Jump to content

Blogs

Słowo Pana? Alleluja! Słowo Czarodzieja? Shazam!

Już lada chwila w kinach zagości Avengers: Koniec Gry. Wiekopomne wydarzenie i niesamowity crossover, który zmiecie konkurencję z całego kina. Ale... Jeszcze nie tak dawno, bo na początku kwietnia, premierę miał Shazam! - pierwszy naprawdę udany film z uniwersum DCEU. I choć byłem na nim w kinie równe dwa tygodnie temu, nie bez przyczyny wspominam o nim [dopiero] teraz. Otóż Shazam! to film, jakby nie spojrzeć, świąteczny - a jako że już wkrótce święta... Pal licho, że w filmie jest to Boże Narodzenie, a chrześcijanie będą świętować lada chwila Zmartwychwstanie Pańskie - święta to święta, co nie?   Powyżej macie moją recenzję tego skromnego dzieła Warner-DC. Przy okazji mocno zachęcam do zaobserwowania mojego profilu krytyka na stronie Mediakrytyk (tam też znajdziecie odnośnik do pełnej, ale tekstowej wersji mojej recki Shazama). A jeśli interesują Was klimaty wielkanocne, zapraszam serdecznie do lektury mojego felietonu sprzed dwóch lat na temat właśnie spędzania świąt Wielkiej Nocy. Ah, no i najważniejsze... Wszystkim użytkownikom oraz adminom/moderatorom z Blogosfery CDA chciałbym złożyć najserdeczniejsze życzenia świąteczne - smacznego jajka i mokrego dyngusa!

Bednarski

Bednarski

 

Gry uczom

Korzystać z bardzo medialnego ostatnio tematu – strajku nauczycieli – pomyślałem, że warto byłoby się przyjrzeć „nauczycielom” w rozmaitych grach. Oczywiście, pomijam samouczki. (pun intended) Jasne, teraz większość Bohaterów to samouki – nie potrzebują nauczycieli. Pomacha taki kilka razy mieczem albo przykucnie na trochę w krzaczorach i już wielki ekspert od wszystkiego. Ale o tym później. Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że NPC-nauczyciele to w większości skrzyżowanie handlarza z questgiverem. Z większością wad i zalet tychże. Przejdę jednak do rzeczy. Moim zdaniem (chyba) najbardziej jaskrawym przypadkiem jest seria Gothic, gdzie, poza znalezieniem nauczyciela i zdobyciem gotówki na niego, Bezimienny musiał mieć „punkty nauki”. Kiedyś wydawało mi się to dość dziwne – ale dziś dostrzegam zalety tego rozwiązania. Przede wszystkim – ze względu na ograniczoną ilość LP – Bezi nie był omnibusem i gracz musiał dokładnie przemyśleć każdą naukę. Inaczej powstawała dziwaczna postać. Zupełnie inny typ nauczyciela pojawia się w Oblivionie i Skyrimie. Tutaj Bohater może odbyć pięć treningów na poziom, co jest zbliżone do rozwiązania od Pirania Bytes. Kłopot polega na tym, że skąd ten biedny NPC ma niby wiedzieć, że stojący przed nim Bohater już tyle trenował? Zmęczenie? Ork w ciężkiej zbroi z głodnym spojrzeniem w oczach i wystającymi wampirzymi kłami miałby być zmęczony? Dodatkową uciążliwość widać w TES IV, gdzie tylko niektóre NPCe mogły nas uczyć powyżej pewnych własnych granic. Było to okej, szczególnie, ze aby trenować u Mistrza trzeba było wykonać jego zadanie…  O ile akurat nie zginął, jak zdarzyło mi się z bodaj mistrzem łucznictwa. Z kolei w Dragon Age Inkwizycji nauczyciele są jeszcze dziwniejsi – najpierw Inkwizytor musi ich odblokować (czyt. posłać po nich swoich ludzi) a potem wybrać jednego z trzech. Ich rola sprowadza się do wręczenia Inkwizytorowi listy życzeń questa. Po jego wykonaniu Bohater nie może nauczyć się niczego od dwóch pozostałych. To dopiero dziwne – skoro już przyszli i zajmują kawałek Twierdzy to mogliby być bardziej użyteczni, nie? Szczególnie, ze stoją tam aż do końca gry… A poza tym – Inkwizytor potem i tak musi wszystkie umiejętności sam odblokować. I tu dochodzimy do kwestii „samouctwa”. Tego typu Bohaterowie nie potrzebują nauczycieli – i tak prosta prawniczka z Bostonu po kilku dniach od rozmrożenia 210 lat później może nie tylko celnie i skutecznie zabijać dzierżąc miniguna, ale także bez żadnego przeszkolenia pilotować Pancerz Wspomagany, a nawet dołączyć do „jajogłowych” mistrzów komputeryzacji z Instytutu lub świetnie wyćwiczonych żołnierzy z Bractwa Stali… Czy tylko moim zdaniem edukacja tak nie wygląda? No, chyba, że uznać każdego takiego Bohatera za jednostkę wybitną. Wtedy okej. Formą pośrednią były nauki w World of Warcraft, gdzie (do czasu bodaj Mists of Pandaria) Bohaterowie musieli odwiedzać co jakiś czas swoich nauczycieli, by poznać ulepszone techniki walki oraz rozwijać swoje drzewka talentów. Niestety, od MoP pozostali tylko nauczyciele profesji (dobre i to). Dodatkowo – dziwi mnie, że Bohater nie może nikomu przekazać swojej wiedzy. Chociażby swoim towarzyszom... W sumie to byłby fajny „ficzer”, gdyby do takiego Dragonborna w mieście podbiegał NPC prosząc o trening. Choć podejrzewam, że byłby to ktoś taki, jak „fan” Mistrza Areny w Oblivionie ;). Źródło Pozostaje jeszcze sprawa samego szkolnictwa. W Fallout 4 sprawa jest jasna – dzieciaki z Diamond City idą do lokalnej szkoły, te z Krypty 81 na swoje lekcje, a te z Instytutu mają naukę na miejscu. W typowych fantasy RPGach z kolei albo nie ma dzieci, albo należy zakładać, ze są uczone w domu. Również gildie w TESie należy traktować jak swego rodzaju szkoły. O Wiedźminie nawet nie będę wspominał. Niestety, istnieją też inne szkoły w grach – i to nawet nie w RPGach. W pierwszej Mafii Tommy Angelo musi nauczyć się włamywać do niektórych aut – jest to szczególnie widoczne na początku. Niby jest to okej, ale miałem wrażenie, ze ktoś sobie ze mnie drwi i każde auto i tak otwierało się tak samo. Innym przypadkiem jest GTA: San Andreas. Zapewne wiecie, co mam na myśli – słynną szkołę latania. Boże, ile ja się z tym męczyłem! Mam wrażenie, że osoba, która wbiła we wszystkim złoto (bez cheatów) powinna z miejsca dostać zaproszenie do prawdziwej szkoły latania. A do tego doszła jeszcze szkoła jeżdżenia i pływania. Aż dziwne, że nikt wtedy nie pisał o „torturach” w GTA ;). Źródło Na zakończenie warto wspomnieć o innych gatunkach. W serii Heroes of Might and Magic pojawiają się nauczyciele umiejętności… oraz istnieje frakcja Akademia, która jest, w zasadzie, jednym wielkim uniwersytetem. Z tą różnicą, że na uniwersytetach nie ma tytanów ani golemów :). W Empire: Total War można (a nawet - należało) budować uczelnie, by opracowywać nowe technologie... choć, osobiście, trzymałem je tylko tam, gdzie miałem wysoki poziom zadowolenia, ale to chyba oczywiste . Szkoda, ze w późniejszych częściach (tj. Shogun 2 i Rome 2) zrezygnowano z tego na rzecz samoopracowujących się "talentów". Za szkoły w RTSach można tez uznać poszczególne budynki "produkujące" jednostki. Ale tu, chyba, nie musze nic wyjaśniać .   Z racji Świąt Wielkiej Nocy wpisu za tydzień nie będzie. Życzę Wam pogodnych i Rodzinnych Świąt!  

