki i zmarnowanego czasu nie było tak dojmujące. Psychologiem nie jestem, ale czy nie jest to podobne do „klasycznego” hazardu? No co. Nie mówcie, że nigdy nie gadaliście z rurą! Bywa i tak, że jeden patch do gry może kompletnie zmienić jej odbiór. Dobrym przykładem jest Diablo III, gdzie usunięcie domu aukcyjnego i wprowadzenie kilku zmian w rozgrywce wyszło grze na dobre. Może to jednak zadziałać w przeciwną stronę. Patch 1.37 do War Thundera kompletnie przebudował system postępu, czym niepomiernie zdenerwował wielu graczy. Wywołało to negatywne recenzje od graczy, którzy wcześniej dobrze (i długo) się bawili. Gra nie musi być zła od samego początku, lecz może zostać skiepszczona przez aktualizacje. …I całe szczęście. Jeśli gramy w rozbudowaną grę strategiczną, również ciężko nam będzie ocenić ją po trzech godzinach. Często skutki jednej fatalnej decyzji objawią się nam dopiero po kilkudziesięciu turach wesołego grania. Psychologia też ma coś do powiedzenia w tym temacie. Według dr Lindy Kaye z Edge Hill University, takie zachowanie może wynikać z tożsamości człowieka jako gracza. Skoro identyfikujesz się jako gracz, możesz zechcieć męczyć się parę godzin po to, żeby podświadomie wzmocnić swoją tożsamość: jestem graczem, więc gram. Podejrzanie gęsto tu od obrazków, czyżby autor nie miał nic ciekawego do powiedzenia? Choć jestem przeciwny marnowaniu czasu na słabą grę, uważam, że mogą z tego płynąć pewne korzyści. Jeśli jakiś crap popsuł jedną mechanikę, od tej pory docenimy ją w innych tytułach. Po ograniu Yooka-Laylee and the Impossible Lair jeszcze bardziej doceniłem projekt poziomów i arcyprecyzyjne sterowanie w Rayman Origins i Legends. Choćbyśmy chcieli, w tych Raymanach nigdy nie zablokujemy sobie dostępu do ukrytych obszarów. A samo „platformówkowanie” jest po prostu przyjemne. Nasz moveset nie jest ograniczany, jeśli oberwiemy. Dzięki temu, że pograłem sobie w coś nie do końca przemyślanego, doceniłem lepsze gry z tego samego gatunku. I choć daleki jestem od grania w crapy, żeby poprawić sobie odbiór innych tytułów (czas, czas!), tak nawet… trochę… cieszę się… że zagrałem w Impossible Lair. Nagroda dla wytrwałych. (źródło) A czy Wy ogrywacie każdy tytuł do końca, nawet jeśli się Wam nie podoba? Dajcie znać poniżej i do następnego! Ten wpis możesz przeczytać również na PPE.pl. Źródła: https://kotaku.com/why-you-should-play-bad-video-games-748981509 https://www.pcgamesn.com/why-do-we-play-bad-games https://wiki.warthunder.com/Update_1.37 https://www.reddit.com/r/Warthunder/comments/gxwyoa/what_happened_at_patch_137/
    2 points
  5. Cóż, dla mnie to taka sama sytuacja, jak z HoMM 3 - bardzo dobra gra, przy której spędziłem wiele miłych godzin, ale jednak wole inną część/części tej serii (w przypadku "Hirołsów" - niezbyt lubianą czwórkę ). Mnie to akurat cieszy - dzięki temu widać, że seria się rozwija. Moim zdaniem dobrze się stało, ze Ubisoft odszedł od "tradycyjnego Asasyna", choć - co muszę podkreślić - elementy skradankowe mogliby teraz lepiej rozwiązać. Ani w Origins ani w Valhalli nie korzystałem z tego, bo lepiej było wejść gdzieś na hura. I jedynie w Odyssey ciche zabijanie przeciwników dawało mi frajdę.
    1 point
  6. Odważna topka 😛 (mam na myśli dwójkę dopiero na piątej pozycji). Tym bardziej szacun, bo obawiam się, że zdarzają się osoby wbrew sobie uginające się pod kultem jakim cieszy się druga część serii. Ja od Asassynów odbiłem się względnie szybko, bo przy dwójce, a następnie kilka razy próbował wrócić, ale z marnym skutkiem. Do serii powróciłem przy okazji dużych zmian w formule i o ile Origins średnio mi się podobało, to byłem ogromnie zadowolony z Odyseji i Valhalli i tego, że na przestrzeni tych trzech gier z części na część zmieniało się w wiele w podejściu do różnych elementów przez co ostateczny obraz był inny.
    1 point
  7. Nie ma sprawy . Cóż... podchodziłem do każdej części Chronicles chyba trzy razy i jakoś nie umiem w tym znaleźć frajdy... Dlatego nie uwzględniłem tych gier na liście - tak samo jak Liberations (leży na Uplay) oraz Valhalla (muszę w końcu ją skończyć... tylko czasu brak ).
    1 point
  8. Oo, dzięki za wyróżnienie i podsunięcie linka! Kusisz... Ja zawsze w głowie miałem tylko osobiste asasyńskie podium: I miejsce - AC3 za setting, klimat i fabułę; II miejsce - Black Flag za absurdalnie satysfakcjonujące piracenie; III miejsce - Revelations za klimat, zwieńczenie historii Ezio oraz tę scenę. Najgorszą częścią był dla mnie Syndicate. Miasto było ładne, fakt, ale już odechciało mi się po nim chodzić. Po raz pierwszy w serii nie wymaksowałem kampanii, bo byłem wynudzony. Co prawda w Unity też nie wymaksowałem kampanii, ale dlatego, że wywaliło mi prąd. Podczas tych cennych dwóch sekund, kiedy gra się zapisywała. Sejwa nie odratowałem, choć próbowałem. Od Origins w górę nie grałem, ale miło wspominam Chronicles: China. Stylistyka była fajna, a skradanie satysfakcjonujące... i trudne.
    1 point
  9. Starość. Straszne słowo, bałem się go, dalej się go boję. Jednak ten strach wzbudził we mnie coś czego się nie spodziewałem. Przestałem lękać się innych rzeczy które do tej pory wzbudzały we mnie konsternacje. Gadam tak o tej starości jakbym miał co najmniej 80 lat i pisał już testament. Mam o 50 mniej jednak pierwszy raz w życiu doświadczyłem takiego uczucia. Dlatego wziąłem się do roboty, zakasałem rękawy i wziąłem byka za rogi. A tym bykiem w moim przypadku jest nauka tworzenia gier wideo. Od niepamiętnych czasów gierki jak i sam komputer gościły w moim życiu. Ile to razy słyszałem żebym przestał grać w ten komputer i wziął się do roboty. Trochę mi to zajęło ale jednak się wziąłem. Do tej pory owoce elektronicznej rozrywki interesowały mnie jedynie przez pryzmat odbiorcy. Nie wiem jak to się stało ani dlaczego, ale pewnego dnia chciałem poznać jak to wygląda z tej drugiej strony. Póki co, zanim tam dojdę, minie sporo czasu ale od czegoś trzeba zacząć. Pierwsze co przyszło mi na myśl to silnik Unity. Znany, ceniony, rzekomo łatwy. Właśnie rzekomo. Niesiony marzeniami, że siądę i od razu ogarnę temat po czym zrobię sobie szybkie Ori musiałem się nieco uspokoić i zejść na ziemię. Z programowaniem nigdy nie miałem do czynienia. Nie mogę nawet powiedzieć, że byłem dobry z matematyki. Prawda jest taka, że byłem kiepski. Ale co mi tam spróbuję. Niestety. Znowu dostałem plaskacza w twarz. Język którym posługuje się Unity nie należy do najprostszych. Dla takiego laika to już w ogóle. Nie poddałem się jednak. Pomyślałem nie ten, to spróbuję z łatwiejszym. Wybór padł na Pythona. Poświęciłem kilka godzin na oglądanie tutariali oraz bezpłatnych lekcji na youtubie. Założyłem sobie nawet zeszyt. Jak na studiach, fajne uczucie cofnąć się w czasie. Coś tam zacząłem rozkimiać, aczkolwiek nadal bardzo daleka droga przede mną. Pojawił się jednak kolejny problem. Sucha wiedza może i jest interesująca jednak zaczęła mnie trochę przytłaczać. Wiecie, ciągle te pętle, argumenty, zmienne, funkcje. Można trochę zbzikować. Wyciągnąłem wnioski z poprzednich błędów i pobrałem nieco łatwiejszy w obsłudze program do tworzenia gier. GameMaker. I to był świetny wybór. Strzał w dziesiątkę, bramka od poprzeczki, lukier na pączusiu. Zacząłem od najprostszego tutorialu w którym ogarnięta i miła kobieta pomaga mi stworzyć swoją pierwszą grę. Rany jak ja się cieszyłem jak narysowałem swój pierwszy sprite a potem dodałem go na planszę. A jaki byłem dumny jak mój samolocik zaczął mnie słuchać. Wspaniałe uczucie. No i tak nieco zmieniło się moje życie po osiągnięciu tej granicy starego trzydziestoletniego człowieka. Chciałbym dzielić się od czasu do czasu z Wami swoimi postępami, przemyśleniami albo tym co znalazłem i co jest interesujące w temacie tworzenia gier. Byłoby mi niezmiernie miło jeśli znaleźli by się tutaj podobni amatorzy jak ja bądź też już bardziej zaawansowani gracze tego poletka i może przedstawili również swoją historię ewentualnie udzielili wskazówek bądź porad. trzymajcie się i do następnego PS : zamieszczam tutaj link do wspomnianego tutoriala: https://www.youtube.com/playlist?list=PLhIbBGhnxj5IIybcFPbr1aMLKMX6VgsP2
    1 point
  10. RX 6600 ma ponoć mieć premierę 13 października, więc można się przyjrzeć cenom w sklepach, a nuż trafi się w rozsądnej cenie.
