Blacksite: Area 51
Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze. Tak oto w skrócie można podsumować Blacksite: Area 51 ? grę, którą zapowiadano jako świeżą i innowacyjną produkcję, nawiązującą do wcześniej wydanego Area 51. Niestety, developerzy z Midway Games tym razem srogo się przeliczyli, wypuszczając na rynek niedopracowany, zabugowany i wtórny tytuł. A mogło być przecież tak pięknie...

American style
Blacksite: Area 51 to kolejny, nudny, liniowy i powtarzalny pierwszoosobowy shooter. I choć pierwszych kilkanaście minut rozgrywki prezentuje bardzo dobry poziom, o tyle później możemy zauważyć wyraźną tendencję spadkową. Rzeczy, które z początku zachwycały i zadziwiały, pod koniec denerwują i irytują. Rzekłbym nawet, że za słabe opinie wśród redaktorskiej braci odpowiada przede wszystkim niezadowalająca oprawa techniczna (pomimo wykorzystania Unreal Engine 3, silnika fizycznego Havok i technologii AI Implant). Wielka szkoda, gdyż pozostałe elementy wypadły całkiem znośnie, co by nie powiedzieć nawet przyjemnie.
W Blacksite wcielamy się w postać Aerana Pierce?a, członka elitarnej grupy Delta Force, a całość ucieka się do kolejnej linii fabularnej z cyklu ?eksperymenty biologiczne w Strefie 51?. W prologu wysłani zostajemy wraz z drużyną do Iraku, w celu przeszukania podziemnego kompleksu. Rząd podejrzewa bowiem, iż znajduje się tam broń masowego rażenia, a że akurat Stany Zjednoczone Ameryki są mocno przewrażliwione na tym punkcie, interwencja była nieunikniona. Niestety, zamiast atomówek odkrywamy tam dziwne ?coś? pochodzenia pozaziemskiego. I nie powiem, właśnie irackie etapy to zdecydowanie najjaśniejszy punkt Blacksite. Wymiany ognia z ludzkimi przeciwnikami są odpowiednio satysfakcjonujące i wymagające, w dodatku oczy cieszą niezłe projekty miejscówek. Optymizm kończy się wraz z pojawieniem się pierwszych mutantów, których dosięgło jakieś dziwne promieniowanie. Raz, że praktycznie nie trzeba się zbytnio wysilać, by ich pokonać, a dwa ? ich model postaci jest wprost tragiczny! Od tego momentu mamy wrażenie zdecydowanego zatracania się jakości gry, jednak to, co najgorsze, dopiero przed nami.

