Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation on 11/01/2013 in all areas

  1. 14 points
    Jak dobrze wiecie z poprzednich wpisów jestem webmasterem. Tworzę strony internetowe na zlecenie. Dzisiaj chciałbym się z wami podzielić czymś co zaskoczyło nawet mnie. Mówię tu oczywiście o zachowaniu pewnego klienta. Zapraszam do czytania. Cala sprawa wydarzyła się dzisiaj. Tak, w święta też pracuje. Wstałem wcześnie rano. Jak co dzień zaglądam na Oferia.pl celem poszukiwania nowych zleceń. Znalazłem ogłoszenie w którym niejaki pan Piotr poszukuje osoby która wykona dla niego logo dla firmy. Kwota jaką dysponuje to dwadzieścia złotych. Swoją drogą cena śmieszna, ale i tak się zgłosiłem ze swoją propozycją wykonania, wpisując "cena do negocjacji" i adres e-mail. Po dwóch godzinach dostałem odpowiedź od wyżej wymienionego pana Piotra z pytaniami: - od czego zaczynamy? - czego Pan potrzebuje, żeby wystartować? - kiedy można się spodziewać realizacji projektu? Ja używając zwrotów grzecznościowych napisałem: - potrzebuje wytyczne co do działalności firmy a także wyglądu loga - czas realizacji to trzy dni robocze a koszt to sto złotych Po dwudziestu minutach otrzymałem taką odpowiedź, która tak jak pisałem wcześniej zaskoczyła nawet mnie. Oto ona: "zgłosił się Pan do zleceni, które zakładało budżet w wysokości 20 złotych. Kwota nie podlega negocjacji. Tak więc, albo uda nam się nawiązać współpracę, albo dostanie Pan negatywną opinię, co z pewnością nie wpłynie dobrze na wizerunek Pana firmy. Jakie wytyczne Pana interesują?'' Powiedzieć że mi laczki z nóg spadły to za mało. Siedziałem przez pięć minut i nie mogłem uwierzyć własnym gałkom ocznym. Przecież zgłaszając chęć wykonania tego zlecenia pisałem że cena jest do negocjacji. Czyli że mogę zaproponować inną cenę niż to którą napisał w ogłoszeniu. Takie są prawa rynku. Co on myślał? Że wykonam projekt logo za dwadzieścia złotych? Skończyło się na tym że pogroził mi jeszcze wystawieniem negatywnej opinii i zmuszał do wykonania projektu. Zobaczymy jak się sprawa rozwinie. Mój blog: Feldziarz.pl
  2. 8 points
    To teraz czekamy na Deamonicusa i jego życiowe rady .
  3. 4 points
    Ale własnie na tym polega serwis Oferia.pl że wykonawcy oferuje różne ceny. Więc chyba powinien się spodziewać że przedział cenowy może być rożny. Druga sprawa to że za zaprojektowanie logo dawał 20 złotych! Nie znam nikogo kto by za tyle to zrobił.
  4. 3 points
    Właśnie znalazłeś swoją lukę. Wpasuj się w nią :].
  5. 3 points
    Na tytuł natknąłem się przypadkiem, podczas czytania dyskusji na temat celności żołnierzy, którzy w trakcie ruchu zatrzymują się, żeby oddać strzał do nieruchomego strzelca ukrytego za osłoną. Jedna z osób za przykład odpowiedniej symulacji podała Frozen Synapse. Poczytałem trochę i przy okazji zauważyłem, że na Steamie znajduje się demo. Pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi spróbować. Ściągnąłem. We-Go, team! Na czym polega rozgrywka? Kierujesz zespołem, który na wyznaczone konkretne zadanie. Zadanie różni się w zależności od trybu rozgrywki, ale w sumie wszystko sprowadza się do jednego - główkowania. Gra jest mieszanką turówki z czasem rzeczywistym, którą można określić terminem "We-Go" - oznacza to, że obaj gracze planują swoją turę, wydając stosowne rozkazy jednostkom. Jednej jednostce można wydać tyle rozkazów, ile się chce (np.: "Pobiegnij do przodu, przed drzwiami po prawej wykonaj obrót w prawo i zacznij iść powoli w lewo, za drzwiami obróć się do przodu, a podczas biegu rzuć okiem w tył..." i tak dalej). Warunek jest tylko jeden: zmieścić się w pięciu sekundach, ponieważ tyle właśnie trwa wykonanie jednej tury. Bardzo dużą zaletą jest fakt, że nawet grając z żywym człowiekiem ma się tyle czasu na zaplanowanie tury, ile się tylko chce. Przeciwnik zostanie poinformowany o wyniku i możliwości zaplanowania kolejnej tury w momencie, gdy obie strony wyślą swoje ostateczne symulacje. Bardzo miłym elementem jest otrzymywanie wiadomości mailem i w grze. Dzięki temu eliminuje się konieczność obecności dwóch graczy o tej samej porze. Jedynym minusem takiego rozwiązania jest brak jakiejkolwiek możliwości zmuszenia przeciwnika do podjęcia rozgrywki, którą przegrywa, co skutkuje niedokończonymi meczami. Poza stworzeniem prywatnej "czarnej listy" i podjęciem decyzji, że nie będzie się rozgrywać gier z kimś, kto nie umie bądź nie chce skończyć raz podjętej potyczki niewiele można z tym zrobić. The plan isn't simple: we need to make a plan. And then a plan. And another one. Można grać w Ciemnym bądź Jasnym trybie. Istotna różnica polega na tym, że nie widzisz wroga, dopóki go... cóż, nie zobaczysz. Wymusza to branie pod uwagę różnych możliwości ruchów przeciwnika i związanych z nimi implikacji. To, że nie widzisz przeciwnika może oznaczać dosłownie wszystko. I na tym zasadza się cała filozofia rozgrywki. Na stworzeniu planu, który sprawdzi się w największej możliwej liczbie potencjalnych sytuacji. Przykład planu, którego stworzenie trwa średnio godzinę, zaś wykonanie - zaledwie pięć sekund. Ktoś pomyśli trzeźwo: "Jak mogę przewidzieć tyle potencjalnych zmiennych?!". Otóż właściwym sercem rozgrywki - i zarazem czynnością, przy której gracz będzie spędzać najwięcej czasu - jest możliwość przeprowadzania symulacji zdarzeń. Jest to możliwe, ponieważ gra odbywa się na dwóch etapach: planowania oraz właściwej akcji. - Widziałem wszystkie zakończenia. W każdym z nich giniesz. Masz tylko jedno wyjście. Mr. Smith oddaje strzał w kierunku Crisa, który wykonuje unik. - Nie o to mi chodziło! - Cris Johnson podczas próby zneutralizowania szefa terrorystów. Oglądaliście może "Next"? Zasadniczo film pokazywał człowieka, który był w stanie "widzieć przyszłość" (czy może raczej "przyszłości") i dzięki tej zdolności dokonywał wyborów, które nie były według niego "niekorzystne" (np. śmierć w wypadku komunikacyjnym, śmierć kogoś innego