Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 02/07/2013 in all areas

  1. 22 points
  2. 17 points
    Po omówieniu w ramach niniejszego cyklu wszelkich ras, Wszechświata i Aedr, przyszła pora na Daedry! Przynajmniej te co bardziej interesujące. Daedry ogólnie? A zatem tak: Daedry to potomkowie Anu i Padomay, którzy nie poświęcili części swojej mocy dla utworzenia Świata, ale zarazem nie ewakuowali się jak Kool-Aid Magnus i reszta Magna-Ge, profitując z bycia najpotężniejszymi w okolicy i nie mając specjalnych zobowiązań wobec czegokolwiek. Podobnie jak z Aedrami, prawidłowa forma pojedyncza Daedr to "Daedroth", ale i z niej nikt nie korzysta, chyba że w odniesieniu do konkretnego gatunku Daedr (dwunożnych krokodyli). W zasadzie Daedr są niezliczone zastępy i ich wpływu na Tamriel, Nirn i Mundus nie da się przeszacować - mamy legiony Daedrothów, Złotych Świętych, Seducerów, Atronachów i reszty tałatajstwa, a wszystko nieśmiertelne - ubicie ich powoduje tylko odesłanie ich ducha do Oblivion, gdzie po jakimś czasie odzyskują formę cielesną. Poza tymi legionami jest jednak siedemnaście głównych Daedr, zwanych Książętami, z których każde ma cały swój świat w Otchłani (aczkolwiek są i inne światy, nie powiązane bezpośrednio z konkretnymi Daedrami). Częstym błędem jest przypisywanie Daedrom cech zła/dobra. Ponieważ ich istnienie nie zależy zbytnio od istnienia czegokolwiek na Nirn, zwyczajnie nie interesuje ich życie czy sprawy konkretnych śmiertelnych, a jedynie ich własny interes i natura. W związku z czym niektóre Daedry mogą zostać uznane za sprzyjające ludziom, na przykład Azura, ze względu na to że śmiertelni są potrzebni dla jej przekrętów, Meridia, ze względu na jej hateboner odnośnie ożywieńców, czy Sanguine, patron imprez i burdeli. Generalnie jednak zdrowym podejściem jest trzymać się jak najdalej od wszelkich daedr, choć i to nie zawsze pomoże. Bardzo specyficzną rzeczą OOC dotyczącą Daedr jest to, jak zmieniała się ich rola w kolejnych odsłonach serii TES. W pierwszych dwóch grach Daedryczni Książęta byli praktycznie nieobecni w fabułach, ale za to byli bardzo mocno zaakcentowani w mechanikach gier - w Daggerfallu można było ich przyzywać do woli i wykonywać ich zadania ile razy się miało ochotę (choć oczywiście nie dostawaliśmy np pięciu Wabbajacków, jakkolwiek nie pasowałoby to do stylu Shaggy'ego), pod trzema warunkami: po pierwsze data musiała być sprzyjająca do przyzwania danej daedry, po drugie trzeba było być zdolnym do zapłacenia bajońskiej sumy septimów (tak dużej, że żadna postać nie była w stanie udźwignąć tego w złocie, trzeba było mieć wydawane w bankach dewizy, zazwyczaj oznaczało to dobry midgame i ładne kilkanaście questów za pasem), po trzecie wreszcie trzeba było znaleźć osobę skłonną do przeprowadzenia rytuału, a to oznaczało odpowiednio wysokie stanowisko w Gildii Magów, lub znajomość jednej z wielu siedzib wiedźm - a i tu większość z nich trudniło się przyzywaniem tylko Hircyna, 24/7. Od czasu Morrowinda, a w zasadzie Battlespire, Daedry mechanicznie ograniczone są tylko dla rzucenia pojedynczym questem, za który od razu ciskały swoim wychuchanym artefaktem, ale za to pełnią bardzo wielkie fabularnie role, będąc odpowiedzialnymi za całą praktycznie treść fabuły kolejnych gier (Battlespire - Mehrunes Dagon, Morrowind - Azura, Oblivion - znowu Mehrunes, Skyrim - wyjątkowo Aedra, Akatosh, choć w Dragonborn - Hermaeus Mora, TESO - Molag Bal nie ma takiej gry). Azura, czyli pani od kopania Dumerów na obrazku: "hm, Dunmerowie nie mają domu i większość z nich nie żyje. Co teraz? Mam, każę im postawić wielki monument w najzimniejszej części Tamriel" Azura, pani Karmazynowych Wrót, władczyni Świtu i Zmierzchu, jest, jak wspomniałem, jedną z niewielu Daedr, które wykazują - na swój sposób - pewną troskę o śmiertelnych. Chcę jednak abyście nie mieli wątpliwości - to nadal tytaniczny dickwad, może wprost nikogo nie oszuka, ale pewno nie będzie miała żadnych skrupułów przed po prostu wzięciem sobie tego, co jej potrzeba. Żeby nie patrzeć daleko, wystarczy przypomnieć sobie, co w znacznej mierze za jej sprawą dzieje się z Dunmerami, których po dziś dzień spotykają nieszczęścia za to, co zrobiła Trójca - a Dunmerzy wprost czczą Azurę (przynajmniej powinni, może o to chodzi). Żeby było weselej, jej motywy są bardzo enigmatyczne, tak samo jak powody dla których w ogóle interesuje się, a przynajmniej udaje, że interesuje się żywymi. Pewną dość alarmującą wskazówką jest to, że jej najbardziej znanym artefaktem jest Gwiazda Azury, soulgem nieograniczonego