Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation on 09/19/2013 in all areas

  1. 8 points
    Aleś ty alternatywny. Normalnie za źródło prądu przemiennego możesz służyć. Y'all niggas commenting on a troll blog. Szczerze mówiąc pojęcia nie mam co ma "alternatywność" do prądu przemiennego który charakteryzuje się symetryczną sinusoidą ale okej Po za tym zawsze jest ktoś taki na kogo to hasło działa jak płachta na byka, nieważne czy katolik, czy ateista. Po prostu to hasło stało się dzisiejszym sztandarem przekonania o wezwaniu do dyskusji i rzucenia przysłowiowej rękawicy. Tyle. Żaden troll. - Rei
  2. 7 points
    Tylko odpowiednio wojownicze cycki są w stanie zagwarantować pokój.
  3. 7 points
    A ja mam jedno pytanie - gdzie są cycki, prawdziwa gwarancja pokoju na świecie?
  4. 6 points
    Legia Warszawa, aktualny Mistrz Polski budzi w ludziach najczęściej skrajne emocje, albo się ją kocha, albo nienawidzi. Pytanie tylko czemu tak często miłość do tego klubu jest dla niego zabójcza? Niczym groźny pasożyt żerujący na ciele żywiciela, kibole rozpieprzają Legię bardzo umiejętnie. Kary jakie przychodzi płacić właścicielom niejednokrotnie przewyższają zarobki z europejskich pucharów, na które każdy polski klub tak bardzo liczy. Spójrzmy na niektóre liczby: Za sezon 2011/2012 za mecze ligowe oraz Pucharu Polski Legia musiała zapłacić 229 tys. złotych. Za sezon 2012/2013 za spotkania w europejskich pucharach suma sankcji finansowych wyniosła168 tys. euro. Za sezon 2013/2014 (na dzień dzisiejszy): Europejskie puchary: -po meczach z The New Saints F.C. - kara 45 tys. euro + zamknięcie trybuny północnej -po meczach z Molde FK i Steauą Bukareszt - kara 150 tys. euro zamknięcie stadionu na najbliższy mecz w europejskich pucharach (tj. z Apollon Limassol) + zamknięcie stadionu na 1 mecz w zawieszeniu na 5 lat Wygląda to marnie. Ostatnia z sankcji finansowych jest porównywalna z rocznym budżetem dobrze opłacanego grajka w naszej lidze. Wątpię, że nagle zmieni się mentalność boiskowych bandytów i że zaprzestaną rozbojów. Tymczasem Wojskowi mają przed sobą minimum 6 spotkań w Lidze Europy. Przeglądając YT natrafiłem na ten filmik -> Po chwili śmiechu zrozumiałem, że ci goście na serio myślą tak, jak mówią. Weźmy najpierw pierwszego pod lupę. Gość nie bardzo wie co to fanatyzm. Nie rozumie, że fanatyzm w każdej formie jest zły, czy to będzie moherowa babcia, kibol, fundamentalista islamski czy szowinista. Oni wymagają od nas ślepej wiary w ich poglądy i dołączenia do najważniejszej grupy. W przeciwnym razie najchętniej by cię spalili na stosie, skopali i zlali bejsbolem, ukamienowali czy po prostu zastrzelili, w zależności na kogo trafisz. Fanatyzm zawsze dotyczy skrajnych postaw, więc nie można mylić fana z fanatykiem. Tylko pierwsze określanie powinno być pozytywnie odbierane. Drugi gość to nikt inny jak szefuńcio kiboli Legii. Daje idealny przykład tego co wyżej napisałem. Nie podoba ci się zachowanie innej jednostki? Pacyfikuj. Następny niejaki Kelner uważa, że ich siłę utożsamia zrobienie burdy w mieście przeciwnika, zdemolowanie mienia czy obicie kilku ludzi, Do tego najpierw alkohol, żeby przecież poczuć się odważnym. Dla mnie patologia. Skąd się tacy ludzie biorą? Co z tego, że ładna oprawa skoro kolejny mecz będzie przy pustych trybunach? Co z tego, że kasa wpłynęła za wygranie meczu skoro większość środków trzeba oddać z powrotem w ręce UEFA? A to głównie dlatego, że paru (do kilkunastu w zależności od meczu) idiotów nie potrafiło się opanować przed odpaleniem racy. To samo ostatnio na meczu San Marino-Polska. Nie kuźwa nie mogły się tumany ogarnąć, nic przecież trzeba pokazać światu kto tu rządzi. Już nie wspomnę, że praktycznie co mecz ligowy trzeba pojechać po rywalu śpiewając burackie pieśni ku chwale nienawiści zamiast dopingować swój zespół. Jak to wyleczyć? Czy w ogóle da się? Nie przetłumaczysz przecież normalnie, bo już z twarzy widzisz, że zrozumienie zdania złożonego przez takiego osobnika jest nadludzkim wysiłkiem. W dodatku taka jednostka rozumie tylko argument siły, który jest powiązany ze zbiorowością. Jakoś nie widziałem w Warszawie kozaka przechadzającego się samotnie w centrum w szaliku czy koszulce Wisły/Śląska/Lecha/Widzewa itp.. Pod kurtką się nie liczy. Czemu w zachodnich krajach da się uzyskać spokój na stadionach, a u nas nie? W każdym razie: KIBOLE, HEJTUJĘ WAS.
  5. 6 points
    Nie wierzę, że to robię: 1) X żyje z recenzji Y - sprzedaje je ludziom, którzy biorą słowa X poważnie. 2) X podejmuje bliską współpracę z Z, który produkuje jeden z rodzajów Y. 3) Y produkowane przez Z pojawiają się coraz częściej jako dodatki w X, razem z innymi formami reklamy - choćby artykułami. 4) X recenzuje Y produkowane przez Z i zachęca do zakupu. Czy w takiej sytuacji posiadanie wątpliwości dot. wiarygodności X w opisie Y produkowanego przez Z jest niezasadne? Ot, wątpliwości. We wouldn't bash if we didn't care. EDIT: @nerv0 - 4 shame!
  6. 5 points
    Czy naprawdę trzeba było marnować tyle papieru? Jako osoba otwarta na nowe doświadczenia poszedłem za radą CDA i zainstalowałem sobie nowe World of Warplanes. Z radością rzuciłem się do lektury poradnika dołączonego do czasopisma, licząc na tricki, dobre rady doświadczonych pilotów, sposoby na dłuższe pozostanie w bitwie, etc. Khem... Pozwoliłem sobie streścić tę część Tipsomaniaka w sposób oszczędny, a zarazem nie tracący niczego z jego zawartości merytorycznej: Wysokich lotów!
