Shai GenTek
Shai GenTek
Dym był widoczny aż tutaj. Wielka, szara chmura, unosząca się ponad całe miasto. Miasto, które leżało setki kilometrów stąd. Nad Nowym Jorkiem urósł ponury dach, niemal jak po grzybie atomowym.
Jednak tutaj, w Pacific City, Cytadela wciąż stała dumnie i godnie pięła się ku górze. Cud architektury amerykańskich służb specjalnych. A na samym szczycie, niemal zrównując się wysokością z pyłem pozostałości po Wielkim Jabłku, stał Agent w pełnej gotowości bojowej. Jego mundur, idealnie przylegający do potężnych ramion i stalowej klatki piersiowej eksponował logo najpotężniejszej Agencji USA.
Odwrócona karciana figura pik, skrzyżowana z wąsko ramienną gwiazdą.
- Agencie. ? odezwał się głos w uchu nadczłowieka. ? Porządek na naszych ulicach musi jeszcze poczekać. Dostaliśmy ważniejsze zadanie. Nie wiemy co się wydarzyło w Nowym Jorku, lecz pewne jest to, że tylko my możemy powstrzymać podobny kataklizm.
Agent dobył swego pistoletu z kabury na udzie i wycelował w odległą, szarą chmurę. Po tym geście, nie zastanawiając się ani chwili, ugiął kolana i wybił się w powietrze, w potężnym skoku. Poszybował ponad najwyższym budynkiem Pacific City, nabrał prędkości, która zgniotłaby ciężarówkę, minął w powietrzu mury obronne Cytadeli i wylądował z pluskiem w odmętach oceanu.
***
Oddech ostatniego z naukowców zamilkł pod jego dłonią. Laboratorium opustoszało, ruiny miasta na powierzchni właśnie się dopalały. Pochłonął wszystkich, którzy mogli go doprowadzić do prawdy. Miał ich wszystkich wspomnienia w swojej głowie, lecz nic ważnego nie odnalazł. Nic, poza jednym nazwiskiem.
Schował swe ciemne ostrze i wyszedł, nie obdarzając swych ofiar jednym spojrzeniem. Liczyło się już tylko jedno nazwisko.
Baltazar Czernenka z Pacific City.
***
- Agencie, bądź na baczności. ? odezwał się głos w uchu.
Agent zatrzymał się, ryjąc swoimi butami po chodniku. Skruszył kilka płyt. Skupił wzrok na odległym moście i stał przez chwilę nieruchomo.
Stalowymi przęsłami wstrząsnęła fala eksplozji. Samochody stojące w korku eksplodowały kolejno, niosąc śmierć niczym reakcja łańcuchowa. Auta zaczęły uderzać w siebie nawzajem, gdy spanikowani kierowcy podejmowali desperackie próby ratunku. Pół tuzina pojazdów runęło do wody, wyrzucone w powietrze.
Środkiem mostu pędziła wyraźna postać. Rosły osobnik w kapturze i skórzanej kurtce. Nie przejmował się wybuchami, nie zważał na zagradzające mu drogę wraki.
Agent nie mógł mieć wątpliwości. Most prowadził w stronę Nowego Jorku.
Wybił się w powietrze i poszybował wyżej, łapiąc się parapetu na pobliskim budynku. Podciągnął się wyżej, frunąc ku górze. Docierając na dach, rozpędził się, mknąc ku krawędzi. Wykonał kolejny potężny skok. Lot ponad ulicą, minięcie kolejnego budynku. Przemieszczał się dachami szybko i zwinnie.
Musiał zagrodzić tamtemu drogę na moście.
Pas zniszczeń ciągnął się za intruzem, odliczając metry pozostałe do Pacific City. Agent stanął w końcu na środku skrzyżowania, czekając na swój cel.
- Nowe dane wywiadowcze dla ciebie, Agencie. ? odezwał się głos w uchu.