Po kilkunastominutowej eskapadzie na Bliskim Wschodzie przenosimy się w czasie o dwa lata do przodu, do miasteczka Rachel. Okazuje się bowiem, że robalopodobne stworzenia w mgnieniu oka zalały cały obszar wokół słynnego Area 51. Towarzyszący im radykałowie z całkowicie zaskakującym napisem U.S.A. na kombinezonach (Amerykanie zabijają Amerykanów?) nie są także zbyt przyjacielsko nastawieni do naszego oddziału. Naszym priorytetowym zadaniem, zleconym zresztą odgórnie, jest dotarcie do wspomnianego wcześniej miasta, by dowiedzieć się o co w tym wszystkim się rozchodzi. I faktycznie, od Rachel bije klimatem ? ulice są wyludnione, wszelkie sprzęty pozostawione tak, jak gdyby przed chwilą przechodził tędy huragan. Nic, tylko głucha cisza, w oddali słychać co jakiś czas wybuchy i strzelaniny. Wszystko to ponownie rozbudziło u mnie nadzieję na naprawdę kawał soczystego shootera. Do czasu, aż pojawili się najeźdźcy z kosmosu. Nie wiem, po prostu autorzy przygotowali bodajże 4-5 rodzajów odrażających (chyba tylko brzydotą wykonania) karaczanów, ale w taki nieudolny sposób, że głowa mała. Co innego zaś, gdy na placu boju po raz pierwszy zjawią się bossowie ? ogromni przedstawiciele tej samej rasy, którzy zrzucani są z przestrzeni pozaziemskiej. Powiem tak: do poziomu Lost Planet czy Painkillera jest oczywiście daleko, jednakże potyczki z wielkimi kreaturami na pewno wyszły zdecydowanie lepiej, aniżeli bezwiedna eksterminacja mięsa armatniego, które nie dość, że nie potrafi się bronić, to i z uśmierceniem naszego bohatera ma problem.
Akurat tak się składa, że obojętnie co nas atakuje, zawsze koncentruje swoją uwagę na postaci gracza, mimo że praktycznie zawsze towarzyszy nam co najmniej dwóch innych żołnierzy. Z drugiej strony, trochę się temu nie dziwię. Midway Games chlubiło się przed premierą rewolucyjnym systemem AI Implant, które ponoć miało zapewnić odpowiednio dobre zachowania partnerów Pierce?a. Miało. Niestety, nasi podkomendni najchętniej chowają się za szturmującym graczem, a jeżeli już przedstawiają swoje ołowiane argumenty, są one po prostu zbyt słabe, by nawet pokonać najsłabszego aliena. Tak naprawdę pozostali przydają się jedynie do taktycznego otwierania drzwi ? niezwykle trudnej i złożonej czynności, której do tej pory Pierce się nie nauczył. No, czasem także można posłuchać ich dialogów, bo z niektórych można się całkiem dużo dowiedzieć o preferencjach politycznych i sądach na temat wojen USA. Wielka szkoda, że podczas walki towarzysze broni nie pomagają nam choćby w dostateczny sposób, gdyż stworzono postacie o silnych, wyróżniających się charakterach, co dobitnie możemy usłyszeć we wspomnianych kwestiach dialogowych.

Na okładce widnieje także zapewnienie twórców o niezwykle intuicyjnym systemie sterowania naszą brygadą i dynamicznym mechanizmie zmiany morale. Faktycznie, intuicyjnie jest ? obsługa polega na pompowaniu jednego klawisza przez całość trwania rozgrywki. Zaś co tyczy się postawy naszych kamratów w walce? Cóż, drużyna może mieć wysokie lub niskie morale i związane jest to tylko i wyłącznie ze skutecznością strzelania Pierce?a. Ponadto nie dostrzegłem wyraźnej różnicy w sposobie zachowania między tymi dwoma poziomami. Pewnie dlatego, że całą robotę musiałem spędzić na własne barki i powyrzynać samodzielnie wszystko, co się ruszało i miało (najczęściej) więcej niż dwie kończyny dolne. Czyli można podsumować, że to po prostu chwyt reklamowy i pic na wodę. Na tym polu mamy wyraźną klęskę.
Pomiędzy kolejnymi sekwencjami charakterystycznymi dla shooterów, czekają na nas dość (niestety...) częste przerywniki w postaci jazdy Humavee oraz zasiadania za karabinem maszynowym podczas lotu helikopterem. O ile te drugie wcale nie są męczące i potrafią zrelaksować, o tyle prowadzenie terenówki w Blacksite to istny koszmar! Sterujemy myszką, ale pojazd i tak potrafi nie posłuchać woli gracza. Co więcej, silnik fizyczny Havok przestaje w tym momencie funkcjonować, gdyż amerykańska terenówka odbija się od niezliczonych niewidzialnych przeszkód, które mają ograniczać trasę do jednej właściwej, a przy okazji wywołują bezgraniczny uśmiech i poczucie politowania ze strony osoby grającej. Kto by pomyślał, że jeszcze teraz twórcy będą korzystali z niewdzięcznego mechanizmu, pozbawiającego resztek swobody? Niestety, to nie koniec. Kiedy nasz samochód ulegnie zniszczeniu, wystarczy przebiec kilkanaście kroków, by odnaleźć kolejny! Przecież przy każdej szosie stoi Humavee z karabinem maszynowym na dachu, prawda? Paranoja sięga tu zenitu.