  7. 5 points
    Jeżeli wchodzisz na forum dyskusyjne, to musisz być przygotowany na to, że dojdze do dyskusji, czyli rozmowy dwóch osób od odmiennych poglądach. W życiu nie wtrącam się w prywatne sprawy innych osób, co niektórzy forumowicze mogą chyba potwierdzić. Jak nie chcesz takich rozmów na forum, to nie wchodź na stosowne tematy i nie zaczynaj pewnych wątków. Nikt tu nikogo do niczego nie zmusza. Przeszkadza mi za to - bardzo - gdy takowy człowiek usiłuje mnie przerobić na swoją modłę, czegoś mi zakazać, ponieważ JEGO wiara czy pogląd czegoś mu zabrania. Twoja wiara to twój problem, nie mój. Ja będę postępował zgodnie z własnym sumieniem. Jak chcesz żyć w bólu to żyj, jak ktoś ci nakazuje postępować w taki czy inny sposób i uważasz to za słuszne, to tak rób, ale innych do tego nie zmuszaj. Wejdź na newsy CDA, na filmik na youtube, wspomniany już 9gag (czy tam jakąś polską kalkę typu kleik, destylatory) itd. To nie są fora dyskusyjne, a pełno tam jadowych wodotrysków. Zresztą to właśnie o postach "nawracających" mówię w moim wpisie, które obok dyskusji nawet nie leżały - Rei
  8. 4 points
    Gearlt Ban za złośliwe i perfidne zdradzenie fabuły GTA V. Przywrócić minusy! Nie chcę dawać plusa, bo to zbyt mainstreamowe! - t3t
  9. 4 points
  10. 4 points
    Raczej odwrotnie, skoro Hut tam teraz pracuje . Poza tym, chyba nie bardzo zrozumiałeś o co w tym tekście chodziło - przeczytaj jeszcze raz, najlepiej ostatni akapit.
  11. 4 points
  12. 3 points
    Doszliśmy chyba już do takiego momentu, gdzie oprócz rocznic rozmaitych gierkowych i sprzętowych premier, będziemy też świętować odejścia wielkich ludzi branży. Do grona legend dołączył dziś Hiroshi Yamauchi. "Kto?" - spytacie zupełnie serio, bez silenia się na ignorancką obojętność. Nie jest to nazwisko szczególnie w Europie rozpoznawalne, a już zwłaszcza w naszym regionie. Yamauchi był trzecim prezesem firmy Nintendo w latach 1949-2002, czyniąc ją gigantem świata rozrywki, porównywalnej tylko z imperium Disneya i wytwórniami filmowymi. Kiedy przejmował pałeczkę po swym dziadku w prowadzeniu Nintendo, firma zajmowała się ręczną produkcją kart hanafuda (powstałymi oryginalnie w XVI wieku jako sposób obejścia zakazu hazardu obowiązującemu za szogunatu Tokugawy - skrótowo opisując, jest to talia 48 kart z motywami kwiatów, zwierząt i elementów wschodniej symboliki). Ponieważ jakby się nie starać, sama sprzedaż kart do gier nie uczyni żadnej firmy potęgą, Yamauchi eksperymentował z nowymi pomysłami - np. w 1956 wylicenjcował postacie z filmów Disneya do użytku jako wizerunki na kartach. Powoli też znajdował kolejne nisze rynkowe i już w 1963 r. Nintendo rozszerzyło swoją działalność o kolejne usługi, takie jak taksówki, sieć telewizyjną, produkcję ryżu błyskawicznego i... "hotele miłości". Przełom nastąpił w 1966 r. kiedy kolejna legenda branży i długoletni pracownik Nintendo - Gunpei Yokoi - stworzył prototyp zabawki "Ultra Hand", czyli wyciągającej się ręki dzięki prostemu mechanizmowi. Pomysł tak się spodobał, że Yokoi został przeniesiony do nowego wydziału Nintendo, które miało zajmować się tylko zabawkami i grami. Wtedy to Nintendo zasłynęło jako producent wielu ciekawych gadżetów i zabawek dla dzieci - w tym automat wyrzucający piłeczki ping-pongowe do odbijania przez grającego i gry świetlne, gdzie projektor rzucał na ścianę obrazek, w który trzeba było trafić z "wideotrafu", pistoletu z czujką reagująca na światło. Kolejny krok naprzód nastąpił przy zarzewiu gier video - w 1974 r. Nintendo wykupiło prawa do dystrybucji pierwszej domowej konsoli do gier firmy Magnavox - Odyssey. Począwszy od 1977 r. Nintendo zaczęło tworzyć własne warianty tej konsoli, gdzie oczywiście rządziło odbijanie piłeczki a'la Pong. Nad tymi konsolami pracowali zatrudnieni przez Yamauchiego pracownic firmy Sharp. Wtedy też pojawia się w Nintendo kolejna ważna postać - Shigeru Miyamoto. Zatrudniony przez Gunpeia Yokoia młodzieniec miał przygotować projekt obudowy dla jednej z gier telewizyjnych Nintendo. Od 1975 r. Nintendo eksperymentowało też z grami arcade, projektowanymi przez Genyo Takedę. Kiedy jednak gry Nintendo, takie jak Sheriff, Space Fever czy Radar Scope nie podbiły Stanów Zjednoczonych i planowano wycofanie się z rynku salonów gier, Miyamoto stworzył Donkey Kong. Nic nie było potem takie jak kiedyś. Yamauchi wykorzystywał rosnący biznes gier video narzucając iście przemysłowy tok działań w Nintendo. Powołał oddzielne trzy biura badawcze mające tworzyć innowacje w kiełkującej dziedzinie gier video. Yokoi wtedy ze swoim zespołem opracował projekt przenośnych gier elektronicznych Game & Watch - premiera w 1980 r. była ogólnoświatowym sukcesem. Ale to nie było "to". Yamauchi chciał podbić świat czymś, co było tanie w produkcji, ale jednocześnie miało długą żywotność rynkową. Już rok później zlecił trzyosobowemu (sic!) zespołowi Masayuki Uemury opracowanie kolejnej innowacji - tym razem w dziedzinie domowych konsol video. Pomimo sceptycyzmu współpracownika - Game & Watch były rozchwytywane na całym świecie dzięki swej uniwersalnej prostocie i łatwej obsłudze - stworzył on urządzenie, które zrewolucjonizowało gry video i wyciągnęło amerykański rynek z zapaści. Family Computer, bo taka była jego oficjalna nazwa, wprowadził najpierw Japończyków, a potem resztę globu w świat nowoczesnej, ale przyswajalnej domowej elektroniki komputerowej. Yamauchi, pomimo że nie był ani programistą, ani projektantem gier, miał znakomitą intuicję odnośnie oczekiwań odbiorców Famicomu. To on decydował jakie gry będą wydane na konsolę, i w tym celu powołał trzy oddzielne studia wewnątrz Nintendo pracujące nad grami, które miały ze sobą konkurować o premierę na Famicom. Do 1994 r. Yamauchi decydował o tym, co Nintendo wyda na swoje konsole. Kolejne konsole Nintendo utwierdziły kierunek w jakim szła firma - Super Famicom został wyprzedany w ciągu trzech dni od premiery, a jego unikatowe elementy - obsługa chipu SuperFX dającego polygonową grafikę 3D w takich grach jak StarFox czy Satellaview, unikatowy moduł łączący się z satelitarną siecią telewizyjną, który pozwalał na pobieranie dodatkowych gier i udział w teleturniejach z prowadzącymi na żywo. Nawet porażka Virtual Boya w 1995 nie zraziła przewodniczącego z walki o absolutny prym w świecie gier video i już w 1996 r. nowa konsola - Nintendo 64 - dała graczom przepustkę do trójwymiaru, konkurując z Sony Playstation i Sega Saturn. Ostatnią konsolą, przy której decydował Yamauchi, byl GameCube. 31 maja 2002 roku, ustąpił on z fotelu prezesa na rzecz osoby, którą sam wiele lat wcześniej zatrudnił - Satoru Iwaty. Wciąż jednak zasiadał jako głowa rady Nintendo, ale i z tego stanowiska ustąpił trzy lata później ze względu na wiek. Zmarł w dniu dzisiejszym, na komplikacje pogruźlicze. Przeżyło go troje jego dzieci. Mimo że nie uważam się za potomka "pokolenia Nintendo" i zupełnie inne gry niż Zelda czy Mario towarzyszyły mi przez lata, trudno jest mi nie docenić niezwykłego geniuszu i intuicji Yamauchiego. Stworzył on z małej, tradycyjnej firmy giganta gier video i wprowadził do branży wiele utalentowanych osób, które dopracowały niemal do perfekcji to, co sprawia że dziś miliony zasiadają przed telewizorem z kontrolerami w dłoniach. Tak samo jak Steve Jobs, nie był ani artystą, ani filozofem - miał natomiast niezwykły talent do stworzenia oddzielnej gałęzi przemysłu i rozrywki, oraz wprowadzenia go do naszego codziennego życia.