Zaczęła płynąć fala informacji:
- Alex Mercer, jako tytułowy prototyp nielegalnych eksperymentów z ludzkim DNA o kryptonimie ?Prototype?, stał się nadczłowiekiem. Moce uzyskane z badań innych niż prace doktora Baltazara Czernenki uczyniły go pełniejszym produktem niż typowi Agenci. Nie są znane dokładne szczegóły jego mocy, ani możliwości, pewne jest natomiast, iż stał się istnym narzędziem masowej zagłady. Strzeż się.
Potężna fala uderzeniowa wstrząsnęła ulicami, gdy Alex Mercer zatrzymał się w końcu, zauważywszy zagradzającego mu drogę Agenta. Miał na sobie skórzaną kurtkę, jasne dżinsy, oraz jasny kaptur, zasłaniający część twarzy. Pokazał wściekłe zęby.
Agent nie przywykł gadać ze swoimi celami. Uniósł karabin agencji i zamierzył przeciwnika. Mercer zauważywszy to, ruszył z niezwykłą prędkością gdzieś w bok, chcąc uniknąć trafienia. Był szybki, lecz agent nie stracił go z celownika.
Padła pierwsza seria. Pociski zagrzechotały za głową Alexa, lecz prototyp przeskoczył zwinnie przez stojący obok wrak furgonetki i reszta magazynka przecięła jej tylne drzwi. Agent ruszył w bok, chcąc dotrzymać wrogowi kroku, gdy nagle Mercer wyłonił się zza kolejnego wraku, rozpoczynając szarżę. Stróż prawa ponowił ostrzał. Alex wyprostował rękę, która zaczęła błyskawicznie zmieniać kształt. Rozszerzyła się, zasłaniając całą sylwetkę złoczyńcy. Organiczna tarcza zatrzeszczała, lecz oparła się całemu ostrzałowi, a Agent skupiony na prowadzeniu ognia nie zdążył uniknąć ciosu rozpędzonej osłony za którą krył się Mercer. Cios był silny, wyrzucił stróża prawa w powietrze z dużą prędkością. Agent zatrzymał się dopiero na betonowej ścianie jednego z pobliskich budynków.
Prototyp wykonał niezwykle wysoki skok i doleciał do powierzchni budowli, po czym zaczął biec w pionie ku dachowi, znikając z oczu.
Powalony Agent zachwiał się wstając, jednak nie miał zamiaru ustąpić. Ruszył szybkim tempem ulicą i spoglądał w górę. Ciemny kształt przemknął gdzieś w oddali. Skręcił w inną ulicę, skorzystał ze skrótu, przemierzył mroczny zaułek, po czym stanął i przymierzył w krawędź kolejnego dachu.
Alex pojawił się tam sekundę później. Już się wybijał, już zamierzał poszybować, lecz refleks Agenta był niezawodny. Pociski jego karabinu pogruchotały betonową podporę dla stóp Mercera, po czym zaczęły go bezlitośnie haratać po całym ciele gdy spadał. Stróż prawa zaczął się poruszać, przerywając ostrzał tylko na dwie sekundy zmiany magazynka, chcąc dopaść przeciwnika jak najszybciej.
Jednak prototyp przetrwał ostrzał, w niezwykły sposób wykonał unik w bok, odzyskał kontrolę nad lotem i zaczął szybować, wspomagając się dziwacznymi kształtami wyrastającymi mu z ciała. Agent zareagował natychmiast. Wybił się i ruszył na spotkanie Alexowi.
Chwilę lecieli obaj ku sobie, każdy z zaciętością czekając na swego wroga.
Gdy się zderzyli, pękły wszystkie szyby w okolicznych samochodach, oraz budynkach, aż po szóste piętra. Walczący okładali się pięściami, aż nie uderzyli w asfalt. Kolejny huk uderzenia, które wykonało pokaźnych rozmiarów krater. Gdy kurz opadł, Mercer stał, jak gdyby nigdy nic, Agent zaś powoli podnosił się na nogi. Zgubił karabin, dał się powalić drugi raz i przeczuwał wyższość przeciwnika.