użytku. Czemu alarmującą? Wszystkie dusze trafiające do soulgemów zostają na wieczność uwięzione w posępnym wymiarze Soul Cairn, gdzie wędrują na zawsze. Ciekawy artefakt jak na "sojusznika" śmiertelnych, choć Azura twierdzi że to nie jest oryginalna funkcja tego artefaktu, jakoś nie śpieszy się jej go naprawić. A jak nie chcecie poszlak to częstym sojusznikiem Azury jest Molag Bal, Król Gwałtu, Pan Zniewolenia i Lord Brutalności, Ten Od Polerowania Włóczni Viveka. Boethiah Bycie bogiem zdrady nie oznacza że nie możesz przyjmować szpanerskich poz z toporem. Wręcz przeciwnie. Boethiah jest Daedrą zajmującą się tak wesołymi rzeczami jak zdrada, zabójstwa, konspiracje i inne tego typu sprawy. Co ciekawe, o ile np. Azura konsekwentnie pokazuje się w formie kobiety, to Boethiah, zazwyczaj "mężczyzna", czasem też przyjmuje postać żeńską. Wbrew może jego uznawanym sferom, Boethiah w rzeczywistości lubi porządną walkę i jednym z jego artefaktów jest potężna złota katana, z której korzystał chociażby Imperator Schroedingera* Titus Mede II. W całkowitej zgodzie natomiast z jego sferami władzy Boethiah jest oczywiście drugim bóstwem czczonym przez Dunmerów i miał/nadal ma ogromny wpływ na ich filozofię i kulturę. Czczenie to oczywiście wzięło się z tego, że po tym, jak Boethiah zjadł Trinimaka, ukazał się Chimerom pod jego postacią i namówił Velotha i resztę ferajny do wiary w siebie. Żeby nie było jednak tak, że he he durne Dunmery, i inne kultury uznają Boethiaha za siłę nie całkiem negatywną - utrzymuje on bliski sojusz z bogiem litości, Stendarrem. Być może jest tak dlatego, że wrogiem Boethiaha jest Ebonarm, daedra boju i wiecznej walki. * Podobno został zabity przez Dark Brotherhood podczas TES Skyrim. Równie podobno Dark Brotherhood zostało wyrżnięte zanim tego mogli dokonać. Cząstka i fala, czy jakoś tak. Clavicus Podły Dastardly Clavicus i jego wierny Muttley Clavicus jest daedrą, która może najdogłębniej i na największą skalę miesza w sprawach śmiertelnych. Dzieje się tak dlatego, że zwyczajnie lubi posiadać ich dusze i zbiera je jak jakiś filatelista. Jako Daedra od spełniania życzeń i Dawania Mocy jest chyba doskonałym wcieleniem typowego dżina-dupka, z którym zadając się delikwent nigdy nie wie czy dostanie to, co chce, czy też dżin zinterpretuje życzenie tak, żeby wyrządzić jak największe świństwo. Żeby jednak nie było, Clavicus często czyni rzeczy dla dobra ogółu, nawet jeśli jest kierowany egoistycznymi pobudkami! Cyrus (ten Cyrus od HoonDinga) na przykład wyprosił u niego oddanie duszy siostry, choć nie obyło się bez zakładów o dusze i podobnych bombastycznych bajerów. Hermaeus Fthaghn Mora TEKELI LI Hermaeus Mora jest bóstwem przepowiedni, proroków, pamięci, wiedzy tajemnej, a także HOLY SHIT WYGLĄDA NA BLISKIEGO KREWNEGO SHUB-NIGGURATH. Hermaeus Mora ma sługi w daedrach z gatunku Seeker i Lurker znany też jest jako Leśny Człowiek (tak, chodzi o takiego). To w zasadzie wszystko, co chcecie na jego temat wiedzieć. Często wiązany z nim jest artefakt Oghma Infinium, Tom Wiedzy, którego czytanie ma teoretycznie takie skutki, jakie można by zgadywać na podstawie wyglądu Mory, chyba że czyta go protagonista aktualnej gry. Co prawda, OI nie jest jego dziełem, a innego boga, Xarxesa. Xarxes był skrybą Auriela/Akatosha, a najbardziej interesującą informacją na jego temat jest to, że dokonał rekonstrukcji historycznej filmu Weird Science i wykonał sobie żonę z ulubionych fragmentów historii. Nazwał ją Oghma, aczkolwiek wbrew pozorom Oghma Infinium to a osobna rzecz, którą zmajstrował przy innej okazji. Parę osób kanonicznie czytało Oghmę, między innymi bohater Daggerfall (on był wszędzie, zupełnie jakby coś namieszał z czasem hmmmmmmm) i Dovakhiin (który generalnie może sobie czytać co chce ze względu na posiadnie trikowej duszy). Hircine Today................ I'm going to stab a bicht. Hircine jest Królem Łowczych, Władcą Gonu i Daedrycznym Księciem, który pojawił się względnie późno w historii świata. Tym, co go głównie interesuje, jest polowanie - ale polowanie na swoistych zasadach fair play: Hircyn, jako dobry sportsman, zawsze zostawia swojej ofierze szansę na ucieczkę czy odwrócenie sytuacji. Najmocniej wpłynął na Nirn tworząc zarazę [x]łactwa - to za jego sprawą istnieją wilkołaki, misiołaki, rekinołaki, krokodylołaki i wszelkie inne were-cośtamy. Stwory te pełnią dwojaką funkcję: za życia spełniają jego wolę i działają jako jego agenci (niekoniecznie wszystkie i niekoniecznie cały czas), natomiast po śmierci stają się jego wiecznymi ogarami, na zawsze uczestnicząc w