Wolfschanze II
Nie takiego obrotu sprawy sobie życzyliśmy. City Interactive, po rzekomej zmianie strategii wydawania nowych gier, zanotowało niestety tendencję spadkową. Ich najnowszy shooter, Wolfschanze II (sequel ?osławionego? i wręcz legendarnego z powodu swoich epickich bugów tytułu, znanego u nas jako Wilczy Szaniec), ma się nijak do Code of Honor 3, który faktycznie wyróżniał się jakością wykonania. Na dobrego FPS-a z czasów drugiej wojny światowej zatem sobie jeszcze poczekamy, choć nie można też powiedzieć, że to największa kaszanka w historii...

Nuda, nuda, NUDA!
Wolfschanze II to, a jakże, kolejny nudny, monotonny, liniowy pierwszoosobowy shooter, któremu wtóruje dramatycznie nieciekawa fabuła i całkiem niezła oprawa techniczna. I choć ma swoje naprawdę potężne wady, które już z początku powinny go dyskwalifikować, okazuje się nawet strawnym produktem dla tych, co chcą jedynie niczym nieskrępowanej eksterminacji w porcjach kilkunastu bądź kilkudziesięciu minut dziennie. To jednak także nie jest już tak jednoznaczne, wszelkie niedopowiedzenia i kwestie sporne postaram się pokrótce przybliżyć w dalszej części tekstu.
Na pierwszy ogień idzie historia, która, nie oszukujmy się, jest zwykłym pretekstem, dla którego strzelamy do wszystkiego, co ma dwie nogi i się rusza. Naszym bohaterem będzie Michaił Nikolajew, agent rosyjskiego wywiadu, który został wytypowany do infiltracji Wilczego Szańca, prywatnej kwatery samego Adolfa Hitlera. W trakcie rozgrywki nasz główny cel się stopniowo zmienia, lecz sam schemat fabularny przypomina mi nieco Akcje Dywersyjne, tytuł z cyklu Mortyr. Czyli musimy zniszczyć broń, mogącą zmienić losy wojny. Jakież to powtarzalne i już po prostu nużące...

Na samym początku jesteśmy świadkami epickiego intra, trwającego może dziesięć piekielnie długich sekund. Widzimy, jak Michaił przekrada się do pociągu. Po chwili z niego wysiada, co wywołuje u gracza poczucie zdezorientowania i ogólnego wewnętrznego ?ocb??. Nic bowiem nie jest nam przedstawione tak, jak być powinno. A jeżeli do tego dodamy koszmarnego narratora w trakcie przerywników, który czyta po angielsku, ale usilnie stara się wtrącić rosyjski akcent, to aż odtrąca nas od monitora. Między innymi dlatego nie zwracałem prawie żadnej uwagi na obecny stan fabuły ? bo i po co? Tutaj chodzi przede wszystkim o przejście z punktu A do punktu B, zabijając przy tym wszystkich faszystowskich oponentów i pozostając jednocześnie przy życiu. Ni mniej, ni więcej.
Jako że Wolfschanze II to produkt ze stajni City Interactive, naszym jedynym zajęciem jest tu strzelanie. Ten element wypadł znacznie gorzej, niż w przypadku Code of Honor 3. Co prawda mamy różnorodne uzbrojenie (co więcej, każdą giwerą strzela się inaczej) i patenty typu wychylanie się zza winkla czy ślepy ostrzał, o tyle wszystko to traci na wartości, gdy przejdziemy do zachowań niemieckich żołnierzy. I wcale nie chodzi tutaj o ich inteligencję, która nawet prezentuje się znośnie, ale o wybitne oszukiwanie i kanciarstwo ze strony komputera. Nie zdziwcie się, jeżeli zmarnujecie cały magazynek na któregoś z przeciwników, a on i tak po chwili wstanie, będzie kulał, ale nadal strzelał tak celnie, że nie zdążymy przeładować. Tak ? w tej grze giniemy praktycznie od 2-3 strzałów, podczas gdy Niemcy trzymają się twardo nawet przy porcji ołowiu zdolnej do powalenia słonia. To moim zdaniem niejako gwóźdź do trumny drugiej odsłony Wilczego Szańca, gdyż na normalnym poziomie trudności zbyt często widzimy czerwony, rozmazany ekran, mówiący o naszej klęsce. A jak dodamy do tego piekielnie wytrzymałych oponentów i oszustwa AI, można wtedy wysnuć wniosek, iż nie jest to produkcja dla tzw. ?casuali?, czyli graczy niedzielnych. Jednak trochę ogrania w tym temacie należy mieć.