- Wstawaj! ? krzyknął Alex. ? Kim ty jesteś, by mi stawać na drodze?!
Agent nie odpowiedział.
Nie przywykł gadać ze swoimi celami.
Dobył błyskawicznie swego pistoletu i wystrzelił. Mercer został trafiony w twarz, lecz ledwie się cofnął o krok. Znów wyprostował rękę, a z jego dłoni i łokcia wyrosły ostrza, tworząc groźną broń o kształcie półksiężyca. Agent cofał się, wciąż strzelając, lecz ewidentnie nie to był sposób na Mercera. Prototyp ruszył na stróża prawa. Zamachnął się potężnie, przecinając szeroko powietrze.
I tylko powietrze.
Agent uchylił się dołem, spróbował trafić Alexa z bliska i uskakiwał kolejnym zamachom. W końcu wstrzymał atak uniknął łatwych do przewidzenia ciosów i jednym sprawnym ruchem zablokował broń Mercera. Zacisnął boleśnie jego ramie pod pachą i uderzył go pięścią w twarz. Gdy prototyp już zaczął się wyrywać, Agent puścił go, sięgając w przód dłonią ściskającą mały przedmiot. Pijawka doczepiła się Alexowi do piersi, a gdy Mercer cofał się, eksplodowała niespodziewanie.
Agent skoczył w górę, uciekając poza promień rażenia bomby, lądując u wylotu krateru. Wycelował pistolet w dół. Zwykły człowiek czekałby, aż dym rozwieje się całkowicie, jednak on szybko zaczął strzelać dostrzegłszy ruch. Mercer bardzo szybko się pozbierał. Wyłoniwszy się zza mrocznej zasłony, prototyp unosił już groźne pazury, w które zamieniły się jego własne dłonie. Rozpoczął natarcie na Agenta.
Stróż prawa wykonał błyskawiczny skok, unikając szerokich zamachów, przelatując nad wrogiem. Alex wymachiwał groźnie pazurami, pokonując dzielący ich dystans. Agent wycelował pistoletem między oczy Mercera, jednak ten, po przyjęciu pocisku na twarz uderzył ostrzami, wytrącając mu broń.
Wykorzystał ostatnią szansę. Zacisnął pięści, wybił się i wykonał potężne kopnięcie z półobrotu. Mercer trafiony runął w tył i rozbił asfalt ulic.
Agent ruszył w tył i skoczył najwyżej jak umiał. Chwytał się parapetów, krawędzi i piął się ku górze. W końcu dotarł na sam szczyt, stając ze spokojem po środku dachu.
Tak jak się spodziewał, prototyp już biegł po pionowej ścianie budynku, na spotkanie z nim. Wyłonił się zza krawędzi, potężny i groźny, z młotami zamiast rąk.
Niepokonany.
Agent idealnie wymierzył moment, by uderzyć jeszcze raz swym kopnięciem. Powalił przeciwnika, aż jego ciężkie pięści rozbiły powierzchnię dachu. Stróż prawa ruszył, by uderzyć zanim wstanie, lecz Mercer był szybszy. Powstał i rozłożył ręce, chwytając Agenta, przygniatając go do ziemi. Wymierzali sobie ciosy, aż w końcu się rozdzielili, ponownie zderzając we siły w skokach.
Niespodziewanie Agent się ugiął. Runął w tył, w objęciach Mercera, spadając coraz szybciej z wysokiego budynku.
Uderzenie było głośne. Niezwykle głośne i trwale zdeformowało całe skrzyżowanie. Gdy dym opadł, stała tylko jedna postać.
Alex Mercer spojrzał na rozerwany mundur Agenta, na rany zadane pazurami, na krwawiącą twarz bez wyrazu. Odszedł, nie wypowiedziawszy ostatniego słowa.