łowach. Co ciekawe, wszelkie -łactwo można uleczyć, aczkolwiek najczęściej aby tego dokonać, trzeba udowodnić, że jest się fantastycznym łowcą, co sugeruje, że to jest furtka umyślnie zostawiona przez Hircyna w myśl jego filozofii. Z Hircynem blisko powiązane są bazujące w High Rock Wiedźmy z Glenmoril, najliczniejsze wiedźmy w Daggerfallu, wspominane też w paru innych grach. Malacath ??????? Malacath, Patron Odrzuconych i Poniewieranych, znany też jako Maluch, Orkej, Orkowy Ojciec, Stary Pukacz, lub Malakathai (tylko jedno z tych imion zmyśliłem), jest daedrycznym księciem, który nie zawsze był daedrycznym księciem. Pisałem już o tym wcześniej, ale warto powtórzyć, że Malacath powstał gdy Trinimac postawił się Boethiahowi i poniósł tego konsekwencje. Jako Daedra? Malakath jest tą ekstremalnie nadopiekuńczą mamuśką która jest horrorem każdego normalnego człowieka, choć jego wyznawcy, zazwyczaj nie mający zbytniego wyboru, zawsze mogą na niego liczyć, w ten czy inny sposób, co biorąc pod uwagę typową Daedrę, jest poważnym profitem. Co ciekawe, Malacath opiekuje się też ogrami, nawet określając ich mianem "małych braciszków". Mehrunes Dagon FINISH HIM Mehrunes Dagon, Książę Zniszczenia, jest rezydentnym Czarnym Charakterem TES. W zasadzie nie muszę nic więcej dodawać, poza tym, że ewidentnie jest kuzynem Goro. Czekamy nadal na Liu Kanga! Mephala (druid) Domena Mephali jest na dobrą sprawę nieznana. Wiadomo, że bardzo lubi tkać wszelkie sieci planów, wiadomo też, że praktycznie wszystkie jej pajęcze interakcje w świecie śmiertelników można określić jako "for the lulz" (nie mylić z "lolrandumb" Shaggy'ego). Dunmerowie natomiast uznają ją za "dobrą" daedrę i przypisują jej takie pozytywne wartości, jak seks, mord i kłamstwo. Meridia zzap, mothafucka Meridia, Pani Nieskończonej Energii, Iskrząca Wiedźma i Ta, Która Przyprawia Dovakhiina o Zawał, nie jest Daedrą dobrze znaną śmiertelnikom. Jest powiązana ona z energią samego życia i jako taka ma gigantyczny hateboner odnośnie nekromantów i ożywieńców, którzy nie tak metaforycznie brużdżą w jej interesie. Patrząc od tej strony łatwo zrozumieć, dlaczego większość normalnych ludzi uznaje ją za "dobrą" Daedrę, tym bardziej, że znana ona jest z hojnego nagradzania tych, którzy wybijają nekromantów i ożywieńców. Co ciekawe, wedle niektórych źródeł Meridia pierwotnie nawiała wraz z innymi et'Ada do Eteru, ale została stamtąd wykopana za nielegalny związek i dopiero wtedy przybrała postać Daedry. Molag Bal Molag Bal, doing his best Might and Magic monster impression Molag Bal jest, jak już pisałem wiele razy, bogiem gwałtu, zniewolenia, dominacji, a także głównym brużdżącym w żywotach Dunmerów, nie licząc Azury, która jest teoretycznie po ich stronie. Oprócz tego ma przynajmniej jednego potomnego pod postacią pewnej Winged Twilight, aczkolwiek jak bardzo dosłownie jest to jego córka, można tylko zgadywać. Kiedyś zgwałcił dziewicę tak mocno, że wyszły z tego wampiry, aczkolwiek inny klan wampirów upiera się, że to oni są Original Gangstas ożywieńćów. Bottom line? Paskudny typek. Nie przeszkodziło to jednak Vivekowi dokonać czynu znanego po wsze wieki jako Daedric Gay Sex With Hats On. To w zasadzie wszystkie intersujące Daedry, chociaż nie - jest jeszcze jeden. A w zasadzie dwóch. I podwieczorek! ?SHEOGORATH? I podwieczorek! Shaggy jest Daedrycznym Księciem, ha ha, szaleństwa. Nie zawsze jednak tak było, o nie, mój ty pierożku. Kiedyś nie było Sheogoratha, za to był Dżigalag, strasznie nudny kolega, który był Porządkiem. Nie porządkiem naturalnym, od tego jest misiaczek zwany Peryite, popychadło wśród daedrycznych książąt. Jyggalag był Porządkiem Ostatecznym i Absolutnym, a jego wpływy były tak wszechobecne, że w obawie przed nimi reszta ?p??p przeklęła go nauczyła go jak nieco, he he, zaszaleć. I tak sobie szalał aż przyplątał się Bohater Kwacza I zdjął przekleństwo z Sheogoratha Prim, wracając mu jego dziedzictwo Porządku. Ponieważ jednak natura nie lubi pustki, Zbawca Brumy wziął po nim płaszcz i całą resztę, stając się nowym Sheogorathem. Shegorathem na Bis. Hee ho! Najbardziej znanym artefaktem Sheogoratha jest Wabbajack, który uczy nas, że to jest co jet zło jest migo jest mrugo. A koty za płoty gdy ktoś ma ochoty na ciepłoty i huncwoty. Wabbajack. Wabbajack. Wabbajack. Wabbajack. ˙?????qq?M
  3. 17 points
  4. 17 points
