Skocz do zawartości

Blogi

Polecane wpisy

  • 9kier

    J.K. Rowling, J. Tiffany, J. Thorne, Harry Potter i przeklęte dziecko. Część pierwsza i druga

    Przez 9kier

    Długo przymierzałam się do napisania tej recenzji, bo też najlepsze, co można zrobić po przeczytaniu Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka, to wyrzucenie go z pamięci.   Siedmiotomowa saga o Harrym Potterze to rzecz fantastyczna i dobrze napisana. Scenariusz stanowi układankę pełną zwrotów akcji i wyrazistych bohaterów, a co najważniejsze – początkowo naiwna fabuła oraz warsztat dojrzewają wraz z uczniami Hogwartu. Przeklęte dziecko to bękart zrodzony ze współpracy Rowling z Johnem Tiffanym i Jackiem Thorne'em. Czarna owca w rodzinnie Potterów. Skok na kasę. Dramat w obu znaczeniach. Harry Potter i przeklęte dziecko nie jest bowiem, w przeciwieństwie do sagi, tradycyjną powieścią, lecz scenariuszem sztuki rzeczonego Thorne'a wystawionej latem na deskach londyńskiego West Endu. W dodatku osadzonym dwie dekady po finale Insygniów śmierci – w czasie, gdy znani z serii bohaterowie połączyli się w pary i zdążyli wyprodukować potomstwo.   Przelatuje się przez to szybko, bo też jest to danie wyjątkowo mało treściwe. Czytanie nie powoduje wypieków na twarzy, a zainteresowanie wywołuje w najlepszym razie dostateczne – gdyby nie słabość do uniwersum, odłożyłabym ją w połowie. Różnica między Przeklętym dzieckiem a oryginalną sagą jest większa niż bogactwo galeonów skrytych w skarbcu Harr'yego w banku Gringotta, większa niż smoki, które studiuje Charlie Weasley, większa niż widmo powrotu Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. To upadek z najwyższego konia w stadninie. Prawdopodobnie wszystko dlatego, że Rowling nie pisała Przeklętego dziecka samodzielnie, a jej talent został rozmyty między pomysłami pozostałej dwójki a koniecznością podporządkowania scenariusza do tej jakże specyficznej formy, jaką jest sztuka teatralna. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego bohaterowie męczą, dlaczego fabuła nie dorasta oryginalnej serii do pięt i dlaczego gdybym przysiadła do całości z solidnymi nożycami, niewiele by z niej zostało.   Postacie można opisać jedną, dwiema cechami. Harry stara się być dobrym ojcem, ale średnio mu to wychodzi. Albus to cierpiący, wkraczający w okres buntu nastolatek, który nie chce być porównywany do swojego taty. Również Draco kiepsko radzi sobie z wychowywaniem Scorpiusa. Ron (na wpół bezpłciowy, na wpół irytujący śmieszek) jest przede wszystkim mężem Hermiony, która w międzyczasie została Ministrem Magii. Mają córkę Rose, która nie ma czytelnika obchodzić, podobnie jak Lily, córka Harry'ego i Ginny. Żadna z postaci nie wydaje się pełnokrwista. Większość to, mimo tak bogatej historii, bardziej nijakie dwuwymiarowe szkice. Nawet Voldemort, który pojawia się w paru momentach na kartach książki, wywołuje raczej śmiech i litość niż negatywne emocje pojawiające się w oryginalnej serii. Wszystko jest tu na opak. Zamiast budować scenariusz na interesujących, tryskających magią zdarzeniach próbuje się go opierać właśnie na nieudolnie skonstruowanych bohaterach, a w efekcie fabuła – w założeniach dojrzalsza – sprawia wrażenie quasi-dorosłości widzianej oczyma nastolatków. (Z otoczką jest podobnie. Naturalnie scena, w której stara gwardia odkrywa prawdę na temat zagrożenia, musi wyglądać tak: „Pokój się przeobraża, ciemnieje, wygląda mroczniej. Na ścianach objawia się kłębowisko namalowanych węży. Na ich tle widać spisane fluorescencyjną farbą proroctwo”, a potem „Na wszystkich ścianach wokół widowni pojawiają się słowa, złowieszcze i okropne: Odrodzę Ciemność. Sprowadzę swego ojca”). Niby pojawia się tu zaledwie garść młodzieniaszków, a ma się wrażenie, że nawet Harry i jego rówieśnicy niespecjalnie zmądrzeli, co najwyżej zgorzknieli. Gwoździem programu planowano uczynić podróże w czasie, ale nie są to – uwaga, będzie spoiler – subtelne, ale robiące wrażenie zabawy znane z Więźnia Azkabanu, tylko nudne sekwencje, w którym bohaterom towarzyszy pozbawiony charyzmy i jakiegokolwiek wyrazu czarny charakter i które ratują tylko fragmenty żywcem wzięte z Czary ognia.   Chciałabym móc powiedzieć, że fabularna miałkość i brak napięcia to jedyne aspekty, jaki nie spodobał mi się podczas lektury, ale nie poleciłabym Przeklętemu dziecka nikomu, kto chciałby uczyć się sztuki pisania tekstów dramatycznych – co najwyżej jako przykład tego, czego robić się nie powinno. Przede wszystkim wydawca powinien był przysiąść nad rękopisem z czerwonym flamastrem i pozbyć się połowy dialogów i opisów. Twórcy nazbyt często mówią to, co w teatrze winno się pokazać lub odegrać, przez co nieraz miałam wrażenie, że tłuką mnie ciężką fabułą po głowie, kilkakrotnie powtarzając te same informacje albo wkładając bohaterom w usta nienaturalne kwestie. Didaskalia bywają mało konkretne, mimo że ich celem jest przecież pomoc w wyreżyserowaniu i odegraniu sceny („Wiatr wieje ze wszystkich stron, na dodatek ostry wiatr”, „wokół krąży czarna magia...”?!), a dialogi mające tyle sensu co „– Voldemort. – Voldemort? – Tak, Voldemort” powinno się wyrwać z korzeniami i polać kwasem. Jestem w stanie przymknąć oko na kiepski, kanciasty warsztat (z bólem), który mógł być efektem pospiesznego lub zbyt dosłownego tłumaczenia, ale Harry Potter i przeklęte dziecko to przegadana quasi-powieść pełna nienaturalnych ludzi i kłótni, wylewania emocji bez powodu oraz nieciekawych, męczących rozmów o głupotach. Szczytem absurdu jest fragment snu, w którym Voldemort czai się za nagrobkiem („nie widzimy jego twarzy, ale okryta szatą sylwetka budzi przerażenie”) i deklamuje „Dobiega mnie woń wyrzutów sumienia, w powietrzu wisi smród poczucia winy...”. Paradoksalnie mimo tego całego przegadania czuć w Przeklętym dziecku pewien pośpiech autorów – być może dobrze się stało, bo inaczej każda kiepska rozmowa byłaby czterokrotnie dłuższa. Szkoda tylko, że przy okazji powrócono do kluczowych postaci, takich jak Dumbledore (tu przemawiający z obrazu), i potraktowano je po macoszemu lub przesadnie rozemocjonowano.   Podobały mi się zaledwie dwa elementy – ujawnienie, kim naprawdę jest sympatyczna kobieta sprzedająca słodycze w pociągu do Hogwartu, a także rzeczone fragmenty z przeszłości żywcem zerżnięte z oryginalnej serii, zwłaszcza napisane z polotem, niespieszne monologi Ludo Bagmana komentującego Turniej Trójmagiczny. Czuć w nich iskrę, której w Przeklętym dziecku nie ma. Całej reszcie mówię bez żalu – Avada Kedavra!