podczas napadu albo nieudana próba podrywu). We Frozen Synapse mamy do czynienia z czymś podobnym. W trakcie fazy planowania gracz może dowolnie ustawiać figurki i przypisywać im dowolne akcje. Gdy wszystkim postaciom zostaną przypisane akcje (a przynajmniej tym, którym brak zechce je przypisać, ponieważ nie ma pod tym względem żadnych wymagań) można uruchomić symulację, która pokaże wynik tej konkretnej akcji. Następnie cały wynik ulegnie resetowi, po czym będzie możliwa modyfikacja dowolnych parametrów. I tak w kółko. Tura trwa tutaj pięć sekund, w trakcie których trzeba wziąć pod uwagę wszystko. Przeciwnik ruszy się, czy zostanie na miejscu, żeby zza osłony (np. okna albo innej przeszkody sięgającej do pasa) zapewniać wsparcie ogniowe innym jednostkom? Może na kilka sekund kucnie, po czym wstanie i złapie przeciwnika w ruchu? Będzie celował w konkretne miejsce przemieszczając się bokiem? Od razu pobiegnie do innej osłony rzucając szybkie spojrzenia na boki "na wszelki wypadek"? Być może ktoś spyta, jakie to ma znaczenie, co może się zdarzyć w pięć sekund? Czasem liczy się każdy ułamek. Youtube Video -> Oryginalne wideo Zwycięstwo lub porażka może czasem zależeć od jednego zbędnego gestu, wystarczy pół sekundy, ułamek zmarnowany na spojrzenie w niewłaściwym kierunku... Kluczem podczas wymiany ognia jest czas reakcji jednostki. Czas reakcji zależy od czterech wzajemnie oddziałujących na siebie czynników: klasy, dystansu do celu, osłony i bezruchu. The right tool for the right job jest kilka typów jednostek (snajper, facet ze strzelbą, człowiek z wyrzutnią rakiet, z granatnikiem i żołnierz z karabinem maszynowym), z których każdy specjalizuje się w innej broni, co sprawia, że kompozycja zespołu (oraz ewentualne straty) staje się bardzo ważna: Snajper potrafi zdejmować wrogów z dużych odległości (nawet kilku na turę, o ile będą ku temu warunki), ale charakteryzuje się długim czasem przeładowywania). Karabin maszynowy jest dobry na średni i bliski dystans, pod warunkiem, że nie musi mierzyć się ze strzelbą, która w ciasnych pomieszczeniach i nagłych wypadkach (np. cel wstający nagle zza osłony) pozwala na oddanie szybszego strzału (za to przegrywa z automatem ze średniej/dużej odległości). Wyrzutnia rakiet pozwala na niszczenie obiektów (żeby trafić w "niski obiekt" operator musi najpierw kucnąć) oraz zadaje obrażenia obszarowe, ale strzela na ogół raz na turę (dwa, jeżeli strzeli się dwa razy, bez ruszania się, ale drugi pocisk może nie dolecieć na czas i przeciwnik ma szansę na wykonanie "uniku", tzn. wykonanie akcji, która nie skończy się śmiercią). Granatnik działa na podobnej zasadzie, co wyrzutnia rakiet, ale pozwala na "lobowanie" granatów nad obiektami czy odbijanie się od nich oraz ma zróżnicowany czas wybuchu, co pozwala dostosować tempo eksplozji do okoliczności. Strzelba jest przeznaczona do "czyszczenia" pomieszczeń. Wygra z każdą bronią w walce w zwarciu (pod warunkiem, że nie jest to inna strzelba, wtedy decydują inne czynniki) oraz w pewnym stopniu niweluje bonusy, które daje osłona, dzięki krótszemu czasowi reakcji potrzebnemu do oddania strzału (jednego bądź kilku). We've a situation here! Poza klasami w grę wchodzi zachowanie postaci w danej sytuacji, które dodatkowo różnicuje sytuację na polu walki: Dystans do celu - im bliżej celu, tym szybciej jednostka go "namierzy", co pozwoli oddać strzał. Zobaczenie przeciwnika wcześniej niż on zobaczy nas daje przewagę. Celowanie w dwa odległe od siebie cele zajmuje więcej czasu niż celowanie w dwa cele znajdujące się obok siebie. Należy pamiętać, że wszystkie pozostałe czynniki (broń, osłona, bezruch) w dalszym ciągu mają wpływ na szybkość strzału. Osłona - cel znajdujący się za osłoną (oznacza to okno i "wszystko-to-co-nie-jest-ścianą") jest trudniejszy do namierzenia i wymaga więcej czasu, żeby go trafić, zatem osłona daje dodatkową przewagę i w niektórych sytuacjach może pomóc w walce z liczniejszym przeciwnikiem. Bezruch - im szybciej porusza się dana jednostka, tym więcej czasu musi poświęcić na namierzenie celu. Także zmiana pozycji opóźnia oddanie strzału. W praktyce oznacza to, że: Jednostka stojąca w bezruchu wygra każdy pojedynek (pod warunkiem, że starcie odbywa się na tych samych warunkach, czyli np. cel nie ma osłony). Jednostka, która porusza się i celuje ma przewagę nad jednostką, która biegnie. Jednostka, która biegnie znajduje się w sytuacji najgorszej, o ile nie wykorzysta innych możliwości, które wyrównają jej karę do celności za bieg (np. osłony, broni). Jak widać, zasady są bardzo proste, ale liczba wynikających z nich możliwości jest bardzo duża. Na papierze brzmi to wszystko bardzo skomplikowanie, ale po treningu i kilku pierwszych misjach kampanii (całkiej niezłej zresztą) większość powinna zrozumieć, jak skutecznie operować zespołem. Dodam, że często udawało mi się wygrać misję nawet w sytuacji, która zdawała się być beznadziejna, gdyż zostawał mi tylko jeden człowiek, ale odpowiednie wykorzystanie atutów i zniwelowanie niekorzystnych czynników - oraz spora dawka symulacji każdej możliwej ewentualności, o której pomyślałem - była w stanie obrócić porażkę w zwycięstwo. Youtube Video -> Oryginalne wideo Ostatni Mohikanin. Z shotgunem. Graficznie oprawę można określić jednym słowem: minimalistyczna. Kolorystycznie może się kojarzyć z grami takimi jak "Uplink" czy "Defcon". Plusem jest to, że kolory postaci można dowolnie modyfikować - co jest szczególnie ważne dla osób mających problemy z rozróżnianiem niektórych kolorów - a szata graficzna choć prosta nie straszy po latach. Dla kogo jest Frozen Synapse? W skrócie to gra przeznaczona głównie dla tych, którzy uwielbiają przewidywać i planować. Dla innych gra może być co najwyżej ciekawostką. Jeśli zainteresowała cię ta recenzja to pamiętaj, że zawsze możesz sprawdzić demo na Steamie. W najgorszym wypadku odinstalujesz. W najlepszym odkryjesz w sobie żyłkę taktyka.