  13. 3 points
  14. 3 points
  15. 3 points
    @Darkstar181 Nie rozumiesz. Gdyby CDA dawały tylko kody to by mnie to nie obeszło - reklama zarówno dla pisma jak i gry. Jednak Wargaming w CDA jest wszechobecny. Wskaż mi drugą grę F2P która dostała tyle samo miejsca w piśmie, własny Tipsomaniak, okładkę i pełno kodów na golda. W tej sytuacji mam prawo podejrzewać, że współpraca CDA i Wargamingu wykracza poza ramy "reklama za golda". Głównym problemem jest to, że układy z developerami są niejasne, więc nie możemy dokładnie ocenić na czym polega obecna kampania reklamowa. I tak, jest różnica między reklamą a artykułem w piśmie. Nie sugeruj, że piszę to z niechęci do WoT. Daję ci słowo: jeżeli kiedyś CDA zacznie w podobny sposób lansować jakieś F2P MMO czy coś podobnego to również podniosę larum. Tu chodzi tylko i wyłącznie o standardy. Zbyt bliska współpraca między twórcami a pismem godzi w interes czytelnika, który traci gwarancję niezależności dziennikarzy. I to nie chodzi o łapówki - psychologia zna masę mechanizmów, którymi można oddziaływać na ludzi i zachęcać ich do konkretnych działań bez mówienia im tego wprost. A z tego co wiem to większość dużych korporacji korzysta z podobnych usług przy planowaniu kampanii reklamowych. Co do argumentu o Ubi i coverach - jest on inwalidą. Poradniki i kody do WoT mają w perspektywie czasu "wkręcić" ciebie w płacenie. To swoista inwestycja długofalowa, która zwraca się po pewnym czasie. Takie Ubi zaś po zgarnięciu kasy za licencję nie zarabia dalej z tego tytułu już nic.
  16. 3 points
    Ja bym to ujął troszkę inaczej- nie byłoby takich podejrzeń, gdyby te wszystkie reklamy i inne "materiały sponsorowane" nie były wrzucane do pisma tak nachalnie i w tak krótkich odstępach czasowych, bo to faktycznie potrafi odrzucić. 2 scenki sytuacyjne: X- wydawca pisma Y- wydawca gry 1) Y wychodzi do X z propozycją umowy: firma X będzie regularnie i dość często wrzucać reklamy firmie Y, firma Y będzie za to płacić. X się nie zgadza na takie warunki, obawia się pomówień o układy i brak stronniczości. W efekcie zmienia umowę tak, że będzie wrzucać materiały od Y ale raz za jakiś czas. No i zgodnie z umową wrzuca- dajmy na to- kody na golda do gry firmy Y i stronę tekstu w stylu "Siema ludziska, tak, jak pół roku temu, tak i teraz mamy dla was taki mały prezencik od firmy Y do ich gry, więc korzystajcie i cieszcie się, ale za to musicie przeboleć tą stronę- dwie reklamującego ich tekstu. Miłej zabawy!". Ale X robi to dość rzadko, na tyle rzadko, że czytelników to nie mierzi, dość szybko zapominają o całej reklamie, golda wykorzystują z czystej ciekawości, zaznajamiając się z produktem Y. W efekcie wszyscy zyskują- X (bo wywiązał się z umowy, a czytelnicy są zadowoleni bo dostali prezent), Y (bo ich dzieło przyciągnęło nowych graczy) i sami czytelnicy (bo zostali raz za jakiś czas nagrodzeni goldem bez przymusu kupowania gazety, gdzie połowa to chamska reklama Y). 2) Y wychodzi do X z propozycją umowy: firma X będzie regularnie i dość często wrzucać reklamy firmie Y, firma Y będzie za to płacić. X się zgadza na takie warunki. Tak, jak w poprzedniej scence X wywiązuje się z umowy. I tu się zaczyna problem, bo jak w poprzedniej scence reklama była nienachalna, tak tu zaczyna się wręcz kampania reklamowa godna wyborów na prezydenta w USA. Właściwie w co drugim, jak nie każdym numerze pisma firmy X są jednoznaczne reklamy. Tu jakiś tekst promujący, tu obrazek na całą stronę, tu kody na golda, to cała okładka poświęcona produktowi (lub wręcz produktom) firmy Y. Całość robi się nieciekawa. Czytelnicy zaczynają to dostrzegać i wyciągają wnioski. Zaczynają sobie zadawać pytanie, czy taka "współpraca" wyjdzie na dobre, obawiając się, że ich ulubione pismo przestanie być obiektywne. Dają jednoznaczne znaki, że im to nie pasuje. W tym momencie ktoś z redakcji X odpowiada na zarzuty czymś, co można śmiało uznać za odpowiednik strzału w łeb: zamiast jakoś wyjaśnić całą sytuację i zachęcić czytelników do pozostania mówią "nie podoba się, to nie kupujcie". I tak się z pewnością stanie- część, mała bo mała, ale jednak- czytelników przestanie kupować pismo X. I w większym rozrachunku to widać- tu się wykruszyła mała grupa, tam kolejna, za chwilę znów kolejna... pismo X sprzedaje cię coraz słabiej i tylko czytelnicy zdaje się, że to zauważają. W ostatecznym rozrachunku mało kto zyskuje- X traci czytelników i zaufanie, które budował przez te wszystkie lata, czytelnicy tracą dobre pismo, zyskuje tylko Y, a i to połowicznie, bo choć udało się zawrzeć umowę z X, to materiały promocyjne nie schodzą tak, jak powinny, bo... pismo X się nie sprzedaje za dobrze.