    1 point
  11. Niestety obecnie na rynku kart graficznych jest bardzo wielki problem z dostępnością czegokolwiek, więc kupno grafiki to duże wyzwanie. Nie zanosi się też, by w najbliższym czasie sytuacja miała ulec poprawie... Zostają tylko karty używane, za około 1100-1200 zł kupisz GTX 1060 6GB z drugiej ręki, na Allegro czy OLX. Na takiej karcie pograsz na średnich detalach w nowe gry w rozdzielczości Full HD, ale nie ma co ukrywać, że na 2-3 lata to może ona nie starczyć. Nie myślałeś żeby przerzucić się na konsole? Obecnie ma to więcej sensu niż inwestowanie w PC.
    1 point
  12. Widziałem już w życiu różne "badania" spychologów, o czym doskonale wiecie ;). Ale jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego... Przed Wami artykuł Henryka Nogi pt. „Postrzeganie rzeczywistości a postawy twórcze graczy komputerowych i osób niegrających” (2013). Co ciekawe, ten tekst odrobinę przypomina inny artykuł tego autora - z 2010 roku - który opisywałem tutaj. Naturalnie, nie dokonywałem żadnych zmian stylistycznych czy gramatycznych. Gotowi? Autor zagaja we Wstępie. Powołuje się na Fromma, zupełnie jak dr Ulfik-Jaworska w swoich książkach, więc już wiecie czego się spodziewać . Jak myślicie - które osoby mają taką postawę? Dla ułatwienia dam Wam małą podpowiedź: Wydaje mi się, że ten fragment jest pełen sprzeczności (może się mylę?) - skoro taka osoba jest „podejrzliwa wobec innych ludzi” to czemu „podporządkowuje swoje życie innym ludziom”, szczególnie, że chce ich uczynić swoją własnością… Nie czytałem Fromma, ale chyba tego nie przemyślał… Ten fragment jest bardzo interesujący, bowiem już ustawia resztę tekstu pod „właściwą” tezę. Autor nawet nie kryje swoich „upodobań” i już na samym początku zaszufladkował „badanych”. Jasne, zrobił to na podstawie opinii innych „badaczy”, ale to go nie usprawiedliwia. W tym miejscu zaczyna się kolejny punkt artykułu - „Spędzanie czasu wolnego a poziom postaw twórczych”. To właśnie tutaj zastanawiałem się nad autoplagiatem, bo tekst przypomina ten zalinkowany na początku. Na szczęście to było tylko wrażenie. Tu zapaliła mi się lampka wielkości Stephenson 2-18 – w tym miejscu nie ma przypisu! W żadnym miejscu artykułu Autor nie podaje kim było owo „grono badaczy”, kogo przebadano, ani kiedy! Czy chodzi o „badania” przeprowadzone przez wspomnianą dr Ulfik-Jaworską? Chyba nie, bowiem – jak pisze Autor – przebadano chłopców i dziewczęta, a w „Zabawie w zabijanie” (na nią w kilku miejscach powołuje się Autor) „testowani” byli tylko chłopcy. Zatem skąd to się wzięło? Cóż, mam pewne podejrzenia – pewnie wyglądało to tak: Co ciekawsze, poza tym jednym fragmentem nie ma ani słowa o metodologii badań - zatem nie mam pojęcia np. czy ankiety zawierały pytania jedno- czy wielokrotnego wyboru. Dodatkowo, patrząc na procenty w dalszej części wpisu miejcie cały czas w głowie informację, że nigdzie nie zostało podane ile (w liczbach bezwzględnych ) osób „przebadano”. Tu będzie bardzo interesujący fragment – Autor wyjaśni nam czym zajmują się osoby NPTT, a czym związane z Warszawskim Przedsiębiorstwem Tak-sówkowym: No, wszystko jasne i klarowne. Uwielbiam tak precyzyjne wyniki badań – „często” to moja ukochana liczba! To mnie zadziwiło, tak szczerze pisząc. Skoro 5% osób z Warszawskiego Przedsiębiorstwa Tak-sówkowego spędza wolny czas grając w gry to czemu są w tej kategorii, a nie w tej drugiej? Czyżby jednak gry nie przeszkadzały w twórczym spędzaniu czasu? Tego nie wiem, bo Autor nie zwraca uwagi na takie „drobiazgi”. A szkoda, bo - w sumie - jestem ciekaw jak na pozostałe pytania odpowiadały te osoby. Tu się robi jeszcze ciekawiej – wygląda na to, że był to arkusz wielokrotnego wyboru . Inaczej te wyniki mają jeszcze mniej sensu. Poza tym, nie ma tu informacji czym zajmuje się reszta badanych z NPPT, skoro nie grają w gry komputerowe ani nie oglądają telewizji. Czyni też nieprawdziwym stwierdzenie z początku artykułu – bo okazuje się, że większość osób z tej grupy (odpowiednio 55,37% chłopców oraz 72,73% (!) dziewcząt) nie zajmuje się grami. ¯\_(ツ)_/¯ Wiemy natomiast coś innego: Ponownie mnie zastanawia co te osoby robią w tej grupie, skoro mają „mieć” niski poziom postaw twórczych… Nie, serio – nie wiem. Może te same osoby grają także w gry? Innos raczy wiedzieć, bo Autor – z tajemniczego i niezrozumiałego dla mnie powodu – nie wspomina o tym. Nie uwierzycie, ale przy pierwszym zdaniu tego fragmentu pojawia się przypis! Hurra! Jest to jedyne odniesienie do tej książki w całym tekście, więc raczej to nie stamtąd pochodzą badania. Chodzi o: Nowacki T. W. (2005), Tworząca ręka. Niestety, nie mam dostępu do tej pozycji, zatem jakby ktoś miał pod ręką i mógł sprawdzić to proszę o kontakt. Będę wdzięczny. Nie rozumiem tego – czy „spokój i opanowanie” nie są pozytywnymi cechami charakteru? Czemu ktoś to rozdzielił? Przecież to nie ma najmniejszego sensu! Jest to dla mnie trochę niejasne – przede wszystkim nie ma tu rozkładu procentowego. Zatem nie wiem co oznacza słowo „częściej” . Dodatkowo, moim zdaniem łatwiej jest napisać „jestem świetnym człowiekiem, spokojnym i opanowanym” (szczególnie w liście motywacyjnym ) niż napisać negatywnie o sobie. Ale co kto woli . Tu ponownie brak procentów… Jednocześnie, nagle Autor pisze o „niekomputerowych” i „komputerowych” osobach, choć nie tak dawno okazało się, że w obu „badanych” grupach jednak są gracze i nie-gracze. Dziwne… Wybaczcie długi fragment, ale nie miałem serca go ciąć. Jak możecie się domyślić, w tym miejscu nie ma przypisu. Zatem, nie da się określić jakie zmiany zostały dokonane w kwestionariuszu pana S. Popka (poszperałem trochę i znalazłem go – możecie sobie wypełnić, jeśli chcecie). Jednakże, dziwią mnie dwa końcowe zdania tego fragmentu. Podobnie, jak wcześniej, zapytam – co te osoby robiły w tych kategoriach? Przecież na samym początku Autor zaznaczył, że osoby z Warszawskiego Przedsiębiorstwa Tak-sówkowego „najczęściej wolny czas spędzają wykonując różnorakie prace wytwórcze i majsterkując”. A tu nagle okazuje się, że są wśród nich osoby, które takowych działań nie chcą podejmować… Zatem czemu nie są w NPPT? Kto te badania przeprowadzał? I czy w ogóle były jakieś badania? No, chyba, że