Prototyp wyprowadzony z równowagi przez nieprzewidziane trudności, odwrócił się i ruszył ku wysokim dachom, by kontynuować swą gonitwę.
***
Podziemia Twierdzy zatrzęsły się, gdy kolejny klon obudził się ze zszokowanym wyrazem twarzy. Oddychał ciężko, nierówno łapiąc powietrze. Bez słowa chwycił idealnie złożony w kostkę mundur i ruszył ku zbrojowni i garażom.
Jego cel przemierzał Korytarz.
***
Przemierzone dachy liczył krokami. Dach, krok, parapet, krok, ściana, krok, krawędź, krok, druga strona ulicy. Alex Mercer pędził przed siebie, z determinacją chcąc odkryć sekret swych niezwykłych mocy, chcąc odnaleźć pamięć prawdziwego życia, odzyskać nadzieję na pozostanie człowiekiem.
Z rozluźnionymi mięśniami zleciał na sam dół i uderzył z wielką siłą w asfalt. Ruszył już wolniej, unosząc dłoń. Palce miarowo się kształciły. Twardniały niewyobrażalnie, później rosły w długie szpony, to znów się zbijały w wielki młot, wydłużały się w półksiężycowe ostrze, aż w końcu rozrosły się do rozmiarów tarczy.
Mercer spojrzał oczyma w bok i znieruchomiał. Krok w tył, stanął bokiem, tarcza do przodu.
Huknęła w niego kilkutonowa masa, rozbiła jego skórę, porwała za sobą, a za sekundę Alex zniknął pod masywnymi kołami. Ciężarówka Agencji podskoczyła na ciele prototypu, aż zostawiła zmasakrowanego Mercera z tyłu.
W silnikach ciężarówki zagwizdały dopalacze i stalowy behemot wpadł w kontrolowany poślizg. Pojazd skierował się zderzakiem do leżącego Alexa, a Agent wrzucił najniższy bieg.
Wokół Mercera leżały ciemne szczątki jego tarczy. Pogruchotana twarz powoli przestawiała rysy na swoje miejsce, cała kurtka i spodnie były poszarpane. Kilka sekund zabrało mu pozbieranie się, nawet wtedy wielki siniak na piersi wciąż malał. Agent czekał cierpliwie. Alex ze wściekłością rozłożył ręce i wyszczerzył groźnie zęby.
Stróż prawa nacisnął gaz. Silniki zawyły. Ciężarówka Agencji ruszyła niezwykle żwawo, zderzak wycelowany był w prototyp. Agent spodziewał się poczuć kolejne uderzenie, ale przed szybą, ponad maską, zobaczył tylko kawałek nieba. Mercer idealnie wymierzył czas na wykonanie chwytu i uniósł przód ciężarówki w górę. Po jego bokach zawyły groźnie koła, lecz on posuwał się w głąb, unosząc pojazd coraz wyżej.
Niespodziewanie ciężarówka bardziej mu zaciążyła. Agent był na kabinie. Przeskoczył kilkoma susami na przód i spoglądając w dół upuścił granat. Eksplozja przewróciła Mercera, a pojazd poszybował ku górze, stając niemal w pionie. Agent przesunął się w bok i utrzymał balans całej masy tak, że ciężarówka padł powrotem na koła, a on zwinnie przesunął się po niej na maskę.
Odwrócił się. Mercer już wymierzył cios. Stróż prawa uchylił się i chwycił wroga, unosząc go do góry. Szybki zamach i rzut, Alex nie zdążył opanować sytuacji. Prototyp zniknął gdzieś, uderzając w ścianę budynku, grzęznąc wewnątrz.
Agent sięgnął do kabiny i wyjął z niej dwie rzeczy, z czego jedną położył sobie na masce.
Gdy Mercer wyrwał się na ulicę, wśród rozrzuconych cegieł i skruszonego tynku, stróż prawa wystrzelił pierwszą rakietę z bazooki. Ognisty pocisk uderzył idealnie w tors Alexa, przewracając go na ziemię.