  17. 3 points
    1/10 Jeśli łakniesz atencji musi być albo dużo krócej albo dużo bardziej po polsku. Rzekłem. Mam w żopie atencję, po prostu chciałem zadać pytanie i wyrazić swoje myśli, tyle. Co do pisania "bardziej po polsku" - miło było by rozszerzyć to trochę żeby pokazać komuś gdzie wtrącił mu się hiszpański czy inny włoski Druga sprawa - nie rozumiem skali ocen w której 1/10 to coś co mi się nie podoba (chociaż oczywiście to już Twój wybór) ale ile dasz czemuś co Cie autentycznie wk**** i będzie zaprzeczeniem wszystkiego co uważasz za słuszne? -10/10 ? Pozdrawiam - Rei
  18. 3 points
    Poza tym to zgadzam się z niepokojami o rzetelność i sponsoring. Na wszystko po prostu trzeba patrzyć szerzej niż tylko pod kątem tego, że pismo daje takie to a takie pełniaki i teksty. Trzeba umieć sobie wyobrazić bardzo różne powiązania i to jak przebiegają negocjacje. A żeby mieć pełny obraz i tak trzeba dodać do tego to co CD-A może robić i robi niezależnie bez wiązania się w jakieś dziwne układy. Przypuszczam, że wygląda to trochę jak łażenie przez pole minowe. Ma się podobać czytelnikom, a jednocześnie zadowolić reklamodawców i spełnić warunki do zamieszczenia pełniaków i dodatków...
  19. 3 points
    Jestem zbyt leniwy, aby dopisać na czeku twój nick Darkstar181.
  20. 3 points
    Czemu ten wpis nie jest promowany? Żądamy prawdy!
  21. 2 points
    Atlas Chmur ? jedno z najnowszych, wielkich objawień współczesnej literatury. Mimo, że książka ujrzała światło dzienne w 2006 roku, jednak dopiero ekranizacja, która ukazała się sześć lat później rozsławiła ją jeszcze bardziej. Film, jakkolwiek ciekawy, okazał się jednak tworem dość chaotycznym i bez przeczytania książki trudno było połapać się we wszystkim. Dlatego też seans nakłonił mnie do sięgnięcia po oryginał. Co więcej powieść Davida Mitchela trafiła do mnie o wiele bardziej, niż wersja rodzeństwa Wachowskich. Przede wszystkim też przywróciła mi wiarę w światową literaturę, kiedyś pisałem, że genialne książki już w dzisiejszych czasach nie powstają ? jak się okazuje była to opinia nieco pochopna. Dlaczego? Pierwszą przyczyną jest to, że opowieść po prostu angażuje wyobraźnię odbiorcy. Stwierdziłem, iż użycie słowa ?powieść? w poprzednim zdaniu byłoby jednak nadużyciem, bo całość dość silnie ucieka od kanonów. Na niespełna 540 stronach odnajdziemy tak naprawdę nie tyle jedną całość, co sześć cząstek ? opowiadań czy (jak kto woli) mini powieści. Każda z nich rozgrywa się w innym momencie w dziejach ludzkości, a pewne powiązania logiczne są w niej ledwie delikatnie zaznaczone. Każdego z głównych bohaterów łączy jedynie znamię w kształcie komety i znaczenie tego symbolu ma istotny wpływ dla całej historii. We wszystkim nie ma ciągu fabularnego, po prostu chronologicznie starsza opowieść jest po prostu zapisem cudzych przeżyć, które w pewien sposób poznaje inny z bohaterów Atlasu. Brzmi skomplikowanie? Postaram się trochę to uprościć przy okazji opisu fabuły. *** Adama Ewinga dziennik pacyficzny Całość otwiera opowieść Adama Ewinga. Bohatera poznajemy podczas pobytu w okolicach Australii, prawdopodobnie chodzi tu bardziej o Nową Zelandię, na co wskazują (choć wcale nie wprost) pewne fragmenty opowiadania. Ewing ma okazję podziwiać zgubne skutki kolonizacji oraz posłuchać historii o dawnych plemionach mieszkających w tych okolicach, niegdyś dumnych, teraz wymierających z każdym dniem posługi białemu człowiekowi. Pod koniec pobytu w tym miejscu bohater zaraża się pewnym pasożytem mieszkającym w jego mózgu, przy życiu podtrzymuje go natomiast doktor Henry Goose. Obaj wybierają się statkiem w podróż do Stanów Zjednoczonych ? Ewing targany tęsknotą za domem pisze dziennik. Po drodze okazuje się także, że na pokład zabiera się jeden czarnoskóry, nastomiast główny bohater Listy z Zedelghem Dalej mamy już drugą historię. Jej bohaterem jest genialny kompozytor Robert Frobisher, który wydziedziczony przez rodziców wybiera się do Belgii, by asystować genialnemu kompozytorowi i pomóc w spisywaniu dzieł. Na miejscu zdąży poznać trochę bliżej jego żonę, tak naprawdę jednak zakocha się ich córce. Nie będzie to jednak historia o miłości, dużo ważniejsza jest relacja pomiędzy kompozytorem, a jego nowym pomocnikiem. Mistrz nie do końca respektuje niezależność swojego podwładnego pożyczając od niego co ciekawsze pomysły i podpisując się pod nimi ? z zimną krwią wykorzystuje to, że bohater nie ma szansy ujawnienia światu prawdy. Jako wydziedziczony uciekinier tak naprawdę mało kogokolwiek obchodzi. Okresy półtrwania. Pierwsza zagadka Luisy Rey Trzecim bohaterem okazuje się Luisa Rey ? amerykańska dziennikarka. Podczas, gdy jej koledzy wolą zapełniać gazetę różnymi pierdołami, kobieta zaczyna interesować się pewną sprawą związaną z okoliczną elektrownią atomową. Niedawno uruchomiono tu nowy reaktor, jednak jeden z naukowców napisał bardzo nieprzychylny raport wytykający reaktorowi uchybienia technologiczne. Szczytne cele swoją drogą, ale bez otwarcia budowli ktoś straciłby mnóstwo pieniędzy. Węsząca wokół dziennikarka to z pewnością osoba niewygodna w dobie tak ważnego interesu, więc potajemnie zaczyna działać trzecia ręka ? ktoś próbuje skrócić życie Luisy. Upiorna udręka Timothy?ego Cavendisha O ile jednak Luisa walczy z korporacją, o tyle Timothy Cavendish, brytyjski wydawca ma problem z gangsterami. Pewnego dnia przychodzi do niego pewien adept sztuki pisarskiej z gotową książką, jednak poziom utworu jest (delikatnie mówiąc) dość mało górnolotny. Cavendish nie daje powieści dużych szans na sukces, jednak? nie jest nowiną, że trup napędza sprzedaż. Autor, wywodzący się z przestępczego środowiska, w trakcie uroczystej gali dosłownie spycha z balkonu krytyka, który ośmielił