MajinYoda

MajinYoda

Niezrecenzowane gry w CD-Action [wpis okresowo uzupelniany]

Tropico 6 | GI: 7.75 | PCG: 79 Hypnospace Outlaw | GI: 8.5 | Edge: 8 | PCG: 81 Ape Out | GI: 8.25 | PCG: 70  Ashen | GI: 8 | Edge: 6 | PCG: 85 Below | GI: 7.5 | PCG: 68 | Edge: 8 Frozen Synapse 2 | Edge: 7 | PCG: 85 Wandersong | GI: 7 | Edge: 7 | PCG: 88 Starlink: Battle for Atlas | GI: 8 | Edge: 6  Fist of The North Star: Lost Paradise | GI: 7 | Edge: 6  Where The Water Tastes Like Wine | GI: 9 | Edge: 5 | PCG: 58  Iconoclasts | GI: 9 | PCG: 78 Civilization VI: Rise and Fall | GI: 8.25 | PCG: 80  Florence | GI: 8 | Edge: 8  Moss | GI: 7.75 | Edge: 7 Destiny 2: Warmind | GI: 7.75 | Edge: 6 Forgotton Anne | GI: 8 | Edge: 5 | PCG: 75 W drodze wyjatku… The Occupation | GI: 6.75 | Edge: 6 | PCG: 67 [Objasnienie skrotow: GI - Game Informer (magazyn), PCG - PC Gamer (magazyn)]

Coenn

Coenn

 

Money, money, money…

Pozostając w tematyce najemników w grach – zastanawia mnie jedna rzecz. W większości wirtualnych światów obowiązują waluty oparte na złocie (poza Falloutem, ale o tym później ;)). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zazwyczaj Bohater dostaje ogromne ilości gotówki, którą następnie pomnaża sprzedając graty. Dobra, „nieco” nakłamałem. Zwykle Bohater dostaje mało kasy na początku (gdy jest najbardziej potrzebna) i ogromne ilości mamony, gdy już nie ma na co jej wydawać. Najlepszy przykład – pierwszy Wiedźmin i ultra-droga kurtka (nie pamiętam już ile kosztowała) dostępna w jednym z pierwszych miejsc. Podobnie w piątym TES-ie – pierwszy dom Dragonborn może kupić za „jedyne” 5000 septimów… Nie o tym jednak chciałem – dziwi mnie wartość pieniądza w grach. Za jedną sztukę złota/Septima/koronę/kapsla handlarze bardzo chętnie od nas odkupią to i owo (o ile nie mamy zdolności targowania się), ale za tyle nie kupimy absolutnie nic. Trochę to dziwne… Albo w grach jest inflacja :). Źródło Ciekawym przykładem jest za to Assassin’s Creed Syndicate. Sygnalizowałem w recenzji, że w rzeczywistości bliźnięta Frye byłyby niewyobrażalnie bogate z gotówką, z jaką ukończyłem grę – czyli £100,000, które w 2017 roku (przypominam, ze akcja gry toczy się w 1868 roku) dałoby realne osiem i pół miliona funtów (~£8.500.000!!)! A to jest kupa kasy! Oczywiście, w tym przypadku wynika to z „uproszczenia” ówczesnej waluty Zjednoczonego Królestwa tylko do funtów szterlingów – a przecież mieli wówczas także farthingi, korony, szylingi… Swoją drogą - chętnie bym zobaczył takiego RPG-a, gdzie Bohater może znaleźć np. pół Septima. Byle nie był to podział jak w UK w XIX i XX wieku :P. Pozostała jeszcze kwestia kapsli. Sam pomysł wydał mi się ciekawy, gdy grałem w F4… ale potem doczytałem się, że zostało to przyjęte, ponieważ nikt już nie umiał produkować kapsli i były „niepodrabialne”… Niby spoko, ale to oznacza, że ich ilość jest skończona – czyli powinny przedstawiać większą wartość, niż jest to pokazane w grze. I na pewno nie powinniśmy otrzymywać setek kapsli za banalne zadanie. Na zakończenie pozostało do omówienia już tylko jedno – podobnie jak amunicja, tak i pieniądze znajdowane przez Bohatera nawet w Najgłębszych Jaskiniach, Zamkniętych od Niepamiętnych Czasów przez Pradawny Zakon Zgniłego Ziemniaka, które Otwiera Jedynie Moc Bohatera z Przepowiedni będą aktualnie używaną walutą. Chlubnym wyjątkiem jest tu trzeci Wiedźmin (gdzie możliwość wymiany w banku innych walut na korony było świetnym pomysłem) oraz Fallouta – bo przedwojenne kapsle można znaleźć w przedwojennych ruinach.   Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

 

Najgorszy film świata

Tommy Wiseau marzył o zrobieniu własnego filmu – co mu się udało, a jednocześnie nie udało. Dwójce studentów z Polski także się zamarzyło o własnym filmie. Tak się składa, że miałem ostatnio okazję obejrzeć ten film. A konkretnie reportaż, bo to od studentów dziennikarstwa, ale tytuł jest po części fabularyzowany. Film nietypowy również z tego względu, że... traktuje o maturze. (I nie tylko). A jako że został jakiś miesiąc do matur, postanowiłem nagrać recenzję tego "dzieła".   Dzieła, przy którym The Room to majstersztyk kinematografii. Dajcie znać w komentarzach, czy zgadzacie się z moją oceną. No i nie zapomnijcie zasubskrybować kanału! Dzięki!

Bednarski

Bednarski

 