Kiedy odechciewa nam się kontynuować dalszej przygody z Blacksite okazuje się, że dość szybko trafimy do... finalnej miejscówki! Tutaj niestety nie zaznamy doskonałości Unreal Engine?u 3 z błahego powodu ? Midway Games nie potrafiło odpowiednio wykorzystać tego silnika graficznego. O ile Irak prezentował się bardzo dobrze, o tyle do im ciemniejszych lokacji docieramy, tym mamy większe wrażenie ogólnej brzydoty. Pozwólcie, że nie skomentuję ostatniej walki z bossem, ponieważ absolutnie mnie ona zawiodła. Nie ma tam nic z epickości, dramaturgii czy wodotrysków graficznych. Model pojedynku i jego otoczenie przypomina w dużej mierze Unreal Tournament. Powiecie, że to powinna być zaleta. Powinna, niestety nie jest...
Wątpliwa jakość
Jak już wspominałem powyżej, Blacksite napędzany jest przez trzecią odsłonę Unreal Engine. Otwarte przestrzenie wyglądają naprawdę przyzwoicie, czego niestety nie można powiedzieć o miejscówkach wewnątrz jakichś budynków. Jest zwyczajnie za ciemno, by można było doszlifować oprawę wizualną. Wspomnieć także należy o wszelkiej maści błędach, związanych przede wszystkim z lenistwem i niedopatrzeniami programistów. Po śmierci przeciwników dość szybko i w niewyjaśnionych okolicznościach zanikają ich ciała, jednakże pozostawione przez nich na placu boju bronie w jeszcze bardziej tajemniczy sposób lewitują nad ziemią. W pewnym momencie moim oczom ukazała się pozioma płaszczyzna, składająca się z co najmniej setki karabinów. Wyglądało to komicznie, choć myślę, że twórcom do śmiechu nie było, kiedy odkryli owy bug (niestety już po premierze). Warto także podkreślić tragiczny model jazdy oraz przezroczyste ściany, które ?zabezpieczają? przed potencjalnym zboczeniem z głównej trasy. Wszystko to składa się na jedną z najbardziej niedopracowanych i ?odwalonych? warstw technicznych przełomu 2007 i 2008 roku.

Dźwięk prezentuje się niewiele lepiej. O ile dialogi naszych kompanów wypadają na tle całości bardzo dobrze, o tyle wielka szkoda, iż Pierce nie odzywa się podczas akcji nawet jednym słowem! Reszta to stany średnie, ani soundtrack, ani odgłosy pola walki nie zapadają w pamięć na dłużej, niż pięć sekund.
Zmarnowany potencjał
Blacksite: Area 51 posiadało ogromny potencjał i zadatki na bycie prawdziwym hitem wśród pierwszoosobowych strzelanin. Niestety, błędy techniczne i niekonsekwencja wykonania spowodowały zauważalny spadek formy gry z każdą godziną. Ja jeszcze bardziej jestem zawiedziony, ponieważ z utęsknieniem czekałem na odpowiedni sprzęt do uruchomienia tego tytułu. Jakże wielkie było moje rozczarowanie, kiedy z początku pierwszoligowiec, okazał się miernym drugoligowcem na końcu...
Zalety:
+ niezły klimat
+ Irak
+ dialogi towarzyszów broni
+ walka z ludzkimi przeciwnikami
+ pojedynki z bossami...
Wady:
- ... poza tą ostatnią
- błędy techniczne i liczne bugi
- niewykorzystany potencjał silnika
- sztuczna inteligencja zawodzi
- zbyt słabi obcy
- model jazdy
- szwankująca na każdym kroku fizyka
- nie działający odpowiednio system morale
- 15 gigabajtów na dysku!?
Ocena: 5+/10

0 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Brak komentarzy do wyświetlenia.