Ubieranie choinki.
Witam w ten jakże mroźny wieczorek. Śniegu po kolana i nie zanosi się, by przestało padać. Będzie dobrze jak biały puch dotrwa do gwiazdki, o Świętach nie wspomnę. Wróciłem ze szkoły, rzuciłem plecak w kąt, wiedząc, że nie muszę się już uczyć i odrabiać lekcji. Poszedłem do salonu, zjadłem obiad. Za oknem zapadał mrok. Z racji tego, że do świąt zostało już niewiele, zdecydowałem się ubrać choinkę. W tym roku rodzice kupili żywą, mniejszą choinkę, od tej, która była w zeszłym roku. Powód? Przemeblowanie salonu. Brakło dla niej miejsca. Cóż, mówi się trudno. Zszedłem do piwnicy po choinkę, która czekała już od soboty. Wtaszczyłem ją na czwarte piętro i zacząłem przygotowywać do ubierania. Nie powiem, z igieł, które z niej spadły można by zrobić jeszcze jedno drzewko. Próbujemy ustawić ją w jakiś sensowny sposób. Nie chciała ustać na stojaku, wpadłem więc na pomysł by wsadzić ją do wazonu. Tak też zrobiliśmy. Po wielkich trudnościach stoi w miarę pionowo, nie pochylając się. Następna część programu. Oświetlenie. I tu się zaczęło. W pudełku znajdowało się kilka tych chińskich oświetleń z diodami, w których jedna działa za wszystkie, a wszystkie za jedną. Jak zobaczyłem jak te cienkie kabelki są poplątane, od razu odechciało mi się. Z czterech par oświetlenia, tylko jedna świeciła. I to ta, która miała tylko 50 lampek. Cóż, postanowiłem improwizować i założyć to oświetlenie. Choinka nie miała wdzięku. Taka jakaś goła, za mało lampek. Z pozostałymi oświetleniami się nic nie dało zrobić, niestety. Musiałem ubrać się i iść do babci po oświetlenie. Nie chętnie założyłem kurtkę i wyszedłem na ten ziąb. Poszedłem do niej i pożyczyłem to oświetlenie. Nie muszę mówić, że zmarzłem. Po powrocie do domu okazało się, że babcia spakowała nie to oświetlenie. Tak, po raz kolejny musiałem zejść na dół i iść w tą zamieć śnieżną z powrotem. Tym razem było mi raźniej. Dodatkowo został wręczony mi mój kochany piesek. Owczarek niemiecki. Niby. Koło owczarka to on tylko stał. Ale i tak jest kochany. Cóż, założyłem mu obrożę i kaganiec i zszedłem po schodach. Pod klatką dobiegł do drzewka by odcedzić kartofelki. Uwierzcie mi. Ten pies wychodzi od trzech do pięciu razy dziennie na dwór. Tylko co z tego? Z zegarkiem w ręku patrzyłem ile się załatwia. Trzy minuty z haczykiem. Co ten pies ma za pęcherz? No dobra zbiegłem trochę z tematu. Poszedłem ponownie do babci i wymieniłem to oświetlenie. Wróciłem cały w śniegu, bo pieskowi zachciało się wygłupów. Na szczęście ten egzemplarz świecił. Ubierałem choinkę dalej. Dobra, oświetlenie założone, czas wziąć się za bombki. Otwieram jedno pudełko, zakładam. Otwieram drugie pudełko zakładam. Otwieram trzecie pudełko i... I co się okazuje? Że w nim są cztery nie odpakowane oświetlenia. Trochę się zdenerwowałem, że biegałem w ten mróz po dworze z głupimi lampkami, a nowe, nieodpakowane były tuż pod nosem. Pocieszam się, że wyszło mi to na zdrowie. Ale trochę czasu straciłem. Cóż, w końcu ubrałem choinkę i wsunąłem na miejsce, w którym miała stać. Wyszło całkiem nieźle, chociaż jak co roku bombki wiszą bez ładu i składu. Ale kto by na to zwracał uwagę. I znów za niespełna trzy tygodnie będzie żal ją rozbierać... Cóż, jeszcze tylko jeden dzień i ferie. Mam nadzieje, że nie zanudziłem Was tym wpisem. Pozdrawiam i wesołych świąt.

0 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Brak komentarzy do wyświetlenia.