  6. 2 points
    Dzisiaj nieco o grze, grze niedocenionej, czy jednak słusznie? Cóż i tak i nie, z jednej strony jest to marny klon Gears of War, z drugiej fajna odmużdżarka, która zajmie was na kilka godzin. Jako zadeklarowany samotnik pisze z perspektywy kampanii singeplayer (tylko TOR mógł zmienić moje zdanie, a nie zrobił tego...), moje spojrzenie na temat, jest też nieco spaczone, przez fascynacje światem Wojennego Młota, tak więc gra na starcie ma u mnie duży plus za uniwersum i traktowana będzie nieco ulgowo. To bardziej zbiór przemyśleń niż rzetelna recenzja, tak więc zapraszam do czytania. O tej grze myślałem już od dawna, aczkolwiek brak czasu i niedostatki sprzętowe uniemożliwiały mi grę. Ostatecznie udało mi się dorwać Space Marine w Super Sellerze, czy tam innej Extra Klasyce, mniejsza o to, ważne, że była przecena i zapłaciłem za grę 20 zł, co bez wątpienia przekłada się na odczucia z gry, wszak zapłaciłem za nią jak za budżetówkę, od starego dobrego City Interactive (R.I.P. ?). Gra wydana prze THQ, zbierała w branżowej prasie baty, ale nie spodziewałem się po niej niczego szczególnego. Jeśli chodzi o płytkie, krwawe i odprężające gry, to mam zaufanie do tego studia, po uwielbianym przeze mnie Punisherze... Sama instalacja i odpalenie gry przebiegło bez większych turbulencji i szybko można było wchłonąć w samą rozgrywkę. Jak już wspominałem gra próbuje klonować Gears of War i może nie robi tego tak nieudolnie jak Demention dorzucone do ostatniego CDA, ale daleko mu do pierwowzoru, brak tu choćby krycia się za osłonami. Mimo to gra się dość przyjemnie (o tyle o ile nie szukamy, czegoś bardziej ambitnego). Historia opowiedziana w grze koncentruje się na Kapitanie Titusie z zakonu Ultramarines, co już wywołało uśmiech na mojej twarzy, wszak nie zawsze ma się okazje wcielić się w wybrańca Imperatora Ludzkości. Nasz bohater wraz ze swoimi dwoma przybocznymi zostaje zrzucony na planetę na którą to z gościnną wizytą wpada orkowe WAAAAAA!. Dziarski kapitan przedziera się więc pomiędzy zielonoskórymi, dziurawiąc Orków z przeróżnej broni dystansowej, ale też krojąc ich w walce w ręcz. W całej historii pojawia się też Imperialna Gwardia, Inkwizycja, czy wreszcie Chaos. Delikatnie mówiąc fabuła nie porywa, szkoda się o niej rozpisywać, bo jest niespójna a w gruncie rzeczy nawet nie ma wpływu na grę. Dużo lepiej opowiedziano historię w pierwszym Dawn of War, a przecież koncepcja była bardzo podobna marines+gwardia x orki+chaos = rozwałka. Jeśli chodzi o plusy warstwy fabualrnej, to na pewno są to liczne nawiązania do figurkowego Warhammera, czy też innych gier z uniwersum (pojawiają się choćby Krwawe Kruki ze wspomnianej i absolutnie genialnej startegii), niestety postacie są już zupełnie nijakie i przekoloryzowane. Gwardziści niemal sikają w mundury na widok Ultramarines, Chaos jest nikczemny, Imperator Świetny... nie zawiodły Orki, ale od nich wymaga się akurat tego co robią tutaj, czyli parcia na przód... Mechanika gry jest prosta jak drut, biegniemy przez siebie dziurawiąc Orków/Kultystów (niepotrzebne skreślić) lub szatkując ich na kawałki. Przynajmniej arsenał nie zwiódł, każda broń została wyjęta żywcem z kodeksów Ultramarines. Mamy więc Boltery, Melta-, Plasma-, Laser- guny, ale też broń cięższej kategorii. Fajną rzeczą jest tutaj to, że każde narzędzie mordu da się wymontować z gniazda i biegać z nim swobodnie. Dużo mniej mamy broni do walki w ręcz, zaledwie nóż, piłomiecz, topór i młot energetyczny, jedyną różnicę dostrzegłem tylko między nim i całą resztą. Prawdziwą zabawę zapewnia dopiero jetpack, który dostarcza wrogom niespodzianek spadającym im na głowy. O ile strzela się tu całkiem nieźle i każda z broni naprawdę nadaje się na inną okazję, o tyle walka w ręcz jest chaotyczna i ciężko wywijać fajniejsze kombosy, bo to po prostu bezsensowna młócka, tyle orków, co i lewego klawisza myszy... Razi również brak systemu chowania się za osłonami. Mimo wymienionych przeze mnie wad gra się całkiem dobrze. Nie mamy się po prostu czasu nad niczym zastanawiać, odprężając się masakrujemy zastępy orków, najpierw dziurawiąc je kulami z boltera, by wreszcie dopaść Warbosa i zatopić w nim nasz piłomiecz. Twórcy dodali do gry tzw Tryb furii, jednak sprawdza się on rzadko albo wcale. Gdy zabijemy wystarczającą ilość niemilców, możemy go aktywować, podczas celowania daje nam bullet time, a w walce w ręcz ponoć wzmacnia ciosy (nie zauważyłem), dodatkowo tylko wtedy regeneruje się nam zdrowie. Furia stanowi chyba tylko i wyłącznie apteczkę, zwłaszcza podczas walki z bossami. Nasze nikłe umiejętności wzmacniają