się zniesławić jego utwór. Po natychmiastowej śmierci recenzenta powieść odnosi wielki sukces na fali tej okrutnej reklamy, a autor trafia za kraty. Idealna sytuacja dla Cavendisha ? jest kasa, a autora nie ma. Niekoniecznie. Pewnego dnia odwiedzą go bracia pisarza z żądaniem wypłacenia gigantycznej zaliczki. Bohater pryska przed nimi i pewien zbieg wydarzeń sprawia, że ląduje ostatecznie w domu spokojnej starości. Kto oglądał ?Lot nad kukułczym gniazdem? może już wyobrażać sobie podobną historię tylko nieco złagodzoną, niepozbawioną szczęśliwego finału i opisaną w innych realiach. Antyfona Sonmi ~451 Piąta historia przenosi nas do świata przyszłości ? Seulu z XXIII wieku. Bohaterką historii jest Sonmi ~451, robot, na co dzień pracujący jako usługująca w barze zwanym Papa Songiem. Dodatkowo wszystkie pracujące tam istoty są karmione specjalną substancją, która sprawia, że bez jej dopływu zginą. Każda żyje ze świadomością, że czeka ich kilkanaście lat pracy, po czym firma wysyła wysłużone roboty na zasłużony odpoczynek w rajskie miejsce ? jeżeli ktoś oglądał film ?Wyspa? to podpowiem, że występuje tu pewne podobieństwo do raju przedstawionego w tamtej produkcji. Wszystkie bohaterki żyją według wpojonych im zasad bez jakichkolwiek szerszych potrzeb. To właśnie odróżnia główną bohaterkę ? pewnego dnia odkrywa, że istnieje coś więcej, pojawia się w niej swego rodzaju świadomość, wadliwa cecha robota. Po pewnym czasie ucieka z tego miejsca. Bród Slooshy i wszystko co potem Ostatnie opowiadanie to historia Zachariasza, chłopca z dolin. Pewnego dnia jego wioskę odwiedza tajemnicza Meryonym. Chłopak początkowo podchodzi do niej bardzo nieufnie, myśli o przegnaniu kobiety z wyspy. Ta bowiem bardzo się wszystkim interesuje, chce dokładnie poznać to miejsce. Nie mniej istotna jest również różnica technologiczna ? oto bowiem tajemniczy przybysz przylatuje nowoczesnym statkiem o napędzie terojądrowym. W pewnym momencie ciekawskie zbiorowisko pyta jak okręt jest napędzany. Co prawda nie zrozumieli odpowiedzi, ale nie drążyli tematu dalej, by nie wyjść na totalnych ignorantów ? tak naprawdę żyją w zbudowanych bez użycia skomplikowanych narzędzi chatach, w których centralny punkt to palenisko. Meryonym pewnego razu zyskuje jednak zaufanie bohaterów ratując siostrę Zachariasza, Bazię. W zamian za to chce, by główny bohater zaprowadził ją na szczyt pobliskiej góry ? droga będzie walką bohatera z pewnymi skłonnościami, jakie się w nim obudzą (nie chodzi tu o wykorzystanie panienki ). Ze szczytu bohater będzie miał okazję obserwować śmierć swoich bliskich zgładzonych przez plemię Kona. Barbarzyńcy są w tej historii symbolem władzy, która doszczętnie degraduje resztki cywilizacji tak pieczołowicie budowanej przez człowieka całymi latami. Zagadką jest również los innych plemion ludzkich ? książka opowiada na ten temat w sposób niejasny. Tak naprawdę tematyką powieści jest władza, w każdej historii jest przedstawiona w pewien sposób ? poczynając od form łagodniejszych, do coraz bardziej drastycznych: od kolonizatorów, przez korporacje aż po barbarzyńców. Tak naprawdę ta historia jest pewną osią symetrii ? pierwsze pięć opowiadań jest podzielonych na pół, najpierw poznajemy ich początki. Następnie dostajemy szóstą historię w całości i zakończenia rozpoczętych historii w kolejności odwrotnej. Brzmi niezrozumiale? Wystarczy spojrzeć na kompozycję tego tekstu, bo częściowo nawiązuje do oryginału. Antyfona Sonmi ~451 O ile jednak losy Zachariasza zostały przedstawione w konwencji ogniskowej opowiastki upstrzonej licznymi sprośnościami, o tyle Antyfona Sonmi ~451 to reprezentant innego gatunku. Jest to swego rodzaju wywiad rzeka, choć brzmi to trochę ironicznie biorąc pod uwagę okoliczności. Sonmi po zbadaniu świata na powierzchni trafia do celi śmierci i tytułowa ?antyfona? to tak naprawdę specjalne urządzenie, które zarejestrowało rozmowę o jej życiu (swoją drogą plemię Zachariasza żyjące po wydarzeniach z Seulu czci ją jako bóstwo). Opowieść odnosi się do przeszłości, ale tak naprawdę szydzi ze współczesności i obnaża jej słabości (choćby nowymi słowami tworzonymi przez autora: reklawizja, fordostrada itp.). Człowiek to tak naprawdę istota, która pochłonięta w konsumpcji napełnia kieszenie wielkich koncernów ? władza, mimo, że teoretycznie niższa stopniem od państwa, jest od niego o wiele okrutniejsza. Całość przedstawia też problem braku akceptacji, co widać szczególnie, gdy Sonmi próbuje żyć wśród ludzi. Jakieś podobieństwa literackie? Na pewno można zauważyć tu wpływy Huxleya, choć ponownie trudno nazwać całość kopią ?Nowego Wspaniałego Świata?. Upiorna udręka Timothy?ego Cavendisha Timothy Cavendish okazuje się tak naprawdę bohaterem filmu, który w pewnym momencie trafia w ręce Sonmi ~451. Jak napisałem, całość odnosi się w pewnym stopniu do ?Lotu nad kukułczym gniazdem?, ale w złagodzonej formie. Główne miejsce akcji, czyli dom starców to wcale nie miejsce, gdzie kocha się poczciwych staruszków. Personel traktuje ich jak ludzi niepełnosprawnych umysłowo i czasami wyraźnie daje do zrozumienia, że fajne życie już za nimi. Teraz muszą żyć według grafiku, o wyznaczonej porze przyjmować pigułki i nie sprawiać problemów. Część z nich zgadza się na to, Timothy Cavendish jednak woli wrócić do domu i zmierzyć się z kłopotami. Problem niestety w tym, że to nie on pociąga za sznurki tego miniaturowego raju. Historia, choć pozornie prosta zawiera nawet elektrowstrząsy, choć w skali mikro i trochę inaczej przedstawione. Okresy półtrwania. Pierwsza zagadka Luisy Rey Historia Luisy Rey to natomiast książka, która trafiła na biurko wydawcy. Ze wszystkich historii zachwyca najmniej, głównie sposobem napisania, bo fabule nie można wiele