    2 maja 2017  
    • 4 komentarzy
    • 1152 wyświetleń
  • 9kier

    E.A. Poe, Opowieści tajemnicze i szalone

    Przez 9kier

    Do opisu stylu Poego bardziej niż gdziekolwiek indziej pasują słowa Jeffreya Forda: „moje zdania czasami przypominają arabskie pismo, pełne zawijasów i zapętlone, suficki tekst, który ma za zadanie opisać jedno z imion Boga, żeby nie trzeba było używać jego prawdziwego miana”.   Tak się składa, że od niemal dwóch lat „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” zajmują należne im miejsce w mojej sypialni. Przez to olbrzymie, prawie 800-stronicowe, wydane przez Vesper tomiszcze nie sposób przebrnąć w ciągu jednego wieczoru i choć zazwyczaj czytam książki w długich, kilkugodzinnych sesjach, w zawiłym stylu Poego jest pewien ciężar, który wymaga ciągłego skupienia i sprawia, że po godzinie-dwóch potrzebuję zrobić sobie przerwę. Jak nic innego nadaje się do robienia pauz na komentowanie akapitów na bieżąco, jak gdyby umysł naturalnie uciekał od lektury, przytłoczony archaicznymi przymiotnikami, kilkuwersowymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, licznymi powtórzeniami, rozbudowanymi metaforami i rozległymi opisami przeżyć wewnętrznych bohaterów. I jak zwykle kręcę nosem na kwiecisty język, wynikający zbyt często z kiepskiego warsztatu i leniwej redakcji, tak sposób pisania Poego nieodmiennie wywołuje we mnie w najlepszym razie zachwyt, a w najgorszym pobłażliwy uśmiech. Ach, drogi Poe, myślę sobie po ponownym przeczytaniu jakiegoś długiego zdania pełnego „cudacznej, oschłej rozwlekłości”, „śpiesznego i natarczywego porażenia” „dziwnego niedomagania” lub „niewymownej, lecz błahej przykrości”, czy zdajesz sobie sprawę, że w tym akapicie nie napisałeś niczego konkretnego? Wtedy autor podaje mi, jakby na udobruchanie, jakieś mięso, ale tylko odrobinę – tyle, bym pragnęła kluczyć dalej przez meandry – a na końcu, gdy napięcie osiąga apogeum, serwuje całą świnię, nie, trzy świnie naraz i stawia kropkę.   Nie każdy może mieć cierpliwość i ochotę, by przedzierać się przez niewątpliwie bogate, ale nieraz dosyć puste, budujące tylko atmosferę zdania oferowane przez tłumaczenia Bolesława Leśmiana, Stanisława Wyrzykowskiego i innych, którzy poświęcili swój czas na przekład tych, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, trudnych dzieł. Dla takiego czytelnika, przerażonego ciężarem i objętością kompletnego zbioru, powstały „Opowieści tajemnicze i szalone”. Na tę okoliczność wybrano – zresztą już lata temu, bo anglojęzyczny oryginał zadebiutował na Zachodzie w 2004 roku, a rodzima wersja pojawiła się w Polsce w 2006 – cztery flagowe opowiadania: „Czarnego kota”, „Maskę Czerwonej Śmierci” (to zdecydowanie mój faworyt), „Żaboskoczka” (najsłabszy element zbioru) i „Upadek Domu Usherów”. Mamy więc historię zbrodni, opis upadku króla, który wraz z tysiącem poddanych zamknął się w twierdzy ze strachu przed dżumą, a także opowieści o zemście pewnego błazna oraz stopniowym popadaniu w szaleństwo.   Redakcji i przekładowi przyświecać musiała idea przystępności. Dokonano licznych i obszernych skrótów (bez pardonu pomijając całe akapity!), wybierając przede wszystkim to, co konkretne, a także upraszczając język w taki sposób, że nowelki przypominają teraz bajki na dobranoc. Przykładowo tam, gdzie u Leśmiana czytamy „Atoli książę Prospero – szczęśliwą miał gwiazdę, nieustraszone serce i umysł przenikliwy”, u Jolanty Kozak, która przełożyła wszystkie cztery nowele, ten sam fragment brzmi „Ale Książę Prospero był szczęśliwy, zdrowy i mądry”. Gdzie u Wyrzykowskiego „W epoce mojego opowiadania sowizdrzali zawodowi nie zniknęli jeszcze w zupełności z dworów monarszych. Kilka wielkich lądowych mocarstw zachowało swych błaznów w pstrych przyodziewkach i w czapkach z dzwonkami. W zamian za okruszyny ze stołów królewskich musieli oni być zawsze gotowi do ostrego i przystosowanego do okoliczności kpiarstwa”, tam u Kozak „W czasach, w których rozgrywa się moja opowieść, instytucja dworskiego błazna nie wyszła jeszcze całkiem z mody. Kilka wielkich mocarstw europejskich szczyciło się posiadaniem błaznów, którzy paradowali w kolorowych strojach i czapkach z dzwoneczkami, zawsze skorzy do wygłoszenia ciętego dowcipu”.   Uproszczenia w połączeniu z groteskowymi, niepoważnymi ilustracjami Grisa Grimly’ego, a także faktem, że anglojęzyczny oryginał został wydany nakładem Atheneum Books for Young Readers, sugerowałyby, że zbiór przeznaczony jest dla dzieci, ale zdecydowanie nie jest to dobry prezent na pierwszą komunię. To opowieści grozy, w których nie brakuje makabrycznych, szczegółowo opisanych aktów nieuzasadnionej przemocy. Tym, którzy z prozą Poego nigdy nie mieli styczności, powiem tylko, że choć do stylistyki gore autorowi daleko, na porządku dziennym są tu detale pokroju wyłupywania oczu niewinnym istotom. Towarzyszące temu wszystkiemu komiksowe obrazki (tak różne od opublikowanych w „Opowieściach miłosnych, śmiertelnych i tajemniczych” mrocznych ilustracji Harry’ego Clarke’a, bliższych zresztą memu sercu) miały zapewne na celu wywołanie kontrastu, ale w połączeniu z rzeczonymi skrótami osłabiają napięcie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie wiem, do kogo skierowane jest to lekkie dziełko, a także że przy okazji redakcji i tłumaczenia ograbiono Poego z „tego czegoś”, przez co ci, którzy mają tu z nim do czynienia po raz pierwszy, nie zrozumieją, dlaczego styl autora do dziś zachwyca. Ducha pierwowzoru oddaje najbardziej – tak mi się przynajmniej wydaje – „Zagłada Domu Usherów”, która nawet pod skrótach i uproszczeniach pozostała bogata, pełna charakteru i nader często błyska charakterystyczną dla autora literacką sprawnością. Mimo całej sympatii, jaką darzę komiksowość „Opowieści tajemniczych i szalonych”, zdecydowanie skłaniałabym czytelnika do tego, by nie szedł w tym przypadku na łatwiznę i jeśli nie miał styczności z żadnym dziełem Poego, sięgnął po wierniejszy, bardziej satysfakcjonujący przekład. Ta wersja to rzecz dla kolekcjonerów i fanów Grimly’ego, a nie dla tych, którzy mają potrzebę obcowania ze słowem.

    11 lipca 2017 @@recenzja w Z Kamerą Wśród Książek @@@
    • 2 komentarze
    • 931 wyświetleń
  • CorniC