Tygrysy w błocie- Otto Carius

Tygrysy w błocie- Otto Carius      W lokalnej bibliotece udało mi się znaleźć wspomnienia Otto Cariusa. Był jednym z najskuteczniejszych dowódców PzKpfw VI Tiger na Froncie Wschodnim (dokładnie Leningrad i Estonia). Brał udział w ponad 50 bojach pancernych, zniszczył ponad 150 czołgów przeciwnika. Pięciokrotnie ranny. Odznaczony Krzyżem Żelaznym II i I klasy i Krzyżem Rycerskim z Liśćmi Dębowymi.       Po zakończeniu lektury mogę stwierdzić, że "Tygrysy" dzielą się na trzy części. Pierwsza to relacja z pobytu w koszarach i początek operacji "Barbarossa" w Prusach Wschodnich. Carius służył wtedy jako ładowniczy w czechosłowackim Pz 38t. Wszyscy narzekają na złą jakość stali z której wykonano pancerz wozu. "Jest zbyt miękka w porównaniu do niemieckiej"- czytamy. W końcu pojazd otrzymuje trafienie i załoga musi się ewakuować- autor traci w tamtym wypadku kilka zębów.       Dalej obserwujemy dość pobieżnie opisane szkolenie w jednostce czołgów ciężkich i powrót na front- tym razem pod Leningradem. Planowane użycie Tygrysa pod koniec 1942 roku było trzymane w ścisłej tajemnicy. Wozy podczas transportu koleją były odpowiednio zamaskowane- liczono na efekt zaskoczenia. Jak to wszystko się skończyło? Nie będę psuł wam niespodzianki- warto doszukać się informacji samemu. Kolejnym przystankiem na naszej drodze jest Estonia- to właśnie tam rozgrywa się największy fragment opowieści. Walki w okolicach Narwy pozwoliły Cariusowi wykazać się jako dowódcy. Widzimy kolejne natarcia czerwonoarmistów, z największym trudem odpierane przez zdziesiątkowane oddziały niemieckie. W tym momencie wiele osób przestaje mieć jakiekolwiek złudzenia- wojna jest przegrana. Trzeba się wycofywać kiedy jeszcze jest ku temu okazja. Czołg głównego bohatera wykorzystywany jest zazwyczaj do zatykania wyłomów w linii frontu- mało chwalebne zajęcie, co autor wielokrotnie powtarza. Kilkukrotnie Tygrysy podejmują natarcie na przyfrontowe wzgórza lub małe wioski, w których zaczynają przegrupowywać się sowieckie komponenty zwiadu. Brak tu jednak jakiegokolwiek patosu- wszystkie natarcia mają znaczenie lokalne i trącą rutyną (jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało, gdy mówimy o walce na śmierć i życie). Epizod ten kończy się latem roku 1944- Otto zostaje poważnie ranny w sowieckiej zasadzce (co ciekawe, nie jest to żadna walka pancerna, a zwykła potyczka podczas rozpoznania). Po rekonwalescencji główny bohater zasiada w fotelu dowódcy Jagdtigera. Dla nieobeznanych, jest to niszczyciel czołgów oparty o podwozie PzKpfw VI. Czytamy o rosnącym rozprzężeniu w Wehrmachcie, braku woli walki wśród narodu i kolejnych zwycięstwach US Army. Carius krytycznie wypowiada się o nowym wozie. Zarzuca mu przede wszystkim brak wieży- działo szturmowe musi obrócić kadłub aby w cokolwiek wycelować. Dla człowieka który służył przez całą wojnę w klasycznym czołgu jest to nie lada problem. W niewoli, po kilku rozmowach z amerykańskimi oficerami autor nie ma wątpliwości- jedna wojna się kończy, druga zaczyna. Dotychczasowi wrogowie stają się sojusznikami. Stoi na ziemi, pierwszy z lewej.      Tak pokrótce prezentuje się historia Otto Cariusa. Oprócz wspomnień w książce zawarto całe mnóstwo szczegółów dotyczących życia czołgisty, obsługi wozu i specyfiki prowadzonej przezeń walki. Jako fan militariów byłem w siódmym niebie. Czego się dowiadujemy? Ano, na przykład tego, że przed jakimkolwiek natarciem trzeba sprawdzić ewentualne punkty przeprawowe- nie każda konstrukcja utrzyma 60-tonowy czołg. Dziwnie to zabrzmi, ale bardzo często dowódca opuszczał wóz i ruszał "z buta" do strefy przyfrontowej. Podczas transportu kolejowego PzKpfw VI umieszczano pojedynczo na specjalnych, wydłużonych platformach- w ten sposób ciężar wozu był równomiernie rozkładany a most chroniony przed niebezpiecznymi przeciążeniami. Bardzo duże problemy sprawiało błoto. Nie bez kozery autor nadał swym wspomnieniom taki, a nie inny tytuł. Ciężkie czołgi zatrważająco często kończyły swe natarcie już po kilkuset metrach, grzęznąc w rozmokłej i rozjeżdżonej ziemi. W takim wypadku konieczna jest interwencja ciężkiego sprzętu- czołgu sojuszniczego (w nagłych sytuacjach) lub specjalnego ciągnika, przystosowywanego do wyciągania uwięzionych w bagnie wozów. Obsługa tego typu sprzętu była wielokrotnie wychwalana pod niebiosa za swą odwagę i obecność w ogóle. Wielokrotnie żołnierze ci musieli przekradać się w pobliże linii frontu, aby odzyskiwać to co czołgiści tam zostawili.      Książka była bardzo miłą niespodzianką. Polecam każdemu zainteresowanemu tematyką Panzerwaffe i Frontu Wschodniego w ogóle. Carius wydał swoje wspomnienia po wojnie, a co za tym idzie, nie znajdziemy tu żadnych peanów na rzecz ówczesnego ustroju. Jest to troszkę zaskakujące, ponieważ Otto został okrzyknięty bohaterem wojennym i odbierał odznaczenia z rąk samego Himmlera. Było to nie lada wyróżnienie dla człowieka któremu otoczenie nigdy nie wróżyło kariery wojskowej z powodu wątłej budowy.  Z zasadniczych (aczkolwiek nie rażących) wad należy wymienić stronniczość autora w pewnych kwestiach. O co mi chodzi? Przez całą książkę miałem wrażenie, że żołnierska brać to najwierniejsza na świecie grupa przyjaciół. Ba, najlepsza na świecie grupa ludzi w ogóle. Fakt, znaleźć się musiało kilka niechlubnych wyjątków- oficerowie niezgadzający się z opiniami Cariusa i żołnierze nierozważnie wystawiający się na ostrzał. Nie przeszkadza to jednak sądzić, że wszyscy Niemcy bijący się na wschodzie to herosi ówczesnej epoki. Wszyscy niemal absurdalnie odważni, zgrani i wytrwali. Aż dziw bierze, że posiadając takie kadry nie udało się Wehrmachtowi podbić świata. Amerykanie i Sowieci to całkiem inna para kaloszy. US Army została ukazana jako żałosna banda, która nie potrafi obejść się bez wsparcia lotniczego i dziesięciokrotnej przewagi w sprzęcie i ludziach. Podczas obrony w głębi Rzeszy Carius wielokrotnie wyśmiewa nieostrożność i brawurę jankeskich czołgistów- "Podczas walk na wschodzie ich wozy już dawno zaczęłyby się palić". Jeśli chodzi o Sowietów, to mam wrażenie, że przez wszystkie miesiące wojny udało im się zapracować na pewną dozę szacunku. Atakują nieporadnie a ich natarcia udaje się bez większych problemów odpierać dość ograniczonymi siłami. To co ich wyróżnia to upór i zdolność do ponawiania coraz to kolejnych, okupionych zbyt wieloma ofiarami szturmów.      Słowo na koniec. Zdecydowanie warto sięgnąć po wspomnienia Otta jeśli mamy ku temu okazję. Lekka stronniczość autora nie przeszkadzała mi w poznawaniu tajników służby w formacji pancernej. A niech sobie tam wychwala szwabów i denuncjuje amerykanów. Książka nie miała ambicji propagandowego paszkwila- miała być jedynie hołdem złożonym Tygrysowi.
  KONIEC   ***Od jakiegoś czasu publikuję wpisy w nieregularnych odstępach czasu. Spokojnie, nie znudziłem się. Praca na drugie zmiany, internetowy kurs rysunku i coniedzielne wypady na ASG nie dają mi zbyt wiele czasu na skrobanie dłuższych, wspartych źródłami tekstów. Nie będę ukrywał, ale koreańskie boty również mnie lekko zdeprymowały. W najbliższej przyszłości zaplanowałem zakończyć serię o niemieckich rakietach kierowanych- ostatni, dość długi wpis jest w przygotowaniu.                      

Wake up, Neo...

Najpierw Mad Max, potem WWW, dołączenie Polski do NATO, Kiepscy, a teraz... Rok 2019 obfituje w wiele okrągłych rocznic. Teraz przyszedł czas na pewien film, który 31 marca 1999 miał premierę w amerykańskich kinach. Matrix, bo o nim mowa, zmienił nie tylko nie do poznania kino akcji (pamiętny bullet time), ale także rozbudził wyobraźnię wielu osób. Czy to w ogóle możliwe, byśmy żyli wewnątrz komputera? Jak się okazuje, temat wcale nie jest głupi. Zresztą, rok temu sam pisałem o tej tzw. hipotezie symulacji. Tekst – co prawda, zainspirowany Cyberiadą Lema, a nie filmem sióstr (wtedy jeszcze braci) Wachowski – do przeczytania na moim blogu. Tutaj macie LINK. PS Przypominam, że niedawno na blogu zrobiłem reupload mego artykułu nt. Maksa Payne'a - gry, która była inspirowana właśnie 20-letnim już Matriksem. Do poczytania tutaj.

Bednarski

Bednarski

 