zarzucić. Opowieść o Cavendishu miała naśladować film, więc tam wyrugowanie bardziej złożonych opisów świata było do przyjęcia, tu jednak nie jest fajne. W przypadku Luisy władzę reprezentują wielkie korporacje, jednak chronologicznie wystąpiła przed Timothym Cavendishem, gdyż obie organizacje trochę się różnią. O ile firma posiadająca elektrownię jest z definicji przedsiębiorstwem poszukującym zysku, o tyle los brytyjskiego wydawcy pokazuje, że nawet przedsiębiorstwa mające z definicji pomagać ludziom wcale nie są litościwe. Listy z Zedelghem Kompozytor Robert Frobisher spotyka się z władzą na jeszcze mniejszą skalę ? kompozytor, który czerpie z jego talentu w pełni świadom, że nieznany pianista nie obroni się przed światem sztuki. Historia bohatera jest spisana w formie listów, które w wolnych chwilach czytuje Luisa. Skąd je posiada? Weszła w ich posiadanie dzięki Rufusowi Sixmithowi ? naukowiec, który opracował ów tajemniczy raport o stanie technicznym reaktora. Frobisher swego czasu był bowiem w bliskiej zażyłości z wspomnianym naukowcem. Całość w pewnym sensie przypomina powieść epistolarną i trochę nawet śmieje się z Wertera wprowadzając drobną zmianę ? kochanek pisze do kochanka. Tak naprawdę jednak nie ma tu nudnego, romantycznego biadolenia o miłości, to ponownie coś więcej, opowieść o tym, jak ciężko jest Frobisherowi zabłysnąć w cieniu wielkiego geniusza. Czy kompozytor również postanowi wycelować sobie pistoletem w łeb? Nie powiem? Adama Ewinga dziennik pacyficzny ratuje mu życie i? historia trochę się komplikuje. Adam Ewing przekonuje się o brutalności władzy kolonizatorów. To w istocie wandale, którzy kierowani chęcią zysku rozjeżdżają wszystko jak walec. Są oni przykładem władzy, ale znajdzie się tu także przestroga, żeby nawet jednostkom nie wierzyć święcie na słowo. Zwrot akcji w końcówce zapisanej w formie dziennika historii jest naprawdę znakomity i trochę głupio byłoby go tu zdradzić. Naprawdę warto dotrwać do końca, a to niestety dla współczesnego czytelnika proste nie będzie ? język tej opowiastki jest dość archaiczny, widać w nim też inteligenckie pochodzenie głównego bohatera. Nieczęsto zdarzają się tak bogate książki. *** Jedno jest pewne: dawno nie czytałem tak dobrze napisanej książki. Każda historyjka jest pisana innym językiem, najbardziej stylizowane jest opowiadanie pierwsze i środkowe. Każdy, poza Ewingiem (ktoś musi być pierwszy, o czym mówi końcówka), narrator Atlasu Chmur ma w innym wzór, według którego działa. Na tym jednak kończą się powiązania między historiami. To jedna z tych książek, którą trzeba najpierw przeczytać, koniecznie od początku do końca nie bawiąc się w przestawianie rozdziałów, a następnie siąść i zastanowić się dlaczego całość spisano tak, a nie inaczej. Atlas Chmur autentycznie zachwyca bogactwem fabularnym, a także zaskakuje morałem. Przez pierwsze 300 stron czujemy jedno wielkie poplątanie, ale po przekroczeniu środkowego rozdziału książka nagle składa się znaczeniowo w jedną całość wywołując zachwyt. Niestety takich tworów powstaje dziś już bardzo niewiele. Lecz czymże jest każdy ocean, jeśli nie morzem kropel? PS. Tekst był gotowy na wczoraj, jednak w bardziej wypieszczonej formie. Atlas Chmur autentycznie mnie zachwycił i próbowałem nawet oddać w tekście stylizacje językowe tam zawarte. Coś mnie jednak tknęło, dałem całość do obejrzenia osobie, która książki nie czytała i? tekst był praktycznie nie do przeczytania bez znajomości całości, a powstał po to, by promować tytuł wśród tych, którzy nie czytali. Ostał się zatem tylko podobny układ akapitów, jak historie w książce. Aha, trzeci akapit urywa się w połowie zdania ? to nie błąd, a zamierzony zabieg. PS2. Wersja hardkorowa tekstu może trafi tu za jakiś czas w ramach ciekawostki PS3. Film dla odmiany mi się nie podobał...
  22. 2 points
    Może Stefan powinien napisać, że budzi skrajne emocje w ludziach interesujących się w jakimś tam stopniu piłką. Nie wiem, jakie środki należałoby podjąć, żeby uniknąć tego, co się wyprawia na meczach. Może zakazy wstępu na stadion, ale wtedy poziom frustracji wzrośnie. Najlepiej pozamykać wszystko, nie będzie sportu, nie będzie niczego i nie będzie problemu.
  23. 2 points
    PLIT TWOST: są tacy, co nie dają na nią absolutnie żadnej kopulacji.
  24. 2 points
  25. 2 points
    Oba cycki - Absolut. Lewy cycek - Alfa Prawy Cycek - Omega Cyckolub - religijny wyznawca cyckologii Cyckologia - religia wyznawców cycków. Cyckodzilla - demon zsyłany na przeciwników cyckologii, Przykład:
  26. 2 points
    Wedlug mnie takie zabawki nie pasuja do bfa
  27. 2 points
  28. 2 points
    Bo ludzie tacy są. Chciałem kiedyś coś na ten temat napisać, ale stwierdziłem, że jednak wolę się w takie tematy nie mieszać. Generalnie jednak: widzisz internet, czytasz gazety, oglądasz telewizję, obracasz się wśród ludzi. Wszędzie, absolutnie wszędzie występują konflikty. Wojny, tarcia religijne, problemy w rodzinie, kłótnia z kolegami w szkole, rywalizacja miasteczek, wyścig szczurów w biurze, wojny między miłośnikami Sony, a Xboksa, fanami, a hejterami anime. Ludzie mają swoje poglądy i uwielbiają przekonywać do nich innych. Od rzeczy najbardziej błahych, po te dotyczące światowej polityki. Tak po prostu jest.
  29. 2 points
    Raczej za agresywne bucowanie. I CO TERAZ PANIE BOCZEK nie no, potem wyszedł jeszcze painkiller i było git
  30. 2 points
    Przeczytałem, podrapałem się w głowę - trochę racji ma t3tris, a poza tym mamy dział "Poglądy" na forum (choć ostatnio zdechł) i tam można fajnie o tym podyskutować. Generalnie nic nowego i zaskakującego, choć z samą myślą przewodnią (o ile odczytuję ją prawidłowo) się zgadzam. @Iselor - No tu trochę Cię chyba galop poniósł .