    Różne oblicza Geralta

    Przez CorniC

    Świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego to diament literatury. Wiem, że stwierdzenie to zakrawa na, bezpodstawny osąd wynikający w dużym stopniu z tego, że Wiedźmin został wykreowany w naszym kraju i przemawia przeze mnie patriotyzm, przysłaniające inne za i przeciw. Ja jednak zawsze będę uważał, że największą wadą tego uniwersum jest to że nie powstało w USA, przez co nigdy nie wybije się w takim stopniu jak inne marki tego nurtu. Nie lubię Władcy Pierścieni (choć serię doceniam), nie trawię również gry o tron. Są to mimo swej ,,brutalności" światy dosyć ugrzecznione i w zasadzie ukazują to co dzieje się na szczytach władzy. Saga Sapkowskiego zawsze miała szerszy ogląd na sytuacje, ukazując zarówno komnaty królów, jak i zapadłe wioski, ukazywała brud, zepsucie i specyficzną mozaikę kulturową królestw północy. Jestem fanem świata Wiedźminskiego, nie tylko w rozumieniu kolejnych komputerowych inkarnacji Geralta, ale wszystkiego co czerpie z tego świata. Świat wiedźmina doczekał się już wielu prób przeniesienia go na płaszczyznę wizualną. Mieliśmy komiksy, film, czy wreszcie serię gier CDP Red. Każdorazowo świat królestw północy starano się przedstawić w inny sposób, różnie to bywało z poszanowaniem materiału źródłowego. Z resztą sam Sapkowski nie jest postacią z którą współpracuje się łatwo, a od paru lat kwestia wiedźminskiego świata jest dla niego sprawą drażliwą. Niemniej cechą wspólną większości adaptacji opowiadań i sagi jest bardzo swojski humor w nich zawarty. Czasem ,,dzieła" te były wątpliwej jakości, innym razem nie były złe, ale nie spotkały się ze zrozumieniem fanów, ale zdarzył się w tym gronie jeden sukces na skale światową... na prawdę muszę mówić o czym mowa? Pierwszą próbą ukazania jak wygląda świat Geralta z Rivii były komiksy ilustrowane przez Bogusława Polocha i ze scenariuszem Macieja Parandowskiego, ten ostatni ponoć konsultował się w trakcie tworzenia historii. Nie do końca można zauważyć wskazówki autora sagi, bo obaj twórcy komiksu dorzucili od siebie naprawdę dużo i nie spotkało się to ze zbytnim aplauzem fanów, a i sam Sapkowski odciął się od komiksu (jak chyba od wszystkiego co opierało się na sadze). Komiksy koncentrowały się na opowiadaniach ze zbiorów Ostatnie Życzenie i Miecz Przeznaczenia, a także spin offu Droga z Której Się nie Wraca, ponadto duet jeden z albumów oparł na autorskim pomyśle.. Świat wykreowany w komiksach Polocha i Parandowskiego, był światem pełnym baaardzo polskiego humoru, ale też pozwalającym wyobrazić sobie jak wygląda Wyzmia, czy Blaviken. Co istotne autorzy rozwinęli losy znanych z kart opowiadań postaci, wplatając je w tło opowiadanych historii, jak również rozwinęli kwestię o których Sapkowski tylko napominał, jak choćby Bobrołaki i Varany, początek segregacji rasowej elfów, czy wiedźmińskiego szkolenia. Chwała im za odwagę, choć nie zawsze spotykało się to z aprobatą czytelników to uważam, że ten komiks był kamieniem milowym, wszak pokazał ile w samych opowiadaniach jest drzemiącego potencjału, a były to jeszcze czasy przed sagą. Osobną kwestia jest strona wizualna, bo Poloch w bardzo kontrowersyjny sposób ukazał samego Geralta, Jaskra (któremu bliżej do Zamachowskiego, niż do książkowego odpowiednika), czy choćby w bardzo specyficzny sposób ukazywał anatomię elfów. Rysunki zdecydowanie nie były najmocniejszą stroną tego komiksu pod kątem warsztatu, ale dołożyły swoja cegiełkę do budowania świata Wiedźmina. Po komiksie przyszła kolej na kolejne uderzenie wiedźmińskiego miecza, a przyznać trzeba, że do najostrzejszych on nie należał. Oto defilada marnych efektów specjalnych: gumowe potwory, smoki rysowane w paincie, czy choćby kadrowanie w taki sposób by nie pokazać z czym Geralt walczy. Do tego dodać trzeba dosyć kontrowersyjny dobór aktorów; choć w kilku przypadkach nalezy oddać sprawiedliwość, że te nieoczywiste wybory całkiem zgrabnie kreowały postacie. Gwoździem do trumny filmowego Wiedźmina, był jednak scenariusz dziurawy jak ser szwajcarski, niemal olewający książkowy dorobek i po prostu głupi. Ja osobiście lubie pulpowe historie, nakręcone czasem tanim kosztem, ale to co prezentował sobą ten gniot było naprawdę ciężkie do oglądania. Calikiem dobrzy aktorzy musieli wygłaszać drewniane dialogi, ubrani w rosyjski cosplay. Nie zawiodła tu tylko muzyka Krzesimira Dębskiego, no i może jeszcze duet Żebrowski-Zamachowski, Geralt mimo katany na plecach wyglądał i zachowywał się całkiem nieźle, a Zamachowski dodawał tej siermiężnej produkcji nieco uroku i lekkości. Najbardziej bolał jednak w tym filmie brak jakiejkolwiek chemii w kontaktach Yenn z Geraltem. Film i serial, bynajmniej nie sprawił że koniunktura na Wiedźmiński świat się poprawiła. Mimo to pojawiła się grupa ludzi którzy jeszcze pod koniec lat 90 postanowili stworzyć grę wideo. Samo powstanie gry zasługuje na osobny artykuł. Ale bezapelacyjnie, trzy części wiedźmińskiej sagi zredefiniowała ,,wygląd" tego uniwersum. Dostaliśmy królestwa północy, bohaterów z kart powieści i zupełnie nowe równie charyzmatyczne persony. Projektanci CDP Red stworzyli świat idealnie wpasowujący się w książkowy klimat, dostaliśmy specyficzny obraz końca średniowiecza z fantastycznym szlifem. Czy ktoś dzisiaj mówiąc Geralt widzi twór Polocha, albo twarz Żebrowskiego? Nie, bynajmniej, a grze udało się nawet przyćmić oryginał i wywołać zazdrość ojca Geralta... Sukces gry doprowadził do powstania dwóch nowych komiksów Racjii Stanu i Domu ze Szkła. Nie wykreowały one jednak nowej wizji wiedźmińskiego świata, ale czerpały z dorobku projektantów gry. O ile pierwszy Wiedźmin nie wciągnął mnie aż tak bardzo, o tyle w kolejnej części ukazany skrawek północy wciągnął mnie, zachwycając od czubka ciżmy, do głowni miecza. Czy więc ewolucja wizerunku świata wiedźmina zakończyła swoją ewolucje? Cóż nie do końca, może teraz trudno wyobrazić nam sobie inny design tego uniwersum, niemniej może pojawi się przełomowy komiks, lub... dobry film? No cóż, pomarzyć można. Ważne by pamiętać, że mimo całokształt dzieła CDP Red jest monumentalny, to nie był jedyny. Zerknijcie na to co było przed Wiedźminem na kompie, nawet jeśli było to nie najwyższych lotów, warto to znać. Przede wszystkim zapraszam do przeczytania Wiedźminskiej sagi, bo wierzcie mi że warto, a i wstyd nie znać, tak ważnej dla polskiego gameingu książki.
    • 4 komentarzy
    • 2188 wyświetleń
 

막폰ιOLO⇔9643⇔⑴⑶⑻⑹개통문의 막폰 후불유심 대포에그 선불폰 대포폰

막폰ιOLO⇔9643⇔⑴⑶⑻⑹개통문의◂≰O1Ox9643x1386 ≱빠르게상담yoᖺ≰O1Ox9643x1386 ≱빠르게상담yo⏂대포에그가격σ선불폰요금제 막폰 선불폰판매fantasy막폰 선불폰충전 대포폰유심 선불유심 개통 가능합니다 카톡으로 연락주시면 가 까운 지역지점 안내 받으실수 있습니다■KT의 부가서비스 32종 모두 이용가능~!!
그래서 번호는 새로 하셔야 되요!미납폰사용가능합니다 다만 번호를 이어쓸려면 미납요금을 완납해야하므로  새번호를  만드셔야 합니다
* 본인 명의로 개통되어 본인인증이 가능 합니다.lte완전무제한 요금제까지 다양하게 있어
선불요금제는 티머니(교통)카드 처럼 내가 선택한 요금제 만큼 요금을 유심에 먼저 충전해서 사용하는 방식입니다
미납금해결하신후 신용조회 먼저 해보셔야 합니다~[블로그]1. 기존 통신사에 미납/ 연체금이 있어도 개통 됩니다.
선불폰이란 가지고계신 단말기에 유심만 꽂아서 사용하실수있습니다!선불폰이란 가지고계신 단말기에 유심만 꽂아서 사용하실수있습니다!
저희도 온라인 개통도 하기는 하지만 기기까지 함께 한다면 온라인도 괜찮지만 유심만 구입하신다면
4.무제한요금제 등 다양한요금제 가능합니다(기존에 비해 10~50%저렴)5.신용불량자,통신요금 연체/미납자,개 인파산/회생자,외국인도 본인 명의로 개통이 되기 때문에 본인 인증이 가능 합니다
4.무제한요금제 등 다양한요금제 가능합니다(기존에 비해 10~50%저렴)1. 기존 통신사에 미납/ 연체금이 있어도 개통 됩니다.

duaalswns

duaalswns

 

후불유심⇥▨Ø1Ø-【⑼⑹⑷⑶-1386】 선불폰 막폰 대포폰 후불유심 대포에그

◇】&OLO⇔9643⇔⑴⑶⑻⑹개통문의$OLO⇔9643⇔⑴⑶⑻⑹개통문의¢후불유심삽니다₩대포폰달림폰 후불유심 선불폰명의efficiency후불유심 대포폰판매 대포에그라우터 전기통신법상 개통·매입을 통한 이동통신단말기 부정이용시에는 법적으로 처벌받을 수 있습니다.선불폰은 단말기가 아닌 요금제로 사용하셨던 중고 폰이나 구입하신 최신 아이폰7이나 갤S8폰에 들어갈 나노 유심에 선불요금제를 선택,개통해서 끼우시면 선불폰이 됩니다선불요금제는 신용불량자,통신요금 연체/미납자,개 인파산/회생자,외국인도 본인 명의로 개통이 되기 때문에 본인 인증이
 가능 합니다등이 있을 것 같은데, 혹시 어느 방법이 가장 저렴하게 효율적으로 할 수 있는 방법일까요??
4. 신분증(주민등록증, 면허증, 외국등록증, 여권)이 있으신 누구나 100%개통 됩니다.
SKT는 자동안심 T로밍이라 해서 매일 3분 통화가 무료!!통화내용이 녹취가 다 되십니다.
변경하시면 확인가능합니다한국인 스탭이 동행하고 집까지 안내하는 시스템이 구축되어 있거든요.
프로필 번호로 연락주시면 상담 도와드리겠습니다~선불요금제는 티머니(교통)카드 처럼 내가 선택한 요금제 만큼 요금을 유심에 먼저 충전해서 사용하는 방식입니다참고로 한국에서 후불(Post-Paid)유심이 아닌 선불(Pre-Paid)유심이나 정액제(Monthly) 유심을
 구매하여 가시는 경우가 있는 데 선불(Pre-Paid)이나 정액제(Monthly) 방식의 경우에는 통화커버리지나 인터넷
 세팅과 속도에 문제가 많아 원하시는 데이터 품질에 만족하지 못하는 경우가 많습니다. 실제로 미국이 와이파이가 어느 정도는 되나
 아직도 검증된 통신사의 망을 이용하는 데이터를 사용하시는 게 안정적입니다.

duaalswns

duaalswns

 

