Skocz do zawartości

Blog imć Rączki

  • wpisy
    78
  • komentarzy
    196
  • wyświetleń
    58776

[Opowiadanie] Bunkier

Zaloguj się, aby obserwować  
konjel

151 wyświetleń

Od czasów dawien dawnych wpisu nie było żadnego. Otóż jak wiecie leń ze mnie niesamowity i nawet posiadawszy natchnienie nie chce mi się pisać. Aby przerwać nudę załączam tu krótki wycinek mojego starego, niedokończonego opowiadania.

BUNKIER

Prolog

Ziemia rok 2066. Kończące się na świecie zasoby ropy naftowej oraz gazu ziemnego doprowadziło do ogólnego konfliktu. Zjednoczone Państwa Narodu Ameryki przejęły Alaskę, Amerykę Południową oraz Europę. Grupa Krajów Azjatyckich przejąwszy Afrykę, Japonię i Rosję utworzyła linię frontu na zachodzie, w górach Ural, zaniepokojeni równowagą sił i nieruchomością frontu użyli bomb z ładunkiem najgroźniejszych wirusów oraz mutantów bakterii, a następnie broni chemicznej, wszystko odpalane było na wysokim pułapie, aby roznieść śmiercionośne choroby i substancje. ZPNA użyli największej swej siły, ale nie przewidzieli, że zaszkodzą nie tylko wrogowi. 17 sierpnia 2067 roku około 1200 rakiet międzykontynentalnych z głowicami atomowymi zostało wystrzelonych na Eurazję. Rosjanie też mieli rakiety atomowe, obie strony postanowiły zgładzić siebie nawzajem. Opad radioaktywny w latach 2067-2069 był 800 razy większy od opadu z bomb zrzuconych na Hiroszimę, Nagasaki, wybuchu w Czarnobylu i detonacji Bomby Cara razem wziętych. Wojna się skończyła, Azja to podziurawione kraterami pustkowie, a Afryka została przetopiona na szkło, USA to potężne gruzowisko. Ci cywile, którzy mogli, schronili się gdzie się tylko dało, w szybach kopalń, jaskiniach, tunelach metra czy schronach uruchomionych przez rządy państw w trakcie wojny. Niewielu ocalało, choroby, skażenie promieniotwórcze i substancje nie figurujące na tablicy Mendelejewa rozniosły się po całym globie, 30% wyemitowało w przestrzeń kosmiczną. Grupki ocalałych wyszły na powierzchnię w poszukiwaniu żywności, wody i lekarstw. Powoli próbują odbudować cywilizację zmiecioną z powierzchni przez broń ABC?

Rozdział 1

Przez szary korytarz przeszedł pisk kółek noszy oraz kroki. Zza drzwi wyłoniła się grupka ludzi w białych strojach upstrzonych gdzieniegdzie krwią. Na noszach leżał człowiek, a raczej coś co go przypominało, bowiem to dziwne stworzenie było czarne, całkowicie, jak węgiel. Wyglądało jak kawałek skały, nie miało włosów, zapieczone oczy i usta nie otwierały się, pierś nie oddychała, ale to był człowiek.