ktoś te osoby zmusza do pracy twórczej . Żeby było zabawniej: Tu już wysiadł mi mózg. Dla Autora niemal 1/4 i równo 1/3 to „stosunkowo mało”? Fakt, nie jest to duża liczba, ale jednak jest. Dodatkowo – jeśli mnie matematyka (czyt. kalkulator ) nie myli to w tym miejscu w grupie chłopców brakuje 8,48%, a u dziewcząt: 9,1% odpowiedzi. Co z tymi osobami? Gdzie się one podziały? W Warszawskim Przedsiębiorstwie Tak-sówkowym także brakuje odpowiedzi – odpowiednio: 7,59% oraz 8,03%! Pozostaje też pytanie – jak rozkładały się odpowiedzi u osób, które trafiły do swoich grup mimo różnic? Tego się nigdy nie dowiemy, bo Autor o tym nie pisze. Co ten fragment tu robi? Nie dość, że to masło maślane to jeszcze nie ma żadnych danych (nie, żeby coś dawały). Tu ponownie brak jakichkolwiek danych… Ale skoro nie wiadomo kto odpowiadał na te pytania, to chyba nie ma się co dziwić, nie? I cały czas mam nieodparte wrażenie, że żadnych badań nie było (może się Autorowi przyśniły?). Dodatkowo – skąd nagle wzięła się kategoria „częstość grania”? Nigdzie wcześniej nie ma o tym informacji. Ale czego ja oczekuję? Ten wniosek jest nieuprawniony – ale w spychologii to dość częsta praktyka, co zapewne zauważyliście . I wszystko jasne – ci dobrzy „niekomputerowcy” są bardzo dobrymi ludźmi, wręcz chodzącymi świętymi. Tylko zastanawia mnie jedno – ile osób z tej kategorii, które deklarują, że gra w gry zaznaczyło te pożądane przez Autora opcje? I co oznacza „stosunkowo niewiele”? Według moich obliczeń opcję/opcje inną/inne niż "współczucie" i "życzliwość i pomaganie" wybrało 32,08% chłopców i 30,33% dziewcząt z tej grupy. Czyli całkiem sporo. Gdybyśmy tylko znali treść ankiety.... To też jest interesujące, ale najpierw poznajmy resztę liczb w tej kategorii: Te procenty brzmiałyby strasznie nawet dla mnie, gdyby nie to, że Autorowi zawieruszyło się gdzieś 45,21% chłopców i 51,52% (!) dziewcząt. Jak odpowiadały te osoby (około połowy badanych!)? Co Autor przemilcza/ukrywa? Jak myślicie? Okeeej… Same wyniki skomentuję za chwilę (znowu będą procenty…), ale dla porządku muszę napisać, że w tym miejscu znajduje się przypis do „Zabawy w zabijanie”. Po co to zostało tu wstawione? Trudno określić. Zanim opiszę Wam wyniki NPPT powiem Wam jedno – ci ludzie z Warszawskiego Przedsiębiorstwa Tak-sówkowego to niezłe kozaki są. Myślą, że są nieśmiertelni i nie boją się śmierci. Według danych z Instytutu Badań Zmyślonych Przeze Mnie (IBZPM) 92,98% chłopców i 66,66% dziewcząt z tej grupy – w ramach pracy twórczej – konstruuje bomby i pędzi bimber. Źródło O, i to jest zdrowe podejście do tematu – możemy umrzeć w każdej chwili, zostawiając bliskich i rodzinę. Śmierć może „być” kresem wszystkiego, co do tej pory zrobiliśmy i możemy nie „mieć” okazji, by zrobić coś jeszcze. Szanuję ludzi, którzy tak myślą. A tak bardziej serio – tu właśnie przydałaby się wiedza o wieku badanych osób. Załóżmy, że pytanie w kwestionariuszu „Czy boisz się śmierci?” dostaje 16-latek, który uważa, że jest młody i ma życie przed sobą. To oczywiste, że zaznaczy „NIE”, bo niby dlaczego miałby się bać czegoś tak odległego? Tymczasem, jego kolega, którego brat/kuzyn/przyjaciel zmarł na tętniaka/został śmiertelnie potrącony przez samochód/cokolwiek zaznaczy „TAK”. Czy możemy ocenić negatywnie postawę jednego lub drugiego? Moim zdaniem nie. Ale ja nie jestem spychologiem . Tu znowu wychodzi dziwactwo tego „badania” – jak odpowiedzieć na to pytanie? Co oznacza „podziw dla piękna przyrody”? Jak to rozumieć? Być może było to rozwinięte podczas rozmowy kierowanej (choć Beliar wie), ale w artykule wygląda to koszmarnie. Dla dopełnienia – odpowiedzi NPPT: Ponownie - nie wiem co kryje się pod tym pytaniem. Sam bym nie bardzo wiedział co tu zaznaczyć - pewnie bym poszedł w "podziw", ale jakby przyszło do wyjaśnienia to pewnie bym się pogubił . BTW - zauważyłem, że przy tym pytaniu w każdej grupie brakuje odpowiedzi 0,01%. osób. Co oni zaznaczyli? Zbliżamy się do końca artykułu – Autor podsumowuje nam „badania”: Chyba nikogo te wnioski nie dziwią? Cóż, mnie tak - bo która z tych grup była w końcu "komputerowa", skoro - co Autor sam opisuje - w obu znalazły się osoby, które grają w gry oraz takie, które tego nie robią. Co ciekawsze, Autor na tym nie kończy: To jest bardzo interesujące, zatem po kolei. Nigdzie w przytoczonym „badaniu” nie ma nawet słowa o chęci posiadania czegokolwiek – także innych osób. Brak zaufania do innych ludzi może „mieć” 1001 przyczyn – także środowiskowych. Cierpienie i śmierć to bardzo delikatne i osobiste kategorie. Nie wiem też co ma „obojętność na piękno przyrody” do „wyobcowania”. Autor zdaje się tego nie zauważać, ale miło, że napisał, że dotyczy to jedynie „większości” graczy. Nie wiem ile to jest, ale zawsze jakaś otucha, że nie wszystkich. Źródło Tu Autor też pojechał. „Pozytywne cechy charakteru” zaznaczały obie grupy. W całym tekście nie widzę żadnych „danych” potwierdzających, że te osoby chcą się doskonalić. Zabawnie za to brzmią słowa, że osoby związane z Warszawskim Przedsiębiorstwem Tak-sówkowym „potrafią cierpieć” . Najwyraźniej odblokowali jakiegoś „perka” . Domyślam się, co Autor miał na myśli, ale wyszło jak wyszło. Chociaż, kto wie – może masochiści są bardziej twórczy? Skoro jednak Autorowi tak bardzo podobają się osoby, które tworzą różne rzeczy to może wybrałby się na wyspę Sentinel Północny i spróbował zbadać mieszkających tam ludzi? Jeśli się postara to przyjmą go jak Johna Allena Chau’a . Co ciekawe, na końcu tego tekstu jest przypis – ponownie do „Zabawy w zabijanie”. Moim zdaniem, bardziej przypomina mi to inny artykuł, który opisywałem na blogu. Kończąc ten wpis w jednym Autorowi muszę przyznać rację. Dla mnie, jako gracza, porządne badania powinny „mieć” metryczkę, dokładne dane ilościowe i niepozostawiające pola do manipulacji wyniki. Z kolei dla niegrającego Autora badania i ich wyniki mają po prostu „być” zgodne z tezą. Obiecany link. Do zobaczenia za tydzień!
    1 point
  13. Dzięki za info, już naprawione. Mnie też, psiakrew. Z trylogii najbardziej lubię Revelations, potem "dwójka" i Brotherhood. Znalazłem tę informację przy pisaniu. W grze rzeczywistości wyglądał trochę lepiej niż na portrecie.