Cytatocepcja

Po dwóch wpisach przerwy czas na MSM-a ;). Dzisiejsza pozycja to „Agresja wirtualna vs realna. Poglądy i badania” pod red. Zdzisława Majchrzyka i Jana F. Terelaka (2011), a cytaty będą pochodziły z tekstu „Agresja i jej wpływ na dzieci i nieletnich w wybranych grach komputerowych” autorstwa Mariusza Karbowskiego (Instytut Psychologii, UKSW). Zacznę nieco nietypowo – sam tytuł rozdziału, przyjrzyjmy mu się. Polonista ze mnie żaden, ale, jakby odczytać po kolei, wynika z niego, że Autor zajął się wpływem agresji na dzieci znajdujące się w wybranych grach komputerowych. Innymi słowy – zbadał nieletnie NPC-ki! To chyba nowy wymiar spychologii :D.   A teraz już serio – w całym tekście Autor, w zasadzie, skompilował inne treści (tak, fragmenty Zabawy w zabijanie też się pojawiają – i stanowią, na oko, 1/3 tego dziewięciostronicowego (bez „Piśmiennictwa”) rozdziału…). Skupię się zatem na tylko jednym (!) podrozdziale – „Wybrane grupy gier zawierające sceny agresji”. Ortografię i interpunkcję pozostawiłem bez zmian :). Normalnie bym sobie tu pożartował z „wiedzy” Autora, ale, w przypisie harwardzkim, podał link, z którego wziął te mądrości. Oto pełna treści: Nie mam zielonego pojęcia z którego roku pochodzą te słowa (niestety, w żadnej bibliotece w moim regionie ten słownik nie występuje :(), ale dostrzegam tu amalgamację „mądrości” różnych Prof. S. Jonalistów (w tym prof. A. Szewczyk – twórczyni „Małego Seryjnego Mordercy” :)). W dodatku – nijak ma się do treści przedstawionej przez Autora omawianej dzisiaj pozycji. Bowiem, moim zdaniem, termin „gry zręcznościowe” jest bardzo szeroki – obejmuje przecież także m.in. platformówki. W końcu, jak sama nazwa wskazuje, gracz ma się wykazać zręcznością! Więc w tym rodzaju gier znalazłby się zarówno Ace Combat jak i Arkanoid. A co Wy sądzicie? Mam nieodparte wrażenie, że kiedyś, w innej książce, czytałem już te słowa… Mniejsza – Autor, tradycyjnie, nie daje przykładu ani takich gier, ani takich opcji. Interesujące, bo pamiętam, że w dwóch pierwszych grach z serii Soldier of Fortune (nie wiem jak w trójce, bo w nią nie grałem) była przeciwna opcja. A tym bardziej takowej nie było w grach z okolic roku 2010. Poza, naturalnie, wyjątkami w postaci Postala czy GTA IV ;). Eeee… w wyścigach? Jasne, pojawiają się takie motywy – choć wypadałoby dodać, że zwykle nie łamie się w nich zasad – bo takie panują w tym konkretnym przypadku! To tak jakby napisać, że we wszystkich sportach walki można kopać przeciwnika w głowę – zapominając m.in. o boksie… Pomijam już fakt, że chyba tylko w grach typu Carmegeddon można zabić przeciwnika. A jakim promilem gier wyścigowych są tego typu produkcje? Żeby było zabawniej – Autor dał tu fragment opisu gry wyścigowej: Cóż, jako, że w 1996 roku nie czytałem żadnej prasy komputerowej to poszperałem w necie i znalazłem skany SS, ale tych słów nie znalazłem. Jeśli ktoś je znajdzie – proszę dać znać w komentarzach :). Zauważyłem za to coś zupełnie innego… ale o tym później ;). Kurcze, aż dziwne, że nigdy nie ciągnęło mnie do symulatorów - taki Euro Truck Simulator musi być strasznie krwawy. Ci co grali – przyznajcie się – nie zwracacie uwagi na jęki mordowanych w tej grze, co? Źródło Kiedyś śmieszyło mnie zdanie „bohater jest pilotem tych pojazdów”, ale teraz zdałem sobie sprawę, że opacznie rozumiałem te słowa Autora. Nie miał na myśli tego, że gracz jest pilotem ciężarówki – sądzę, że widzi zło we wskazywaniu kierującemu drogi. Wiecie – jak pilot w rajdach albo pilot morski, ewentualnie pilot do telewizora. To nie jest już takie głupie, co? Trochę wyszedł tu bełkot (korektor był chyba na urlopie), ale tu nie ma się czego przyczepić. Szczególnie, że w tym miejscu jest fragment recenzji… Duke Nuke’m 3D (tak – tego hiciora z 1996 roku!) z „Secret Service” 34/1996, choć Autor usilnie twierdzi, że… z numeru 43/1996! Który to numer wyszedł w 1997 roku! Mam wrażenie, że albo Autor pomylił się przy tak skomplikowanych przypisach, jakimi są przypisy harwardzkie, albo położył na to żur w myśl zasady „i tak nikt tego nigdy nie sprawdzi”. O nie, szanowny Panie wówczas Magistrze, a obecnie Doktorze - takie błędy może popełnić licealista albo student piszący pracę licencjacką (bo przy magisterskiej już trochę gorzej). O ile pierwszej części nie bardzo mogę się przyczepić – opis jak opis – tak przykładu znów muszę. Zamiast podać Gothica, Obliviona czy chociażby Dark Messiah  of Might and Magic, Autor postawił na typową strzelankę (z gameplay’ów takie Shogo) z 1999 roku! I okrasił to opisem z PC Games CD z 1999 roku, który litościwie pomijam. Dodatkowo – idąc logiką „gracz wciela się w cośtam” to wszystkie gry są RPGami. Nawet Tropico oraz FIFA. Pomijając (standardowy) błąd w tytule przygód Lary Croft - rozumiem, że gra Avatar wyszła wcześniej… ale to było tylko jakieś dwa tygodnie, więc wątpię, by pan Cameron tak szybko nakręcił film. Pomijam też, że gry przygodowe to NIE SĄ GRY AKCJI! Co ciekawe – tu nie ma przypisu, jest tylko taki sobie opis, z którego wynika, że gra Avatar jest jednak strzelanką. Nie wiem zatem po co Autor rozbijał te dwa gatunki, skoro są (jego zdaniem) tożsame. Nie wiem skąd się wzięła moda na nazywania strategii grami wojennymi, ale okej, ma to sens. Gorzej, że Autor napisał to wszystko jakimś dziwnym językiem… A wiecie jakie przykładowe gry dał w tym miejscu Autor? Wydany w 1993 roku Syndicate i pochodzący z 1996 roku Syndicate Wars! Kto w 2010 roku kojarzył te tytuły? Przecież one miały wówczas prawie 15 lat! Rozumiem, że Autor potrzebował przykładów pod tezę – szkoda tylko, że spośród setek gier, które akurat by pasowały, wybrał tylko dwie „nowe” (Tomb Raider i Avatar). A przecież spokojnie mógł napisać o np. Fallout New Vegas, Oblivionie, GTA IV, Wolfensteinie (tym z 2009 roku), Dark Messiah of Might and Magic, Assassin’s Creed, a nawet serii Total War. Ale po co – przecież on nie zna tych gier – czyli nikt ich nie zna. I tak dobrze, że nie dorzucił arcybrutalnego Roller Coaster Tycoon :D. Zastanawia mnie coś jeszcze – czemu Autor usilnie przez cały rozdział korzystał z pism z końca lat ’90? Cytowane są „Secret Service” i „PC Games CD” i nic więcej. A przecież w 2010 roku te pisma nie istniały! Czy nie dało się sięgnąć po nowsze periodyki? Oczywiście, że się dało – ale Autor, zapewne ku swojemu niezadowoleniu, nie mógł znaleźć odpowiednio „soczystych” treści, by móc wejść z buta w świat spychologii, i użył tego, co mu pasowało do tezy. Czyli standard :P.   Na tym zakończę dzisiejszy wpis. Do zobaczenia za tydzień!

MajinYoda

MajinYoda

Co myślę o Assasin's Creed Odyssey?

Teoretycznie Odyseja to najlepsza odsłona cyklu, jednak czy to nadal stary dobry Asasyn?  Tego nie jestem do końca pewien, a kolejne  części mogą mieć tyle wspólnego z serią co pierwszy Assasin’s Creed z Prince of Persia. Wtedy też chciano zrewolucjonizować formułę i narodził się nowy tytuł. Czy Odyssey to faktycznie pewna rewolucja w serii? (Zaznaczam, że w Origins jeszcze nie grałem, ale wygląda ono bardzo podobnie, co zaczyna mnie niepokoić). No to zobaczmy. Wspinanie się, bieganie po dachach, skoki wiary? Są. Coś tam o Prekursorach? Jest. Historia pomieszana z fikcją? Obecna. No ale dobra, gdzie są asasyni i templariusze? Pewnie po skończeniu wątku głównego i ograniu Origins trochę mi się rozjaśni, ale do tego daleko, bo ta gra jest tak ogromna, ze już mi się znudziła. To już nie formuła GTA, gdzie po zakończeniu jednej misji można było zaczynać następną, a dużo większe zapożyczenie z RPG-ów. Dlatego nie da się szybko przebiec przez wątek główny, bo czeka nas mozolny grind. Ciągle mamy o kilka poziomów za mało by kontynuować opowieść, więc trzeba wykonywać zadania poboczne, bardzo powtarzalne i kompletnie bez ikry. Trochę szkoda, bo fabuła mi się przez to jakoś rozmemłała, choć sama w sobie jest z grubsza taka sama jak we wcześniejszych odsłonach.  No i to czego najbardziej się obawiałem – pływanie statkami i walki na morzu. Tak, powrócił koszmarnie nudny element Black Flag. Na szczęście nie trzeba co drugą misję zasiadać za sterami, dostając choroby morskiej, ale kiedy gra już do tego zmusza zaczynam żałować, że nie gram w Unity. Przejdźmy do pozytywów. Otwarty świat. W końcu to główny powód do nazwania tej części najlepszą. Mamy całą Grecję, dziesiątki, a może i setki wysp, a ja jako urodzony podróżnik-domator ochoczo wyruszyłem w świat. I co odkryłem? Masę rzeczy do roboty. Niestety większości nie da się ruszyć, bo zdarzają się miejsca, gdzie zwykłe koguty (a la te z Sekiro) mogą nas zabić, a co dopiero łucznicy, czy opancerzeni po zęby najemnicy. Trochę brakuje większego zróżnicowania krajobrazów, ale to w końcu nie kolejna kraina fantasy, gdzie można dać dosłownie wszystko. Walory historyczno-geograficzne muszą wystarczyć. Walka niby przypomina  soulsową, ale tak naprawdę wcale nie. Po prostu nie czułem tego co tam, choć wałczyło mi się nieco lepiej niż w Wiedźminie, czy innym Skyrimie. Są „combosy”, drzewko umiejętności, twardzi przeciwnicy. No, fajnie, fajnie. Wzorem Cienia Mordoru dostajemy listę najemników do skoszenia, Czcicieli Kosmosa do wyeliminowania i ogólnie masę innych przeciwników do zlikwidowania. Ta gra pęka w szwach od zawartości (co prawda nie zawsze interesującej), co sprawia, że droga do platyny wydaje się tak odległa jak moje wakacje wśród lesbijek na Lesbos.  Jest masa znajdziek (warto zbierać enigmatyczne ostrakony, bo zawierają zagadkowe informacje, gdzie szukać kolejnej znajdźki, czyli grawerunków), romansów, legendarnych zwierząt i mitycznych potworów do ubicia oraz dużo dużo więcej. Jest co robić. Ode mnie 9/10