  31. 2 points
    A walić GTA! Premiera nowych Pokemonów już za niecały miesiąc! [HYPE INTENSIFIES]
  32. 1 point
  33. 1 point
    A wyobraźcie sobie jak się fajnie mieszka w mieście pełnym fanów "legiuni" i chce się wrócić późnym wieczorem ze stolicy do swego miejsca zamieszkania po dowolnym meczu, ligowym czy jakimkolwiek innym. Albo paść ofiarą zarzutu, że skoro nie masz łysego łba i szalika to jesteś ciotą, konfidentem, żydem*, komuchem, kibicem Polonii i nie zasługujesz na życie. Spróbuj przejść obok przystanku autobusowego, oklejonego ordynarnymi wlepkami o patriotyźmie w najbielszym tego słowa znaczeniu, hasłami typu "Legia Ultras - nienawidzimy wszystkich", logo browaru Królewskie i plakatami "zachęcającymi" do kupowania biletów na "żyletę". Postaraj się zrozumieć intencje sponsorów z branży browarniczej i okołosportowej (również sklepy związane z MMA i sportami walki) którzy fundują różne ekscesy typu naklejki z rasistowskimi hasłami, beczki wspomnianego Królewskiego i rozmaite grafy "zdobiące" mury miasta, które głoszą podniosłe hasła pokroju "Borzęchwice Wklęsłe wierne Legii", albo noszą portrety Deyny. I choć głowa rozboli, zastanów się jaki związek ma kibicowanie kilkunastu ludziom kopiącym łaciatą piłkę z ksenofobią, rasizmem, antysemityzmem, chuligaństwem i zwykłą, parszywą, jałową, zaciekłą nienawiścią. Przeraź się, że w przyszłym roku prawdopodobnie zamieszkasz w stolicy, i zastanawiasz się czy wolisz ultracką Pragę, bo taniej wyjdzie mieszkać, czy stosunkowo spokojny Tarchomin, z którego do centrum jest 1,5h. *piszę z małej litery bo wiadomo że w znaczeniu stosowanym przez wspomniane przez m(s) jednostki nie chodzi o osobę semickiego pochodzenia, a tylko to pojęcie zostało zbrukane i włączone do kibolskiej grypsery
  34. 1 point
    http://www.morele.ne...85m-d3h-582757/ Możesz dorzucić?
  35. 1 point
    czy to jest wyznacznik jakiegoś bycia fajnym czy to kogoś będzie obchodzić jak już umrzesz Co za różnica czy kogoś będzie to obchodzić jak już umrzesz, tobie to i tak będzie już bardziej niż obojętne lol. Ale tak - dobra praca, ukończona dobra szkoła więc także szeroki wahlaż możliwości zawodowych, życie w zgodzie z samym sobą (bo jednak ma się w głowie poukładane) i bycie SZCZĘŚLIWYM to IMHO jedne z najważniejszych rzeczy na tym łez padole. Ale jeśli dla Ciebie bycie fajnym jest równie ważne/ważniejsze to hej, kim ja jestem żeby ustalać Ci życiowe priorytety? - Rei
  36. 1 point
    na jednym koncie nie da sie. Laczy sie powitalny z tym drugim, ale posiadajacych konto 1 kod bonusowy na 1 konto.
  37. 1 point
  38. 1 point
  39. 1 point
    Wyobraziłem sobie właśnie spotkanie tajnego bractwa moderatorskiego, które odbywa się w piwnicy rodowej posiadłości Smugglera. Zakapturzeni ludzie w czarnych pelerynach tworzą krąg wokół nagiego Stillborna, który leżąc na podłodze, z rozpostartymi ramionami dokonuje samobiczowania po jądrach i śpiewa falsetem "chwalmy cycki, już więcej nie zgrzeszę!"
  40. 1 point
    BTW Nie wiem jak ja jeszcze mogę prowadzić z tobą dyskusję, jak walisz takie pociski. Czy modowi tak w ogóle wolno? Regulamin nie przewiduje za to bana, albo mandatu? W sumie... Widziałeś Gethy z Mass Effecta?
  41. 1 point
    Na Światków Jehowy rada jest tylko jedna. Zniechęcić ich. Ja się obszedłem z nimi dość brutalnie, najpierw ich zapraszając, a później bezceremonialnie się nabijając z ich przypowieści. Zachowałem się jak buc, ale przynajmniej mam spokój. Ksiądz przestanie przychodzić po kolędzie, jak mu się to w twarz powie, by tego nie robił. Agresywny islam nie dotyczy Polski (póki co). Poza tym, zastanawia mnie jedno: skoro jedna i druga strona (wierzący/niewierzący/odcienie szarości między nimi) tak bardzo nie chcą być nawracani przez stronę przeciwną, to czemu sami to czynią? I nie, nie oczekuję odpowiedzi, bo ją znam. Tylko coś nie mogę tego pojąć... Cóż, trzeba wymyślić coś nowego, bo trochę nudno z tymi cyckami. Pewnie dlatego ignoruję tego typu wpisy/posty. Na to nic nie poradzimy. Internetowy butthurt, to już tradycja.
  42. 1 point
    Nie można skoro za głoszenie poglądów niepoprawnych politycznie zostałem zbanowany. Dlatego nawet tam nie zaglądam. Nie wiem, może trzeba być lewakiem by tam pisać, wtedy jest ok?