    1 point
  14. - Mamy dobre życie, bracie. - Najlepsze. Oby się nigdy nie zmieniło. - I oby nigdy nie zmieniło nas. Czas czytania: 6 min Tymi słowy rozpoczęła się ta odsłona Assassin’s Creed, która ustanowiła pewien standard nie tylko dla reszty serii, lecz także dla wielu innych gier akcji z otwartym światem. W swoim czasie jednak był to przede wszystkim świetny sequel, wzbogacający doświadczenie znane z „jedynki” (o którym możesz poczytać tutaj) na niemal każdym polu. Ubisoft porzucił realia trzeciej krucjaty na rzecz epoki renesansu. Damaszek, Akkę i Jerozolimę zastąpiły między innymi Florencja, Toskania San Gimignano oraz Wenecja. Każde z tych miast ma swój osobliwy klimat. To do Florencji trafimy najpierw, i to tam będziemy zachwycać się ogromną katedrą Santa Maria del Fiore. Z kolei San Gimignano to miasto wież, bardzo podobnych do tych, na które wspinaliśmy się jako Altaïr. Wenecja okaże się największym z odwiedzanych miast, a najpiękniejszym dla tych, którzy lubią błękit. Tylko niemal bezbarwne Forlì odstaje od reszty. System walki doczekał się rozwinięcia względem "jedynki". Po wyprowadzeniu udanej serii ciosów możemy od razu ukatrupić przeciwnika. Uniki stały się bardziej użyteczne i łatwiejsze do wykonania. Do tego arsenał został wzbogacony o broń drzewcową i dwuręczną, dzięki której możemy podciąć wrogowi nogi lub wyprowadzić morderczy zamach toporem. Możemy również dokonywać skrytobójstw na nowe sposoby, na przykład z ławki, stogu siana lub krawędzi dachu. Co więcej, da się je wykonać na dwa sposoby: dyskretnie lub jawnie, co odkryłem dopiero teraz, przy czwartym podejściu do tytułu. A "niedyskretne" animacje wyglądają przefajnie! Ezia poznajemy od narodzin - dosłownie. W trakcie naszej przygody stale dołączają do nas nowe postacie. Leonarda da Vinci poznajemy na samym początku. W połowie gry spotkamy za to Caterinę Sforzę, która będzie rzucać inwektywami w każdego, kto stanie jej na drodze. Z kolei w Wenecji dołączy do nas Bartolomeo d'Alviano, który wraz ze swoją Biancą będzie walczył ramię w ramię z Ezio. Głównego bohatera również ciężko zapomnieć. Nie trzeba długo grać, by się dowiedzieć, dlaczego. W ciągu pierwszej godziny gry Ezio obija twarze wrogim makaroniarzom, by bronić honoru swojej rodziny. Następnie spędza noc u niejakiej Cristiny. A rano, zamiast dostać kulturalny opeer od ojca, zostaje przez niego rozgrzeszony... I natychmiast zapędzony do roboty. Ezio Auditore da Firenze to nie tylko hulaka i pożeracz serc niewieścich, lecz także oddany członek familii. Jak bardzo oddany? Przekonujemy się o tym dosyć prędko, niestety. Dzień jak co dzień. Ojciec Ezia zostaje zdradzony i publicznie powieszony wraz z braćmi głównego bohatera. Ten będzie musiał prędko dorosnąć i nauczyć się wszystkich potrzebnych umiejętności, by nie tylko chronić matkę i siostrę, lecz także dokonać zemsty na spiskowcach, za którymi stoi pewien Hiszpan. W tym celu udaje się on do willi swojego wuja w Toskanii. Tam po raz pierwszy słyszy o Asasynach, Templariuszach oraz Fragmentach Edenu. Nie zmienia to jednak jego planów dotyczących pomsty. A w trakcie swojej podróży Ezio zmężnieje na tyle, że będzie mógł nawet nosić brodę. Opowieść może nie jest pełna zwrotów akcji, ale i tak wciąga. Jednak dwie rzeczy w fabule są dla mnie kompletnie niezrozumiałymi, ale tutaj wkraczamy na terytorium spoilerów. Podobnie jak w poprzedniej części, akcja jednej sekwencji wspomnień rozgrywa się przeważnie w obrębie jednej dzielnicy miasta. Tam za pomocą punktów widokowych odsłonimy sobie mapę, na której zaznaczone będą zadania poboczne. Do głównych nie ma co się specjalnie przygotowywać, choć odsłonięta mapa będzie miłym dodatkiem. Ezio może brać udział w wyścigach ulicznych, przyjmować zlecenia zabójstw oraz lać niewiernych mężów po pyskach. Choć czasem zdarzy się ciekawszy pomysł na rozgrywkę (na przykład wyścigi konne), mogę z czystym sumieniem napisać, że jeśli zrobiłeś jedno, dwa z tych zadań, widziałeś tak naprawdę wszystkie. Nawet w grach bez Mario faworyzowany jest Mario. A gdzie Luigi?! Gra wprowadziła też do gry pieniądze oraz wiele sposobów na ich zarabianie. Same misje główne nagradzają nas gotówką, co w większości przypadków nie ma uzasadnienia w fabule. Zadania poboczne również są odpowiednio nagradzane, a ponadto możemy też plądrować skrzynie ze skarbami, które beztroscy mieszkańcy Italii często zostawiają na dziedzińcach i balkonach. Zarobione floreny możemy również zainwestować w Monteriggioni - miasteczko, w którym mieści się Villa Auditore. Warto to robić, bo stopa zwrotu jest całkiem przyzwoita. A ponieważ pieniądze zarabia się dosyć nietrudno, szybko możemy uzyskać bardzo przyzwoity dochód pasywny. Renowacja willi jest absurdalnie satysfakcjonująca. W miarę inwestowania zmienia się samo miasto. Nie tylko nasz dom wygląda okazalej bez pnączy wędrujących po fasadzie, ale magicznie zmienia się również pogoda. Kiedy trafiamy do Monteriggioni po raz pierwszy, jest to najbardziej ponura lokacja w grze. Z czasem jednak pochmurne niebo ustąpi miejsca słonecznej pogodzie. Gdzie ja już widziałem ten miecz... Momentami nietrudno było zapomnieć, że gra ma jeszcze jednego głównego bohatera. Lucy wydostała Desmonda z placówki Abstergo, po czym wspólnie dotarli do lokalnej komórki (a raczej komóreczki) Asasynów. Tam poznamy dwoje najśmieszniejszych postaci w serii: cynicznego, lecz nieodmiennie zabawnego Shauna oraz sympatyczną programistkę Rebeccę. Dostajemy od nich zadanie poboczne - jako Ezio szukamy tajemniczych glifów pozostawionych w Animusie przez Obiekt 16. Samo znalezienie symbolu to tylko część sukcesu, gdyż trzeba jeszcze rozwiązać łamigłówkę z nim związaną. Choć większość z nich jest raczej prosta, tak kilka potrafi wyryć w mózgu nowe połączenia. Satysfakcja z ich rozwiązania jest nieziemska. W porównaniu z nią nagroda za znalezienie wszystkich jest... po prostu jest. Aczkolwiek jest ona ciekawa. ACII rozwija wątek Fragmentów Edenu. Dzięki zagadkom Obiektu 16 dowiemy się między innymi, jak naprawdę zginął Hitler oraz co spowodowało katastrofę w Tungusce. A mówiła mama: "ubierz szalik"? Assassin's Creed II jawi mi się jako sequel niemal idealny. Gra mądrze rozwija każdy element "jedynki". Ulepszono i poprawiono wszystko, co się dało. Chyba jedynym mankamentem jest dość niski poziom trudności gry. Samo to mi nie przeszkadza, ale jako Asasyn dysponujemy dostatecznie szerokim wachlarzem broni, by przerobić każdego przeciwnika na tagliatelle. Jednak nie ma potrzeby, aby korzystać ze wszystkich. Ja sam nigdy nie użyłem trucizny, choć obiecywałem sobie, że "następnym razem na pewno". Podobnie nie korzystałem z noża - po prostu o nim zapominałem. Teraz trochę żałuję, bo chętnie pooglądałbym animacje walki. Te są arcypłynne, dzięki czemu akrobacje na ekranie ogląda się bardzo przyjemnie. Assassin's Creed II to dla mnie jedna z najlepszych gier szóstej generacji konsol. Jest to tytuł tak dobry, że wręcz zdefiniował cały podgatunek gier akcji z otwartym światem. Wchodzimy na wieże, czyścimy ogromną mapę ze znajdziek, robimy zadania poboczne, inwestujemy zebraną kasę/punkty doświadczenia... To cechy nie tylko Brotherhooda czy Revelations, lecz także Far Cry'a 3, Marvel's Spider-Mana, Horizon: Zero Dawn, Batman: Arkham Origins... Czy to dobrze, czy nie - na to każdy odpowie sobie sam. Nagroda dla wytrwałych. (źródło) A jak Wy wspominacie Assassin's Creed II? Gracie w "ubisandboksy"? Dajcie znać poniżej i do następnego! Ten wpis możesz przeczytać również na PPE.pl.