    Zjawisko zwane ?HD Remake?, tudzież ?HD Collection? staje się coraz bardziej modne i popularne, a wydawanie retuszowanych gier z poprzednich generacji zbiera wokół siebie sporą grupę zarówno zwolenników jak i przeciwników. Ja bez wątpienia należę do tej pierwszej grupy. Dla mnie to świetna sprawa że mogę sobie pograć w dobre gry z innych konsol, niekiedy trudno dostępne, niekiedy takie których nie było na konsolach które posiadałem czy które z jakiegoś powodu mnie ominęły. W dodatku takie edycje bardzo często zawierają więcej niż jedną grę i można za niewielkie pieniądze sprawić sobie kilkanaście godzin przyjemnego grania. Problem zaczyna się w momencie w którym wydawca idzie po linii najmniejszego oporu i próbuje zarobić na sentymentach graczy, a takie wrażenie odnosiłem przez całą moją przygodę z Silent Hill HD Collection. Pierwsze zgrzyty zaczynają się na samym początku, już przed zakupem. Na tą dumną nazwę ?HD Collection? składają się tylko dwie gry: część druga i trzecia. Ja rozumiem że to najlepsze części serii, ale jednak ta ?Kolekcja? w nazwie do czegoś zobowiązuje. Jestem w stanie zrozumieć brak pierwszej części, bo to jednak produkcja bardzo wiekowa i myślę że nawet nie chciałbym już w nią grać żeby nie niszczyć sobie wspomnień, ale reszta? Dlaczego nie ma Silent Hill 4, dlaczego nie ma Origins czy Shattered Memories, które przecież ukazały się na duże konsole. Dobra, można powiedzieć że te dwie drugie to pewnego rodzaju spin-offy (chociaż Origins jest kanoniczny), ale brak The Room jest dla mnie tylko i wyłącznie oznaką lenistwa i ?tumiwisizmu? wydawcy. Capcom potrafił się przyłożyć nawet do tak słabych gier na DMC2 żeby tylko wydać pełną serię, ba, nawet samo Konami przeniosło przecież Peace Walkera z PSP na duże konsole żeby zachować spójność fabularną całego MGS. Tutaj doszli jednak do wniosku że sama dwójka sprzeda pudełko więc nie ma się co wysilać. Połówka po lewej to SH2, połówka po prawej to SH3 ?Może dalej będzie lepiej?, pomyślałem. Roztargałem więc folię, zapuściłem pobieranie łatki (wyszła jakaś łatka, to dobrze wróży. Naiwniak) w międzyczasie przeglądając ulotkę ze środka, dumnie nazwaną ?Game Manual?, w rzeczywistości będącą kilkoma kartkami zawierającymi głównie informacje prawne, ostrzeżenia zdrowotne i sterowanie. Ok, łatka pobrana, więc startujemy. Na dzień dobry dostajemy w ryj tragicznym menu głównym. Mamy ekran podzielony na trzy części, z czego dwie reprezentują gry, trzecia to Creditsy. I tyle z zawartości, nie ma kompletnie nic więcej. Ludzie, skoro już nie chciało wam się przerzucać więcej niż dwóch części gry to mogliście chociaż wrzucić jakieś bonusy, jak w God of War HD. Nie wiem, jakieś filmy, making of, trailery, cokolwiek. Ale nie, mamy dwie gry do wyboru, krótkie creditsy i tyle. Kolejny zgrzyt, trochę mniejszego kalibru, ale jednak zgrzyt. Ale tak jak CD-Action kupuje się dla recenzji (kekeke), tak gry kupuje się dla grania, więc startujemy z Silent Hill 2. Wybieramy ścieżkę dźwiękową (dla własnego bezpieczeństwa wybieram oryginalne głosy, ale do tych nowych jeszcze wrócimy) i rozpoczynamy koszmar, niestety nie taki jakiego chcieliby twórcy. Menu główne nie zapowiada jeszcze nic strasznego. Jest trochę rozpikselowane i wali na kilometr czasami PS2, ale da się przeżyć. Problemy z nim zaczynają się przy kolejnych podejściach do gry, bo nasza dumna Kolekcja z jakiegoś powodu nie widzi zapisanych stanów gry. To znaczy widzi, ale nie od razu. Jak odpalamy wybrany tytuł to przez pierwsze kilkanaście sekund nie widzimy ani opcji ?Load? ani ?Continue?, te pojawiają się dopiero po jakimś czasie, jak gra zatrybi że jednak mamy jakieś zapisane stany na dysku. Można się przyzwyczaić, ale za pierwszym razem myślałem że zniknął mi save z ponad dwugodzinnej sesji z grą i nieco się zbulwersowałem. Tyle z menu, ale jak jest z samą grą? Tą część wyjątkowo zacznę od zdania podsumowującego: to bez wątpienia najgorsza reedycja jaką widziałem do tej pory, pod każdym jednym względem. Absolutnie wszystko jest albo totalnie zniszczone, albo pozostawione bez zmian. Już filmik wprowadzający rani oczy fuszerką jaką odwalił zespół odpowiedzialny za remake. Oryginalne przerywniki FMV totalnie zniszczono. Zwiększono rozmiar, ale bez żadnej kompresji, przez co obraz jest niesamowicie rozpikselowany. ?Na pałę? zmieniono proporcje obrazu z 4:3 do 16:9, rozciągając nienaturalnie to co widzimy na ekranie. Kolory są wyblakłe i nieostre, a dźwięk rani uszy trzaskami i chrupaniem. Sama gra jest równie tragiczna pod względem graficznym. Przede wszystkim w oczy rzuca się brak typowego dla SH filtra imitującego mrowienie ekranu. W tamtych czasach był to zabieg mający na celu zatuszowanie pewnych niedoróbek graficznych, ale stał się jednym z symboli serii, podobnie jak szumiące