Doktor Arnold Wallson wciąż nie mógł się nadziwić ludzkiej głupocie, po odebraniu karty ofiary od starszego asystenta udał się szarym korytarzem w towarzystwie szumiących wentylatorów. Spojrzał w górę, tyle razy przechodził tym korytarzem, zawsze był taki sam, szary, cichy, ponury. Ale gdy spojrzał na sufit zawsze był inny, rury były za każdym razem coraz bardziej rude, niedługo się zawalą, tak samo wentylatory, ale one przynajmniej chodziły. Sufit był wręcz czarny, gdzieniegdzie pojawiały się plamki rdzy zdradzając żelbetonową konstrukcję. Pająki uciekały przed ludźmi, bały się ich. Doktor prawie zawsze spotykał tu jakiegoś niechcianego owada, ale nie wyciągnął spreju ze stężoną Lincykronominą, nie spryskał nigdy sześcionogiego, lub ośmionogiego, przybysza, który mógł przenieść w swym organizmie chorobę zdolną zabić cały bunkier w kilka dni. Nie, doktor po prostu nie miał ochoty patrzeć jak stężona w spreju trucizna zabija, a następnie rozpuszcza powoli owada. I tak patrząc na sufit doszedł do końca długiego, szarego korytarza. Otworzył powoli drzwi do swojego gabineciku i zamknął za sobą. Rzucił kartę na burko, spadła obok klawiatury, prosto na stos innych, podobnych kart. Zmęczony lekarz przysiadł na skraju bialutkiego łóżka, jego wzrok skierował się na niebieski ekran monitora, na środku którego widniało okienko z napisem ?Podaj hasło:?. Ekrany w większych bunkrach prawie zawsze na okrągło się świeciły, komputery, wentylatory i wskaźniki elektryczne prawie zawsze działały. Energia geotermiczna, pomyślał, przynajmniej tego nie mogli nam zabrać. Wstał powoli, ociężale, jakby był po nocnej operacji. Starzeję się, pomyślał i usiadł na fotelu, cholera, starzeję się. Wklepał na klawiaturze ?APOKALIPSA ŚWIĘTEGO JANA?, wcisnął Enter i czekał aż system się załaduje. Powitał go ten sam niebieski ekran, szary pasek u dołu i cztery ikonki, ?Karty ofiar?, ?Karty pacjentów?, ?Choroby i leki? oraz jego ulubiona ?Informacje?. Bez namysłu najechał kursorem na ?Karty ofiar? i kliknął podwójnie. Otwarty ekran przypominał tabelę, rubryczki do wpisania danych i małe podpisy. Wziął nową kartę i wpisał wszystkie dane. Przeczytał na głos wszystko po kolei dla pewności.

-Wiek, około dwadzieścia pięć lat? Wzrost, waga? mhm? Data i czas zgonu? Prawdopodobna przyczyna zgonu?

W tym momencie ktoś zapukał, doktor zaprosił do środka i ukazała mu się kobieta. Ubrana w biały strój, z charakterystyczną czapką, siostra Anweldwood, w jednym ręku trzymała styropianowy kubek z kawą, a w drugim plastikowy talerz z pączkiem.

-Kawa dla pana profesorze- powiedziała dźwięcznym głosem i ustawiła wszystko na skraju biurka.-Jak minął dzień profesorze?

-Ach, nienajgorzej, zwłaszcza, że właśnie moja ulubiona asystentka przyniosła mi kawę- odpowiedział z uśmiechem doktor. Siostra Anweldwood zarumieniła się niezauważalnie i życzywszy miłego dna wymknęła się za drzwi. Doktor wiedział, że zdobycie pączka to nie lada wyzwanie, podziwiał ?swoją asystentkę? za niezwykłą zaradność i dar przekonywania. Przyciągnął bliżej oba podarunki, ugryzł pączka i wypiwszy łyk orzeźwiającej, gorącej kawy wrócił do sprawdzania.

-Na czym to ja? ach tak. Prawdopodobna przyczyna zgonu? pro-mie-nio-wa-nie- przesylabował powoli i wpisał w rubryce ?Ewentualna przyjęta dawka? trzycyfrową liczbę, 530 radów.

Łysego obudziło szturchnięcie w ramię. Nie spał od trzech dni kiedy to wyruszył na szukanie ?błyskotek? i chciał się w końcu wyspać, ale nie mógł przez długi tego zrobić czas po lekach przeciwradiacyjnych. W końcu usnął, ale jak się okazało nie na długo.

-Co za skur? a, to ty Charlie-zobaczył nad sobą znajomą twarz chłopaka i od razu zmienił ton.- A cóż się stało, że budzisz mnie z upragnionego snu?

-Jest robota stary- uśmiechnął się Charlie i pomógł wstać kompanowi, był ubrany jak większość nowych, gruby, gumowy kostium z kapturem, na szyi wisiała mu maska przeciwgazowa, a na ramieniu, na rzemiennym pasku, kołysał się kałach. ?Żyd dostał zlecenie od przyjezdnego sprzedawcy.

-A to taka robota?- westchnął Łysy i pocieszył się myślą, że będzie mógł spać do woli po wykonaniu zlecenia.-A co dokładnie?

-Ten przyjezdny, sprzedawca znaczy się, mieszkał tu kiedyś, ale przed wojną wyemigrował. W domu zostawił jakieś ważne dane na pendrive?ie, a jako, że nie zna terenu to potrzebuje kogoś, kto mu to przyniesie.