    1 point
  15. Przy okazji ogrywania Watch Dogs: Legion (którego recenzję zamieściłem tydzień temu) zastanowiłem się nad tajnymi organizacjami, które pojawiają się w grach. I wydaje mi się, że londyński DedSec jest dobrym punktem wyjścia. Ostrzegam jednak, że w tym wpisie pojawi się kilka spojlerów z różnych gier . Zaczynając od hakerów – sposób, w jaki pozyskują nowych agentów był dla mnie kuriozalny. Gdyby na ulicy podszedł do mnie typek, twierdząc, że należy do organizacji hakerów i przydałyby im się moje umiejętności to raczej bym go wyśmiał i wysłał na drzewo, a nie mówił o swoich problemach. Rozumiem, że w grze sytuacja nie jest zbyt wesoła, ale tym bardziej bym nie zaufał jakiemuś randomowi. I – moim zdaniem – trzeba być nieziemsko głupim, by dać się w coś takiego wrobić… Z drugiej strony – sekty wciąż istnieją i werbują w swoje szeregi nowe osoby, więc może to nie jest aż tak zła droga? O ile jednak tu można ogarnąć logikę rekrutacji (przymykając oko na wiele spraw), tak o wiele gorzej jest z tego typu frakcjami w grach Bethesdy. Chyba najlepszym przykładem jest Railroad z Fallout 4. Przecież to niemożliwe, że tych idiotów nikt wcześniej nie odnalazł! Nie dość, że prowadzi do nich długa, czerwona droga, to jeszcze hasłem do ich kryjówki jest… RAILROAD! Idiotyzm tej sytuacji sprawił, że nigdy się do nich nie dołączyłem – skoro są tak głupi to co mieliby mi niby zaoferować? Źródło Nieco lepiej jest z Mrocznym Bractwem w Oblivionie. Fakt, wciąż za łatwo się tam dostać, ale nie tak banalnie, jak w Skyrimie. Czy ci zabójcy w ogóle myślą? Widać to szczególnie dobrze, gdy chce się zniszczyć tę organizację – nagle się okazuje, że ich główni przeciwnicy – Penitus Oculatus – znają hasło wejścia do bazy skrytobójców! Zwyczajnie je podsłuchali! Przecież aż się prosiło, by zniszczyć tę bandę głąbów! Na szczęście są też o wiele lepsze przykłady tajnych organizacji. Wydaje mi się, że spokojnie mógłbym wymienić tutaj Wodny Krąg z Gothic 2: Noc Kruka. Fakt, dostajemy się do niego dość łatwo, ale tylko ze względu na nasze znajomości z Laresem i innymi członkami Kręgu oraz samymi Magami Wody. W samym Gothic 2 jest także Gildia Złodziei – w tym miejscu także muszę pochwalić Piranie, że zrobili to klimatycznie i faktycznie czuć było „tajność” tej organizacji. Również The Uncrowned z WoWa wydają się dobrze ukrytą frakcją. Przede wszystkim, tylko ci, co żyją w cieniu mogą się dołączyć (czyt. rogue). Dodatkowo, trzeba wiedzieć gdzie znajduje się wejście… albo wejścia. Kończąc ten wpis muszę pochwalić… Bethesdę. Za Instytut w Fallout 4 – przy pierwszej rozgrywce ta tajemnicza organizacja faktycznie budzi ciekawość i – niezależnie od naszego zdania na temat fabuły tej gry – zastanawianie się „gdzie oni są?” jest dobrze poprowadzone. A jakie jest Wasze zdanie na temat takich organizacji w grach? Do zobaczenia za tydzień!
    1 point
  16. O "dwójce" bardzo trudno mi zapomnieć, bo to jedyna gra, którą kupiłem w edycji kolekcjonerskiej. Figurkę Ezio ustawiłem na półce ponad moim monitorem . Tylko nie na krawędzi, bo nie mam stogu siana na biurku . Tę część stawiam dość wysoko w moim rankingu Asasynów. Choć mnie - z trylogii Ezio - bardziej podobał mi się "Brotherhood" i klimat renesansowego Rzymu. Niemniej, Moteriggioni jest cudownym miasteczkiem w grze (nie wiem jak w rzeczywistości ) i żal mi było jego losu we wspomnianym "Bractwie" . Warto dodać, że Bartolomeo d'Alviano to prawdziwa postać . Za to w sumie uwielbiam tę serię od Ubisoftu - poza znanymi, opatrzonymi postaciami historycznymi potrafią dorzucić kilka mniej znanych. PS. Zapomniałeś dodać link do poprzedniej recenzji . Mnie też się to zdarza .
    1 point
  17. No i jeszcze jak mógłbym zapomnieć o sklepie z Postala 2 gdzie urzędują Islamscy terroryści na zapleczu gdy jeden pełni rolę kasjera a samo mleko co mamy kupić jest od kozy marki...Jihad.
    1 point
  18. Bethesda.... o tym jakie cyrki wyprawiają się w szczególności w wspomnianym przez Ciebie Skyrim oraz Fallout 4 to można by książki pisać Uwielbiam jak trafia się do super tajnej organizacji np. do gości od wilkołaków, wykonujesz kilka zadań jako chłopiec na posyłki i zostajesz szefem wszystkich szefów, a Twoi "podwładni" dalej traktują Cię jak pachoła I może przykład nie w dokładnie w temacie: w Wiedźminie 3 dostanie się do super ukrytej kryjówki dla odmieńców, które polega na jednej szybkiej rozmowie 😛
    1 point
  19. Rdzenie procesora też nie zajmują całej powierzchni pod IHS, więc wątpię by to miało jakieś większe znaczenie. Tzn. znaczenie ma to jaką powierzchnią się styka radiator z procesorem, ale z samego tego że "nie zakrywa całego procesora" wiele nie wynika i nie jest to nic szczególnie dziwnego.
    1 point
  20. Jeśli w grę wchodzi dorzucenie 2 stówek, to Logitech Z906 wydaje mi się konkretnym zestawem. Dobra jakość dźwięku i wykonanie https://www.x-kom.pl/p/65406-glosniki-komputerowe-logitech-51-z906-surround-sound-speakers.html
    1 point
  21. W recenzjach wspominają o tym, że chłodzenie nie pokrywa całego cpu, ale nie ma wzmianki o problemach z temperaturami. Jakie temperatury notuje procesor? Najtaniej to pewnie i5-11400(F)/10400(F) + płyta B560. Myślę, że można oczekiwać i5-12600K(F) w cenie zbliżonej do 5600X. Obawiać można się o wycenę płyt głównych.
    1 point
  22. Kiedy chce zrobić upgrade i ile chce wydać? Zbliża się premiera procesorów Intel Alder Lake. Wymieniłeś już podzespoły?
    1 point
  23. :D GTA Vice City, chyba to prezentuje dosć ciekawie, bowiem Tommy jak odkupuje jakiś biznes ten chce przeprowadzić w nim legalną działaność, ale właściciel/ka go nakłania działania na boku. Akurat te dwa są ukazane najlepiej -Fabryka lodów = Dilerka narkotyków -Zaklad Drukarski = Drukarnia fałszywych pieniędzy No i salon samochodowy to tylko przykrywka do importowania i eksportowania kradzionymi samochodami, a klub Malibu jest centrum operacjnym do napadu na bank.