대포에그ϧOLO⇔9643⇔⑴⑶⑻⑹개통문의 대포폰 선불폰 후불유심 막폰

대포에그ϧOLO⇔9643⇔⑴⑶⑻⑹개통문의Ö▨Ø1Ø-【⑼⑹⑷⑶-1386】◇】∬▨Ø1Ø-【⑼⑹⑷⑶-1386】◇】í후불유심매입Ḫ선불폰명의 대포에그 막폰차명폰gaze대포에그 대포폰외국인명의 대포에그라우터 제가 2006년1월경에 클럽에서 가방이랑 지갑 핸드폰 모두잃어버렷는데요..않는 핸요세는 케이블로 켜지지도 드폰 번호 컴터로 옴겨서 다른 핸드폰으로
# 답변하신 변호사님과 상담을 원하신다면, 지금 사무실# 확인이 가능한 기간은 어느정도 인가!
대포폰과 대포통장을 쓰는 사람이더군여TT선불폰은 자기가 전화기 단말기를 가져가서 대리점서 선불로 개통해달라고하는거를 선불폰이라하나요?
예를들어 회사폰이라고 가정하에 말한다면사기죄자체가 말이안되죠선불요금제는 신용불량자,통신요금 연체/미납자,개 인파산/회생자,외국인도 본인 명의로 개통이 되기 때문에 본인 인증이 가능 합니다
제일 싸게 살수있는 방법을 추천 해드리고 법을미성년일경우 피해자와 합의가있다면 기소유예로 끝날여지도있고
핸드폰 관련 각종 사고가 끊이질 않고 있습니다.핸드폰을 버리는 듯으로 사기를 칠수 있겟죠,
등 누구나 신분증만 있으면 본인명의 개통가능합니다불법적인 일을 하실 분은 아니라고 믿습니다.
다만 미성년자가 동종전과가있고, 다른보호처분받은 기록이있고'청와대 대포폰' 문제는 민주당 이석헌 의원의 의혹제기로부터 시작됩니다.이보다 훨씬 이후인 2002년 무렵, 즉 국내에서 이동전화 사용이 활성화된 이후부터 ‘대포폰’과 함께 필연적으로 ‘대포통장’이 등장하였습니다.
 

duaalswns

duaalswns

 

대포폰£ÖㅣÔ_9643_1386직통번호 선불폰 대포에그 후불유심 막폰

▨Ø1Ø-【⑼⑹⑷⑶-1386】◇】☫▨Ø1Ø-【⑼⑹⑷⑶-1386】◇】 ł대포폰달림폰ḝ선불폰개통 대포폰 대포폰외국인명의convention대포폰 대포에그가격 막폰차명폰 873 뇌 악마―산가 25955164★15 - 06 Today I am A Clown차지철도 박정희를 거든다.
제 16주술 벨드 그레비레이 : 강력한 중력의 벨트로 적의 공격을 방어한다.블랙보드정글불명
470 달빛의 소녀 79629370496 사탄·드레곤 67724379낙table 테이블24화 : 내가 태어난 날 상/하
88 익스체인지 05556668▶汁(6)즙,국물 ▶楫(13)노 ▶葺(15)기울,지붕을이을
그리고 티오하고 갓슈벨의 사이는(세준)2. 라실드: 상대방의 공격에 전격을 더해서 되받아치는 방패.
캐릭터 특성78 초겨울의 따뜻한 날씨 2007아 그래, 넌 텔레파시하지. 이봐, 일이나 계속하자, 좋아?
255 시공전초 나스카 1998우리나라는 도다시 반으로 나뉫다22화 - 곤충변신슈트 / 먼저 빌려주는 캡슐
아날로그시대숙소는 일정 다음에 추천해 드릴게요!593 묘 엉망으로 만들고 61705417
16 하록 선장 1978무슨 말을 하는 겁니까?라기안트 지 제모르크: 팔의 뿔을 대포로 바꾸어 공격If he is allowed to spread the Dark Templar's tainted influence to
 Aiur, all will be lost. We will find him and bring him to judgment.

duaalswns

duaalswns

 

선불폰 OLO⇔9643⇔⑴⑶⑻⑹개통문의 대포폰 대포에그 선불폰 막폰

▨Ø1Ø-【⑼⑹⑷⑶-1386】◇】ᵂ▨Ø1Ø-【⑼⑹⑷⑶-1386】◇】 ៛후불유심대포유심⊆선불폰선불유심 선불폰 대포폰선불유심release선불폰 대포에그개통 막폰딸랑이폰 일단 요즘 조선족 + 어린 사기꾼들이 기승을 부린다고 하네요.선불인데 LTE도 되고 무제한도 가능하며 통화 데이터 문자 무제한 요금제사용가능합니다.
기타 다른 타 경쟁업체들이 안들어간 상황이라서 배짱으로 나올수가 있습니다.손도 흔들어주고 웃어도주고 막폰으로 사진찍잖아요
신분증지참하여 방문하시면 총알 개통해드립니다선불폰은 단말기가 아닌 요금제로 사용하셨던 중고 폰이나 구입하신 최신 아이폰7이나 갤S8폰에 들어갈 나노 유심에 선불요금제를 선택,개통해서 끼우시면 선불폰이 됩니다
현 업자로서 요즘 소액결제 사기가 많아서 사기 안당하는 방법, 혼자서 소액결제 하는 방법 알려드릴까합니다.
.요새 맛클어렵다고 서버이용이 불가능한 상황이라 제 기능을 못합니다.얼굴도 더 커보이게 되어있거든요!
통신사가 sk 이신분은 혼자서 소액결제 하실수 있으십니다.--------------------------------------------------------------------------------------
이럴경우 노동청 신고 밖에 더 빠른 답변을 얻을 길은 없을듯합니다.애교살에 살짝 힘을 줘서 찍을 때도 있구요,
1. 외장 메모리, 이동식 디스크로 연결로 되는 경우면  일반복구프로그램등으로 복구 가능합니다.

duaalswns

duaalswns

 

막폰 Ø1Ø↔9643↔1386 막폰 팝니다 빠른개통!

막폰 24시Ø1Ø-【⑼⑹⑷⑶-1386】◇】 ⇩대포폰직거래Ĝ막폰딸랑이폰 막폰 대포폰팝니다 naked막폰 후불유심대포라우터 대포폰선불유심 막폰 직거래 유심 유사폰 대포에그 후불유심 대포폰 선불폰 선불유심 등 다양한 요금제 개통 충전 대포에그라우터 에그ip추적 막폰 말그대로 막폰입니다 막 사용할수있는 막폰!

rlarlxo

rlarlxo

 

후불유심 0ㅣ0X9643X1386 후불유심 팝니다

후불유심←OLO⇔9643⇔⑴⑶⑻⑹개통문의Í 24시ᔹ(( Ø1Ø↔9643↔1386 ))24시ṏ대포폰판매✄대포폰구하는방법 후불유심 대포폰만드는방법siege후불유심 대포폰유사폰 막폰차명폰 선불폰 대포에그 후불유심 막폰 언제든지 개통가능한곳! 전국민 누구나 한번쯤은 사용해봤을 폰~!! 정말 빠른배송 빠른개통 24시 문의!

rlarlxo

rlarlxo

 

대포에그 0l0>9643>1386 대포에그 유심 팝니다!

대포에그╗ÖㅣÔ_9643_1386직통번호™ 24시⊪(( Ø1Ø↔9643↔1386 ))24시æ선불폰판매ą대포에그가격 대포에그 막폰팝니다 refuge대포에그 대포에그위치추적 후불유심매입 후불유심 막폰 선불폰 대포폰 팝니다 여러종의 핸드폰으로 24시언제든지 개통가능 빠른배송및 대포에그 유심 팝니다~ 최대업장 최대물량 최고의 번호개통 후불유심 대포라우터 막폰아가씨폰 막폰 후불폰 선불폰 대량가능한곳!

rlarlxo

rlarlxo

 

대포폰 010.9643.1386 대포폰 팝니다

대포폰♁(( Ø1Ø↔9643↔1386 ))24시◟◇】β대포폰유심㉠대포에그대포유심 대포폰 선불폰가격phenomenon 대포폰 대포폰직거래 대포에그에그ip추적 대포폰직거래 선불폰 대포에그 후불유심 막폰 팝니다 24시 언제든지 연락주세요 저렴한 가격으로 언제든지 이용할수있는 대포폰! 영업폰으로도 딸랑이폰으로도 대포폰가격 대포폰개통 대포폰 유사폰 후불유심매입등 다양한 직거래 방식!

rlarlxo

rlarlxo

 

선불폰 010-9643-1386 대포폰 개통문의!

선불폰╏OLO⇔9643⇔⑴⑶⑻⑹개통문의Ĕ≰O1Ox9643x1386 ≱빠르게상담 대포에그 대포폰 후불유심 후불폰 막폰 24시 개통문의 빠른 개통 24시 언제든지 연락주세요~~ 선불폰명의 직통번호 막폰번호 빠르게 상담해드립니다 대포폰 팝니다 삽니다 영업폰 대포폰직거래 선불폰 위치추적 유심 선불폰 개통으로 편안시간 만드세요

rlarlxo

rlarlxo

 

Święta na poważniej

Święta Bożego Narodzenia już za nieco ponad tydzień. W telewizji na zmianę puszczą kilka filmów związanych z tym okresem: Kevina, Kevina, „Niespotykanie spokojnego człowieka”, Kevina, „To właśnie miłość” i wśród innych filmów także Kevina. Jednakże jest jeden film, który oglądam co roku – i nie jest to Kevin. (Wszystkie screeny zrobiłem sam) „Noc Świętego Mikołaja” z 2000 roku to film z cyklu „Święta polskie”. Współscenarzystą i reżyserem był Janusz Kondratiuk. Fabuła jest dość prosta: dwóch więźniów (w tych rolach Zbigniew Buczkowski i Leszek Zduń) ma rozdać prezenty dzieciom z lokalnego domu dziecka. Towarzyszy im ksiądz (Wojciech Walasik), który po drodze odbiera podarki od „sponsora” – dyrektora hipermarketu (Zbigniew Mazurek). Film nie jest familijny, jak inne bożonarodzeniowe produkcje. Przez pryzmat Świąt pokazuje Polskę przełomu wieków, nie używając do tego „magii świąt”. Choć film zawiera sporo zabawnych scen (np. gdy „hipermarketowi” Mikołaje zabierają dzieciom zabawki) to jego przekaz jest poważny i raczej przeznaczony dla starszych widzów. Oprócz wspomnianych wyżej w filmie pojawiają się także m.in. Edyta Olszówka, Magdalena Emilianowicz, Marcel Szytenchelm, Robert Więckiewicz i Jerzy Rogalski. Wszyscy aktorzy zagrali swoje role tak, jak przystało na profesjonalistów – w moim odczuciu nikt nie odstawał od reszty. Muzyki nie zapamiętałem (poza kilkoma kolędami), więc jest plus. Niestety, zakończenie filmu pozostawia wiele do życzenia – scenarzyści nie mieli żadnego sensownego pomysłu na finał. Pozostaje mi tylko wystawić ocenę – jako, że mam sentyment do tego filmu daję mu 4,5/6. Na zakończenie jeszcze chciałbym Wam życzyć udanych, rodzinnych (jeśli to lubicie :P), growych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz udanego Sylwestra i wspaniałego Nowego Roku. Do zobaczenia w drugiej połowie stycznia 2019!   PS. Przez Święta będę uzupełniał stare wpisy ;).