radyjko czy latarka. Tutaj tego nie ma, filtr poleciał w cholerę, nie wiadomo po co i dlaczego. Razem z filtrem poleciała też spora część efektów cząsteczkowych, w tym typowa dla serii mgła. Na początku z gry, po wyjściu z toalet mieliśmy okazję widzieć jeziorko Toluca okryte leniwą mgiełką, zamglone szczyty gór i chmury pomędzy drzewami co robiło niemałe wrażenie na PS2. Już tego nie ma. Zamiast tego mamy brzydkie, rozmazane i kanciaste tekstury wyłożone prosto na nasz telewizor, bez żadnego retuszu, ale też bez tych maskujących sztuczek. W samej grze mgła też była wrzucona dlatego żeby PS2 radziło sobie z otwartym światem, ale sprawdzało się to świetnie. Edycja HD sprawia że mgła jest po prostu szarą ścianą postawioną kilka kroków przed nami, z której kwadratowo wyłania się obraz miasta. Słowa tego nie opiszą, to trzeba zobaczyć. Po lewej wersja HD, po prawej oryginał z PS2/PC. Piękne, prawda? We wnętrzach budynków też nie jest lepiej. Pozmieniano część tekstur, przez co w niektórych miejscach gra niesamowicie traci na klimacie (brudne i ochydne płyty chodnikowe zamieniono na czyściutkie itp.). Nowe obszary wyłaniające się do tej pory z płynnej ciemności również odgrodzone są czarną, sztywną ścianą burząc jakiekolwiek dobre wrażenie. Zniszczono też doszczętnie oświetlenie, przez co mroczne lokacje oświetlane lekkim światłem latarki są teraz doskonale widoczne nawet jak tą latarkę wyłączymy. Ale w całej tej farsie z grafiką najgorszy jest framerate. Wersja na PS3 nie ma zablokowanych klatek, których ilość lata w górę i w dół niczym dzieciak na rollercoasterze. Czasami zdarzy się że obraz wyświetla się w 60+, ale przez większą część gry jest problem z osiągnięciem tych stałych 30. Mało tego, gra wielokrotnie przycina się i obraz spada do jakichś 15-20 klatek. A mówimy o totalnie zniszczonej i brzydkiej konwersji gry z PS2, goddamit! Jedną z nowości w SH HD Collection były na nowo nagrane głosy bohaterów. Do samej jakości nagrań nie mogę się przyczepić, ale dobór aktorów to jakaś farsa. Spokojny i delikatny głos drobniutkiej Mary został zamieniony na gruby, kobiecy bas, kompletnie nie pasujący do danej postaci. James też harczy, chrapie i mruczy niczym Nolanowski Batman, co pewnie mało dodać tej postaci mroczniejszy akcent, ale podobnie jak z Mary, kompletnie nie gra to z bohaterem jakim jest Sunderland. Reszta postaci w sumie ujdzie, ale jednak starsze nagrania miały swój klimat. Dzięki bogu możemy sobie wybrać oryginalne głosy i z takimi polecam grać, jeśli z jakiegoś powodu będziecie to robić. Na szczęście ekipa przenosząca nie pokusiła się o zmienianie soundtracku i nadal mamy genialne utwory autorstwa Akiry Yamaoki. Nie jestem pewien czy czasem nie ma kilku nowych utworów, bo w SH2 na PC grałem lata temu, a na pewno jest kilka motywów których nie mam na oryginalnym soundtracku z gry. Opis Silent Hill 3 HD praktycznie pokrywałby się z tym co napisałem o dwójce. Grafika jest zauważalnie lepsza, ale głównie dlatego że oryginał też wyglądał lepiej. Ponownie nie mamy ziarnistego filtra, mamy to samo zrujnowane oświetlenie i cieniowane itd. Nie wiem jak wygląda samo miasto, bo po godzinie grania dałem sobie spokój, ale jakość tej części również nie zachwyca. Problemem jest natomiast voice acting. Gra również dostała na nowo nagrane głosy, ale nie dosć że są chyba jeszcze gorsze niż te w SH2 (zwłaszcza stękanie głównej bohaterki podczas atakowania, brzmi to jak poniemiecki pornos) to jeszcze nie mamy możliwości wyboru oryginalnej ścieżki dźwiękowej. Tak, olewanie graczy dotarło aż tutaj i jeśli chcecie pograć w SH3 HD to jesteście skazani na nowy, tragiczny voice acting. HD na górze, oryginał na dole. Nie, nie odwrotnie. Silent Hill to obok Resident Evil moja ulubiona seria gier, a Silent Hill 2 to najlepszy survival horror i jedna z najlepszych gier w jakie grałem w ogóle. Tym bardziej boli mnie to jak tą reedycje potraktowało Konami. To czysty, wręcz podręcznikowy przykład wyciągania kasy z kieszeni graczy, na szybko stworzony bubel który niszczy każde jedno wspomnienie o tej grze. Szczerze, to nie jestem w stanie znaleźć żadnych zalet tego wydania, ani żadnych powodów dla których mógłbym go polecić. Jak jeszcze nie znacie Cichych Wzgórz to lepiej poszukać edycji na PS2 lub PC i zobaczyć to w oryginale. Jeśli chcecie sobie powspominać te doskonałe gry, to zróbcie to samo, albo zostawcie je w waszej pamięci takie jakie tam są. Bo gwarantuję że ta kolekcja zrujnuje nawet najlepsze wspomnienia o tych grach. Jeśli tak ma wyglądać rynek HD reedycji, to ja wysiadam z tego pociągu.