    1 point
  24. Witajcie po wakacjach! Może zabrzmi to banalnie, ale – moim zdaniem - rok 2020 był bardzo dziwny. Pierwszy raz w życiu zwichnąłem kostkę, do tego: pandemia, lockdowny, zamykanie i otwieranie lasów… Oraz nowy Assassin’s Creed o podtytule Valhalla. Jak wiecie, jestem wielkim fanem gier z tej serii. Tym większym szokiem było dla mnie, że – choć przygody Eivor nie są złe – jeszcze tej części nie ukończyłem (i nie mówię tu o DLC, których nawet nie tknąłem). Co dziwniejsze - o wiele więcej frajdy sprawiła mi inna gra tego wydawcy, choć seria Watch Dogs wcześniej nie potrafiła mnie do siebie przekonać. A jednak – Legion ta sztuka się udała. Źródło From London with Love Gra przenosi nas do Londynu (świetnie odwzorowanego!) do roku – mniej-więcej – 2030 (czyli do niedalekiej przyszłości). Ubisoft pokazuje nam wizję pełnej komputeryzacja rzeczywistości: po ulicach jeżdżą autonomiczne samochody, wszędzie latają drony a mieszkańcy mają zamontowane czipy od Billa Gatesa urządzenia zwane Optik. I – przyznam szczerze – cała ta otoczka świetnie pasuje do klimatu gry. Wspomniani mieszkańcy dobrze reprezentują różnorodność kulturową i etniczną (są Polacy!) stolicy Wielkiej Brytanii. Nie jest to wprawdzie poziom Liberty City z GTA IV, gdzie na ulicy słychać było zdania w innych językach (także po polsku), ale ogólne wrażenie jest na plus. Choć, niestety, większość mieszkańców przedstawionego w grze Londynu mówi pseudo-Cockney’em (nawet nie próbują używać slangu rymowego…). Choć warto też zwrócić uwagę jak niektóre postacie wymawiają angielskie słowo „but” ;). Warto w tym miejscu dodać, że - podobnie jak w poprzednich częściach – także tutaj możemy sprawdzić każdego mieszkańca. Ale tym razem ma to inne znaczenie, o czym napiszę nieco dalej. Jeśli chodzi o pojazdy to mamy tutaj całkiem spory wybór – od skuterów, przez auta sportowe do dostawczych. Moim zdaniem poprawiono model jazdy w porównaniu z poprzednią częścią (choć grałem w nią zaledwie kilka godzin…). Nie jest to może poziom GTA, ale też widać, że ten element jest dopracowany. Dodatkowo, ponieważ pojazdy są autonomiczne, zawsze można włączyć autopilota i rozglądać się wokół. Warto dodać, że działa to lepiej niż w ostatnim Asasynie, ale w Legion nie korzystałem z tej opcji zbyt często. Legioniści W przeciwieństwie do poprzednich części, w Legion nie ma jednego protagonisty – zamiast tego kierujemy poszczególnymi agentami (ang. operatives) organizacji DedSec. Rzecz jasna, zaczynamy od jednej postaci (wybieramy ją spośród przedstawionych nam kandydatów), ale nawet nie pamiętam jej imienia ;). Następnie, z pomocą przemądrzałej Sztucznej Inteligencji o imieniu Bagley (nota bene – przez długi czas sądziłem, że to Shaun Hastings z AC, ale jednak nie), ruszamy w miasto, by powiększyć grono agentów. Sama rekrutacja jest dosyć powtarzalna, szczególnie na początku. Korzystając z naszego urządzenia do hakowania sprawdzamy każdego przechodnia szukając cech, które mogą nam się przydać. Pojawiają się osoby utalentowane w hakowaniu, posiadające własne auta lub… broń z ostrą amunicją (o tym za moment). Teraz wystarczy podejść do takiej osoby, pogadać i wykonać questa. Jednakże, by mieć możliwość rekrutacji osób związanych np. z Albionem (są niezbędni w dalszych misjach) musimy rozwinąć naszą organizację (przy pomocy Tech Points, które dostajemy za zadania głównego wątku oraz znajdujemy rozrzucone po mieście), by odblokować Deep Profiler. Sęk w tym, że te questy robią się nudne po kilku postaciach – jakieś urozmaicenie pokroju wygranej w rzutki (nigdy mi się nie udało…) zdarza się bardzo rzadko. Jednakże, różnorodność cech postaci (od pozytywnych typu zwiększona wytrzymałość po negatywne – np. hazard, przez który losowo tracimy lub zyskujemy gotówkę) nadrabia ten mankament. Wisienką na torcie jest Spy – szpieg rodem z filmów o Jamesie Bondzie. Poza pistoletem z tłumikiem taka osoba posiada zegarek do blokowania broni wrogów oraz Aston Martina (czy raczej jego growy odpowiednik), który może zniknąć na kilka sekund lub… wystrzelić rakiety. Z tej ostatniej funkcji skorzystałem RAZ – dla testu. Nad doborem członków warto zastanowić się także z innego powodu – do konkretnych lokacji można wejść na trzy sposoby – na hurra, skradając się i unikając wrogów lub przebierając się. Ta ostatnia możliwość jest odblokowana tylko dla postaci, które posiadają odpowiednie uniformy. I tak, lekarka łatwiej dostanie się do szpitala, natomiast członek Albionu lub policjant wejdzie na posterunek. Po placu budowy łatwiej będzie się przechadzać budowlaniec, a gangster z Clan Kelley wejdzie na chilloucie na teren okupowany przez gang. Niestety, nie jest tak różowo. Owszem, policjant wejdzie na teren posterunku o wiele łatwiej niż ktokolwiek inny, ale nie oznacza to, że możemy chodzić gdzie chcemy. Fakt, mniej rzucamy się w oczy innym policjantom, ale – ku mojemu zdumieniu – jeśli będziemy znajdować się w zasięgu ich wzroku chwilę za długo to nas zaatakują. O ile mogę to zrozumieć w służbach mundurowych (przyjmując, że wszyscy znają grafik), tak dziwiło mnie, że budowlaniec chodzący po placu budowy także potrafił wzbudzić zainteresowanie kogoś z Albionu. Dlaczego? Ponadto, choć agentów możemy mieć parudziesięciu (w chwili pisania mam ich 49, a limit wynosi 54 - przy czym wliczają się do tego także potencjalni rekruci) to jednocześnie możemy sterować tylko jedną postacią. Jest to dość dziwne – członkowie DedSec wiedzą o sobie nawzajem, czasami da się nawet minąć taką osobę na ulicy, ale nie da się wezwać wsparcia. Czemu? Nie mam pojęcia. Kilka razy zawaliłem misję, ponieważ mój agent zginął (da się to wyłączyć), bo otoczyła mnie zgraja przeciwników. Może w kolejnej grze Ubisoft rozwinie tę mechanikę? Hakerskie narzędzia Warto pochylić się nad tym, czym dysponujemy w grze. Za pomocą smartfona możemy wchodzić w interakcję z pojazdami (w tym zmieniać kierunek ich jazdy np. podczas ucieczki lub wycofać wielką ciężarówkę wprost na niczego niespodziewającego się niemilca) oraz z niektórymi elementami miasta (np. z przeszkodami). Nauka obsługi jest szybka i bezproblemowa, choć zdarzało mi się pomylić klawisze. Wspomniałem o broni palnej, ale warto to rozwinąć. Niestety, bardzo mało osób (także naszych agentów) ją posiada. Naszą podstawą jest broń rażąca prądem (nie da się nią zabić) – są tego trzy warianty: pistolet (można kupić ulepszenie wyciszające ją), shotgun oraz… wyrzutnia granatów. Potem możemy tez odblokować „elektryczny” karabin. Moim zdaniem jest to wyjątkowo dziwne rozwiązanie. Jasne, rozumiem, że niektórzy mają lepsze wyszkolenie, by korzystać z np. karabinu maszynowego czy strzelby, ale za nic nie jestem w stanie pojąć dlaczego zrekrutowana policjantka nie może nauczyć się korzystać ze zwykłego pistoletu? Co gorsza – z pokonanych wrogów także nie da się podnieść spluwy. Na szczęście, w 2030 roku wszystkie pociski zostały ujednolicone, więc nie ma problemu, by uzupełnić amunicję w shotgunie, gdy wszyscy wokół mieli karabiny maszynowe… Nie żartuję! Rozumiem dlaczego wprowadzono takowe rozwiązanie, ale nie ma ono sensu! Wcześniej napisałem o Tech Points - szczerze pisząc nie rozumiem tego rozwiązania. Niby jest to sposób na rozwijanie bohaterów (poprzez organizację), ale nie odczuwałem jakoś polepszania mojego życia. Jasne, są bardziej przydatne perki (np. możliwość zwrócenia wrażego drona przeciwko niemilcom), ale także kompletnie niepotrzebne (ulepszanie wspomnianego granatnika). Niemniej, na koniec gry wyglądało to u mnie tak (część punktów wrzuciłem byle gdzie, by je po prostu zużyć): Rule Britannia! Jak dotąd nie napisałem nic o fabule. Cóż, nie ma co się tu rozdrabniać – nie spodziewajcie się głębi fabularnej rodem z pierwszych części AC. Scenariusz Legionu jest spójny, gra co rusz wysyła nas, by coś zrobić, ale główny wątek i tak spychamy na dalszy tor, bo zajmujemy się rekrutacją. Niemniej, jak zwykle musimy powstrzymać wrogą organizację i jej pachołki przed przejęciem władzy nad światem i Londynem. Dodatkowo, musimy pokazać, że DedSec został wrobiony w aferę na początku gry… Którą większość mieszkańców najwyraźniej ma głęboko w nosie, skoro bez problemu możemy ich rekrutować z ulicy. Jest to ogromne dziursko fabularne, które Ubisoft starał się przypudrować poprzez wyżej wspomniany Deep Profiler – ale nie wyszło. Jeszcze jednym minusem jest end-game – który praktycznie nie istnieje. Jasne, są dodatkowe misje, które wykonuje się w kółko, ale to trochę mało. Co gorsza – dodatek do gry włącza się z osobnego panelu w głównym menu – co oznacza, że nie mamy naszych agentów! Ubisofcie – czemuś to uczynił? By dopełnić formalności muszę dopisać, że w grze jest dokładnie ten sam bug, co w ostatnim AC - z jakiegoś powodu luźniejsze lub dłuższe ubrania fatalnie układają się na postaciach - zarówno NPC jak i PC. Obraz powie więcej niż tysiąc słów, więc proszę: Sądzę, że na tym mogę zakończyć. Wystawienie oceny nie jest łatwe – z jednej strony świetnie się bawiłem, a z drugiej wspomniane mankamenty nieco irytowały. Niemniej, Watch Dogs: Legion to kawał dobrej gry i nieuczciwie z mojej strony byłoby postawić ocenę niższą niż: 5/6
    1 point
  25. Tak, procesor jest odpowiedni. Szczególnie uwzględniając rozdzielczość Twojego monitora - nawet o bottleneck RTX 3090 jakoś specjalnie bym się nie obawiał. Jakich argumentów użyłeś, że zmienili zdanie i zgodzili się na zwrot?