Prototyp stracił koncentrację. Nerwy brały górę.
Jeszcze kilka pocisków poszybowało w jego stronę, kolejny trafił akurat, gdy Mercer chciał się podnieść. I zaginął w huku eksplozji, w świetle rozbłysków, w dymie, w pożodze.
Bazooka zamilkła, padła martwa na ulicę. Agent uniósł do ramienia i twarzy ciężki karabin maszynowy i powoli zaczął się zbliżać do przerzedzającego się dymu.
Mercer zdążył wstać. Pędził na Agenta, w jakimś dziwnym stanie przejściowym, z jedną ręką zamienioną w ostrze, jedną w młot, nie wiedząc najwyraźniej jak uderzyć takim zestawem. Stróż prawa bez mrugnięcia okiem pociągnął spust. Ciężkie i wyprofilowane pociski zaczęły uderzać w skórę prototypu i przebijać się w głąb organizmu. Alex zatrzymał się i zaczął się cofać pod naporem serii z karabinu Agenta. Krok w tył, a za chwilę upadek.
Przeklęty magazynek ? przemknęło stróżowi prawa przez głowę.
Zamiast bawić się skomplikowanym mechanizmem odrzucił broń na ziemię i podszedł do wroga. Mercer wykorzystał moment. Rzucił się z impetem na przeciwnika, obejmując go w pasie i porywając z sobą aż na ciężarówkę. Pojazd aż się poruszył pomimo zaciągniętego hamulca. Agent uniósł rękę i uderzył łokciem w plecy wroga. Alex padł na kolano, a jego wróg wyrwał się z uścisku i wyskoczył w tył, aż na maskę samochodu. Mercer ruszył za nim. Zaczęli wymieniać ciosy, Agent na razie się bronił. Wystawiał bloki, zasłaniał się, idealnie wymierzał uniki. W końcu wykonał ostatni. Schylił się, dał ciężkiemu młotowi przelecieć pod głową i uderzył od dołu. Prosto w podbródek. Prototyp wyleciał w górę i spadł boleśnie na ulicę. Poderwał się, znów chwytając ciężarówkę, tym razem przewracając ją, razem z Agentem. Stróż prawa padł na ulicę, ale odskoczył odruchowo w tył.
Widział już tylko swoją ciężarówkę, leżącą na boku. Patrzył jak unosi się ponad głowę Mercera i jak prototyp bierze zamach. Wciąż był spokojny, gdy kilka ton stali leciało prosto na niego.
Rozluźnił palce, wyczekał moment i zacisnął dłonie na zderzaku szybującego molocha. Nie miał szans go zatrzymać, lecz on nie zamierzał. Usunął się w bok, wciąż trzymając, zmienił kierunek ruchu ciężarówki i zakręcił się razem z nią.
Wielki pojazd pomknął z powrotem.
Mercer zdążył tylko otworzyć szerzej oczy. Samochód huknął prosto w niego i wbił się w asfalt, zagłębiając razem z Alexem.
Spokojnie oddychający Agent zbliżył się do ciężarówki i wyrwał ją z ulicy. Nie było ciała.
Wokół zaczęła skupiać się grupa cywili, dotąd poukrywanych w budynkach i zaułkach, teraz czekających tylko na potwierdzenie zwycięstwa.
Agent uniósł dłoń do góry, lecz wśród wiwatów przemknęła mu przez głowę myśl:
Czyżby ciało rozpadało się z chwilą śmierci?
***
Jeden z cywilów nie wiwatował. Odchodził na bok, ze schyloną głową. Nie interesowała go radość innych. Wiwatowali bo się oddalał.
Alex Mercer miał chęć rzucić się na nich i powyrzynać. Lecz teraz nie mógł. Nie był tu bezpieczny.
Musiał uderzyć w centrum swego zagrożenia.
