[Opowiadanie] Bunkier vol. 2
Poranek był ciepły i rześki, Łysy zauważył, że mocno zaspał, niemniej odczuł miłe zaskoczenie, gdy przed namiotem, w rozwalonej skrzynce, zobaczył dwa, w miarę dobre, kombinezony EKO-1, sześć paczek liofilizowanej żywności, butelkę wody, pięć magazynków do kałacha i trzy do M4. Dla pewności przejechał nad towarem licznikiem, ale nie zauważył groźnego poziomu radiacji. Zapakował trzy paczki jedzenia i magazynków do plecaka, po czym ruszył do bunkra, do Profesorka, po lekarstwa na drogę. Pobiegł do zniszczonego domu i poszedł w prawo do skarlałych drzew, przeszedł przez stary plac budowy, przelawirował między krzewami i zobaczył niewielkie, szare wejście do bunkra z żelazobetonu. Tytanowe drzwi były w wielu miejscach powgniatanie i czerwone od rdzy. Przekręcił właz trzy razy w lewo i raz w prawo, z niemałym trudem zresztą, i wszedł do środka. Bunkier tonął od gęstej, lepkiej i wilgotnej ciemności. Łysy wyciągnął rękę do włącznika i zaraz ciemności rozwiały się. Poczuł smród znany z apteki, usłyszał ciche zgrzytanie wolno kręcących się wentylatorów, rozejrzał się. Nic się nie zmieniło od jego ostatniej wizyty, pomyślał, i miał rację, jedynie rury ciągnące się przez cały korytarz, pod sufitem, bardziej pordzewiały, zniknęło też kilka większych pajęczyn. Łysy westchnął i pomaszerował schodami w dół, ciągnęły się niemiłosiernie i kiedy stracił już nadzieję na dojście na dno przed końcem dnia, wtem ujrzał znany mu dobrze wyłamany z zawiasów właz. Drzwi na powierzchni były nowe, eksplozja bomby o dwieście kilometrów dalej wyrwała oba włazy, ale tego na dole nikt nie chciał reperować. Poszedł szarym korytarzem prosto, innej drogi nie było. Po bokach było mnóstwo drzwi, żaden ze znanych Łysemu ?obieżyświatów? nie przekroczył progu żadnych z nich, chyba, że umierając na noszach. Łysy zobaczył na końcu korytarza drzwi do pokoiku Profesorka. Zapukał, ze środka usłyszał ciche ?Proszę?, przekręcił klamkę i wszedł. Profesorek podniósł nań zapadnięte oczy. Postarzał się chłop, pomyślał Łysy, biedak, już włosy ma siwe, a dwa razy tylko na wyprawę poszedł. Profesorek rzeczywiście się postarzał, włosy miał białe jak śnieg, twarz przecinały liczne i głębokie zmarszczki, okulary tylko pogarszały wszystko jeszcze bardziej.
-Jak babcię kocham- zakrzyknął chrypliwym głosem Profesorek.-Toć sam stalker Łysy złożył mi wizytę!
-Jaki tam stalker- Łysy machnął ręką i usiadł na malutkim krzesełku naprzeciwko biurka.
-Przyszedłeś na badania? Dawno nie byłeś, a chciałbym zobaczyć jak tam twoje zdrowie.
-Nie, nie jestem na badania, ale moja wizyta ma dużo wspólnego z moim zdrowiem, o które się tak lękasz.
-Ach?- westchnął Profesorek.- Więc idziesz na wyprawę, mówiłem ci żebyś już nie chodził. Po ostatnich wynikach zaniepokoiłem się bardzo, na szczęście nie jesteś nowicjuszem i przynajmniej zabijasz się powoli, ale dawałem ci najwyżej dwadzieścia lat.- rzekł doktor z wyraźnym smutkiem.- Teraz pewnie spadnie to do piątki albo i niżej.
-Nie martw się o mnie Profesorku- powiedział Łysy, chcąc pocieszyć przyjaciela.- Mnie się nic nie stanie jeśli dasz mi teraz leki.
-A daleko idziesz- zapytał lekarz wstając do szafeczki z medykamentami.
-Niezbyt, na Czarne Skały i Żwirową Drogę.
Doktor zamarł, odwrócił powoli głowę na Łysego, jakby nie dosłyszał. Teraz wydawał się jeszcze bardziej stary. Westchnął i wyciągnął z szafki trzy napełnione strzykawki, dwie małe buteleczki i trzy niewielkie saszetki.