  5. 16 points
    Słyszy się ostatnio sporo opinii jakoby seria Battlefield powinna odrzucić tryb dla jednego gracza i skupić się na multiplayerze. Jestem zupełnie innego zdania. W przypadku kolejnych Battlefieldów widać delikatny progres kampanii, rozgrywka wieloosobowa nie cierpi i nawet chciałbym, żeby DICE dodało do gry jeszcze więcej i między innymi przywróciło tryby kooperacji. Dlaczego nikt nie rzuca propozycji zabicia singla w serii Call of Duty? Tam wychodzi to z roku na rok coraz gorzej, zasobów wyraźnie brakuje na rozczarowujący multiplayer, a kolejne odsłony serii to coraz mniej atrakcyjne pakiety. Zagrałem w Ghosts i stwierdzam, że to w singlu najgorszy shooter tego roku, a warto pamiętać, że w ostatnich miesiącach zaszczyciły nas Sniper: Ghost Warrior 2, Dead Space 3 czy Bureau: XCOM Declassified. Najpierw jednak z innej strony. Lubię co roku grać w kolejne Call of Duty i co roku ta moja opinia spotyka się z dziwną reakcją czy to znajomych graczy, czy zupełnie obcych ludzi na forach. Nie rozumieją oni jaką wartość można wynieść z serii, która wypluwa co roku praktycznie ten sam produkt. Oczywiście, jest masa powodów, dla których można Call of Duty skrytykować, ale tekst "nie jest wystarczająco innowacyjny" nie jest jednym z nich. Gry nie muszą zawsze wprowadzać czegoś nowego, żeby być wartościowymi. Oczywiście jeśli jakaś seria jest oparta na tych samych mechanizmach przez wiele lat, to musi robić to dobrze. Call of Duty grą dobrą nie jest i to jest inna sprawa. Tak czy inaczej samodzielny argument "odrzewanego kotleta" jest dziecinny, śmieszny i żałosny. No. To mam już z głowy. Zatem do rzeczy. Narracja w Ghosts to nonsens. Opiera się to na spełnieniu amerykańskiej paranoi o latynosach przekraczających granicę. "Federacja", skupiająca wszystkie państwa Ameryki Południowej i Środkowej, nienawidzi USA i chce je zniszczyć. Tutaj nie ma Rosjan czy terrorystów z Bliskiego Wschodu. Ameryka nie działa już globalnie, a największym wrogiem są jej sąsiedzi. Jest też jeden Amerykanin, który się do Federacji dołączył i też chce USA zniszczyć. Ot cała historia. Fabularnie Ghosts nie odwołuje się też do znanych Amerykanom konfliktów. Modern Warfare i Black Ops nie potrzebowały zarysowania kontekstu, bo odbiorca go znał. To powodowało, że były to historyjki raczej proste w odbiorze i nie straszące bezsensem. W Ghosts nic nie ma sensu. Ameryka jest zrównana z ziemią, a jej armia przestaje istnieć. W takim Homefront, który również sensu nie miał, zadano sobie przynajmniej trud zbudowania logicznego tła. Ameryka słabła, a w tym czasie inne państwo - Korea Północna, rosła w siłę. Mocna Korea napadła słabą Amerykę i ją podbiła. Proste i skuteczne. W Ghosts tego nie ma. Absurdów jest więcej. "Federacja" to homogeniczna zła papka bez przywództwa. Brakuje wątków poza wojną w Ameryce. Co się dzieje na innych kontynentach? Gdzie jest NATO? Co na to Rosja? Jest tylko wojna, która nie ma sensu. Call of Duty nigdy nie opowiadało dobrych historii. Rzecz w tym, że opowiadało historie dobrze. To spora różnica, która wielu ucieka. Można bowiem zarzucać serii zastanie w kwestii pewnych mechanizmów i brak wykorzystywania technologii w celu dostarczenia lepszych doświadczeń, ale akurat w kwestii narracji bardzo fajnie do tej pory eksperymentowano. Głównie poprzez stałą zmianę perspektywy, z której patrzymy na wydarzenia. W Call of Duty nie jesteśmy w próżni. Widzimy wydarzenia z różnych punktów widzenia. Dzięki temu można bez konsekwencji na przykład uśmiercać postacie i właśnie przy pomocy takich zabiegów udała się w Modern Warfare 2 misja "No Russian". To fascynujące, bo twórcy tym samym pokazują jak bardzo ufają odbiorcy. Zakładają bowiem, że gracz szybko odnajdzie się w nowej rzeczywistości i złoży historię w całość. Nie ma dziennika czy rozbudowanych ekspozycji w każdej misji. Już pierwsze gry z serii to robiły chcąc pokazać, że II Wojna Światowa została wygrana nie przez jednego bohatera, a przez niezliczonych i często anonimowych żołnierzy. Ghosts wyrzuca ten koncept do kosza i chce opowiedzieć osobistą, dramatyczną historię. Przy tym kompromituje się, bo nie da się czegoś takiego zrobić przy założeniu, że gra to ciągła szalona jazda kolejką górską bez wolniejszych momentów wyciszenia i jakiegoś budowania postaci. Ghosts cierpi nie tylko z tego względu. Ciągłe przerzucanie perspektywy w poprzednich Call of Duty budowało połączony i żywy świat pogrążony w konflikcie. Najnowsze Call of Duty to nudny shooter, który tunelowy jest nie tylko ze względu na budowę poziomów, ale również biorąc pod uwagę otoczenie i warstwę fabularną. Historia jest klaustrofobiczna. Czułem się ograniczony nie wiedząc co dzieje się poza danym miejscem akcji. W Modern Warfare 2 takie momenty jak walka w Waszyngtonie budowały też iluzję większego konfliktu. Byliśmy jednym małym trybikiem w wielkiej machinie wojennej. Tutaj nie ma wielkich armii. Tutaj nie ma nawet wojny. Wtedy