pieczęcie, czyli efektowne skrawki papieru zwisające nam ze zbroi, które znajdujemy w kapliczkach. Jeśli chodzi o inne znajdźki, to są tu nagrania przeróżnych osób opowiadające o inwazji orków. Prostota tej gry jest jej największą zaletą i chyba niepotrzebnie ją komplikowano. Mimo to gra się naprawdę dobrze i gdy jako jeden Marines przebijasz się przez setki orków, to czujesz moc wspomaganej zbroi (która de facto nie przeszkadza w akrobatycznych skokach i przetoczeniach...). Graficznie gra na moim sprzęcie prezentuje się nieźle, choć ponoć na starszych PC zdarzają się zawiechy i problem z przenikaniem tekstur. Ja takich problemów nie odnotowałem, a na full detalach gra naprawdę zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Planeta na której toczy się gra, jest brudna i zdewastowana, ale jednocześnie widać jej dawną chwałę. Zrujnowane miasto, laboratoria inkwizycji, czy też pustynne wzniesienia mogą się podobać. Nie mam tez nic do zarzucenia efektom specjalnym, czy też sposobu działania baronii. Gra jest bardzo krwawa i to tez na swój sposób zdaje egzamin, posoka chlapie na prawo i lewo, wybuchy, czy pociski boltera wręcz szatkują wrogów, a w walce w ręcz również nasz Marines jest od stup do głów skąpany we krwi, gdyby nie to, że po jakimś czasie szkarłat znika, to grę kończyli byśmy w ciemnoczerwonej, a nie błękitnej zbroi. Mnie efekt się naprawdę podoba i gra ma za to dużego plusa. Ciężko mi ocenić tą grę... To jedna z tych, których nie da się ,,zmierzyć szkiełkiem i okiem". Z dużą dozą wyrozumiałości można uznać, że Space Marines jest przeciętny, nie ma nic oryginalnego, nawet świat nie jest zasługą twórców... Mimo to czuć tu klimat, gar się fajnie i rozwałka może być naprawdę odprężająca. To gra na raz, po przejściu do odłożenia na półkę, mimo to będę do niej wracał, po męczącym dniu w pracy, kłótni z dziewczyną, czy po prostu z ,,okazji" poniedziałku. Polecam tą grę, ale tylko za takie pieniądze jakie ja wydałem, nie jest może warta więcej, a będzie dobrze wyglądać na półce obok Dawn of War, a i da parę godzin czystej, niczym nie zmąconej akcji. Fanom Warhammerka 40k, oldschoolowych gier akcji i ludziom sfrustrowanym gorąco polecam. Jak dla mnie słabe 7...
  7. 2 points
    Kurde, wszedłem bo byłem na 99% pewny, że pracujesz w Paincie, a tu takie rozczarowanie, jakieś nieznane mi AAA Logo...
  8. 2 points
    Jeśli macie słabe nerwy, nie zaglądajcie do tej księgi ;p Nie trzeba było długo czekać, aby w dobie remaków oraz rebootów starych klasyków przyszła pora na odmłodzoną wersję, kultowego obrazu Sama Raimiego, mianowicie "Martwego zła" z 1981 roku. Nowa odsłona jednego z najbardziej popularnych straszaków lat osiemdziesiątych była ogromną zagadką aż do samej premiery. Szum medialny był ogromny, zaś dziesiątki tysięcy widzów z utęsknieniem wyczekiwało pojawienia się obrazu w kinach. Jednak chyba nieliczni, w tym również ja, wierzyli, że nowe "Martwe zło" nie podzieli losu innych, nieudolnie wykonanych i żerujących bezczelnie na pieniądzach fanów oryginałów remaków. Szczęśliwie obraz debiutującego na dużym ekranie Fede Alvareza (twórcy jak dotąd dwóch krótkometrażówek) okazał się wyjątkiem. "Martwe zło" przedstawia standardową historię, dość mocno powiązaną z oryginałem. Mamy grupę nastolatków, którzy postanawiają spędzić weekend w chatce w środku lasu. Chcą się dobrze bawić oraz wspólnie spędzić czas, wspierając przy okazji Mię, która aktualnie walczy z uzależnianiem od narkotyków. Jednak sprawy powoli wymykają się spod kontroli. Problemem okazują się nie tylko napady agresji Mii, znajdującej się w fazie detoksu, lecz dziwna piwniczka wypełniona rozkładającą się zwierzęcą padliną, w której znajdują enigmatyczną księgę z intrygującym napisem "Naturom Demonto". Poprosimy o ładny uśmiech, tak do kamery, nie ma się czego wstydzić Historia przedstawiona w nowej wersji "Martwego zła" nie pokrywa się w stu procentach z oryginałem. Twórcy zachowali ogólny zarys fabuły oraz charakterystyczne elementy pierwowzoru. Zmienili natomiast bohaterów produkcji i wprowadzili kilka własnych rozwiązań, zmienili również zakończenie. W związku z tym nawet najwierniejsi fani oryginału, nie będą w stanie przewidzieć filmu w całości. W scenariuszu znalazło się też kilka niespodziewanych i mrożących krew w żyłach zwrotów akcji, które zwiodą na manowce niejednego miłośnika horrorów. Z takim inwentarzem produkcja niejednokrotnie zaskakuje, choć jest prosta i dość wtórna jak na dzisiejsze standardy. Młodsza wersja obrazu Raimiego rozpoczyna się z przytupem, już w pierwszych minutach twórcy serwują nam przedsmak tego, co będzie