***
Ciężarówka nieźle zniosła walkę. Poniosła wiele uszkodzeń i prawdopodobnie trwale straciła przyspieszenie, choć wciąż była szybsza od większości osobówek tego miasta.
Stalowy potwór zjechał na platformie w głąb garażu.
Ciężki sprzęt został stracony na misji, ale korzyści płynące z jego wykorzystania były ważniejsze.
Pozostało odebrać służbową broń krótką i karabin, oraz wracać na miasto.
Wyciągnął rękę po sprzęt?
Czerwony blask i gwizd alarmu zatrzymał jego dłoń w połowie drogi.
Alarm? W środku Twierdzy?
Sygnał ogłaszający zagrożenie wewnętrzne grzmiał pierwszy raz w fortecy Agencji.
Na dole.
W komnatach klonów.
***
Eksplozja rozerwała kapsułę. Płyny hibernacyjne rozlewały się po całych podziemiach, szkło pękało, a ciała namnożonych Agentów rozpadały się w rękach Alexa.
Alexa odmienionego, całego w niemal niezniszczalnym pancerzu, czarnej zbroi, nieprzypominającego swej ludzkiej formy. Uderzał, kruszył i zaciskał palce na gardłach wiotkich ciał. Opróżniał miarowo komory.
Mercer niedługo dopnie swego.
Niespodziewanie sufit pękł i przez dziurę ktoś wpadł. Agent ? wróg prototypu.
Ogarnął zniszczenia wzrokiem, szukał ciał strażników, rozglądał się za brakującymi klonami.
- Nie ma ich ? powiedział wyraźnie Alex.
Rozluźnił skamieniałą dłoń i znów zacisnął pięść.
- Mam wszystkich tutaj.
Agent pierwszy raz się skrzywił. Skoczył ku Mercerowi, chcąc go powalić na ziemię. Niestety prototyp był równie szybki i zastawił się przed chwytem, wyprowadzając kontratak.
Walczyli tak, nie zważając na walące się otoczenie. Grzmoty ich ciosów rozbrzmiewały na całej przestrzeni i niosły się daleko w przestrzeń. Wymiana ciosów ciągnęła się, uderzenia padały, nikt już nie blokował. Żaden z walczących nie pozostawał dłużny wrogowi, starcie zmierzało do nieuchronnej kulminacji.
Agent zaczął się cofać. Jego programowanie nie przewidziało takich obrażeń. Mercer był istnym monstrum.
Sekunda opadania gruzu pomiędzy nich, była dobrym pretekstem, by odskoczyć od przeciwnika. Wszystko zaczęło się walić, struktura Twierdzy była zdecydowanie zagrożona.
Agent potknął się, wstawał powoli, gdzieś tam z tyłu słyszał Mercera zajętego poszukiwaniami. W końcu, stróż prawa wyciągnął rękę i dotknął panelu jednego z klonów.
Popełniał niemal samobójstwo.
Cios w przycisk i umieszczenie komory śluzie było dość głośne. Alex znalazł go bez problemu.
W swej zbroi dopadł Agenta, uniósł wysoko? lecz jego wróg nie wyrywał się. Przypominał w tej chwili inne klony, pomimo ubranego munduru.
Zwycięstwo.
Zacisnął palce, rozrywając szyję wroga i wchłaniając go. Delektował się tym najdłużej jak mógł.
Twierdza chyliła się ku upadkowi. Fundamenty były krytycznie uszkodzone. On jednak spokojnie się odwrócił i spojrzał na resztę Agentów. Pomimo sypiącego się gruzu, ruszył naprzód, nie mając zamiaru pozostawić żadnego potencjalnego zagrożenia.
A niedługo?
***
Uszczelniona komora runęła do oceanu. Wyposażona w wytrzymałą baterię zagłębiła się w wodnych odmętach. Gdzieś ponad powierzchnią, niezdobyta niegdyś Twierdza runęła na oczach całego miasta.
Agencja przestawała istnieć.

0 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Brak komentarzy do wyświetlenia.