MajinYoda

MajinYoda

 

"O jeden most za daleko"- Cornelius Ryan

"O jeden most za daleko"- Cornelius Ryan      Film o powyższym tytule widziała zapewne większość z nas. Nie jest on przecież pierwszej młodości i większość (jeżeli nie wszystkie) popularnych stacji wyemitowała go kilkukrotnie. Według mnie, jest to jeden z najlepiej zrealizowanych przedstawicieli gatunku, który dobrze prezentuje się nawet w zestawieniu z "Szeregowcem Ryanem". Z powieścią Corneliusa Ryana zetknąłem się przypadkiem, podczas przygotowań do festynu organizowanego przez lokalny Dom Kultury. Pierwsza strona zrobiła na mnie dobre wrażenie i postanowiłem dać książce szansę.       Autor wyraża się w bardzo przystępny sposób i od samego początku daje do zrozumienia, że jest to publikacja popularno-naukowa a nie typowa monografia, jak to często w przypadku opisów działań zbrojnych bywa. Nie zostałem przygnieciony tonami tabel i zestawień, drobiazgowymi opisami kolejnych starć ani wyciągami z raportów. Obraz sytuacji budowany jest przy pomocy odpowiednio zredagowanych relacji osób będących w centrum operacji "Market Garden". Wielokrotnie przytaczane są treści rozmów i  istotne wycinki z korespondencji. Taki sposób narracji pozwolił Ryanowi na zainteresowanie czytelnika nawet naradami sztabowców. Początkowo poznajemy ogólną sytuację na Froncie Zachodnim późnym latem roku 1944. Rzuceni zostajemy do Holandii i oczami cywilów obserwujemy nietypowy widok- całe niemieckie dywizje w panicznym odwrocie. Następnie autor zabiera nas na wycieczkę w kuluary Alianckiego Naczelnego Dowództwa- pokazuje kto i dlaczego doprowadził do podjęcia decyzji o masowym przerzuceniu wojsk powietrznodesantowych w okolice Arnhem. Dalej nie muszę chyba opowiadać- każdy wie co będzie się działo. Ciekawostką jest, że film kończy się w momencie gdy cała operacja wciąż trwa pomimo, iż bezpowrotnie utracono inicjatywę i szansę na osiągnięcie celu.  Głównymi bohaterami spektaklu są bez wątpienia szeregowi żołnierze i ich zwierzchnicy. W przerwach pomiędzy ich perypetiami autor raczy nas ciekawostkami i opisami nietypowych sytuacji mających miejsce w trakcie trwania walk. Opisy potyczek to bez wątpienia jedna z mocniejszych stron dzieła Ryana. Miałem wrażenie, że każda minuta starć w okolicach mostu to oczekiwanie na ostrzał artylerii lub kulę karabinową kończącą czyjeś życie.      Chcę polecić "O jeden most za daleko" każdemu bez wyjątku. Nie musisz być fanem historii wojskowości aby czerpać satysfakcję z poznawania losów alianckich spadochroniarzy, ich przeciwników lub zwykłych Holendrów których domy zamieniono w stanowiska dla CKMów. Niezaprzeczalną zaletą powieści jest brak martyrologicznego i propagandowego wydźwięku. Nikt nie sili się na idealizowanie Sprzymierzonych i odczłowieczanie Niemców. Brak tu również filozoficznych rozważań na temat okrucieństwa i bezsensu wojny. 550 stron beznadziei żołnierskiej doli i niepotrzebnej śmierci wystarczy aby czytelnik przyjął postawę adekwatną do oczekiwań pisarza.      

LukasAlexander

LukasAlexander

 

Powrót Rolanda Pantoły ze Schizmem 3

Na wstępie chciałbym serdecznie podziękować redakcji za zignorowanie mojej prośby o opublikowanie newsa na temat powrotu do branży Rolanda Pantoły, jednego z najbardziej zasłużonych polskich twórców.
Wasza selektywność w doborze materiałów do publikacji jest godna podziwu. Kłaniam się nisko. Roland Pantoła jest twórcą nietuzinkowym. Pierwsze gry tworzył jeszcze w latach 80. (Kwadryk, Gabi), natomiast w 1991 roku zaprojektował pierwszą polską przygodówkę point & click, A.D. 2044 na małe Atari. Zarówno ten tytuł, jak i dwa kolejne - Klątwa i Władcy ciemności - zebrały bardzo dobre oceny w prasie branżowej i podbiły serca wielu rodzimych graczy. Wkrótce konieczna stała się zmiana platformy, jako że sprzęt produkowany przez Atari najlepsze lata miał już dawno za sobą. Pantoła szybko przestawił się na bardziej zaawansowane komputery, a jego remake A.D. 2044 na PC narobił na polskim rynku sporo zamieszania, stał się bowiem pierwszym polskim tytułem na 2CD i drugim przeznaczonym wyłącznie na system Windows. Już dwa lata później, wraz z pięcioma innymi projektantami, Pantoła stworzył kolejną już przełomową grę. Reah było pierwszą polską produkcją w stylu Mysta, a do tego zwyczajnie dobrą, choć niepozbawioną usterek grą. Wydany w 2001 roku Schizm to z kolei jedna z pierwszych polskich gier komputerowych, jakie odniosły międzynarodowy sukces. I choć Schizm 2 i Sentinel: Straznik grobowca nie wprowadzały żadnych wielkich innowacji, to jednak wciąż prezentowały wysoki poziom wykonania. Niedługo po premierze tego ostatniego tytułu, studio Detalion ze względów finansowych  zakończyło działalność, co było dla fanów ciosem. Nie brakowało bowiem głosów, że rzeszowscy twórcy byli jedynymi godnymi konkurentami dla braci Millerów, autorów serii Myst. Po czternastu latach od wydania Sentinela Pantoła reaktywował studio Detalion i zamierza wrócić z trzecim Schizmem. Twórca tylu przełomowych gier, tak zasłużony dla rodzimej branży, nie może jednak nawet liczyć na opublikowanie newsa na portalach branżowych. Od przedstawiciela jednego z nich otrzymałem odpowiedź, że czasy, kiedy serwisy mainstreamowe zajmowały się grami tego typu, dawno już przeminęły (sic!). Nie spodziewałem się, że dożyję chwili, kiedy gry będą selekcjonowane przez dziennikarzy nie ze względu na jakość, lecz przynależność gatunkową.    Karta gry na Steamie: https://store.steampowered.com/app/986350/Schizm_3_Nemezis/ Zwiastun gry Schizm 3:   

Vicek1

Vicek1

 