nas czekać w dalszej części filmu. Nie trącą czasu na zbędne dialogi. Po dość szybkim zapoznaniu się z głównymi bohaterami od razu przechodzą do sedna. Z minuty na minutę dzieło robi się coraz mroczniejsze i bardziej dynamiczne. Z początku jest sporo schematów: opuszczona chatka w charakterystycznych kadrach, spowity w mgle las, rozkładająca się w piwniczce zwierzęca padlina - niby nic wielkiego - a jednak niepokój wzrasta, aż w końcu staje się nie do wytrzymania. Mniej więcej w połowie twórcy przestają bawić się w kotka i myszkę z widzem i wykładają wszystkie karty - z tajemniczego horroru film zmienia się w krwawe i brutalne gore. Z taką lepiej sobie nie pogrywać W nowej wersji "Martwego zła" nie ma miejsca na czarny humor. Produkcja jest na wskroś poważna i naprawdę budzi grozę. Twórcy muszą być znawcami gatunku, co widać po umiejętnie wykorzystanym oświetleniu, modulacji dźwięku (przeraźliwe krzyki i gwałtowne wyciszenia potrafią przyprawić o zawał serca), jak również scenografii. Wszystkie te elementy budują niesamowity, mroczny klimat, pełen napięcia i grozy. Jak przystało na gatunek gore, film jest niezwykle brutalny, niektóre sekwencje są wręcz sadystyczne oraz obrzydliwe, przez co bardziej wrażliwe osoby z trudem będę powstrzymywać się przed odwróceniem od ekranu głowy. Napiszę to jeszcze raz bardzo wyraźnie: film jest niezwykle krwawy, poszczególne sceny są mocne i szokujące. Do tego muszę dodać, że efekty gore wyglądają bardzo profesjonalnie. Na uwagę zasługuje muzyka. Niektóre kawałki zapadają w pamięć i są wyjątkowo udane. Jest trochę tajemniczych utworów, do tego dynamicznych, pełnych wysokich oraz przeraźliwych tonów, które przyspieszają bicie serce; są też spokojne melancholijne melodie, usypiające uwagę kinomana. Po prostu doskonała robota. Od strony aktorskiej nowe "Martwe zło" prezentuje się przeciętnie. Brakuje w nim wyrazistych postaci (w oryginale Ash ( Bruce Campbell) skradł widzom serca). Niestety, trudno przywiązać się w nowej wersji "Martwego zła" do bohaterów, którzy są mało ciekawi i słabo zarysowani, no może poza główną bohaterką, Mią, i jej bratem Davidem. Szkoda, jednak na pocieszenie zostają nam trzy piękne dziewczyny, które niewątpliwie cieszą oko. Bohaterowie obrazu Remake "Martwego zła" to obraz udany. Jeden z najlepszych filmów gore, jakie mogłem ostatnio oglądać. Na tle schematycznych i niebudzących strachu horrorów produkcja Fede Alvareza to rasowy straszak. Czy nowe "Martwe zło" jest równie udane co oryginał? Według mnie tak. Jednak o tym, czy dzieło Fede Alvareza stanie się klasykiem, tak kultowym jak jego poprzednik, zadecyduje czas oraz widzowie. Zdjęcie z planu kręcenia produkcji
  9. 2 points
    Do Dovankiin - puknij się w łeb, przekleństwa są prawdziwe, a owi , jak piszesz, "ludzie" to tylko piksele, nawet mój 8 letni synek to rozumie, a Ty nie ?
  10. 2 points
    Moim zdaniem "Martwe zło" a "Obecność" czy "Naznaczony" to zupełnie inna liga. Od razu było wiadomo, że remake będzie krwistym filmem gore, tak jak oryginał. Poza tym fabuła jest przewidywalna tylko wtedy, jeśli rozpatrywać obraz na tle współczesnych produkcji, a biorąc pod uwagę fakt, że większość współczesnych horrorów czerpie garściami z oryginalnego "Martwego zła", a rozmawiamy o jego remaku, stwierdzenie o wtórności i przewidywalności wydaje się trochę bezpodstawne. Co do kwestii straszenia, wszystko zależy od człowieka, każdy boi się czegoś innego - sam bardziej preferuje takie subtelnego straszenie, co uświadczymy np. w "1408" czy wspomnianej "Obecności", jednak klimat film posiada, uszyty grubymi nićmi, wpływa na to muzyka i oprawa audiowizualna, nie można tego nie zauważyć. "Martwe zło" to nie film dla niewymagających, tylko produkcja dedykowana fanom oryginału. Świadczą o tym chociażby słowa Sama Raimiego, który stwierdził, że gdyby, podczas kręcenia oryginału miał tyle pieniędzy i takie możliwości jak Fede Alvarez, jego film wyglądałby tak wypuszczony niedawno remake. Problemem jest jedynie fakt, że mentalność ludzka oraz oczekiwania od kinematografii, znacznie się zmieniły od czasu premiery pierwowzoru, stąd też niskie noty omawianego filmu oraz liczne głosy krytyki. Pozdrawiam!
  11. 2 points
    blind gwardian to typowy ulubiony zespół fantazy-przegrywów bez krzty gustu, przecież muzycznie to jest mniej więcej poziom sabatonu XD
  12. 1 point
    Płyta obsługuje Phenomy, szkoda tylko że ma dość słabą sekcję zasilania przez co ciężko będzie podkręcić procesor, co byłoby mocno wskazane. Tutaj masz listę obsługiwanych CPU - http://www.asus.com/Motherboards/M4N78_SE/#support Zasilacz da radę.