-Tu masz to co zwykle, jodek potasu- Profesorek postawił buteleczki na biurku.- preparat wapniowy i leukocyty.- obok buteleczek wylądowały saszetki i strzykawki.- Może chcesz płukankę?
-Nie, płukankę zrobię sobie po powrocie- Łysy zgarnął wszystko do dużej kieszeni, a strzykawki wsadził do plastikowego pudełeczka i schował do drugiej kieszeni.
-Będziesz na siebie uważać?
-To zależy od wysokości nagrody, przecież wiesz- Łysy uśmiechnął się i wstał.- Im większa tym mniej na siebie uważam- uścisnął pomarszczoną dłoń lekarza i wyszedł.
Kiedy dotarł z powrotem do obozu Żyd i Charlie już na niego czekali, ubrani w kombinezony i z całym wyposażeniem.
-Gdzieś ty był? Czekamy z pół dnia.
-Po prezenty- Łysy rzucił Żydowi dwie saszetki, a Charliemu jedną buteleczkę.
-O, dzięki- zawołali obaj i schowali lekarstwa do plecaków.
Łysy ubrał się pośpiesznie, ale dokładnie. Zarzucił plecak na plecy, a mavera zawiesił na rzemiennym pasku, na ramieniu.
-No to co- oznajmił.- Paciorek i w drogę!
Łysy zawsze jak szedł na wyprawę zabierał ze sobą manierkę z czyściutką wódką, nie zdarzyło się nigdy, aby zapomniał zabrać, czy nie napełnił jej. Tym razem nie napełnił, a na dodatek zapomniał.
-Ech, golnąłbym sobie- powiedział zniekształconym przez maskę, basowym, szumiącym głosem.- Niech to szlag trafi.
-Nie rozpaczaj- odrzekł Charlie identycznym głosem.- Po powrocie będziesz sobie mógł całą cysternę wódki kupić.
Wszyscy się zaśmiali, a Łysemu wrócił humor. Lubił wspólne wypady, chłopaki w razie czego zawsze wiedzieli jak go rozbawić. Trójka szła gęsiego, jak wataha wilków, stąpając dokładnie po swoich śladach. Pierwszy szedł Żyd z licznikiem Geigera w dłoni, trzymał go daleko przed sobą, za nim szedł Łysy, z karabinem w pogotowiu i rozglądał się dokładnie od czasu do czasu, na końcu szedł Charlie też z dozymetrem, ale blisko przy sobie. Wszyscy usłyszeli trzeszczenie, Łysy jak na komendę krzyknął:
-Stać!- wszyscy stanęli w pół kroku jak wryci i nawet się nie poruszyli, nawet nie drgnęli. Przed nimi leżało rumowisko kamieni obrośnięte trawą, mogli je wyminąć z lewej, w kierunku fabryki albo z prawej, w kierunku starych maszyn rolniczych i wzgórz.
-W lewo zwrot, dozymetry daleko na prawo!
Grupa skręciła, a Żyd i Charlie oznaczyli plamę promieniowania z lewej strony. Liczniki przestały trzeszczeć, gdy zbliżyli się do zabudowań fabryki. Z tego co od miejscowych dowiedział się Łysy, była tu kiedyś fabryka śrubek i małych, metalowych części. Weszli przez otwarte drzwi hangaru, w środku była nawet jasno, liczne dziury w suficie, ścianach i oknach wpuszczały do środka dużo światła. Teraz Łysy wyprzedził Żyda i poprowadził grupę do progu, jedynie wykrzywione, zardzewiałe zawiasy świadczyły o tym, że kiedyś stały tu drzwi. Ściany były pokryte kafelkami, gdzieniegdzie zerwanymi. Podłoga była z czarnego jak smoła betonu. Zobaczyli przed sobą szerokie okno, a obok metalowe schody prowadzące w górę. Weszli ostrożnie, aby konstrukcja się nie zawaliła, przeszli przez kolejny próg i znaleźli się na dachu. Dach był jak najbardziej zwyczajny, pokryty papą i smołą, w wielu miejscach podziurawiony. Tuż przy kominie zauważyli niemały szałas z dachem z falistej blachy, podparty rurami. Pod nim były dwa drewniane posłania oraz przerdzewiała, czarna od węgla, beczka. Usiedli, Łysy zajął się podpalaniem szczapek drewna w beczce, a tymczasem Charlie i Żyd szykowali skromny posiłek. Były to między innymi warzywa i mięso, wraz z pieczywem zlepione w coś w rodzaju bułki, kilkucentymetrowy termosik wypełniony wodą i mała tabliczka czekolady. Podgrzali ?bułkę warzywną?, jak to nazywali, nad ogniem i jedli, każdy po jednym gryzie, popijając wodą.