Głupoty o mandze i anime

Wiem, ostatnio mało jest msm-ów, ale trafiłem na całkiem niezły materiał o „chińskich bajkach”, więc żal mi było go nie użyć :). Jedyny kłopot polega na tym, że tym razem tekst nie pochodzi ze strony, gdzie zamieściła go Autorka, lecz znalazłem go na pewnym blogu, więc to adres do wpisu z niego znajdziecie na końcu tekstu. Sam wpis pochodzi z lipca 2013 roku, ale, niestety, nie znam tytułu publikacji, ani daty jego oryginalnego opublikowania (już wiecie czemu to robię :)), ale Małgorzata Więczkowska już kilka razy pojawiła się na moim blogu, więc jestem skłonny uwierzyć, że to jej dzieło :). Podejrzewam, że chodzi o tekst „Niewinne buzie i rozmarzone oczy. Manga i anime na polskim rynku” z czasopisma „Wychowawca” z czerwca 2013 roku, ale nie wiem. Sprawdziłbym, ale żal mi tych 3 złotych, by wykupić sobie ten numer na 30 dni :P.
Zaczynajmy: Ten fragment jest całkiem mądry… w porównaniu z resztą tekstu, rzecz jasna. Pogrubienie oryginalne. Spojrzałem z ciekawości na twórczość Osamu Tezuki… i srodze się zawiodłem. Spodziewałem się jakiegoś porządnego hentaja a dostałem Astroboya i Princess Knight – smutek :(. Jedyne co okazało się prawdą to jego pomysł z wielkimi oczami bohaterów (nie tylko żeńskich!). No, chyba, że Betty Boop też jest zbyt wyuzdana dla Autorki :P. Źródło: pl.wikipedia.org Czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć o co chodzi z tym New Age? To taki religijny odpowiednik lewactwa/prawactwa? Pomijam już, oczywiście, wrzucanie wszystkich anime i mang do jednego wora (ciekawe czy Autorka uważa South Park za anime? :P). Ach te homoseksualne związki Goku i Chi-Chi… wróć! Ten Brock to był niezły homo… wróć! Eee… Muminek… a nie, on też hetero… Eee… Kazuya i Erika? Nie, to też facet i kobieta… Hmmm… ktoś-coś? Może Pszczółka Maja? Źródło: https://co.pinterest.com/jessicawieser/dragon-ball-z/ Dobra, żarty na bok. Goku bił żonę, Vegeta bił dzieci, Ash nie umiał się zdecydować (i nigdy nie dorósł…). Muminki? Wyglądają jakby byli rodziną - to dopiero patologia!… Wymieniać dalej? Mogę tego nie komentować? Proszę! Autorka znów pokazuje, że jej poziom wiedzy w temacie jest tak niski, że nawet jakby się położyć plackiem na dnie Rowu Mariańskiego, to i tak trzeba by się porządnie wychylić, by gdzieś tam, hen daleko, go ujrzeć… Uniosłem się, przepraszam :). Nie film, a serial. Nie traciły przytomności, wpadały w histerię czy płakały a miały objawy epileptyczne (nudności, zaburzenia widzenia, bóle głowy) i nie 800 a 685 – z czego „jedynie” 150 wymagało hospitalizacji. Reszta się zgadza :P. (Źródło) Szkoda też, że Autorka nie zechciała zauważyć, że twórcy szybko wycofali odcinek wypuścili go dopiero po poprawieniu i dostosowaniu do odbiorców. Ale o poziomie wiedzy w temacie już pisałem :). Okeeeej… Fakt, Pokemony mocno przypominają rzeczywiste zwierzęta (na nich, zresztą, bazują). A jeśli chodzi o podbój świata to chyba tylko Mewtwo miał takie zapędy (a i on nie był do końca Pokemonem. I sam porzucił swe plany). Ale znów Autorka pokazuje swoją niewiedzę :). Bo w tym anime to akurat ludzie bywają źli - i wykorzystują Pokemony do złych celów. Ale tak jest łatwiej napisać. Kolejna osoba pisząca o jakimś „mistrzu”. Zapewne Autorka wzięła ten opis od pewnego (świętej pamięci już) kaznodziei… Źródło: Kwejk Nie rozumiem tego fragmentu, tak szczerze pisząc… Bo, jak rozumiem, taki Tom i Jerry (tak, nadużywam tego przykładu, ale nic nie poradzę ;)) są „bezpieczne”. I jak anime ma zaprzeczać bezpieczeństwu? Co to znaczy? Że jak się naoglądam DB to wszędzie będę widział Friezę albo innego Buu? Hmm… Źródło: downloadfeast.com Dooobra, daję sobie spokój. Autorka ma rację. Zabieram Pikachu, wsiadam do Daimosa i odlatuję. A jak spotkam po drodze Gucia to wypróbuję na nim Final Flash.   Ech.. Dobrze, że to już koniec. Obiecany link: http://dzielneniewiasty.blogspot.com/2013/07/manga-i-anime-zagrozenia-cywilizacyjne.html A za tydzień będzie coś świątecznego :).

MajinYoda

MajinYoda

Czy kanal CDA na YT musi byc taki niemy?

Zrazu chcialem popelnic calkiem nowy wpis krytykujacy "Magazyn CD-Action" na YouTube. Nie chcialem jednak sie rozdrabniac, wiec dopisze to tutaj. Asumptem okazal sie byc material filmowy (alpha footage) z gry Far Cry New Dawn.   Spogladajac dzis wczoraj (bo juz po polnocy) na swoj youtube'owy feed, ujrzalem, obok siebie, taka oto pare video:   Material filmowy od CDA: Material filmowy od GI:   Co je odroznia oprocz odmiennego gameplay? Otoz to, ze video od GI jest z komentarzem redaktorow, ktory, notabene, polepsza caly odbior i przekazuje ciekawe informacje! Obejrzalem wpierw "niemy" material od CDA, ktory zaoferowal mi jeno gameplay. Potem wlaczylem material od GI, w ktorym gameplay wzbogacono o komentarz. I to sie ogladalo z duzo wiekszym zainteresowaniem! ----------KONIEC DOPISKU----------   Sprawa I. Jest sobie news: https://www.cdaction.pl/news-55003/najwazniejsze-premiery-listopada-wideo.html   Dla porownania GameStop, wlasciciel i wydawca magazynu "Game Informer"...     Sprawa II. Na stronach magazynu CDA jest "GameWalker". Game Informer ma tez takiego GW, tyle ze jako panel dyskusyjny na kanale YT: -------- Czy ekipa CDA nie widzi w jutubowym auditorium niczego godnego uwagi, by zainwestowac czas w przyzwoite materialy video? Jak to jest, ze recenzenci CDA, obeznani w praktyce ze slowem pisanym, nie szkola umiejetnosci swobodnej wypowiedzi? GameWalker jako "panel dyskusyjny" na YT moglby byc duzo atrakcyjniejszy od swego odpowiednika na lamach pisma.