  13. 1 point
    W zasadzie żeby było wydajnie, trzeba by wsadzić tu i5 i minimum GTX650Ti Boost. A same te dwa elementy to koszt ok 1100zł. Dochodzi jeszcze koszt płyty głównej i RAM, które to działać pod nową płytą nie będą. Więc na zamknięcie się w 1200zł nie ma szans. Pozostaje więc szukanie Phenoma II X4 na aukcjach oraz kupno do niego jakiejś karty porządniejszej (myślę, ze w budżecie poza Phenomem powinien się zmieścić GTX660).
  14. 1 point
    Wy tam pierdu pierdu o Bukanierze, a patrzcie co dają w fińskiej EK Konkretnych info na razie brak. Na rosyjskiej stronce spekulują coś ok. 5000 rubli czyli na nasze jakieś 500 zł.
  15. 1 point
    Mam problem z MDK 2 HD z najnowszego CD-Action. Zainstalowałem bez problemu, gra uruchamia się ale menu ma czarne tło ale są napisy (typu New Game, Options). Gdy zrobię nową grę słychać dźwięk, widać napisy rozmów ale nic więcej - czarne tło. Gdy wcisnę ESC to pojawia się menu, że można zmienić opcje i wyjść ale tło dalej czarne. Jakieś pomysły? Wszystkie sterowniki aktualne. Edit: Przepraszam za źle zatytułowany temat, ale nie wiem jak go edytować. Poprawione - Kawalorn
  16. 1 point
    Przepraszam, pomyliłem się. By zobaczyć i wejść w Mod Configuration, potrzebujesz moda SkyUI.
  17. 1 point
    Bzdura, czy też raczej: "nieco idiotyzm". Nawiązania to dodatek do tych książek, taki bonus dla fanów (pamiętasz to, drogi fanie mój? brawo, teraz możesz sobie przybić piątkę), a ich niewyłapanie to żadna strata. Jak mi się książka nie podoba, to nawet i 150 nawiązań tego nie zmieni. Nie można pominąć konieczności posiadania dobrej pamięci do szczegółów. Co z tego, że czytałem Miasteczko Salem przed Mroczną Wieżą, skoro w międzyczasie zdążyłem zapomnieć, kto to w ogóle jest ojciec Callahan? I tak samo z mnóstwem innych detali. Nie dajmy się zwariować, fanatyczne czytanie wszystkiego po kolei, żeby przypadkiem nie umknęło nam najdrobniejsze mrugnięcie okiem do czytelnika - to jest dopiero "nieco idiotyzm".
  18. 1 point
    Podałem Ci wyżej przykładowe modele. Goliathus (http://www.ceneo.pl/14270432) jest dosyć spory, podobnie jak 500MP (http://www.ceneo.pl/8528987#tab=click). Z twardych podkładek jest Qpad (http://www.skapiec.p...14/comp/1635419) oraz Zowie (http://www.skapiec.p...14/comp/1748624) lub ewentualnie SteelSeries 4HD (http://www.ceneo.pl/13125590).
  19. 1 point
    Wiecie co, Ci fani to są pogięci czasem, im nie sposób dogodzić. Napisałby Jasność 2, to by się rozległy głosy, że wciąż to samo, że jedzie na marce. Zrobił to w inny sposób, czyli tytuł dał zupełnie odmienny, no i samą książkę raczej delikatnie powiązał z poprzednią to się ludzie dziwują, dlaczego tak . Ja lubię książki Kinga, i tak, jak większości nie spodobał się Joyland, tak ja w nim utonąłem. Chociaż równie mocno wciągnęły mnie Miasteczko Salem czy Misery. Po prostu nie zaszufladkowałem Króla jako autora horrorów, za to pokochałem go za to, że pisze (nawet, jeśli słabsze ksiażki, jak np. wg mnie Wielki marsz) tak, ze połyka się jego dzieła i nabiera większego apetytu na kolejne.
  20. 1 point
    Dovankiin - Jak Ty mało rozumiesz. tu nie chodzi o to , że obawiam się iż synek zacznie naglę kląć jak szewc. Bo kulturę osobistą człek wynosi (albo nie ) z domu i żadna gra nie nauczy przeklinać dziecka jeśli w domu się nie klnie. Tu chodzi o to , że sam nie używając wulgaryzmów , a jestem żołnierzem tak się akurat składa - to uwaga do Enta, nie generalizujmy zatem , po prostu głupio sie czuję przy dziecku kiedy, z głośników lecą te wszystkie "ch..." i "k..." . Oczywiście wiem, że to gra od 18 lat co nie zmienia faktu, że w moim odczuciu przeginają z przekleństwami i tyle ... To wszystko co miałem do powiedzenia, bo to chyba nie jest temat o "zgubnym wpływie gier na dzecięce , niewinne umysły"....
  21. 1 point
    Tak. Napisał wyraźnie w ogłoszeniu, że cena to dwadzieścia złotych, więc akurat ty nie powinieneś być zdziwiony, że takiej ceny chciał. Inna sprawa, że wystawianie negatywnej oceny jest w tej sytuacji mocno dyskusyjne i raczej nie na miejscu, bo to brzmi jak szantaż.
  22. 1 point
    Też właśnie czekam. Jeśli mam być szczery, to myślałem że on pierwszy skomentuje ten wpis:)
  23. 1 point
    Dzięki kupię gtx 650 ti boost i potem i5
  24. 1 point
  25. 1 point
    Nie takie rzeczy po internetach cztałem. Znasz blog Junior Brand Manager? :]
  26. 1 point
    @kaiman87: tak, są adaptery, często nawet do kart dają. @NORBIT: ten model który podałeś ma beznadziejne chłodzenie. Zresztą i tak GTX760 ogółem jest lepszy
  27. 1 point
    Nie. To jest kwestia tzw. społecznego przyzwolenia. Jeżeli ktoś czyni z Sieci miejsce, gdzie czyny niesłuszne mają prawo bytu (np. chamski trashtalking) "ponieważ to Internet", to właśnie potwierdził, że swoimi poglądami firmuje zachowania negatywne, które mają miejsce we wspomnianym już Internecie. Samoregulujące się społeczeństwo to najlepsza recepta na zachowania negatywne, nie tylko w Internecie. Przyjmuję zasadę, że większym złem jest robić z siebie debila gdy się nim nie jest, niż nim być i mimo wszystko starać się być lepszym człowiekiem.
