[Opowiadanie] Pustynia
Pustynia. Jak okiem sięgnąć góry, sterty, hałdy? morze złocistego piasku skrzącego się od promieni słońca. I taki widok od czterech tygodni mam przed sobą o każdej porze. Wlokąc nogę za nogą, grzęznąc po kostki w piasku myślę. Myślę jak w jednej chwili człowiek może stracić wszystko? Straciłem dom, rodzinę, przyjaciół? Jedyne co mi zostało to podarte łachmany i niewystarczające zapasy? zbytnio niewystarczające. Gdy wyszedłem z bezpiecznego schronienia, gdy chciałem znaleźć rodzinę, której nie zdążyłem uchronić, zobaczyłem piasek i poza nim nic nie było. Idę tak cztery tygodnie i nie wiem czy jeszcze żyję czy już jestem trupem, nawet nie mam siły się modlić, otwieram tylko i zamykam miarowo spieczone usta. I nawet to nie jest najgorsze. Nie jest najgorszy brak możliwości przeżycia na dłuższą metę, brak celu, brak jedzenia i wody? tylko samotność. Ta świadomość, że być może tylko ty jeden chodzisz po tym globie. Nikt do ciebie nic nie powie, nie zaśmieje się z twojego dowcipu, nie poda ci ręki gdy się potkniesz, nie pomilczy z tobą w marszu? Nikt nie dobije cię gdy będziesz dogorywać w męczarniach, nikt cię nie pogrzebie, nie uroni łzy nad twoimi szczątkami, nie postawi ci krzyża? I tak będzie aż do usranej śmierci. Nie ma tu nic żywego, ani ptaków, ani owadów? nic. Nawet chmury zniknęły. Jaki jest jeszcze mój sens życia? Nie mam dla kogo żyć, bo już prawdopodobnie nikogo nie ma na świecie i nie ma po co żyć, bo też już nic nie ma. Teraz nawet schron, w którym się ukryłem jest już głęboko pod warstwą piasku. Ale prę naprzód. Co mną kieruje? Nadzieja? Samotność? Instynkt? Nie wiem? Jak ludzie ludziom taki los zgotować mogli? Ludzie nie nadają się do budowy cywilizacji. Wszystko wokół siebie niszczymy, a budujemy tylko po to, żeby mieć co zniszczyć. I jakaś siła sprawiła, że ludzie zniknęli. Jestem tylko ja na całej, bezkresnej planecie Ziemi. Idę tak i mimo, że powinienem minąć dwa duże miasta i z milion mniejszych osiedli to nadal widać tylko piach. Nie ma żadnego, najmniejszego śladu cywilizacji. Ani śrubeczki, ani kawałka papieru? Nic. Przystaję na moment. Daję spocząć obolałym nogom. Otwieram ostatnią butelkę, widzę na dnie ostatnie krople. Ostatnie kropeleczki życiodajnej wody na Ziemi, kropeleczki, którymi nie napoiłaby się nawet mrówka? ale mrówek też nie ma. Przechylam butelkę i pozwalam kroplom zsunąć się powoli do mej wyschniętej na wiór gardzieli. Biorę nóż i rozkrajam butelkę żeby wylizać resztki wody? Za późno, już wyparowała. Nie wiem co zrobić z butelką. Gdyby to był park miejski dwa miesiące temu pewnie wyrzuciłbym ją do stojącego nieopodal zardzewiałego pojemnika na śmieci. Być może za parę tysięcy lat jakiś archeolog odkryłby ją i tym samym okrył się zaszczytami i chwałą. Ale już nie ma nikogo kto by nawet spojrzał na nią. Mimo wszystko kładę ją obok na górce piasku. Wyciągam ostatniego suchara. Wkładam go ostrożnie do ust i przeżuwam dopóki ślina nie wypłucze całego smaku. Połykam powoli i ostrożnie zmielone na papkę resztki, aby nie podrażnić gardła. Sprawdzam co mam w plecaku. Kompas, i aparat fotograficzny, nóż leży na mej nodze. Sprawdzam aparat? nie działa. Piasek dostał się do środka, słyszę jak grzechocze pośród mechanizmów gdy potrząsam aparatem. Wobec tego też go odkładam. Wyjmuję kompas? Nie wierzę? Stoi w miejscu. Obracam go, podrzucam, stukam, walę w niego pięścią? i nic. Wskazówka nie rusza się, nie wyznacza kierunku. Nawet to zabrali? Jak mogli?! Zabrać pole magnetyczne?! Nie wierzę? Ciskam go za siebie. Plecak jest pusty? Słońce dochodzi do zenitu. Jest potwornie gorąco, pot leje się ze nie niczym wodospad. Czuję ból w nogach i w głowie. Nagle budzę się?. Leżę na piasku, ale nie widzę plecaka i reszty rzeczy. Czy usnąłem i nieświadomie poszedłem dalej? Patrzę za siebie, śladów nie ma, ale piach mógł je zmyć. Klękam i patrzę w niebo. Nic już nie wiem. Czy ja wariuję? Możliwe? Czuję potworną suchość w ustach, głowa pulsuje od bólu. Ciężko mi oddychać? Padam na pierś, a może nie padam? Nie wiem? Nic nie czuję, nic nie widzę, nie słyszę? Zapadam w mrok, wiem cóż to za mrok? Objęcia śmierci? Umieram samotny pośród wiecznych pustkowi Ziemi? Nawet nie mogę się wykrzyczeć ani wypłakać? Nie mam sił. Nie oddycham, ale mimo to nie boli mnie. Po chwili czuję chłód, przyjemny chłód? Obolałe mięśnie przestają boleć? Cisza? Ciemność?
***
-Ej, Greg, co znalazłeś?!
-Jakiegoś gościa? Poor bastard. Chyba umarł z wycieńczenia.
-Już lecę? Ma coś przy sobie?!
-Nie? Ej, prawie [beeep]ałeś mi w oko tym karabinem!
-Zamknij się, i tak masz twardy plastik w goglach. No popatrzmy?
-Ech? Nic tu po nas? Wracajmy do bazy, głodny jestem, a w ogóle to słońce niedługo będzie w zenicie?
-Może chociaż go pogrzebiemy?
-Nie ma czasu? Pieprznij krzyżyk na piasku butem? Zawsze coś?
-Ale?
-Chodź do cholery?
-No? dobra?

0 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Brak komentarzy do wyświetlenia.