Coenn

Coenn

[LOG 3] Ten jeden poziom

Porzućcie nadzieję, projektanci poziomów, którzy tu wchodzicie. Dwa tygodnie temu Tal Peleg (jego strona tutaj) wypuścił na świat pierwszą część swojej animacji Dante’s Redemption. Ten zdolny animator pracujący m.in. przy The Last of Us, Uncharted 4, Dead Space 2, a obecnie przy Anthem, twórca viralowej animacji z Joelem powielającym gest Banderasa, wykreował prawie siedmiominutowy spektakl będący zarazem laurką i pigułką slashera od Visceral Games. Przypomniał mi wtedy o pewnym poziomie z gry, który napsuł mi tyle krwi, że dziś spisuję o nim legendę dla potomnych.     Piekło, niebo i ziemia. W 2010 roku, gdzieś pomiędzy pierwszym i drugim Dead Space przydarzyła się ś.p. studiu Visceral Games gra-reinterpretacja. Gra… przypadek, patrząc na tamtejsze trendy wydawnicze i politykę megakorporacji trzymającej twórców w garści. Elektronikom zamarzyło się stworzenie, rękami podwykonawców, własnej wersji God of War i to najlepiej od razu(!) w trzech częściach. Szukano potencjału złotego trójpodziału i bogactwa źródłowego materiału (dobra, już przestaję), który udźwignąłby trylogię o protagoniście siekającego oponentów w imię jedynie (sobie) słusznej racji. Sprytne EA, któremu przyklasnąłby sam lis i lew Machiavelli, chciało przeciwstawić opasłej mitologii greckiej, na której rozsiadł się Kratos, drugi filar kultury europejskiej – religię chrześcijańską w rozmachu godnym renesansowej wizji zaświatów sławnego florentczyka Dantego. Po sukcesie komercyjnym wędrówki głównego bohatera (tu krzyżowca, a nie poety) po piekle miał nadjeść sequel zabierający nas na niwy zielone. Odkupienie jednak nigdy nie przyszło. Dziś jak na dłoni widać kalki i bolączki gry – pewną dozę monotonii gameplayowej i, w najlepszym wypadku, znośną walkę z rozczarowującym końcowym bossem. System czarno-białej moralności, choć tu jak w żadnej innej grze ma swoje uzasadnienie, straszliwie trąci myszką, z pewnymi wyjątkami przy decyzji o potępieniu lub zbawieniu kilku dusz historycznych postaci tułających się po piekielnych czeluściach. Całość ma też letnią historię, której nie ratuje oparcie na wybitnym piętnastowiecznym dziele. Nie można jej jednak odmówić niesamowitej ambicji reinterpretacji Boskiej Komedii Alighieri’ego na język gier komputerowych (choć bez idealnego podziału na 33 księgi), stworzenia niezwykle przekonującej wizualnie wizji piekła pełnego zepsucia, cielesności, ciasnych ścieżek, przepaści, rzek krwi budujących klimat zaszczucia i grozy. Mogę pisać peany nad cudowną oprawą etapu Descent into Dust, który poradził sobie z piekielnym pożądaniem o niebo (sic!) lepiej niż późniejsze Agony. Mogę również podziwiać odwagę w czerpaniu z motywów religijno-historycznych (nadzieja w tobie, Blasphemous) i w przedstawieniu piekielnych kreatur: nienarodzone dzieci przetworzone w sugestywnym body horrorze na odrażające pająkoczłeki z ostrzami zamiast kończyn budziły we mnie realny niepokój. Jedyne, czego nie mogę to pochwalić projektantów poziomów.   Oto nieustraszony rycerz, który pokonał śmierć oraz Szatana. Zaraz zmierzy się jednak z gorszym przeciwnikiem - źle zaprojektowanym wyzwaniem.   Bramy piekielnej areny. Czy może mi ktoś, na Jasność, wytłumaczyć, czemu w ogóle w głównej kampanii, tuż przed zmierzeniem się z głównym antagonistą (tobie zostawię odgadnięcie, kim ów jest) wydarzyło się coś, co twórcy nazywają Fraud, a skrybowie w swoich kronikach określają mianem zamaskowanego Gates of Hell Arena?! Oczywiście, że jest to piekło… żenady projektowej. O co mi właściwie chodzi? Poczekaj, wytłumaczę ci [rozwija zwój, którego koniec ląduje w drugim kącie pokoju]. W kręgu piekła i zarazem etapie o nazwie Fraud (ang. Oszustwo. Faktycznie, czułem się oszukany) dokonuje się swoiste zburzenie wieży Babel. Oto gameplay utrzymujący się w ryzach narracyjnego slashera o wędrówce w głąb grzechu przeistacza się w serię arenowych wyzwań, które po prostu muszę przejść, aby odblokować postęp w głównej części gry. Wtedy właśnie poczułem, że nie jestem Dantem przemierzającym kręgi piekła w beznadziejnej krucjacie ku odkupieniu, ale gram w grę. I w dodatku przegrywam.   Przedostatni etap w tytule to jedno, wielkie nieporozumienie. Ogranicza swobodę twoich ruchów i narzuca sztuczne wyzwanie. Wyobraź sobie, że ktoś powiedział ci, że jesteś reinkarnacją Leonardo da Vinci, po czym dał ci farby i płótno. Pewną pulę farb i pewien obszar, po którym możesz się tymi farbami poruszać. Najpierw musiałbyś namalować kotka. Potem pieska. Potem inne zwierzę. Za każdym razem dostałbyś nowy kolor do swojej palety. Między wami narodziły się pewne zasady, których się trzymacie. Jest obszar, wyzwanie i interakcje, na które ci pozwala. Wciągasz się w twórczy szał. A potem, przy przedostatnim rysunku ów ktoś zabiera ci farby, daje kredkę i każe pokolorować obrazek. By w końcowym wyzwaniu przywrócić ci poprzedni status i zadanie. Tym właśnie jest Fraud. To nie jest czysty dysonans ludonarracyjny, ale dostarcza o wiele gorszy feedback. Gra komputerowa może oczywiście wywoływać dyskomfort u grającego. Nie jestem zwolennikiem hołdowania teorii projektowania gier jako parku rozrywki, w którym zanurzamy się dla przyjemności. Gra może mnie rozbić, może mnie zmuszać do pewnej rozgrywki lub narracji, ale niech to, na Boga, robi z głową i zachowuje przy tym spójność i zasadność. Rozumiem również pojedyncze przełamanie konwencji, coś na zasadzie urozmaicenia, żartu, celowego wybicia z narracji. Niestety, we Fraud nie uświadczymy pojedynczego przełamania, bo wyzwań jest aż dziesięć! I wszystkie są nużąco monotonne. Zabij 5 przeciwników w powietrzu, nie blokuj, użyj tylko magii, zabij w przeciągu x czasu… nuda, standard i sztampa, których nie tłumaczy nawet fabularna potrzeba przetestowania śmiałka przed przekroczeniem bramy Malebolge’a i ukaraniem go za zdradę miłości. Nie, tego się po prostu nie robi. Nie karze się gracza… nieintegralną i wybijającą z immersji, bezsensowną nudą (Widziałem już kiedyś sensowną nudę, uwierz mi, była interesująca).   Pewien jegomość z Osaki, imiennik protagonisty, jest zniesmaczony tanim wykonaniem poziomu. "Jest jak okropna rysa na dobrze wypolerowanym mieczu albo pizza z ananasem" dodaje.   Dantes Player Inferno Arena wyzwań poza kampanią główną to rzecz nienowa, bo jest to tryb, który przedłużał żywotność wielu grom, by wspomnieć chociażby Arenę Walki z GoW: Ducha Sparty. Nigdy nie występował jednak tak nachalnie podczas głównej kampanii. Owszem, zdarzały się przypadki, które z areny uczyniły danie główne (wybitny Devil Daggers). Nigdy jednak nie przełamywały gameplay’u na dwie, obce sobie części. Nawet w Bayonetcie etapy wyzwań, które były integralne z główną kampanią występowały jako aktywność poboczna, za którą otrzymywało się ulepszenia statystyk i nie ingerowała w główną linię poprowadzoną z mistrzowską precyzją podwyższania poprzeczki. Je po prostu chciało się robić, bo poczucie swobody i progresji wynagradzały trud przejścia. Cały koncept zmuszania gracza do przechodzenia arenowych wyzwań tuż przed zakończeniem gry jest sztucznym przedłużaniem rozgrywki w złym guście i pójściem po linii najmniejszego oporu. Decyzja projektowa była jak najbardziej świadoma, nie mam co do tego złudzeń. Jeśli nie była podyktowana Excelem, ale wrażeniem artystycznym, to owo wrażenie jest niestety złe. Całość powinna pozostać tam, gdzie jej miejsce – w dodatkowym trybie wyzwań, gdzieś w otchłani menu. Amen.   PS. Pod koniec fanowskiej animacji Pelega skrył się drobny easter egg. Jak potoczy się konfrontacja obu panów? Ja nie mam wątpliwości, kto wyjdzie z tej walki zwycięsko.  

Rickerto

Rickerto

 

Moralność pana gracza

Nieodłącznym elementem większości gier RPG są wybory moralne. W zasadzie to głównie RPG, bo takowe zaczynają się pojawiać też w innych produkcjach (nawet w GTA V). Ostatnio zastanawiałem się nieco nad tym – jakich wyborów dokonywałem w grze i dlaczego? Utarło się, że gracz najpierw idzie dobrą ścieżką. Ja jednak robię nieco inaczej – za pierwszym razem przechodzę tak, jak uważam za stosowne, a dopiero potem czytam „co zrobić, by mieć najlepsze/najgorsze zakończenie w…?”. Często też rozmyślam – kto tak właściwie ma rację? (UWAGA – spoilery!) Wprawdzie już kiedyś pisałem o Gothicu 3, ale sądzę, że warto to rozwinąć. Dlaczego założyłem, że buntownicy są tymi dobrymi? Tak, Innos i te sprawy, walka z okupantem… ale może to jednak orkowie mają rację? Oczywiście, że nie mają – to akurat kiepski przykład ;). Za to większą zagwozdkę miałem w Skyrimie, gdzie ścierają się dwie grupy – Legion  - uważający, że kraina powinna być nadal częścią Cesarstwa - oraz Stromcloaks – uznający Skyrim za odrębne państwo. A temu wszystkiemu przyglądają się elfy… Napisałem, że miałem zagwozdkę? Owszem, ale tylko początkowo. W tym przypadku uznałem, że wybór jest oczywisty – Legion, ponieważ, moim zdaniem, zjednoczone Cesarstwo lepiej poradzi sobie w nadciągającej drugiej wojnie niż odrębne państewka. Ale czy na pewno? Cóż, z odpowiedzią poczekamy pewnie do TES VI… Źródło: ballmemes.com Zupełnie inny kłopot miałem z Fallout 4, gdzie do wyboru mamy cztery frakcje: Minutemenów – rodzaj milicji, chcą odbudować społeczeństwo po wojnie na zasadzie „ludzie dla ludzi” – Bractwo Stali – armia wyposażonych w technologię (często kradzioną) żołnierzy – Instytut – banda jajogłowych, którzy żyją pod ziemią i tworzą syntetycznych ludzi (porywając tych z powierzchni) – oraz Railroads – grupa, która za zadanie postawiła sobie uwolnienie syntetycznych od Instytutu… Źródło: 9gag.com I wiecie co? Na pierwszy rzut oka wygląda to następująco (od dobrej do złej): Minutemen –> BoS –> Railroads -> Instytut. Jednakże, po dłuższym czasie spędzonym z tą grą mam wrażenie, że wcale tak nie jest. Owszem, „minutowcy” (jak ich nazywam) mają wizję wspólnego życia w społeczeństwie i wzajemnej ochrony (głównie tych, którzy sami nie mogą się obronić) i są oni, bezsprzecznie, tymi dobrymi. Co jednak z resztą? Moim zdaniem drugą dobrą opcją jest Instytut. Fakt, tworzą oni syntetyczne wersje ludzi, ale nie widzą w tych robotach żywych istot – raczej narzędzia.  Nie zapominamy też, że każdy z nich ma połowę (chyba) DNA naszej postaci. Dodatkowo, ich wizja sprowadzenia ludzkości pod ziemię wcale nie jest taka zła, szczególnie patrząc na to, jak wygląda powierzchnia. Railroads to banda przygłupów, którą Instytut przesadnie się nie przejmuje. Ale to nic przy  Bractwie, które uważam za opcję najgorszą. Ich jedyną bronią jest, cóż, broń. Sami tworzą technologię, owszem, ale najczęściej próbują kraść cudzą. I Elder Maxon mnie zawsze irytował. Opuśćmy jednak gry Bethesdy, które nigdy nie słynęły z głębokich wyborów moralnych (choć w Fallout 4 długo myślałem) i przejdźmy do Wiedźmina 3. W tym przypadku od razu wiedziałem, że są trzy zakończenia, ale i tak robiłem wszystko po swojemu. Efekt był taki, że dostałem to, czego, w sumie, od początku chciałem – Ciri jako cesarzową Nilfgaardu. Dlaczego to, a nie życie wiedźminki? Cóż, najpierw stwierdziłem, ze króla Radowita trzeba się pozbyć, bo był szalony. Następnie jednak miałem wybór między Dijkstrą-kanclerzem a wolną Temerią. Źródło: kwejk.pl Tu wybór był dość nieoczekiwany dla mnie - musiałem zdecydować "na już". I wybrałem Vernona Rosha  Czemu? Ponieważ w mojej rozgrywce Dijkstra nie udzielił mi wsparcia podczas oblężenia Kaer Mohren, bo nie pozwoliłem torturować Triss. Więc mu się odwdzięczyłem. Jednocześnie uważam, że cesarzowa Cirilla to najlepsze możliwe wyjście. owszem, Nilfgaard to "ci źli", ale mam wrażenie, że jest z nim tak, jak ze wspomnianym Instytutem - mają po prostu zły PR ;). Dodatkowo, wychowana przez Geralta i Yennefer oraz wspomagana przez ojca Zirael poradzi sobie z władzą i jej nie odbije. Oby. Rodzima produkcja miała jednak więcej wyborów, których dokonałem – więc nie pamiętam większości z nich ;). Najbardziej, chyba, zapamiętałem zadanie z zaginioną żoną i jej siostrą, która chciała mnie odwieść od poszukiwań. Cóż, po ujawnieniu prawdy oszczędziłem ją. Również wcześniejsza część - Zabójcy królów - dała mi kilka miejsc na przemyślenie swojego wyboru. Najgorszy był ten ostatni - zabić Letho czy go oszczędzić? W mojej jedynej rozgrywce nad tą kwestią głowiłem się dobre 10 minut. Poważnie! Ostatecznie jednak go zabiłem uznając, że zrobił zbyt dużo złego i do tego, na początku gry, wina za śmierć króla Foltesta spadła na Geralta. Kończąc, muszę napisać jeszcze o wspomnianym na początku GTA V. Pod koniec jest wybór czy zabić gangstera i mordercę Michaela czy psychopatycznego ćpuna Trevor, albo oszczędzić obu. Cóż, w tym przypadku wybór był oczywisty i za każdym razem jest. Oszczędzam obu, bo w końcu wszyscy trzej są bohaterami, nie? A jakie jest Wasze podejście do wyborów moralnych w grach? Piszcie w komentarzach :).