Dzięki temu zabiegowi, który w zamyśle twórców miał zapewne podnieść poziom trudności, sama walka straciła na dynamizmie. W Wolfschanze II bardzo często musimy chować się za osłonami, gdyż każde, nawet pojedyncze wybiegnięcie na ślepo, kosztuje nas utratę ostatnich kilku minut z rozgrywki. Część z Was uzna to pewnie za zaletę, wszak gra może w końcu traci swój idiotyczny gameplay, polegający na wykorzystywaniu taktyki Johna Rambo. Ja jednak uważam, iż produkcje ze stajni City Interactive mają zapewniać przede wszystkim nieskrępowaną rozrywkę (już pomijam jej jakość...). W przypadku Code of Honor 3 mieliśmy do czynienia ze stuprocentowym shooterem, przyciągającym swoją intensywnością wymian ognia i tempem akcji. Wilczy Szaniec zaś każe na siebie czekać. Nim przejdziemy przez jeden budynek, nierzadko jesteśmy zmuszeni do wpasowania się w odpowiedni moment; zajmuje to sporo czasu. Można więc wysnuć wniosek (całkiem trafny!), że Wolfschanze II po prostu nudzi i nie zaskakuje niczym ciekawym, a wręcz odtrąca brakiem tego, co dotąd było największą zaletą budżetowych strzelanek.
Podobny poziom prezentują miejscówki, w których przyjdzie nam toczyć epickie pojedynki strzeleckie. Dlaczego? Ciągle jest ciemno, ponuro, nie widać praktycznie nic, nie ważne, czy jesteśmy akurat w krętych korytarzach, rezydencji magnackiej czy hasamy sobie po mieście. Miało to zapewne stworzyć niepowtarzalny klimat, jednakże rzutuje to tylko i włącznie na problemy z dostrzeganiem przedmiotów nawet z bliskiej odległości. Otoczenie wyróżnia się jedynie swoją oszczędnością i sztucznością, która nierzadko bardzo mocno przeszkadza naszemu bohaterowi w poruszaniu się (wtopione i przyspawane do podłoża przedmioty blokują go). Lokacje wykonano ponoć na wzór autentycznych planów Wilczego Szańca, aczkolwiek trudno jest mi to skomentować z bardzo prostej przyczyny ? na oczy nie widziałem tego bunkra.
Najlepsze ogniwo
Oprawa techniczna to prawdopodobnie największa zaleta Wolfschanze II. Grafika, generowana przez leciwy już silnik JupiterEX, wygląda całkiem przyjemnie. Może nie aż tak efektownie, jak w przypadku Code of Honor 3 (a to głównie dzięki tym nieprzeniknionym ciemnościom...), aczkolwiek naprawdę solidnie. Trochę gorszej jakości cut-scenki niejako odtrącają od dalszego chłonięcia "głębi" fabularnej, ale jak już wspominałem, nie jest to w żadnym stopniu wymagane, by ukończyć grę. Co więcej ? programiści okiełznali w końcu silnik fizyczny, dzięki czemu nie zaznamy ciał w nierealnych pozycjach ani przenikania się przedmiotów. Zdecydowanie na plus!

Na minus należy jednak zaliczyć fatalną optymalizację kodu gry. Na komputerze, który ciągnie większość obecnych gier na wysokiej szczegółowości tekstur w przyjemnym framerate, Wolfschanze II potrafiło przycinać do zawrotnej liczby 10 FPS-ów. Nie próbujcie odpalać tego tytułu na jednordzeniowcach z wymagań minimalnych ? z moich osobistych testów wynika, że płynności nie uzyskacie nawet w rozdzielczości panoramicznej 640x480...
Dźwięk jest zaś... nierówny. Z jednej strony przygrywa dość żywiołowa muzyka, z drugiej strony towarzyszy nam tragiczny voice-acting, przy którym wymiękłem kompletnie. Głos, akcent i cała reszta prezentuje żenujący poziom. Przykładem niech będzie choćby kwestia ?Holy shit! It?s a granade!?, wypowiadana przez Niemców dość często. Nie ma to jak angielski z pseudo-niemieckim akcentem...
Równia pochyła
Po Wolfschanze II oczekiwałem zdecydowanie więcej. Liczyłem na poziom choćby zbliżony do trzeciej części Code of Honor, jednakże srogo się przeliczyłem. Nie polecam kupować, chyba, że ktoś chce powalczyć z super-Niemcami i doświadczyć prawdopodobnie najmniej dynamicznej strzelaniny studia City Interactive.
Zalety:
+ niezgorsza oprawa techniczna
+ różnorodność uzbrojenia
+ ujarzmione skrypty fizyki
+ można postrzelać przez parę godzin
+ cena
Wady:
- optymalizacja
- fatalny voice-acting
- kolejna fabuła z cyklu ?jednoosobowa armia?...
- wątpliwa jakość cut-scenek
- kanciarstwo sztucznej inteligencji
- niewyważony poziom trudności
- mniej dynamiczna i intensywna
Ocena: 4+/10

0 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Brak komentarzy do wyświetlenia.