fanthomas212

fanthomas212

 

Moje wielkie greckie asasynowanie

Kiedy już myślałem, że moja „miłość” do serii Assassin’s Creed przygasa i po całkiem niezłym (acz bardziej wiedźmińskim niż asasyńskim) Origins będę mógł spokojnie odwiesić kaput, Ubisoft wyskakuje z czymś takim. (Wszystkie screeny z gry są zrobione przeze mnie) Odyseja asasyńska 431 p.n.e. (?) Wspomniana część o Bayeku w roli głównej pojawia się w tej recenzji nieprzypadkowo. O ile wówczas Ubi dopiero postawiło stopę na ścieżce ku zrobieniu z serii (prawie) wiedźmińskiego RPGa, tak w przypadku Assassin’s Creed Odyssey odważnie poszli dalej, ku nieznanemu. Pierwszą nowością dla serii jest możliwość wyboru postaci – czy będziemy grać kobietą (Kassandra) czy mężczyzną (Alexios). Bardzo cieszy mnie ta opcja – nie jest to głupie przełączanie się między postaciami, jak w Syndicate, ani rzucanie nas od czasu do czasu w sandały innej postaci, jak w Origins czy trzecim Wiedźminie. Tu wybór jest od razu i tylko czasami grami kimś innym (w powracającą we współczesnym wątku Leylą Hassan oraz kilka razy w króla Leonidasa). Rzecz jasna (co moi stali czytelnicy zapewne przewidzieli :)) wybrałem niewiastę i ruszyłem w bój, którego rezultatem jest niniejsza recenzja ;). Choć, niestety, nie ukończyłem jeszcze DLC. Od razu muszę przyznać, że gra mi się nią lepiej niż którąkolwiek wcześniejszą postacią w serii. Najemniczka jest postacią dużo ciekawszą niż Bayek, bliźnięta Frye, Arno Dorian i Connor razem wzięci, ustępując w moim mniemaniu tylko Edwardowi Kenweyowi, Ezio Auditore i Altairowi. Związane jest to także z drugą RPGową mechaniką, jaka po raz pierwszy pojawia się w tej części serii – wybór dialogów. Ale o tym napiszę później. Muszę w tym miejscu dodać, że, moim zdaniem, gra wygląda i działa dużo lepiej niż poprzednik – wyraźnie poprawiono optymalizację w wersji PC – a w obie grałem podobnym czasie po premierze. War often changes Do kwestii Kassandry wrócę za chwilę, bowiem na początek warto napisać o czasie i miejscu akcji. Odyssey zabiera nas w podróż do starożytnej Grecji z czasów II wojny peloponeskiej (431 p.n.e. – 404 p.n.e.). Zwiedzimy zatem Ateny, zobaczymy Kretę czy krzykniemy (i dostaniemy taki achievement) „THIS IS SPARTA!” w odpowiednim miejscu, a także zwiedzimy mnóstwo mniejszych wysepek. Ogólnie świat jest gigantyczny (według licznika Uplay Kassandrą przebyłem niemal 1300 km – to odległość - w linii prostej - z Warszawy do Genwy!) i może przytłoczyć. Choć dla mnie był spełnieniem marzeń o ogromnym, otwartym świecie. Tradycyjnie dla serii spotkamy całą gamę historycznych postaci – m.in. znanego polityka i retora Peryklesa, jego przeciwnika politycznego Kleona, filozofa Sokratesa, polityka Alcybiadesa, komediopisarza Arystofanesa, historyka Herodota coraz Demostenesa – spartańskiego dowódcę. Dodatkowo, sama wojna jest doskonałym tłem dla działania misthiosa – możemy zdecydować której stronie pomagamy zdobywać helleńskie terytoria, choć nic nie stoi na przeszkodzie, by ciągle zmieniać barwy (choć, niestety, w przeciwieństwie do kaprala Nobbsa, nie w czasie jednej bitwy). Co ciekawe – „zmiany barw” poszczególnych lokacji odbywają się także bez naszego udziału. Beware the Daughter of the Sea  Jak już wspomniałem, wybrany przez nas bohater (w moim przypadku Kassandra) jest najemnikiem. Gra rozpoczyna się na Kefalonii i dość szybko mamy możliwość zapoznania się z charakterem naszej postaci. Przyznam, że zrobiło na mnie wrażenie, że Ubisoft jeszcze umie zrobić bohatera, który nie będzie irytował swoim zachowaniem. Ba, nie będzie typowym „bohaterem”, jak szukający zemsty Bayek. Tak naprawdę, choć widać, że Kassandra chce ponownie zjednoczyć się z rodziną (o ile jej na to pozwolimy, rzecz jasna) to nie jest to tak podkreślane w każdej wypowiedzi. Więc tym łatwiej było mi się w nią wczuć. Ubi ułatwiło mi to zadanie jeszcze bardziej wprowadzając wybór opcji dialogowych, które, czasami i moim zdaniem zbyt rzadko, w pewien sposób wpływają na dalszy przebieg fabuły. Dodatkowo opcje te są niekiedy oznaczone, by gracz wiedział czy Kassandra skłamie, będzie romansować, zastraszy czy zacznie bójkę (patrz - screen poniżej). Ponadto, wzorem Dzikiego Gonu, pojawiają się odpowiedzi „na czas”, choć mam wrażenie, że było ich może z pięć przez całą grę. Cieszy mnie też, że postacie (także te poboczne) w ramach jednego ciągu zadań pamiętają co im powiedzieliśmy (np. że ich objechaliśmy). Szczególnie jednak cieszy mnie powrót statków. Fakt, w Origins (jako Aya) sterowaliśmy statkiem i walczyliśmy, ale daleko temu było do Black Flag. Szczęśliwie, Odyssey ponownie pozwala nam swobodnie pływać po świecie – tym razem greckim. W zamyśle Adrestia – tak nazywa się nasz statek – miała służyć naszemu bohaterowi za dom, podobnie do pociągu z Syndicate, tylko bardziej funkcjonalnemu. Jako dom sprowadza się średnio (nawet nie da się na nim medytować), ale jako środek transportu jest świetny (raz musiałem opłynąć całą Grecję, bo nie chciało mi się iść z sandała, a musiałem się dostać w okolice portu). Statek jest podobny do Kawki i Morrigan – fakt, nie ma dział, moździerzy czy nawet koła sterowego, lecz w zamian ma załogę (w tym do czterech poruczników, którzy dają rozmaite bonusy dla statku i załogi), która atakuje wroga strzałami (także płonącymi) oraz oszczepami (również można je podpalić), dokonuje abordażu oraz śpiewa szanty; zamontowanym na dziobie (bo gdzieżby indziej? :D) taranem (nieprzypadkowo podobnym do tego z Rogue); ozdobami oraz wiosłami obsługiwanymi chyba przez duchy… Statek należy ulepszać – poza złotem i innymi materiałami potrzebne są też specjalne tabliczki, ale znajduje się ich dużo i pod koniec gry (gdy były mi zbędne) miałem ich z pięć. Warto dodać, że bitwy morskie (o niektóre lokacje też trzeba toczyć bitwy morskie zamiast lądowych) są