-Doobra, to idziemy do Żyda?

-No chodź, tylko weź jakąś kasę bo trzeba trochę żarcia kupić.

Łysy nadal nie mógł uwierzyć jak szybko nazwy ?kasa?, ?forsa? i ?pieniądze? całkowicie zmieniły znaczenie. Teraz ?kasa? oznaczała ołowiane pociski do broni. To było raczej ciężkie i trudne do zdobycia, ale dwie firmy wciąż produkowały w Stanach broń i naboje, więc nie było to niemożliwe. Otworzył plecak, wziął jeden magazynek do swojego M4 i wsadził go do kieszeni, następnie wyciągnął nowoczesną maskę strażacką, założył ją i poszli. Minęli kilka, podobnych do jego, namiotów, szarych, brudnych, dziurawych, ale zawsze własnych. Przeszli obok zniszczonego domu i skręcili nieco na lewo, w stronę baru. Bar o przytulnej nazwie ?Świecący Wyszynk? był duży, jak na standardy powojenne oczywiście, sala główna była wielkości dużego salonu, zaraz naprzeciwko drzwi stała duża, przewrócona szafa służąca za blat baru, kilka stołów i nieduże radio to było wszystko co tu stało, po wojnie bardzo trudno było znaleźć nienaruszone krzesło i barmani zabijali się o względy stolarzy. Obdrapane z tynku ściany i podziurawiona podłoga nie obchodziły nikogo. Po prostu, nikt nie miał czasu na przyglądanie się, ludzie w tym barze byli bardzo zajęci, odbywali spotkania ze znajomymi, handlowali, grali w karty, czy po prostu topili swoje smutki w szklance radioaktywnej wódki. Nie inaczej było tego dnia, barman miał pełne ręce roboty, ktoś biedny prosił o ?Radio-wodę?, ktoś przeciętny o piwo w tekturowym kubku, a jakiś bogacz o Drinka Cytrynowego z pieprzem, koniecznie trzeszczącego mniej od otoczenia. Weszli, nikt się tym nie przejął, zdjęli maski, w tym momencie kilku ?obieżyświatów? spojrzało na nich i natychmiast odwróciło wzrok. Sława znacznie ich wyprzedzała, nic dziwnego, jako pierwsi przeszli przez Kwaśne Bajora i dotarli do Magazynu 66, jak ?obieżyświatowi? nazywali przedwojenny, zbombardowany poligon wojskowy, a na dodatek udało im się wrócić w jednym kawałku i to z nie byle jakim towarem, przez tamte dni żyli w luksusie, szastając ?błyskotkami? na prawo i lewo. A nie byle co przynieśli, trzy ?kostki wapienne?, osiem ?lampek śmierci?, pięć ?kocich kłaków? i nawet jednego ?białego klocka?. Teraz ci, którzy chodzili na Białe Tereny i przebywali aktualnie w barze, czując głęboki respekt odwracali wzrok, Łysy był uważany niemal za stalkera, ale jak sam wiedział daleko było mu do tego miana. Weszli więc i skierowali się do stołu, przy którym stał Żyd i rozmawiał z jakimś tęgim mężczyzną w szarym stroju, oprócz czarnej kamizelki. Żyd był niski, Charliemu sięgał do nosa, a Łysemu ledwo do ramion, ale był uzdolnionym technikiem, znał się na komputerach i tym całym pasztecie, o którym Łysy nie miał bladego pojęcia.

-Cześć stary, siemasz Charlie- znajomi uścisnęli sobie dłonie.-A to jest właśnie pan Sugersfoot.- Pulchny sprzedawca był pod wyraźnym wrażeniem doświadczenia, jakie Łysy miał wypisane na twarzy.

-Witam, miło mi panów poznać.

-Dzień dobry.- Łysy niechętnie uścisnął dłoń sprzedawcy, poczuł jak trzeszczą mu kości w ręce, ale nawet nie mrugnął. Nie lubił takich typów, to że mieli nieco więcej szczęścia niż inni dawało im władzę, możliwość manewrowania innymi. Ale z drugiej strony, gdyby nie ci sprzedawcy nie byłoby ?obieżyświatów?, także jakoś znosił ich uśmiechnięte, pulchniutkie mordki.-Mam jeszcze pytanie co do położenia, hmmmm? celu.-usiadł na krześle obok Charliego.