przyszło Caracas. To jeden z tych poziomów, które powodują, że mówię "No! Po to gram w Call of Duty!". Caracas to jedyna dobra misja w grze, bo nie polega na ciągłym wystrzeliwaniu sobie drogi przez korytarz. Ma dobre tempo, mądre oskryptowane sekwencje i fantastycznie dawkuje szybsze oraz wolniejsze fragmenty. Caracas ma w grze cel. Nie jest wypełniaczem. Cała reszta jest już niestety nudna. Furorę na internetowych forach zrobił recykling animacji z MW2, ale tak na prawdę ta scenka to nie odosobniony przypadek. To rozczarowało mnie najbardziej. Gra wprowadza nie tylko te same zepsute mechanizmy, ale również te same zmęczone motywy. Wszystko już widziałem. To tak jakbym kupił stare, używane auto i zdrapywał lakier odkrywając kolejne warstwy farby. Ghosts to w zasadzie podsumowanie blisko dekady Call of Duty. Podane niestety w sposób ohydny, leniwy i bez cienia ambicji. Jest też pies. Robiłem sobie żarty, że to najlepsza rzecz w tej smutnej grze, ale w rzeczywistości Riley jest "fajny" przez pierwsze 10 minut. To bardzo dobrze animowany, pełen detali model. Szybko okazuje się jednak, że to najbardziej wymuszony element gry. Widać doskonale, że pies pochłonął z 10% budżetu, bo został wykorzystany w pierwszej części gry tak mocno, że dostałem mdłości. Gracz jest dosłownie zmuszony do patrzenia na to biedne psisko. Jadąc czołgiem wystawia on łeb przez właz rozglądając się. Gdyby była wigilia i Riley mógł mówić to w tym momencie jego kwestia brzmiałaby "Tyle wielokątów. Tak dobre animacje. Wow". Urgh... Do tego śmiesznie to czasem wygląda, bo doskonały pod względem technologii Riley wyraźnie wyróżnia się na tle kiepsko animowanych i pamiętających czasy PS2 żołnierzy. Nie traktuję Call of Duty poważnie. Nikt nie traktuje Call of Duty poważnie, nawet Activision. To nie Medal of Honor czy Battlefield, gdzie "prawdziwi" żołnierze wykrzykują "prawdziwe" hasła na "prawdziwych" polach bitwy ponosząc "prawdziwe" ofiary. Call of Duty to głupi film akcji, w którym ważna jest ilość wybuchów na minutę. Takie postawienie sprawy nie usprawiedliwia jednak Infinity Ward. Zrobili oni bowiem najsłabsze Call of Duty jakie kiedykolwiek powstało, gorsze od poprzedników o całą klasę. Największym grzechem Ghosts nie jest to, że jest "odgrzewanym kotletem". Ghosts to bowiem gra, w której znanych z poprzednich części patentów nie zastosowano. Zamiast tego zdecydowano się zrobić parę rzeczy na nowo. Skutki były tragiczne. W Ghosts grałem świeżo po ukończeniu Battlefielda 4 i Assassin's Creed 4. Niedawno ukończyłem też GTA V, Splinter Cell: Blacklist i Killzone Mercenary. Po tych grach nowe Call of Duty było... przestarzałe. Nie chodzi o oprawę (Ghosts jest na PC całkiem ładne jak się skaluje z 4K do 1080p), ale o rozgrywkę. To archaiczny shooter, który dalej korzysta z tych samych zepsutych mechanizmów nawet u progu nowej generacji konsol. Zawsze to jednak ignorowałem, bo udawało mi się wkręcić w szalony konflikt. W Ghosts było to niemożliwe. Gra jest zła pod prawie każdym względem. To wielka szkoda, bo zawsze lubiłem co roku usiąść na dwa wieczory i nie angażując się popykać headshoty na drugi koniec korytarza. Do tej pory nawet sprawiało mi to przyjemność. W tym roku ciagle się przez te 5 godzin krzywiłem (z krótką przerwą na Caracas), a po zakończeniu gry chyba złapałem jakąś chorobę. Obwiniam Ghosts.
  6. 15 points
    Raczysz żartować. Tomb Raider może i był mocny kilka ładnych lat temu, ale teraz przebija go prawdopodobnie nawet Minecraft czy głupie Angry Birds, to już nie jest system seller dla którego ludzie będą kupowali konsole. No i pamiętaj jak bardzo Microsoft lubi oddawać swoje wielkie exy takie jak RYSE i wiele wiele innych. Kiepska pobieżna analiza, zwłaszcza że nie wspomniałeś bardzo ważnej rzeczy - to exclusive CZASOWY.
  7. 15 points
    Youtube Video -> Oryginalne wideo Gniję jak ziemniaki na kompoście xD
  8. 14 points
  9. 14 points
    Weekendowy Przegląd Blogów - Większy, lepszy, bardziej zróżnicowany -by Prometheus Za nami już trzeci tydzień ponownego przeglądania twórczości blogowej i jak się dziś okazało - ten był z tych trzech największy. Bardzo zaskoczył mnie fakt, iż w weekend po publikacji poprzedniego odcinka zostało opublikowanych więcej wpisów niźli przez cały zeszły tydzień! Czyżby zwiastun nadchodzącego lata i związanej z nim częściowej nudy przed komputerem? To się dopiero okaże, a tymczasem zapraszam na przegląd. Standardowo zaczynamy od gawęd na temat gier video - pierwszym tego typu wpisem jest 15 odcinek "INDIE TIME", autorstwa JollyRoger, w którym możemy zapoznać się z trzema darmowymi tytułami, wyróżniającymi się czymś szczególnym na tle całej reszty indyków (wpis TU). W kolejnym tekście od crouschyncy poczytamy o grze przygodowej/hidden object pt. "Zbłąkane Dusze: Skradzione wspomnienia" na PC (wpis TU), następnie warto zerknąć na tekst od dKc, zwłaszcza jeżeli jest się fanem gier typu Metroidvania, bowiem opisał