równie przyjemne, co w „pirackich” odsłonach, choć nie tak widowiskowe. Niemniej sporo frajdy dawało mi ostrzeliwywanie wrażych okrętów z łuków i włóczni oraz taranowanie ich. Szczególnie, gdy odkryłem, że gdy staranuje się osłabioną jednostkę można ją złamać na pół. Dodatkowo, ze trzy razy widziałem kill cam z włócznią przebijającą członka wrogiej załogi. Ewentualnie, jeśli chcemy, możemy popatrzeć jak naszych wrogów (żywych lub martwych) zjadają rekiny. Niby szczegóły, a miło, że Ubisoft zrobił coś takiego. Bohaterka Młota i Miecza Kassandra, podobnie jak Bayek, może poszczycić się umiejętnościami walki, parkourem i własnym drzewkiem talentów. Szczęśliwie, Ubi poszło po rozum do głowy i dużo lepiej podzieliło talenty – są teraz trzy osobne „drzewka” – Łowcy, Wojownika i Zabójcy. Część z nich trzeba aktywować, co z grubsza przypominało mi Guild Warsa 2. Wśród nich jest drugi powód do krzyczenia w stronę monitora "THIS! IS! SPARTAAAA!" - czyli Spartan Kick, którego używałem przez całą grę na każdego ludzkiego przeciwnika. Jak widzicie poniżej brałem głównie zdolności z tych dwóch ostatnich, ale bez problemu można stworzyć build pod własne upodobania. Moje talenty po zakończeniu gry Powyższe „drzewka” są powiązane z różnym typem obrażeń. Są one wzmacniane nie tylko przez wybrane umiejętności, ale także statystyki w zbrojach (głowa, ręce, tors, pas i nogi) oraz broni. Oba rodzaje zostały podzielone, podobnie jak poprzednio, na sprzęt „lepszy” (legendarny) i gorszy (cała reszta). Co ciekawe, uzbrojenie można zmieniać nawet w trakcie walki (o ile aktualnie nie wyprowadzamy lub nie otrzymujemy ciosu). Wzorem poprzedniczki wszystkie nasze klamoty możemy (czy raczej – musimy) ulepszać u kowali. Możemy nasz nałożyć grawer – te odblokowujemy wraz z ukończonymi zadaniami lub po znalezieniu odpowiedniego sprzętu. Do eliminowania wrogów misthios korzysta z podobnego arsenału, co medżaj – są tu miecze, sztylety, topory, młoty, włócznie i kostury. Jedyną różnicą, tak naprawdę, jest brak ukrytego ostrza, ale nie rozpaczałem, bo w zamian otrzymujemy złamaną Włócznię Leonidasa, która pełni tę samą rolę. Brakuje też tarczy, ale tu również nie rozpaczałem- w Origins korzystałem z niej niezwykle rzadko. Naturalnie, Kassandra potrafi sparować cios przeciwnika, ale moim zdaniem dużo lepszym wyborem jest unik – szczególnie, że niektórych ciosów nie da się sparować. Osobiście miałem zrobione dwa „sety” uzbrojenia – do walki brałem pełne uzbrojenie z obrażeniami od wojownika, do tego miecz i dwuręczny młot („home runy” wyglądają zabawnie :)) a do cichego mordowania strój z kapturem, obrażeniami Zabójcy, sztyletem i młotem. Dodatkowo, gdy musiałem zejść pod wodę to brałem ze sobą włócznię – jest to uber broń na rekiny (spoiler – wystarczy bez przerwy wciskać przycisk ataku, by postać biła naokoło zadając obrażenia podpływającym rekinom), niemal tak skuteczna jak kusza w W3 :D. Pozostając przy walce – wrogowie, moim zdaniem, zachowują się ciut sensowniej niż wcześniej – potrafią szukać Kassandry, reagują na znajdowane ciała kolegów i są nieco mocniejsi. Mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że są to najlepsi strażnicy w całej serii. Co ciekawe – każdy z nich ma imię (sprawdzałem na setkach NPCów i każdy miał swoje). Spodobało mi się jeszcze coś innego – system najemników, który, zdaniem niektórych, jest podobny do Nemezis z Cienia Mordoru. Ja nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, ponieważ jest to raczej rodzaj „drabiny”, po której nasza bohaterka wspina się zabijając najemników ustawionych „wyżej”, by na końcu zostać Najemnikiem #1. Oraz zyskać rozmaite bonusy wynikające z przejścia przez kolejne „szczeble”. Oczywiście, każdy misthios ma swoje imię, krótki opis i trzy cechy – na co jest odporny, ale co zadaje mu więcej obrażeń itp. Dodatkowo, najemnicy pełnią funkcję policji z GTA - gdy narozrabiamy rośnie nam poziom poszukiwań (w postaci hełmów najemników) - im więcej chaosu zrobimy, tym więcej nas goni. Możemy z nimi, naturalnie, walczyć, ale to nie rozwiązuje naszego problemu - by pozbyć się "gwiazdek" musimy albo zapłacić (czasami słono), dorwać zleceniodawcę albo unikać konfliktów i uciekać przed poszukiwaczami. Jest jeszcze kwestia Kultu Kosmosa, rodzaju Templariuszy, których eliminowanie jest naszym zadaniem. Musze przyznać, że wytropienie ich szefa zajęło mi całą grę – bowiem nie wystarczy robić wątku głównego, by zdemaskować i dorwać każdego członka tej organizacji, co nie zawsze jest proste – za to często wymaga od gracza przejścia wielu pobocznych zadań. Niemniej, przydałoby się to rozwinąć. Muszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz - gra jest brutalniejsza od Origins - zarówno same ciosy jak i finishery (są krwawe, ale nie spodziewajcie się odcinania kończyn jak w Wiedźminie 3) oraz to, co czasami dzieje się z przeciwnikami. Jeśli, na przykład, zatopimy wrogi statek bez zabijania załogi wówczas oni pływają chwilę i jeśli poczekamy będziemy mogli zobaczyć jak zjadają ich rekiny. Senu ver. 2.0 i Płotka ver. 3.0 W boju, podobnie jak poprzednio, wspiera nas Ikaros – orzeł należący do Kassandry. Właściwie niewiele mogę tu napisać – w tym zakresie Ubi nic nie zmieniło i oba ptaki wyglądają i zachowują się tak samo. No, może ten z Odyssey lata dalej – jeszcze mi się nie zdarzyło, bym obserwując wrogi fort lub obozowisko (których jest multum) musiał zawracać. A, i Ikarosa nie można wezwać będąc pod ziemią – co jest logiczne. Jeśli chodzi o konia Kassandry - Phobosa - to jest dużo lepszą wersją wiedźmińskiej Płotki. Pojawia się w sensownych miejscach, biegnie dość szybko i można kupić mu mnóstwo skórek - zarówno za prawdziwe pieniądze, jak i drachmy. Mi udało się u jednego z handlarzy kupić mu wygląd jednorożca. Choć i tak najfajniejsza jest nagroda za zdobycie