NecroVisioN: Lost Company
Nie oszukujmy się. Prawdopodobnie najbardziej oczekiwany polski shooter 2009 roku okazał się być produkcją mocno średnią, o której wszyscy już prawie zapomnieli. Bezpośrednio po premierze NecroVisioN planowano wydać także dodatek, jednak zaniechano pracom nad nim ze względu na szalejący kryzys ekonomiczny. Teraz temat powrócił i ewoluował, bowiem w lutym będziemy mogli zagrać w NecroVisioN: Lost Company, który jest oficjalnym prequelem pierwszej odsłony serii. A zapewniam Was ? z pierwszych oględzin gry w akcji stwierdzam, że The Farm 51 odrobiło lekcje i dopracowało to, co wcześniej irytowało graczy i redaktorską brać. Słowem ? będzie solidniej!

Więcej i lepiej
Tak jak poprzenio, Przeklęta Kompania będzie czystej maści pierwszoosobowym shooterem z krwistą domieszką slashera. Nie zmieni się także otoczka naszych działań ? wciąż mamy do czynienia z Pierwszą Wojną Światową. Pokierujemy jednak poczynaniami innej postaci. Tym razem protagonistą będzie niemiecki żołnierz, który pod koniec naszej przygody z dodatkiem pozna swoje przeznaczenie i stanie się pierwszym Nekromantą. A jak pewnie większość z Was pamięta, to on ginie w pierwszej części z rąk Simona Buknera, bohatera poprzedniej odsłony. Poznamy zatem jeszcze bardziej tajemniczą i mroczną fabułę oraz motywy człowieka, który jako pierwszy zapędził się pod ziemię, by walczyć z demonami i wampirycznymi przeciwnikami z piekła rodem, a skończył jako nikczemnik, odpowiedzialny za rozprzestrzenienie się plugawej zarazy.

Jak prezentuje się model rozgrywki? Jest on bliźniaczo podobny do tego, co mieliśmy okazję poznać przy zagrywaniu się w NecroVisioN. Jesteśmy zatem przygważdżani zewsząd nacierającymi żołnierzami-nieumarłymi (z początku) i bardziej wymyślnymi stworzeniami (później), a naszym zadaniem będzie oczywiście przetrwać, czasem wykonując jakieś zdania poboczne, kluczowe i niezbędne do posunięcia fabuły naprzód. Tym razem jednak twórcy doszli do całkiem słusznego wniosku, iż rzucenie protagonisty samotnie w gąszcz kolejnych fal przeciwników nie zawsze popłaca. W Przeklętej Kompanii częściej towarzyszyć nam będzie sztuczna inteligencja, pomagając niejednokrotnie w podbramkowych sytuacjach. Trzon gameplay?u jednak nie uległ zmianie ? nadal mamy do czynienia z oldschoolowym FPS-em, wzbogaconym przez autorów o wiele nowych ?ficzerów?.
Twórcy zapowiadają dziesięć nowych etapów wypełnionych po brzegi intensywną akcją i sowitą porcją posoki. Odpowiadać ma za to również wzbogacenie inwentarza o sześć broni, w tym między innymi pistolety na flary, efektownie podpalające zombiaków, czy niemieckie ciężkie karabiny maszynowe (nie zabraknie także bardziej ?fantastycznych? giwer znanych z przygód Buknera, pokroju ShadowHandu). Pojawią się także dodatkowe combosy, które mają za zadanie efektownie i efektywnie wspomagać nas przy ukatrupianiu kolejnych porcji lekko nadgnitych żołnierzy i nieco bardziej demonicznych stworów.

Zwiększyć się ma także zróżnicowanie poziomów. Poza standardowymi etapami, gdzie będziemy przemierzać rozbudowane i często przeogromne plansze, czeka na nas także kilka urozmaiceń w postaci pokierowania czołgiem FT17 oraz wzięcia udziału w bitwie powietrznej za sterami samolotu Halberstadt CL.II. Nie zabraknie również znanych i lubianych z poprzedniej części mechów, które wykorzystamy najprawdopodobniej do walki z bossami (ogromne trolle, jeszcze większe smoki). Tych raczej nie powinno zabraknąć, gdyż robiły furorę zarówno w NecroVisioN, jak i wcześniej w dwóch odsłonach oryginalnego Painkillera od People Can Fly.
Tak jak w przypadku poprzednika, otrzymamy możliwość rozgrywki w gronie innych graczy. Twórcy szykują dla nas unikalny tryb Gas Attack, o którym jednak nie ma zbyt dużo udostępnionych informacji, oraz trzy nowe mapy dedykowane miłośnikom e-gamingu.

Przeklęta Kompania korzysta z tego samego silnika, co swój starszy brat, zatem możemy być niemal pewni dobrze wykonanej oprawy technicznej. Zgodnie z zapewnieniami panów z The Farm 51, zaimplementowano kilka nowych efektów i udogodnień, wśród których należy wyróżnić obsługę nowszych shaderów, głębię ostrości i lepszej jakości dynamiczne cienie. Ponoć znacznie załagodzono problem optymalizacji polskiego produktu (co było dość poważną wadą pierwszej części), jednak faktyczną wartość tych zapewnień poznamy dopiero po oficjalnej premierze gry.
Nowy rozdział?
Wszystko to prezentuje się pięknie na piśmie, jednak z tego co miałem okazję ujrzeć, Lost Company prezentuje się o klasę lepiej, niż swój starszy brat. Przede wszystkim nie ma już tak bardzo chaotycznego charakteru, nadal kipi klimatem Pierwszej Wojny Światowej, w dodatku oprawa techniczna nie zawodzi. Jednakże o faktycznej jakości nowego tworu gliwickiego studia dowiemy się już w lutym!

3 komentarze
Rekomendowane komentarze