  28. 1 point
    Heh. Battlefield 4 to gra PEGI 18. Z oznaczeniem PEGI 18 związane są różne elementy, w tym przekleństwa, których - nie wiem czy trudno to sobie wyobrazić - żołnierze używają w dużych ilościach. Singiel to porażka. Błędy, przestoje. Chcę pójść wykonywać zadanie - NIE, stój w miejscu 40 sekund i czekaj aż kumpel i koleżanka skończą pogawędkę. Matko, jak ja tego nie lubię. W Call of Duty to nie jest nigdy aż tak odczuwalne, w Battlefieldzie stawiają przed tobą chamską niewidzialną ścianę. Już lepiej mogliby zrobić normalne cut-scenki. Pomijam błędy, które często się zdarzają, kiedy wyprzedzimy towarzyszy (bo np. nie chcemy człapać ślimaczym tempem, tylko podbiec do przodu). W takich sytuacjach trzy razy spadłem w otchłań niebytu, bo część poziomu się nie wczytała. Albo brak animacji schodzenia po drabinach, przez który zginąłem 19 (!!!) razy, spadając... DICE, weź się ogarnij i rób wyłącznie multi.
  29. 1 point
    Podkładka pod jaką mysz? Ma być twardy plastik (powyżej 2000DPI) czy materiałowa (poniżej 2000DPI)? Ze szmacianek polecam: A4tech X7-500MP, Steelseries QcK, Razer Goliathus A z plastików: SteelSeries 4HD.
  30. 1 point
    To prawda, mogli dać trochę więcej od siebie, spróbować opowiedzieć film na nowo, dostosować go do współczesnych standardów - tylko z zachowaniem odpowiedniego umiaru, tak jak w przypadki remaku "Pamięci absolutnej" czy rebootu "Spider-Mana". Niby te same opowieści, jednak twórcom udało się tchnąć w nie nowe życie, spojrzeć na nie z innej perspektywy. Z jakim skutkiem? Zależy to od widza. Dzięki za wypowiedź.
  31. 1 point
    Właśnie tu pojawia się pytanie: czy gorsza jest osoba o "ciężkim" umyśle, ale starająca się trzymać poziom; czy rzekomy inteligent robiący z siebie debila? Kiedyś w szkołach rzucano hasłami odważ się być mądrym. Odnoszę wrażenie, że w sieci przyjęto ideę dokładnie odwrotną.
  32. 1 point
    Zgadzam się, w kwestii zmiany ludzkiej mentalności, niemniej nie zmienia to faktu, że pierwsze "Martwe zło" dalej bawi, bo ludzie nie mają w tym względzie żadnych oczekiwań, zaś produkcja z roku 2013 powinna już spełniać pewne standardy, stosowne do nowego wieku. Jaki jest sens tworzyć nową produkcję bezmyślnie kopiującą poprzednią ?
  33. 1 point
    Oglądałem. Na tle niewiarygodnej "Obecności" i całkiem niezłego "Naznaczonego 2" film jest tak słaby, że nie stanowi żadnej konkurencji. Fabuła jest skrajnie przewidywalna, słaby klimat i mało tego czegoś, co straszy. Reżyser chyba też tak myślał, bo podlał film dużą ilością blood & gore, licząc na niewymagającego widza, dla którego krew na ekranie to szczyt marzeń. Cały film nie wywołał u mnie żadnego napięcia, poza końcówką, gdzie następuje ciekawy twist, bardzo niespodziewany, zwłaszcza dla osób oglądających oryginał. Podsumowując: film dla ludzi absolutnie wyposzczonych, choć w tym wypadku lepiej obejrzeć jakiegoś klasyka, niż zawracać sobie głowę "Martwym złem". Bo w tym filmie zło i strach naprawdę umarły.
  34. 1 point
    De Gea jest lepszy. Mignolet nieznacznie wygrywa z nim pod względem ustawiania się i łapania piłki, reszta umiejętności bramkarskich przoduje u Hiszpana.
  35. 1 point
    Z tego co widzę, sporo osób ma problemy z graniem w TF2 po tej aktualizacji. Mnie również to dopadło. Być może pomoże Ci sprawdzenie spójności plików gry (mnie, niestety, nie pomogło i po paru minutach grania dalej widzę błąd z hl2.exe. A czasem nie mogę połączyć się z serwerem itemów). Mam nadzieję, że Valve szybko wypuści nowego update'a z naprawą.
  36. 1 point
    Jeśli doszedłeś do boskiej kuźni znaczy, że raczej dobrze rozegrałeś. A tak btw to po co chcesz wracać do tych "harpii"? "Fabuła" tej gry nakazuje Ci po załatwieniu tych harpii iść do króla
  37. 1 point
  38. 1 point
    Gigabyte ma lepszy chipset (który m. in. obsługuje RAID), no i radiatory, którym można zaufać. Co do pamięci, to ostatnio często polecane są takie - http://www.morele.net/pamiec-team-group-vulcan-ddr3-2400-2x4gb-tlyd38g2400hc11cdc01-602025/ No i zamiast do płyty dorzuciłbym do tego procka - http://www.morele.net/procesor-intel-core-i5-4570-3-2ghz-lga1150-box-haswell-bx80646i54570-546528/ On trochę wydajniejszy jest, tak więc to dobra inwestycja.