    1 point
  26. To dobrze. Miałem właśnie zasugerować, aby ich postraszyć UOKiK. i5-11400(F) + MSI B560M Pro-VDH(może być wersja z WiFi)/MSI MAG B560M BAZOOKA/ASUS TUF Gaming B560M-Plus lub Ryzen 5 5600X + MSI MAG B550M Mortar.
    1 point
  27. zwrócą mi kasę za produkty jaki procek i płyte główną dobrać ?
    1 point
  28. Oczywiście możesz zainteresować się Ryzenem 5600X/5800X. Po prostu i5-11400(F) jest sporo tańszy. Zależy na czym stanie po kontakcie ze sklepem. Swoją drogą mógłbyś jeszcze sprawdzić taką opcję: po przełączeniu na dedykowaną grafikę i wyświetleniu komunikatu o braku sygnału na monitorze, wyłącz go przyciskiem znajdującym się na nim, po czym włącz po 5-10 sekundach. Od którejś wersji sterowników AMD Adrenaline doświadczyłem takiej przypadłości na Radeonie, że czasem nie było obrazu, a pomagała taka prosta czynność.
    1 point
  29. Szkoda, że nie mają procesorów 11 gen, no ale ten co wybrałeś też będzie ok. SSD wybierz z listy M2. SSD DRIVE: 500GB SAMSUNG 970 EVO PLUS M.2 - bo ten co wybrałeś to sporo wolniejszy dysk SATA. Pasty nie musisz kupować, będzie w zestawie z chłodzeniem. Reszta wygląda ok, można by tańszą kartę wziąć ale jak tak patrzę to nijak się to nie opłaca, więc już lepiej faktycznie dorzucić do tego 3060 Ti.
    1 point
  30. Myślę, że powinna być możliwość jakiegoś załatwienia sprawy, bo ewidentnie zostałeś wprowadzony w błąd. Nawet na stronie x-komu traktującej o wspomnianej płycie głównej stoi: "Płyta główna kompatybilna z procesorami AMD Ryzen opartymi o architekturę Zen 3.", czyli de facto mamy tu "samozaoranie". W praktyce płyta oficjalnie wspiera również procesory Zen 2, ale warto wytknąć im to, że sprzedawca nie trzymał się tego, co widnieje na ich stronie. Osobiście wspomniałbym o tym, że sprzedawca "minął" się z ich własnymi zaleceniami + sam producent płyty głównej nie deklaruje kompatybilności z tym procesorem opartym o starszą architekturę Zen+, co ostatecznie rodzi niestabilność systemu i problemy z działaniem dedykowanych gpu. Napisz co Ci zaproponują. Może uda się wymienić platformę na i5-11400(F) + B560/Z590, a może po prostu przyjmą zwrot płyty/cpu lub płyty + cpu.
    1 point
  31. W ogóle nie ma obrazu czy może zanika po starcie Windowsa? Za polecenie tej płyty do tego cpu, sprzedawcy należy się kop w zad.
    1 point
  32. Myślę, że powinieneś w BIOSie wyłączyć zintegrowaną grafikę/przełączyć na dedykowaną.
    1 point
  33. Da się - albo go wzywasz przez specjalną platformę albo "łapiesz" na ulicy albo niektórzy agenci mogą wezwać własną wersję. Z pojazdów niekonwencjonalnych jest tu np. dźwig. Dzięki - tego się właśnie bałem... Do tej pory korzystałem z imagura, ale chciałem coś przetestować... No nic - jutro to poprawię ;).
    1 point
  34. W Legionie ciekawi mnie najbardziej dobór postaci do misji (tak jak pisałeś - policjant na posterunku, budowlaniec na budowie itd.) oraz latanie na wielgachnym dronie. Coś mi ćwierka, że się da. Szkoda tylko, że screeny coś się nie chcą wyświetlać. Osobiście korzystam z Imgura, bo jest darmowy, a umieszczanie obrazków w tekście za jego pomocą jest banalnie proste (kopiuj - wklej link). W razie gdybyś szukał takiego narzędzia - polecam sprawdzić.
    1 point
  35. Czyli karta wyświetla obraz, ale nie widać jej w menedżerze urządzeń?
    1 point
  36. Kolejna parszywa bestia. Faktycznie, brzydkie toto jak noc listopadowa.
    1 point
  37. Cpu całkiem w porządku. Po prostu widzę, że rzekomy komputer do przeglądania internetu przekształcasz w maszynę do gier. Stąd zakładam, że może Ci się przydać lepsze chłodzenie "na wszelki wypadek".
    1 point
  38. Gdybyś nie zwlekał z zakupem, to za ~500€ byś kupił. Fera 5 jak najbardziej sprawdzi się przy tym cpu, chyba że myślisz już o jakiejś wymianie cpu, to można pomyśleć o czymś wydajniejszym.
    1 point
  39. Przeszedłeś więcej Dragon Age'ów niż ja. Nie pamiętam za to akcji z kwiatkiem dla Triss. Pewnie trzeba było kupić u kogoś tam, ale mogę się mylić. Jakbyś chciał obejrzeć, tutaj jest 4-godzinna analiza pierwszego Wiedźmina - polecam! "Trójka" z dodatkiem jeszcze przede mną. Chętnie bym zobaczył tego bossa, ale link nie działa.
    1 point
  40. Do Rogue'a też zabierałem się jak pies do jeża - kupiłem go ostatecznie, z ciekawości, w jakiejś taniej serii. Ku mojemu zdumieniu okazał się całkiem przyjemną (dla mnie) częścią - taki Black Flag, tylko okrojony z piractwa . Spodobało mi się pokazanie konfliktu ze strony Templariuszy. Dodatkowo, Rogue fabularnie spaja "amerykańskie" Asasyny z Unity. Cóż, podchodziłem do niego z 5 razy - najdalej dotarłem do wyboru między Triss a Shani... Zwątpiłem, bo za nic nie mogłem zdobyć jakiegoś kwiatka dla czarodziejki... Tyle dobrze, że jest to jedyna część tej serii, której nigdy nie ukończyłem. Nie to, co z Dragon Age - gdzie przeszedłem tylko Inkwizycję . Musisz sprawdzić - te punkty po jakimś czasie się przedawniają. Wprowadzili to jakoś w okolicach premiery Origins (tak, liczę Asasynami a nie latami ) i przy okazji dali jakiś termin na zużycie "starych" punktów. Po tym czasie przepadły. Przy okazji uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie najgorszą grą, jaką kiedykolwiek ukończyłem był Gothic 3: Zmierzch Bogów. Na Innosa - jaka ta gra była zła! Nic z niej już nie pamiętam poza wykurzającymi bugami (NPC musiał obejść każdy kamyczek), debilnymi misjami (przeprowadź kobietę z punktu A do punktu B - czyli na drugi koniec całkowicie bezpiecznego miasteczka) oraz finalnym bossem (jakimś pokrakiem, który wówczas przypominał mi Czarta z HoMMV, ale z bieda-teksturami; wyglądał tak).
    1 point
  41. Płyta główna - w x-kom jest promocja na produkty Gigabyte. Można wziąć płytę Z590 UD AC lub Z590 Gaming X - recenzja. Z chipsetem Z490 może być taki problem, że płyta będzie miała starszy BIOS, a konkretny model może nie pozwolić na aktualizację bez zamontowanego cpu 10-tej generacji. Obudowa - może be quiet! Pure Base 500DX? Zasilacz - jeśli zdążysz zamówić - XPG Core Reactor 750W w cenie 360 zł w x-kom Cooler - Fera 5 wystarczy, ale można rozważyć coś wydajniejszego, jeśli jednak OC miałoby wystąpić lub pod mocniejszego cpu w przyszłości (choć z kompatybilnością z przyszłymi podstawkami może być różnie...).
    1 point
  42. Krótka odpowiedź: nie. Dłuższa odpowiedź: Generalnie staram się przejść każdą grę, którą kupiłem (żeby nie mieć poczucia zmarnowanej kasy...). Jednakże, kilka razy zdarzyło mi się, że produkcja okazała się słaba lub zwyczajnie nie trafiła w mój gust (żeby daleko nie szukać - pierwszy Wiedźmin). Choć muszę przyznać, że czasami jednak wracam do gry, którą skreśliłem - chociażby do Assassin's Creed Unity, który czekał wiele lat na to, żebym go przeszedł (w międzyczasie ukończyłem inne części AC: Syndicate, Rogue, Origins). Ale moje pobudki były zupełnie inne - potrzebowałem punktów Uplay, by dostać zniżkę na Odyssey . Co gorsza, okazało się, że do końca głównego wątku w ACU zostały mi tylko dwie misje .