-Mój dom stoi sto sześćdziesiąt kilometrów na południowy-zachód od Nowego Jorku, w mieście Bargound.

-Hmmmm? To będzie gdzieś pomiędzy Czarnymi Skałami, a?- tu przerwał, wiedział, że Czarne Skały da się przejść. Raz nawet tam był ze znajomym, niestety znajomy był durny i poleciał przodem machając dozymetrem jakby odganiał rój wściekłych os, no i wleciał prosto w plamę promieniowania. Na dzień dobry dostał jakieś pięćset radów, a Łysemu tylko trup drogę pokazał. Ale dwa kilometry od wschodniej granicy Czarnych Skał rozciągał się teren znany jako Żwirowa Droga, długi na ponad dwieście, a szeroki na sześćdziesiąt kilometrów pas zawalony tonami zeszklonego piasku i radioaktywnej masy żwirowej, niedaleko były nawet dwa kratery. Łysy krzyknął do barmana, aby przyniósł piwo, a sam oparł czoło na pięści i zaczął myśleć jakie leki trzeba będzie kupić po powrocie, o ile się stamtąd wróci. Barman w tempie szybszym niż mogłoby się wydawać przyniósł tekturowy kubeczek wypełniony jaskrawożółtym płynem ze śladowymi ilościami białej piany. Łysy wypił łyk, i następny, trzeciego nie można było wypić, bo już nie było piwa w kubeczku.-To jest bardzo? osobliwy teren.- podjął znowu.- A my nie mamy ani sprzętu, ani pieniędzy na zakup sprzętu.

-Mogę wam załatwić kombinezony.

-Tu nie tylko o kombinezony chodzi, potrzebujemy lekarstw, żywności i amunicji.

-Lekarstwa- handlarz założył ręce za głowę.- i żywność wam załatwię. Ale dwa kombinezony?

-Wystarczą- powiedział szybko Żyd.- Ja skombinuję coś dla siebie.

-Ale amunicja.. No, to będzie problem. Mam tu znajomego człowieka, kiedyś dałem mu coś co uratowało mu życie, więc może teraz się odwdzięczy.

-No, to mamy ustalone.- powiedział z uśmiechem Łysy.-Wymarsz, jutro, czwarta rano.- już chciał wyciągnąć na stół magazynek jako zapłatę, ale sprzedawca szybko wyciągnął z kieszeni swój magazynek.

-Zapłacę, za siebie też, musiałem spłacić u tutejszego barmana dług. Miło było mi poznać panów.

-Mnie bardziej, do widzenia panie Sugersfoot.- Łysy uścisnął pulchną dłoń i wyszedł razem z kompanami. Oczywiście język Charliego rozkręcił się zaraz po wyjściu z baru.

-Szykuje się niezła kasa- rzekł z niekłamanym uśmiechem.- Widać, że nie byle kto, miał amunicję od M3A.

-Pożyjemy, zobaczymy- odparł jakoś bez przekonania Łysy. Takich zleceń było na pęczki i sprzedawcy płacili za nie marne pieniądze.

Wrócili do obozowiska i rozeszli się, Żyd musiał poszukać czegoś co nadawałoby się na kombinezon, a Charlie pobiegł w sprawie ?ważnych interesów? w bliżej nieokreślonym kierunku. Łysy pomyślał, żeby odwiedzić starego znajomego, doktora Arnolda Wallsona, zwanego przez niego Profesorkiem, ale szybko poniechał tę myśl i postanowił, że pójdzie do namiotu odespać chociaż te parę minut.

Zaloguj się, aby obserwować  


1 komentarz


Rekomendowane komentarze

Gość
Dodaj komentarz...

×   Wklejony jako tekst z formatowaniem.   Wklej jako zwykły tekst

  Maksymalna ilość emotikon wynosi 75.

×   Twój link będzie automatycznie osadzony.   Wyświetlać jako link

×   Twoja poprzednia zawartość została przywrócona.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz wkleić zdjęć bezpośrednio. Prześlij lub wstaw obrazy z adresu URL.

×
×
  • Utwórz nowe...