-Ile już idziemy- zapytał Charlie i zjadł ostatni kawałek ?bułki warzywnej?.
-Trzy godziny, plus minus czterdzieści minut.
-A daleko do tych Czarnych Skał? Hę, Łysy?
Łysy dumał, nie powiedział nic, tylko odkręcił buteleczkę z jodem potasu w płynie i wypił wszystko jednym haustem. Płyn miał obrzydliwy smak, według Łysego smakował jak trociny wymieszane z błotem i krowim łajnem, polane psim moczem, ale w tym wypadku każdy miał inne skojarzenia.
-Osiem kilometrów i sześćset dwa metry jak mnie pamięć nie myli.
Przez prawie cztery godziny uszli ledwo pięć kilometrów, ale to było nawet normalne, bo Łysy był ostrożny i kazał omijać nawet najmniejsze plameczki promieniowania. Chmury burzowe zakryły słońce, zrobiło się ciemno. Kompania zjadła czekoladę i Łysy oznajmił, że czas wyruszać. Zebrali się szybko i wyszli z fabryki. Musieli założyć maski bo zerwał się wiatr i zaczął podnosić kłęby pyłu. Szli powoli, doszli do lasu, stamtąd zobaczyli jezioro i udali się w jego kierunku. Zalew owy był silnie napromieniowany, woda nie wyglądała jak woda, raczej jak ciemnozielone gluty o konsystencji plasteliny. Na środku była wysepka, a na niej wagon. Przekrzywiony lekko, wyglądał jak ogromna cegła, niemalże brunatny, ze śladami ściekającej z wybitych okien wilgoci. Wbrew oczekiwaniom Łysego jeziorko rozrosło się i zablokowało przejście przez kotlinkę, w jednym miejscu przeprawa miałaby powodzenie, ale to było bardzo ryzykowne, jednakże zawrócenie i wejście na wzgórza, aby obejść bajoro zajęłoby za dużo czasu, a musieli znaleźć schronienie przed zbliżającą się burzą. Łysy podjął szybką decyzję:
-Przeprawiamy się, ale teraz słuchajcie mnie uważnie. Choćby nie wiem co, choćby ziemia się pod wami rozstąpiła nikt nie zbliża się nawet o centymetr do wody, ja prowadzę i za mną idziecie krok w krok. Jasne?!
-Tak jest- odpowiedzieli razem.
Łysy poszedł przodem, trzymając dozymetr nisko. Doszli do urwiska, tuż przy skraju jeziora, stał tam jeden, zawalony budynek. Łysy ostrożnie postępował kroczek za kroczkiem, omijając duże kamienie. Skala na liczniku dawno przekroczyła dwieście radów, a sam dozymetr trzeszczał niemiłosiernie. Nagle Łysy dostrzegł coś w wodzie, coś podobnego widział tylko w programach telewizyjnych o krokodylach. Dwa wyłupiaste ślepia wynurzyły się lekko nad powierzchnię zmulonej wody i wpatrywały się w niego.
-Łysy- zawołał nagle Żyd.-Idziemy czy nie?!
-Tak, tak. Chodźmy!- kiedy Łysy spojrzał znowu na wodę nie zobaczył już ogromnych ślepi. Poszli dalej, niejednokrotnie musieli się podeprzeć plecami o ścianę skalną, aby nie zsunąć się do wody, ale w końcu doszli do domku. Tu byli bezpieczni, ściany chroniły przed promieniotwórczym bajorem. Wyszli tylnym przejściem i znaleźli się na równinie upstrzonej kępami zżółkłych traw, skarłowaciałymi drzewami oraz paroma domami. Nieco dalej bystre oko mogło dojrzeć szczyty Czarnych Skał. Znaleźli w miarę nienaruszony dom i natychmiast rozbili obóz. Ku wielkiej uciesze kompanii w piwnicy leżał spory stos drewna, na szczęście lekko tylko skażony. Rozłożyli posłania wokół trzeszczącego ogniska, a wejście zabarykadowali kilkoma znalezionymi cegłami i częściami mebli. Wypili tylko kilka łyków wody i poszli spać, Żyd został na warcie, ale po jakimś czasie i jego zmorzył go sen. Noc była spokojna, jeśli nie wzięłoby się pod uwagę jęków i kwików dochodzących z daleka oraz grzmotów i dźwięku spadających kropel. Poza tym nie działo się nic niepokojącego.

1 komentarz
Rekomendowane komentarze