MajinYoda

MajinYoda

 

Zakochani gangsterzy

Swego czasu uwielbiałem kino gangsterskie. Kasyno, Scarface, Ojciec chrzestny… Aż trafiłem na film Bonnie i Clyde z 1967 roku, w reżyserii Arthura Penna. Opowiada on historię autentycznej pary przestępców – Bonnie Parker (grana w filmie przez piękną Faye Dunaway) i Clyde’a Barrowa (Warren Beatty), których gang działał w latach 30. XX wieku w USA. Pod względem sprawności reżyserskiej utwór pozostawia wrażenie na widzach. Jednak kunszt operatorski niekiedy zawodził, co uwidoczniło się już w pierwszej scenie, w której łatwo można było dostrzec niepotrzebne cięcie. Takich nieudanych montażowo scen jest w filmie zdecydowanie za dużo i w mojej ocenie psuje to efekt końcowy i obniża poziom artystyczny i warsztatowy dzieła. Na początku film przypomina raczej komedię sensacyjną z elementami romansu  niż dramat gangsterski. Widać, że dzieło powstało u schyłku pierwotnej popularności tego gatunku. Przekonanie, że mamy do czynienia z komedią towarzyszy nam od pierwszej sceny. Streszczając ją, trzeba przywołać słowa znanej piosenki, że młody mężczyzna z przeszłością spotyka piękną nieznajomą. Zakochują się w sobie. Rozumiem, że taka była historia autentycznych Bonnie i Clyde’a, ale w filmie gangsterskim motyw sentymentalny zupełnie nie pasuje. Co gorsza, bohaterowie przez dłuższy czas działają w konwencji komediowej. Mają pogodne twarze, dialogi między nimi są żartobliwe, a czyny raczej śmieszą widza, niż wywołują rozterki prawno-moralne. Dodatkowo film – jak na gatunek gangsterski - jest zbyt długi. Przykładowo - scena, w której Clyde Barrow napada na pusty bank, trwa kilka nieznośnie długich minut. Do tego wywołuje raczej śmiech, niż trwogę. Film nabiera rumieńców wraz z pierwszym zabójstwem. Dopiero wówczas można go uznać za prawdziwy dramat gangsterski. Źródło: http://lecinemadreams.blogspot.com Szkoda tylko, że do filmu dodano kilka całkowicie zbędnych scen. Na przykład ta, w której jakiś chłopak przynosi prowiant. I nic z tego nie wynika, brakuje związku z akcją. Może się wydawać, że autorom zabrakło pomysłu na zdynamizowanie filmu. Z całego dzieła można spokojnie wyciąć kilkanaście minut taśmy filmowej i  nikt nie zauważyłby różnicy. Ba, taki zabieg spowodowałby zwiększenie atrakcyjności utworu. Film budzi również mieszane uczucia pod względem wartości etyczno-moralnych. Reżyser, scenarzysta, operator kamery, scenograf czy kostiumolog, a także sami aktorzy zadbali o powstanie więzi emocjonalnej między widzami a bohaterami obrazu. Więź ta jednak ma dwuznaczną wartość. Bonnie i Clyde, mimo prób pozyskania sympatii, nie wywołują u odbiorców pozytywnych uczuć. W tym miejscu pokuszę się o analogię z bohaterami innych filmów o tematyce gangsterskiej wyprodukowanych w amerykańskich wytwórniach filmowych. Warto tu przywołać co najmniej dwa przykłady: Ojciec chrzestny (1972) Francisa Forda Coppoli oraz Człowiek z blizną (1983) Briana De Palmy. Rodzinę Corleone, w tym niektórych jej członków, czy Tony’ego Montanę można było polubić, zaś Bonnie i Clyde są, jak trafnie określa ich jedna z postaci -  „parą dzieciaków”. Po scenie bezsensownego zabójstwa bankiera chciałoby się rzec - para bardzo niebezpiecznych dzieciaków. Muszę przyznać, że z lekką ulgą ogląda się końcową scenę, w której oboje giną od policyjnych kul. Mógłbym nawet uznać tę scenę za najlepszą w całym filmie. Jeśli chodzi o inne postacie to przede wszystkim należy wymienić Gene Hackmana, który wcielił się w Bucka Burrowa – brata Clyde’a. Była to chyba jego pierwsza poważna rola i wypadł świetnie.. Jedynie dowcip opowiedziany przez niego był tak denny, że kawał Quentina Tarantino z Desperado wydał mi się przy tym arcyśmieszny. Duży ciężar spoczywał też na Michaelu J. Pollardzie, którego kreacja C. W. Mossa również zapada w pamięć. Odnośnie innych postaci to cóż – mogę powiedzieć z całą pewnością, że byli. Źródło:m www.flickr.com Największym atutem dzieła jest doskonale oddany klimat lat 30. Dobrze dobrane stroje i scenografia oraz nastrojowa muzyka sprawiają, że film dobrze się ogląda, mimo jego wad. Również gra aktorów stanowi filmowe mistrzostwo. Za ostatnią scenę, która jest bardzo autentycznie zrobiona, należą się twórcom brawa. Czas na podsumowanie. Pomysł na film był świetny – historia znanej pary gangsterów, oparta na opowieściach członków ich gangu. Szkoda tylko, że denerwujące niedoróbki i ogólna nuda fabularna doprowadziły do powstania utworu, który nie przetrwał próby czasu. Bowiem o ile w 1967 roku film dostał dwie statuetki Oscara i szereg nominacji, nie wspominając już o innych nagrodach, teraz nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Moja ocena końcowa to 3,5/6.

MajinYoda

MajinYoda

Omowienie androidowej apki Readly. Zalety i wady.

Jakis czas temu opisalem (subiektywnie) zalety i wady uslugi Readly.   Jako ze po zainstalowaniu androidowej apki Readly uzyskalem dwudniowy trial z pelnym dostepem do uslugi, co tez skusilo mnie do przejrzenia kilku magazynow, pomyslalem, ze podziele sie swymi wrazeniami.   Zalety przedstawie z wykorzystaniem zrobionych przeze mnie zrzutow ekranu.   Widok pojedynczej strony (portrait orientation)   Tryb widoku obu stron (landscape orientation)   Tryb widoku obu stron wraz z przegladem u dolu (landscape)   Widok wyboru strony do zalozenia (bookmark) w trybie widoku obu stron (landscape)   Dodanie zakladki dla strony (portrait)   Widok zalozonej strony w przegladzie miniatur stron u dolu (portrait)   Widok artykulu w trybie tekstowym z widokiem na dopasowanie preferencji (portrait)   Przeszukiwanie zawartosci z ustawionym filtrowaniem na konkretny magazyn (portrait)   Zakladka z widokiem wybranych ulubionych magazynow, ostatnio czytanymi oraz bookmarks (portrait)
Zakladka z widokiem pobranych magazynow (portrait)
  Wad doszukalem sie nastepujacych: przy przegladaniu magazynu w widoku obu stron jednoczesnie (landscape orientation) przerzucenie strony gestem posuniecia palcem czesto zawodzi; trzeba robic to tapnieciem w krawedz strony, brak widoku przegladu stron w siatce miniatur lub przynajmniej wylistowanej zawartosci, porownaj z odpowiednio 1d) i 1b) z tego postu:  numer magazynu pobiera sie automatycznie, gdy sie wen zajrzy; to, ze w jakis numer zajrze nie oznacza, ze jest tak ciekawy, ze chce go pobierac.

Coenn

Coenn

×