    1 point
  43. W tym budżecie raczej sugerowałbym zestaw 2.0 - https://www.morele.net/glosniki-komputerowe-edifier-r1600-tiii-623172/ Zagra sporo lepiej.
    1 point
  44. No i 17 godzin z Pince of Persia z 2008 roku zleciało mi szybko. Pierwsze, co muszę pochwalić to świetną polską wersję językową, studio International Polska odwaliło kawał porządnej roboty. Stwierdzenie "Nie mogłem wpaść do lasu pełnego Amazonek" granego przez Macieja Zakościelnego wpadło mi do głowy, również postać Eliki grana przez Izabelę Bukowską Chądzyńska również świetnie się sprawdziła, te uwagi rzucane głównemu bohaterowi sprawiły, że nie raz parsknąłem śmiechem przy dialogach. A już prawdziwym mistrzostwem są świetnie podłożone głosy złoczyńców, są one nawet lepsze niż w wersji angielskiej moim zdaniem. Mirosław Zbrojewicz świetnie zagrał Arymana, Brygida Turowska Szymczak kapitalnie konkubinę (w polskiej wersji to naprawdę złośliwe babsko), Adam Bauman jako Alchemik oraz Jan Kulczycki jako Wojownik (brzmi on groźniej niż w wersji angielskiej). Jeśli macie możliwość zagrać w polską wersję to szczerze ją polecam. Z plusów warto wymienić tutaj ładną, ręcznie rysowaną oprawę graficzną, muzykę - która idealnie pasuję do serii, ciekawi bossowie oraz ciekawie pomyślane elementy z przeszkodami. W pamięć wpadła mi zagadka z napełnianiem fontan, szkoda, że jest ich tak mało w produkcji. Do minusów, walki z tymi samymi przeciwnikami są bardzo częste, szczególnie dotyczy do bossów. Tutaj jest recykling większy niż w produkcjach Capcomu, bo z czarnymi charakterami mierzymy się nawet pięciokrotnie. Poza tym do systemu sterowaniu i walki trzeba się przyzwyczaić, zaś segmenty QTE w wersji PC ewidentnie były robione na konsolowe wersje, bo mając pada od Xbox 360 łatwo skojarzyć, że żółty znacznik dotyczy przycisku Y, zaś na klawiaturze trochę czasu mi zabrało skojarzenie odpowiednich klawiszy pod określonymi kolorami. Co do Eliki, dobrze, że ratowała mi tyłek , kiedy coś mi nie wyszło, bo sterowanie bohaterem rożni się od trylogii Piasków Czasu i bardzo często łapałem się na starych nawykach. Elika ratuję tyłek przy walkach z wrogami, ale warto pamiętać, że przy nieudanych sekwencjach QTE, kiedy Elika używa mocy, by nas ratować, pasek zdrowia oponenta się powiększa, więc lepiej system walki przyswoić dosyć szybko. No i warto zauważyć, że to pierwsza odsłona z Prince of Persia, gdzie mamy otwarty świat. Za znajdźki służą nam takie świecące kulki (ziarna życia to się chyba nazywało), a bez odpowiedniej ilość nie odblokowujemy określonej mocy, a bez tego nie odstaniemy się do pół życia w określonych lokacjach. Sama gra jest warta oceny 8/10, ale dałem dodatkowy plusik za świetną polską wersję językową. Ocena +8/10 Plusy: - Bardzo dobra jakość polskiej wersji językowej - ręcznie, ładna rysowana grafika - muzyka pasuję do klimatu tej serii - system walki i sterowanie mimo początkowych niedogodności daję radę Minusy: - do systemu walki i sterowania trzeba przywyknąć - recykling przeciwników - DLC z prawdziwym zakończeniem tylko na konsolach
    1 point
  45. Hej. Tak ostatnio zauważyłem, że moja córka (lat 8 ) zaczęła podglądać jak czasem usiądę do jakiejś gry. Niby normalne, ale rzecz w tym, że przesiedziała obok patrząc jak przechodzę W3 (z dodatkami jakieś 130 h na Steamie). Kierowała Płotką i na pytanie czemu tak lubi akurta tą grę, odpowiedziała, że super przygody. No tytuł może niekoniecznie dla tego wieku, więc co ostrzejsze sceny itd musiałem ją eksmitować lub odwracać uwagę. Jak się pokazały napisy końcowe w W3 to lament był okrutny, co dalej będzie z Płotką itd. Chciała pisać do CDP Red, żeby robili 4-tą część !!! Jakoś ogarnąłem ten temat, ale teraz siedzi ze mną przy Shadow Tactics (pełniak z CDA) i też ma wkrętę. Kurde inne dzieci tłuką w jakieś Minecrafty itd a tu ciężki kaliber jest na pulpicie. Ma ktoś podobnie ? Codziennie musimy chociaż chwilę pograć, bo musi zobaczyć jak sobie radzi Yuki, Mugen, Aiko itd
    1 point
  46. Ja tam wolę zawsze kupować gry ze sklepu niż od osoby prywatnej bo wtedy mam gwarancję, że dostanę to co kupiłem a nie jakieś dostępy do kont czy konieczność udostępnienia swojego konta sprzedającemu by aktywował grę. Jedna uważam, że dystrybucja cyfrowa wymaga obecnie dopracowania. Według prawa powinienem móc odsprzedać innej osobie kupiony przez siebie produkt. Jak wiemy w wypadku wersji elektronicznych jest to niemożliwe a i kupując fizyczny egzemplarz też nie sprzeda się tego samego bo klucz został wykorzystany. Najlepiej by było gdyby była możliwość dezaktywowania gry na swoim koncie tak by można ją było przekazać komuś innemu.
    1 point
  47. Jak dla mnie rozsądną alternatywą jest gog, wszystkie produkcje w przeciwieństwie do Steama mają zapisy w chmurze, w dodatku launcher jest opcjonalny, możemy daną grę pobrać w wersji drm-free. No i zdecydowanie lepsza selekcja jakościowa tytułów, na Steamie więcej gier mam już zaznaczonych w ignorowanych niż obserwowane. Tak poza tym EpicStore może poważnie namieszać na rynku cyfrowej dystrybucji, gry są coraz droższe w produkcji, więc nic dziwnego, że coraz więcej większych wydawców idzie do Epica. Jak dodamy porty z konsol na PC to już się robi ciekawie.
    1 point
  48. Myślę, że należy nieco odróżnić gry jak Diablo czy Wolfenstein od takiego Wiedźmina. Po pierwsze jak wcześniej było wspomniane ze względu na język używany w grze. Poza tym jest jeszcze jeden element poza brutalnością przez, który gry dostają kategorię 18+ a jest nią seks. Tego we wspomnianych tytułach nie uświadczysz a w Wiedźminie owszem. Również uważam, że ciężko porównywać stare gry w które grało się będąc dzieckiem w 2000 roku do gier które wychodzą dzisiaj a to z prostego powodu - grafika. To jest jednak inny widok gdy rozcina się na pół przypominający bardziej ludka z plasteliny kształt tryskający przy tym czerwonymi kwadracikami w pierwszym Diablo a gdy rozpłatuje się bandytę w Dzikim Gonie, gdzie, owszem nie jest jeszcze to fotorealizm, ale jednak już bardzo realistyczne przedstawienie. Niech jednak nikt nie zrozumie mnie źle. Nie twierdzę, że jeśli dzieciak zobaczy te sceny we wspomnianej grze lub sam do nich doprowadzi to później wyleci z nożem na kolegów w szkole czy odbije mu w inny sposób. Po prostu uważam, że niektóre "widoki" nie są odpowiednie dla ludzi w określonym wieku i w miarę możliwości powinno się ograniczać ryzyko ich zobaczenia przez pociechę.
    1 point
  49. Hmm, ciężka sprawa. Jednak 8 lat i Wiedźmin 3 to faktycznie trochę wcześnie. Ostry tekst można tam usłyszeć dosłownie wszędzie od losowego przechodnia. Współczuję jakbyś musiał później tłumaczyć o co chodzi w przyśpiewce "wisiały wisiały jaja u powały..." . Moim zdaniem bezpieczniej jest grać w gry po angielsku gdyż tam dzieciak nie wyłapie tekstów wulgarnych. Oczywiście nie uważam żeby gry wpływały na dziecko tak, że później staje się psychopatą itp. Sam grałem w pierwszą Mafię czy GTA III mając 12 lat. Jeśli boisz się, że to jakoś negatywnie na nią wpłynie to może pograj z nią w coś lżejszego? Na przykład jakąś platformówkę typu Rayman.
    1 point
  • Newsletter

    Want to keep up to date with all our latest news and information?
    Sign Up
×
×
  • Create New...