  43. 1 point
    Pozwól, że opowiem ci historyjkę. Mój znajomy kupił ze 3 lata temu Mazdę RX-8. Mocno zmodyfikowany egzemplarz z całkowicie wymienionym zawieszeniem. Wracałem z nim z Katowic, gdzie kupił ten samochód. Po wjechaniu do Polski B zaczęło trząść niemiłosiernie. Mógł tym autem się rozpędzić do 260, ale po tych dróżkach jechał 30-40. Ograniczała go droga. Tak też jest z GTA. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien mieć pretensji do tych wielkich gier konsolowych, że gdzieś tam im spadnie framerate czy aliasing widać gołym okiem. Działają na sprzęcie z 512 MB RAM, który się dławi własną krwią. GTA V wyjdzie na PC, zaczniemy go odpalać na sprzęcie porównywalnym do 360 i zobaczymy jakiej magii dokonał Rockstar. Co do tego, że GTA IV nie wyglądało dużo gorzej. LOLNOPE Apel do wszystkich. Przy rozmowie o oprawie błagam o wzięcie pod uwagę całej technologii, a nie chlapać, że tekstury kiepskie, ząbki na krawędziach i "ZWALNIA O BORZE". To pierdoły. Kilka zasadniczych rzeczy. O skali nie muszę pisać. W dodatku to świat, w którym faktycznie nawalono różnych assetów o czym świadczą te dwie płytki na 360. Skyrim i Just Cause 2 opierały się na recyklingu modeli i lokacji, które były w gorszej jakości niż te z GTAV. W dodatku Skyrim na PS3 nie działał, więc byle partacze nie potrafią zrobić dużej gry na konsole. Zobacz jak rozwiązano odbicia, cienie, zasięg rysowania, oświetlenie, animacje. Potem sobie odpal GTA IV na konsoli i to porównaj. Mogę nawet ci podać znajomego okulistę jak jest jakiś problem. Kolejna rzecz to ilość detali. Tego obiektywnie nie było w GTA IV. Fristron już podawał ten przykład. Jak wskoczyłem Michaelem do wody i zobaczyłem co tam jest to zaniemówiłem. Stań sobie na wzgórzu na wlocie do Los Santos w nocy i spójrz na miasto. W GTA IV takich rzeczy nie było. Było brązowo i nudno. Kolejna sprawa. GTA V działa w miarę płynnie na obu konsolach. Czwórka miała z tym problem na PS3. Nie tylko w premierowym okienku miał większe problemy z framerate, ale i działała w 1152x640. Teraz nagle GTAV działa w 720p. Czy z tą lepszą oprawą graficzną Rockstar znalazł w PS3 "secret sauce"? Nie. Jest to oczywista ewolucja jaką przebył każdy developer konsolowy (poza Bethesdą i Bioware). Żeby zapewnić jakiś wzrost jakości (a ten na przestrzeni ostatnich lat był niemały - porównaj Kameo z TLoU oraz RR6 z GT6) trzeba się było nauczyć lepiej dysponować zasobami, tworzyć bardziej zoptymalizowane silniki. Za samo to należy się Rockstar dyplom. GTA IV na 360 miał artefakty na każdym kroku i kosztowny oraz nie robiący w tym przypadku żadnej różnicy 2x MSAA. Na PS3 była z kolei masa bluru, przez który nic nie było widać (nie pomagał ten upscale z 640p do 720p). Teraz jest prosty post-processing, rozmycia jest mniej, obraz jest czystszy. Jak pierwszy raz zobaczyłem GTA V na swoim TV to nawet nie pomyślałem, że ktokolwiek mógłby powiedzieć, że to wcale nie wygląda dużo lepiej niż GTA IV. Że to techniczne dno. No proszę. Wersja na 360 ma obecnie problem z tym streamingiem assetów z dysku i DVD jednocześnie co skutkuje trochę gorszą jakością tekstur (dostaje się zwłaszcza podłożu). Spodziewam się, że R* tego tak nie zostawi. Tak jak nie zostawili GTA IV i RDR na PS3. Kolejna technologiczna sprawa. Input lag. W GTA IV było to nawet 200ms. W GTA V tego nie czuć i gra znakomicie reaguje na sterowanie. Niby skąd się to wzięło? Jasne, że na PC, PS4 i XBONE gra będzie wyglądać i działać lepiej. Nie powinno być jednak ŻADNYCH wątpliwości, że GTA V to jedno z największych technicznych osiągnięć na tej generacji konsol. W sytuacji, gdy corridor shootery wyglądające gorzej działają gorzej (Mass Effect 3 na PS3) wszelką krytykę oprawy w GTA V zaczynającą się od "no bo tekstury" traktuję jako żart. Chcesz grafiki? Kup sobie XBONE i zagraj w 900p Ryse i "dynamic sub-720p" Dead Rising 3 upscalowane do 1080p. Zaczynają mnie irytować te analizy oprawy graficznej w oparciu tylko o tekstury, framerate i AA. Ubolewam, że robi to coraz więcej osób i potem mamy taki kwiatki jak reakcja na Forzę 5.
  44. 1 point
    Wspominałem już wcześniej, że Faceci w Rajtuzach parodiują wersję z Costnerem może nawet mniej niż dużo starszą i legendarną wersję z Errolem Flynnem (gorąco polecam). Generalnie można uznać, że jeśli jakaś scena nie parodiuje pierwszego, to parodiuje tego drugiego. A czasem i tak parodiuje tego drugiego, bo Książę Złodziei wiele scen przeniósł żywcem
  45. 1 point
    Finally. Chyba najlepsza parodia w historii kina. Szeryf Rottingham to absolutny majstersztyk. Jego rozmowy z Janem dosłownie miażdżą. Nie mogło oczywiście zabraknąć wiedźmy, której radzi się książe. Jest tam jedna taka scena jaka dodaje różne składniki, wrzuca na patelnie, jakby chciała wróżyć, aż wreszcie "jak chcesz znać przyszłość to zatrudnij sobie wróżkę" i nagle okazuje się, że ona tam robi za kucharkę xD Pamiętam jak chodziłem do szkoły to ten film był na ustach wszystkich. Scena walki nad "brodem", zamek, sycylijscy mafiosi. "Celowałem w kata". Po prostu wymieniało się co lepsze cytaty z Robin Hooda. No i całkiem przyzwoite sceny walki jak na parodię.
  46. 1 point
  47. 1 point
    Liczyłem na coś w rodzaju "BUY MORE GOLD" i jakiś fajny obrazek. ;_;
  48. 1 point
    Mnie na początku też AJ odrzucił (recka Wiedźmina 2...), ale potem zauważyłem, że jednak ma łeb na karku i podchodzi do sprawy skrupulatnie. Also, polski typ humoru =/= amerykański typ humoru. Warto czasami odłożyć formę na bok i posłuchać CO mówi - z każdą recenzją i każdym tematem jest coraz bardziej profesjonalny i za to mu chwała. Rzetelne i pełne pasji omówienie tematu za każdym razem. A porównanie go do Roja uważam za, delikatnie mówiąc, chybione. Próbowałem niejednokrotnie słuchać tego, co mówi nasza YT gwiazda, odłożywszy na bok jego irytującą manierę - generalnie jest to bełkot, często do tego nawiedzony ("manifest graczy" - czy jakoś tak - polecam serdecznie).
  49. 1 point
    Moim ostatnim GTA było Vice City Stories w wersji PS2, a ukończyłem GTA3, Vice City i Liberty City Stories. Można więc powiedzieć, że w poprzedniej generacji dostałem swoje GTA fix i dlatego nie czuję parcia w chwili obecnej. Biorąc pod uwagę, że mam opóźniony zapłon względem tego typu produkcji, to mogę założyć, że GTA4 ukończę jakoś za 2-3 lata xD Nie zapominaj o europejskiej premierze SMT4 i nadchodzącej angielskiej wersji Ace Attorney 5. 3DS korci coraz mocniej :3 Szczerze? Pokemansy grałem, widzę czemu podobają się ludziom, ale mimo wszystko to nie mój kawałek chleba - za prosty gameplay, nieistniejący poziom trudności i zbyt wolne tempo. Liczę jednak na to, że może kiedyś się przekonam
  50. 1 point
    W sumie to chyba najlepsze miejsce, by spiskować na życie Allora, panowie redaktorzy.
×
×
  • Create New...