pierwszego miejsca w rankingu najemników: W dodatku, podobnie, jak poprzednio, koń może jechać na "autopilocie". Choć osobiście używałem konia tylko, gdy musiałem przejechać więcej niż 1000 metrów - inaczej szedłem "z sandała" . You talkin’ to me? Skoro o tym wspomniałem wcześniej – zadania. Podobnie jak poprzednio mamy dziennik zadań i wiele questów do wykonania. Jeśli chodzi o główny wątek to głównie gadamy i mordujemy. I choć zdarzają się questy-perełki (np. uczta u Peryklesa, „przygody” zapaśnika Testyklesa czy Sfinks, którego można pokonać albo w walce albo odpowiadając na jego trzy pytania) to nie jest to ta sama liga, co zadania w W3 (o ile przemilczymy Skellige :P). Podobnie jest z zadaniami pobocznymi – z przygód Geralta zapamiętałem ich nieco więcej, a tu – zaledwie jeden… bo nawiązywał do mitu o Edypie. Rzecz jasna, poza standardowymi questami, gdzie musimy z kimś porozmawiać, by je dostać są także zadania z tablicy ogłoszeń. Wprawdzie Wiedźmin 3 to to nie jest (opisy są miałkie i brakuje ulotek niezwiązanych z zadaniami), ale i tak widać postęp. Z tablic bierzemy także zadania dzienne i tygodniowe, za które dostajemy orichalcum – dodatkową walutę, którą wymieniamy na przedmioty inaczej dostępne jedynie przez mikrotransakcje. Moim zdaniem jest to lepsze rozwiązanie niż w poprzedniej części. Jednakże, o ile dialogi w misjach głównych i pobocznych są w miarę dobre, tak przy zadaniach na orichalcum jest tragedia. Miałem wrażenie, że do ich napisania zatrudnili stażystów. Bo wyobraźcie sobie sytuację: biorę z tablicy zadanie od jakiejś malarki. Idę do niej i rozpoczynam dialog, który wygląda, mniej więcej, tak: „- Jestem malarką, maluję obrazy, ale brakuje mi inspiracji. Jesteś najemnikiem? Zrób coś heroicznego, zabij niedźwiedzia, watahę wilków albo Minotaura. - Więc chcesz, żebym zabiła tego niedźwiedzia? - Tak, proszę.” Źródło Pięty Achillesa  Niestety, na durnych dialogach błędy Odyssey się nie kończą. Omawiana wyżej załoga Adrestii składa się grupy indywiduów, którymi wcale się nie przejmowałem – bowiem, w przeciwieństwie do Black Flag i Rogue, jest ich nieskończona ilość i nie ma sensu o nich dbać. Zresztą, tak samo jest z porucznikami – nawet jeśli zginą to po jakimś czasie i tak wyjdą spod pokładu. Z załogą wiąże się też inny ciekawy błąd, który, na szczęście, zdarzył mi się tylko raz - po bitwie ze statkiem silniejszym ode mnie o dwa poziomy zacząłem abordaż, przeskoczyłem na wrogi pokład… i musiałem walczyć sam ze wszystkimi, bo „moi” uznali „a co się będziemy mieszać?” i stali, przyglądając się moim wyczynom z bezpiecznej odległości. Ot, lojalność na statku. Pozostając na morzu to zdarzyło mi się ze dwa razy zawalić bitwę morską o panowanie nad jakimiś wyspami – bo jeden statek, wraz z moimi „sprzymierzeńcami” wypłynął ze strefy zadania i próba dorwania go automatycznie spowodowała przegraną. Podobnie udało mi się kiedyś stracić szansę na orichalcum bo jakiś troll z Ubisoftu postawił questgivera… otoczonego wilkami i dzikami. Nie miałem szans do niego dobiec, choć robiłem quickload i starałem się dojść do niego z innej strony. Wspomniany system najemników i nagród za głowę Kassandry też ma swoje błędy. Przede wszystkim, z jakiegoś dziwnego powodu, wszyscy najemnicy (poza nami) mogą bez przeszkód chodzić po fortach - niezależnie kto w nich akurat siedzi. Dodatkowo, choć kręcą się wokół żołnierzy rozpoczynających bitwy o lokacje to nigdy nie biorą w nich udziału. Po co zatem do nich idą? Osobną kwestią są spadki z dużych wysokości. Wszyscy fani serii pamiętają czym kończył się źle wymierzony skok Altaira, Ezio czy nawet Bayeka - desynchronizacją (zgonem, znaczy się). Czym się kończy w Odyssey? Powietrzną akrobacją (czasem nawet i tym nie) i przewrotką na ziemi. Tak - Kassandra potrafi zeskoczyć z dowolnej wysokości i bez utraty nawet piksela hp pobiec dalej. Z drobnostek jest jeszcze jedna z odpowiedzi na pytanie Sfinksa – Kassandra nie mogła znać odpowiedzi, bo brzmiała ona „koliber”. Nie wiem też co myśleć o tym, że podczas pływania cały czas widziałem "majtki" Kassandry - co uwieczniłem na poniższym screenie: Wśród błędów muszę wymienić też forty i to, co się w nich dzieje. Fakt, napisałem, że strażnicy zachowują się sensowniej, ale nie w przypadku, gdy zanoszą ciało poległego (czyt. zabitego skrytobójczo) kompana w inne miejsce. Ze zdumieniem obserwowałem jak rosły ateński żołnierz wrzuca cało swojego dowódcy (!!) do rozpadliny (którą, nota bene, wszedłem do środka) i sobie idzie. Ciekawe czy włożył mu chociaż obola do ust? Dziwne rzeczy dzieją się też z uwalnianymi przez nas (w niektórych lokacjach) więźniami. Jak się okazuje, wystarczy ich było tylko uwolnić – to czy wyjdą żywi to nie nasze zmartwienie. Trochę to głupie. Naturalnie, zdarzają się też błędy graficzne - ot, na przykład trzonek dłuższej broni (np. młota) przenika przez ciało Kassandry. Dziwnie zachowują się także ciała pokonanych wrogów - na statkach czasami nie działa na nie grawitacja, a niekiedy potrafią też przeniknąć przez ścianę - np. tak: Ostatnią głupotką jest możliwość wejścia w konflikt ze „zwykłym mieszkańcem”. Przeciętny mieszkaniec starożytnej Grecji w tej grze potrafi zachować się irracjonalnie – właśnie zabiłem młotem najemnika i kilku uzbrojonych po zęby strażników a tu wyskakuje na mnie z pięściami jakaś pomywaczka. Serio? „To była Odyseja, której nie zapomnę” ~Herodot Na zakończenie wypadałoby wystawić jakąś ocenę… spędzone przy niej 120 godzin (i zegar tyka, bo DLC ) było dla mnie nieporównywalnie przyjemniejsze niż w przypadku poprzednika, któremu dałem „piątkę”. Zatem, by było sprawiedliwie, przygody pre-Asasynki w Helladzie oceniam na 5,5/6 – czyli tak samo, jak oceniłem dzieje Białego Wilka. I mam nadzieję, że Ubisoft w kolejnej odsłonie zmusi mnie to postawienia wyższej oceny .