on szczegółowo jeden z takich tytułów - "Dust: the Elysian Tale" (wpis TU). Oczywiście im dalej w tydzień, tym ciekawiej się robi - w sobotę pojawiła się recenzja "Hotline Miami" mojego autorstwa (TU) oraz profesjonalna krytyka głośnej ostatnio strategii "Age of Wonders III" od Rankina (wreszcie jakaś gra nie na Amigę TU). Idąc dalej możemy znaleźć kolejny przegląd nowości ze świata Train Simulator od niezastąpionego nano360 (TU), by następnie zjechać z prostych torów prosto w ziejącą pustką otchłań Dark Souls II, gdzie widmowy b3rt zadaje siedem ciosów krytycznych/wyjawia grzechy tej produkcji (TU). W tym tygodniu głośnym tematem była śmierć artystycznego ojca filmowego Obcego - jak się okazuje ów artysta brał również udział w tworzeniu rozgrywki elektronicznej. "Dark Seed" - bo tak zwała się ta produkcja, została nam przybliżona przez LaserGhosta (TU). Ostatnim, lecz niezwykle wartościowym wpisem jest recenzja niedawno wydanego "Child of Light" autorstwa Sergiego - zerknijcie, by poznać prawdziwą stronę tego wysokobudżetowego indyka (TU). Temat gier się skończył, przechodzimy do filmów. W tym tygodniu możemy poczytać/obejrzeć nieco więcej - zaczęło się od gdybania na temat filmów ze świata Marvela/DC. Sytuacja, w jakiej znalazły się oba wydawnictwa jest co najmniej dziwaczna, bo o ile Marvel wprost zalewa nas produkcjami iście kuriozalnymi, to DC bardziej stara się inwestować w jakość niż ilość (przynajmniej częściowo) - tekst autorstwa Grimmasha znajdziecie TU. Z superbohaterów przeskakujemy na greckich bogów - bartez13 recenzuje "Gniew Tytanów" (TU), który raczej nie zadowoli fanów Kratosa (nadal czekam na ekranizację). Ponieważ seria "Podążając za..." zmieniła chwilowo tory (o tym za chwilę) w tym tygodniu uraczyłem blogi jednym tekstem filmowym w ramach serii "Historia Kina", dotyczącym pierwszego serialu - francuskiego "Les Vampires" (TU), a Grimmash w swym drugim tekście rozwodzi się nad jakością filmów o Spider-Manie (TU). Ciekawostką filmową podzielił się z nami kaftann, wrzucając na swój blog amatorski filmik na podstawie znanego DayZ (TU). Z filmów przeskakujemy do tego, co najbardziej jara psychofanów mongolskich porno-bajek interesuje wielbicieli Mangi i Anime - pierwszym zgodnym tematycznie wpisem będzie więc wpis "Magią i Kataną" od CorniCa, a dotyczy on gry karcianej, osadzonej w klimatach wschodu. Ciekawa sprawa (TU). Fani przygód wielkookich dziewcząt mogą poczytać o kondycji gry visual Novel pt. "Katawa Shoujo" autorstwa Fursika1 (TU). O dziwo do kategorii anime trafi też start najnowszego sezonu "Podążając za...", biorąca na celownik "Disneya Japonii", czyli Hayao Miyazakiego. Wpis o jego pierwszym filmie (Zamek Cagliostro) znajdziecie TU. Niestety w tym tygodniu wpisami nie uraczył nas ani Soaps ani Xerber, o Nerv0 nawet nie wspominając, a szkoda. W zeszły weekend miała miejsce dosyć głośna impreza urodzinowa magazynu CD-Action, swe wrażenia opublikowało kilkoro blogowiczów: Majinyoda ograniczył się do złożenia życzeń (TU), a samą imprezę opisali Otton (TU) i Knockers (TU), a Qlinkjsz zrobił wideo-relację (TU). Przechodzimy do tematów różnorakich - Banza96 wyraził swą wstępną opinię o bieganiu (TU), Wysokiandrzej wyraził ubolewanie nad poziomem Eurowizji i baby z brodą (TU), autor przeglądu umieścił spis wpisów zeszłomiesięcznych (TU), rethray powspominał czasy, gdy pracował za sklepową ladą (TU), Milven ujawnił swe przygody pomaturalne (TU), crouschynca w swej drugiej recenzji zabrała się za książkę pt. "Samotny mężczyzna" (TU), elandir przypomniał swą poezję (TU), rethray zabawił anegdotką o terroryzmie (TU), a muszonik rozpoczął działalność blogową (TU) - życzymy powodzenia. W tym tygodniu więcej tekstów, mniej filmików - Rankin postawił na jednorodność i nagrał trzy części zapisu z rozgrywki w "Wizardy 8" (#3,#4,#5), Quetz podzielił się zabawą w "Jamestown" w dwóch odcinkach (#1, #2), KubiTheGamer ponownie uraczył nas aktualizacją powstającego "Pilars of Eternity" (TU), zaś Mariusz Saint powrócił do Final Fantasy VII, ujawniając też nieco ciekawostek (TU). Na ostatek zaś został nam kaftann i jego autorskie tłumaczenie trzeciego epizodu, drugiego sezonu gry "The Walking Dead" (TU). Jak sami widzicie - rozmaitości. Co prawda wciąż niski odsetek autorek pojawia się na blogosferze, przez co tracimy nieco na zróżnicowaniu, ale i tak jest nieźle. Chyba nie muszę znów was zachęcać do pisania, czyż nie? Do zobaczenia za tydzień, na tym samym blogu! ~bielik42 aka Bimbrownikus
  10. 14 points
    Witajcie! To mój pierwszy wpis na tym blogu. Nie ukrywam, że będę tutaj umieszczał głównie moje wideo z portalu YouTube, jednak kilka wpisów, w których spiszę swoje przemyślenia także się znajdzie. Na początek chciałbym pokazać Wam moje najnowsze dzieło, czyli 33 sekundowe recenzje. W pierwszym odcinku przyjrzałem się Call of Duty: Ghosts. Czy warto zagrać? Przekonacie się oglądając poniższy materiał.
×
×
  • Create New...