  39. 1 point
    @PolskiZiomal5 Filmy których tytuły nie zostały podane w tym temacie: Mały Cezar (1931) Wróg publiczny (1931) Człowiek z blizną (1932) Skamieniały las (1936) Pépé le Moko (1937) Śmiertelny zaułek (Dead End) (1937) Aniołowie o brudnych twarzach (1938) Szalone lata dwudzieste (1939) High Sierra (1941) Pistolet do wynajęcia (This Gun for Hire) (1942) Pocałunek śmierci (1947) I Walk Alone (1948) Pijany anioł (1948) Key Largo 1948 Biały żar (White Heat) (1949) Zabójstwo (1956) Al Capone (1959) Masakra w dniu świętego Walentego (The St. Valentine's Day Massacre) (1967) Bonnie i Clyde (1967) Zbieg z Alcatraz (1967) Braterstwo (The Brotherhood) (1969) Dorwać Cartera (1971) Francuski łącznik (1971) Długi Wielki Piątek (The Long Good Friday) (1980) A Better Tomorrow (1986) Życie Carlita (1993) Infernal Affairs: Piekielna gra (2002) Wschodnie obietnice (Eastern Promises) (2007)
  40. 1 point
    Widze, ze sporo osob wymienia Crysisa 3 jako tytul, ktory ma najladniejsza grafike. Tyle tylko, ze okreslenie "najladniejsza" nie znaczy to samo co "najbardziej zaawansowana technicznie i oferujaca najwiecej bajerow". Gry moga ladnie wygladac nawet wtedy, gdy poszczegolne zdzbla trawy nie sa animowane osobno. Od tego, jak szczegolowo wyglada odblask wybuchu na trzymanej broni (na co w ferworze walki i tak nie ma czasu zwracac uwage) albo jak naturalnie animowana jest woda bardziej liczy sie ogolny styl graficzny gry. Pod tym wzgledem Crysis 3 wedlug mnie wypada slabiej niz pierwszy Crysis z jego zamarznieta wyspa tropikalna. Do tego nalezy tez dorzucic indyka w postaci zrecznosciowo-logicznej gry Braid ze stylizowanymi na malowane akwarela, animowanymi tlami poziomow. Moje niedawne odkrycie, czyli gra na PS3 Ni No Kuni tez moze sie pochwalic piekna grafika, i to nie tylko podczas przerywnikow, ale takze podczas zwyklego gameplay, chociaz potezna karta graficzna do jej wyswietlania wcale potrzebna nie jest.
  41. 1 point
    Od tego roku realizuje projekty internetowe na zlecenie. Wiadomo że za każdym z nich stoją klienci je zlecający, których zachowania nie rozumiem, albo nie chcę zrozumieć. Nie wiem, może jestem ja za głupi albo oni. Już tłumaczę o co chodzi. Ale najpierw od początku. Webmasteringiem zacząłem interesować dobrych parę lat temu. Jestem samoukiem. Czytałem wiele książek, kursów i czasopism poświęconych tematyce komputerowej. Opanowałem kilka języków programowania. Może nie wszystkie ale te najpotrzebniejsze. Nauczyłem się też obsługi kilku programów graficznych niezbędnych w tym zawodzie. Nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam się za jakiegoś mistrza, ale wiem że znam się na tym bardzo dobrze jak na kogoś kto nie pokończył żadnych uczelni wyższych. Dlatego od tego roku wziąłem się za tworzenie stron internetowych na poważnie, czyli za talarki. Chciałem sobie parę groszy dorobić. Bo jak wiadomo w Polsce liczy się każda złotówka. Od marca do października tego roku wykonałem około dwunastu projektów. Od prostych po naprawdę złożone które zajęły mi wiele długich dni. Może to nie jest dużo, ale jak na początek to moim zdaniem przyzwoity wynik. Tworząc je musiałem rozmawiać z klientami. Czy to mailowo, telefonicznie czy osobiste spotkania. To jest naprawdę trudna sztuka. Trzeba przecież tego człeka zachęcić, negocjować itd. Sukces jest wtedy gdy złoży podpis na umowie. Porażka wtedy gdy powie że musi się jeszcze zastanowić. Jeśli tylko słyszę ten tekst, to wiem że się już więcej nie odezwie. Tak jest! Wiem to z własnego doświadczenia. Podam teraz kilka przykładów zachowania kochanych konsumentów, które powodują u mnie nerwację: 1. Magister Osoba która zna się na tej robocie lepiej ode mnie. Wszystko wykona lepiej a do tego podważa moje kompetencje np. ale ja nie jestem pewny czy pan sobie z tym poradzi! To po kiego grzyba pisałeś do mnie, skoro już z góry wiesz że sobie nie poradzę? 2. Poganiacz Delikwent bardzo niecierpliwy. Wszystko wykona o wiele szybciej. Ostatnio miałem taką sytuację. Dostałem zlecenie od kolesia. Pojechałem do niego podpisać umowę i obgadać wszystko. Ustaliliśmy termin realizacji na trzy tygodnie. Zgodził się. Wszystko poszło gładko. Wróciłem do domu o trzynastej po południu a on o szesnastej dzwoni z zapytaniem czy są już jakieś pierwsze efekty?! Czy on jest nie normalny? Krew mi się wtedy zagotowała, ale zgodnie z zasadą trzeba być miłym dla klientów. I tak, codziennie pisał do mnie z pytaniem czy już skończyłem. Chciałem się go już pozbyć, więc się sprężyłem i wykonałem robotę w tydzień. Nie powiem. Był bardzo zadowolony w przeciwieństwie do mnie. 3. Kobieta Nie na widzę pracować na zlecenie kobiet. To najtrudniejszy i najgorszy klient jaki istnieje. Czepiają się najdrobniejszych szczególików których normalny facet nie widzi. Wiecznie nie zadowolone z postępów prac. Ja jako osoba wykonująca projekt, nie mam nic do powiedzenia. Jakby mogły to by mnie same zastąpiły. Wpadają na tak durne pomysły, że się w głowie nie mieści. Dlatego jak piszę jakaś niewiasta to mówię że mam urwanie głowy i nie wykonam dla niej tego zlecenia. Jak widzicie to naprawdę ciężka i wyczerpująca praca. W tej branży trzeba być bardzo wytrzymałym nie fizycznie ale psychicznie. Zresztą ja już psychiki nie mam. Wszystko mi zabrali i zdewastowali kochani klienci. Wpis pochodzi z mojego bloga.
×
×
  • Create New...