MajinYoda

MajinYoda

Panie, pan jesteś gruba świnia i erosoman!

Jedni kochają. Drudzy nienawidzą. Rodzimy rynek pracy leży i kwiczy, a polskie społeczeństwo jest podzielone na dwa, wrogie obozy już od dwóch dekad. Wszystko zaczęło się we Wrocławiu. Kto by pomyślał, że to persona pochodzenia tadżyckiego tak dobrze zrozumie problemy Polaków. Choć sami nasi krajanie też maczali w tym palce, bo Okił Khamidow odpowiadał przede wszystkim za reżyserię, a zarys fabuły i scenariusz do pierwszych odcinków napisali m.in. Janusz Sadza i Aleksander Sobiszewski. Serial początkowo był kręcony w faktycznej kamienicy we Wrocławiu, a Polacy dowiedzieli się o niej 16 marca 1999. Tak zaczęła się pewna era w historii naszego kraju. Więcej na temat tej historii do przeczytania w moim felietonie. Serdecznie zapraszam!

Bednarski

Bednarski

 

Za garść monet

Przyznam szczerze, że podczas grania w Assassin’s Creed Odyssey zacząłem się zastanawiać nad kwestią najemników w grach. Przynajmniej dwa MSM-y już o tym traktowały (1, 2), ale pomyślałem, że w ramach „Z życia NPC” warto się nad tym pochylić. Zacznijmy od Bohatera, Wiadomo, w RPG możemy być altruistami i robić wszystko za darmo (o ile twórcy pozwolą), ale wówczas musimy bazować na innych źródłach dochodów. Z drugiej strony – przecież Bohater wykonuje określoną pracę i należy mu się zapłata, prawda? Spójrzmy na takiego Geralta – wiadomo, powinien robić za darmo albo za srebrny grosz albo półtorak. A on co? Koron sobie życzy. Z punktu widzenia przeciętnego NPC-a to, w sumie, źle – ostatecznie: Źródło Oczywiście, możemy się targować o wysokość nagrody za zlecenie, ale wtedy NPC zachowują się jeszcze dziwniej – kilka koron za dużo i już nie interesuje ich los wioski/brata/żony (zresztą, pisałem o tym w recenzji). Z kolei sytuacja Bohatera-Dragonborna-najemnika w Skyrim jest jeszcze ciekawsza - oto pierwszy od tysiącleci człowiek (czy tam elf) pokonuje smoka terroryzującego Whiterun. W zamian od jarla Balgruufa dostaje jakiś szmelc i garść septimów. Serio? Przecież to poniżej stawki! Powinna być połowa królestwa jarlatu i ręka jego córki! Jednakże, odłóżmy na bok bohaterów gier, bo wiadomo po co im złoto do mordowania, nekrofilii i demoralizacji dzieci . W zamian zastanówmy się nad NPC, którzy podróżują po świecie i, zapewne, też pobierają opłaty za usługi. We wspomnianym Wiedźminie brakowało mi takich postaci – gdzie są ci wszyscy poszukiwacze przygód, którzy za korony podjęliby się zadania zamiast Białego Wilka? Gdzie są inni wiedźmini, z innych szkół? Jedynym wyjątkiem jest chyba ten ze Szkoły Kota, którego możemy zabić. Jest jeszcze Letho, ale on pełni konkretną funkcję w fabule. Podobnie jest zresztą w Skyrim i Fallout 4 – mam uwierzyć, że w tak rozległych krainach nie ma nikogo żywego, kto podjąłby się tych samych zadań co Bohater? Jasne, w piątym TESie czasami spotykamy najemnika idącego za swoimi sprawami, ale dzieje się to bardzo rzadko. I, właściwie, nigdy tak naprawdę nie idą do miejsca, o którym mówią po odrobinie perswazji - ot, dostali zlecenie i znikną przy pierwszej okazji ;). Choć, z drugiej strony, zdarzają się także członkowie Towarzyszy - to już jest przynajmniej coś . We wspomnianym na początku Odyssey jest podobnie  - choć tu przynajmniej są najemnicy, podążający swoimi ścieżkami i czasami przyjmujący zlecenie na Kasandrę, a i ona może znaleźć zlecenie na najmitę. Ale to za mało, moim zdaniem. Szczególnie, ze żaden z nich nie bierze nigdy udziału w bitwie, choć kręcą się wokół znaczników… ale o tym będzie w recenzji za tydzień . W związku z tym przyszedł mi do głowy pewien pomysł – przydałaby się w RPGach mechanika Najemników, którzy rywalizowaliby i z graczem i ze sobą nawzajem. Bohater opóźnia wykonanie zadania pobocznego? Zrobi je ktoś inny. Do tego dochodziłoby podkradanie sobie zleceń i wzajemne zabijanie. To byłoby coś! Dodatkowo, należy zauważyć, że wszelkiej maści zleceń, zadań itp. musi być w takich światach o wiele więcej, niż Bohater otrzymuje. Czemu zatem nie wprowadzić postaci, które będą robiły swoje, czasem pomagając Bohaterowi, czasem mając zadanie przeciwne. Ale najemnicy to nie wszystko – nie zapominajmy o strażnikach/policjantach, którzy też muszą dostawać pieniądze za swoją pracę. Jakoś nie wierzę, że ci wszyscy mundurowi w GTA V idą pod lufę za darmo. To tak nie działa! Źródło Chociaż, patrząc na ich poziom IQ, można się zastanawiać – być może są zbyt durni, by dawać im pieniądze?     A Wy jak sądzicie – czy w grach jest zbyt mało najmitów? Piszcie w komentarzach .

MajinYoda

MajinYoda

By the way, do you mind if I ask you a personal question?

W zeszłym roku ponadczasowy obraz sci-fi skończył 50 lat; niestety również wtedy zmarł Douglas Rain, który podłożył głos sztucznej inteligencji w filmie. Natomiast w marcu tego roku minęło 20 lat od śmierci Kubricka, reżysera tego dzieła. Ale czy faktycznie Odyseja Kosmiczna to coś pięknego? Odpowiedź na to pytanie poznacie z powyższego filmu! Jednocześnie będę bardzo wdzięczny za suba na kanale i/lub polubienie fanpejdża na fejsie. I dajcie znać, co mam poprawić w swoich filmach, a co nie.

Bednarski

Bednarski

 

The Best of MSM V

Dzisiejszy MSM będzie dość standardowy, z jednym wyjątkiem, o którym zaraz napiszę. Artykuł „Co myśleć o grach elektronicznych?” (czymkolwiek są – chyba chodzi o gry wideo/komputerowe ) został napisany przez nieznaną z nazwiska osobę (na potrzeby wpisu będę się do niej odnosił w rodzaju męskim) w 2008 roku, a znalazłem na stronie Biblioteki Internetowej Strażnicy – czyli została napisana od i dla Świadków Jehowy (to jest właśnie ta wyjątkowość – tym razem nie jest to tekst z portalu katolickiego czy nawet przez protestanta). Od razu zaznaczam, że nie mam nic do żadnego wyznania i wszystkich ludzi traktuję tak samo. Link, tradycyjnie, na końcu wpisu. Gotowi? Zagaja Autor całkiem mądrymi słowami – ale gdyby dalej było tak dobrze to przy tagach dopisałbym „MoG” . Tu nadal się mogę zgodzić, ale Autor powoli zaczyna się rozkręcać . Autor nie podał tytułu, ale zgaduję, że chodzi o GTA (bo o cóż innego?). I choć nadal nie jest to głupie to już wskazuje, w którą stronę Autor się udał. Mam wrażenie, że Autor trafił na niewłaściwą stronę z grami ;). Chyba, że Autor ma na myśli pierwszego Wiedźmina… coś w tym jest . Wszystko ładnie, pięknie, z odwołaniem do czasopisma naukowego. Ale sądzicie, że Autor dał przypis? Nie bądźcie śmieszni. Poza tym – w ilu grach można wcielić się w stręczyciela? W kilku-kilkunastu? I to głównie ze „specyficznych” stron. Swoją drogą - tekst, całkowicie przypadkowo, zgrał mi się z "aferą" z grą o gwałcicielu, która miała trafić na STEAMa. Ale nie trafiła i nie trafi. Teraz z niecierpliwością czekam na teksty spychologów o tym wydarzeniu (o ile w ogóle go zauważyli - w końcu nie ma tam ani słowa o DOOMie ). Ja nie wiem – Autor chyba specjalnie dobiera takie „teksty” (w tym przypadku dodatkowo nieweryfikowalne), bo nie wierzę, że ktoś coś takiego napisał serio. Chyba, że był spychologiem, choć nawet oni mają większy umiar . Swoją drogą – wygląda na to, że muszę dopisać kolejny termin do Małego Słownika Psychologicznego - „czasopismo” . Nieco dłuższy fragment, bo żal mi było go dzielić – wyciąłem zaledwie jedno zdanie. Autor, rzecz jasna, dostrzega tylko te badania, które mu pasują. Tymczasem, wciąż pojawiają się nowe, bardzo często przeczące powyższym słowom artykuły (np. ten z Nature z zeszłego roku choć uważam, że miał trochę zbyt małą grupę badanych). Pytanie teraz – komu wierzyć? Eeee… porównania gier z odpadami radioaktywnymi jeszcze nie widziałem… Trzeba dopisać do MSS :P. Nie wspominając już, że Autorowi zwyczajnie chodziło o – pojawiającą się wielokrotnie na tym blogu – desensytyzację. Tylko musiał to ubrać jakoś w słowa pasujące do religii. I pewnie nie zna tego pojęcia. To sobie Autor autorytet znalazł – o ile Amy w ogóle istnieje. W dodatku – czym są „obrazy i rozmowy erotyczne”? Rozumiem, że w Wiedźminie czy GTA znajdują się motywy przemocy i erotyka, ale czy w takim razie Skyrim jest bezpieczny? A co z Assassin’s Creedem? Albo Fallout 4? Czas na (dość długą) notę Autora do… rodziców. Hura, to chyba pierwszy Autor, który ich zauważył :P: Ten fragment pasuje tu jak pięść do nosa – to, ze lubię grać w gry z przemocą, nie oznacza, że lubię przemoc. Nie można tu postawić znaku równości. Nie wspominając już o tym, ze miłościwy Bóg nagle kogoś nienawidzi :P. W dodatku w Biblii Tysiąclecia (czyli tej nieuznawanej, chyba, przez Świadków Jehowy) jest użyte łagodniejsze określenie: „nie cierpi Jego (Boga) dusza tego, kto kocha nieprawość.”. Na zakończenie takie drobne przemyślenie: fakt, powyższy tekst jest ze wszech miar „spychologiczny”, ale Autor przynajmniej potrafi zauważyć też zalety gier. Nawet, jeśli jest o tym bardzo mało. Czas na obiecany link . Do zobaczenia za tydzień :)!

MajinYoda

MajinYoda

×