• Ogłoszenia

    • yojc

      Smugglerki 2017   07.01.2018

      https://forum.cdaction.pl/forum/249-smugglerki/

Uciekający pociąg

  • wpisy
    23
  • komentarzy
    52
  • wyświetleń
    16137

"Ostatni Jedi" - recenzja

Spooky Albert

278 wyświetleń

Gwiezdne wojny. Ostatni Jedi - recenzja

 

Oj, ciekawie zrobiło się po pierwszych pokazach najnowszej części gwiezdnej sagi. Bardzo pozytywne recenzje krytyków filmowych, które pojawiały się jeszcze przed oficjalną premierą "Ostatniego Jedi", zaostrzyły apetyty fanów na najnowsze dzieło Lucasfilmu (opinie, że jest to najlepszy epizod od czasów Imperium kontratakuje były nader częste). Kłopot w tym, że ci ostatni wbrew opiniom, niech będzie, „profesjonalistów”, o filmie wyrażają się w znacznej mierze negatywnie (o czym świadczy chociażby artykuł Papkina: https://www.cdaction.pl/news-52123/gwiezdne-wojny-ostatni-jedi--znakomite-oceny-krytykow-rozezlone-glosy-fanow.html).

 

Sytuacja nie jest oczywiście nowa. W końcu nie pierwszy raz przeciętny widz staje w kontrze do ocen sugerowanych przez słynne czasopisma czy portale internetowe. Wydaje się jednak, że już świeżo po premierze Ostatniego Jedi z łatwością można dostrzec, co stoi u progu owego antagonizmu.

„Hollywood jest jakie jest” – wzdychamy, mając zwłaszcza na uwadze ostatnie afery związane z Fabryką Snów. Hollywood nade wszystko lubi szokować (zarówno na ekranie, jak i poza nim), a co za tym idzie ceni sobie szeroko rozumianą nowość. Twórcy nieustannie silą się na nowatorskie rozwiązania, za wszelką cenę chcą zadziwić widza. Z drugiej zaś strony od ładnych kilku lat obserwujemy, że reżyserom i scenarzystom kończą się pomysły na kolejne produkcje. Innymi słowy równowaga Mocy nie jest zachowana: zrozumiałe pragnienie bycia pionierem ściera się z palącym brakiem idei. Od jakiegoś czasu powraca się zatem do dawnych hitów, sprawdzonych tytułów, co przeważnie nie wychodzi danej marce na dobre. Między innymi dlatego tak obawiano się o świat Gwiezdnych wojen, kiedy podjęto decyzję o powtórnym przeniesieniu na ekran przygód rebeliantów i rycerzy Jedi. Dwa lata temu Abrams, co zgodnie podkreślają recenzenci, wybrał bezpieczną ścieżkę i nakręcił po prostu odświeżoną wersję Nowej nadziei. Być może jest to aż nazbyt przesadne określone, niemniej sukces tak zrealizowanego filmu był oczywisty. Przebudzenie Mocy nie mogło się nie podobać – co z tego, że już to kiedyś widzieliśmy? A może właśnie to był klucz do niedawnego triumfu siódmego epizodu: w ten sposób zdobyliśmy uznanie czterdzieści lat temu, zdobędziemy je na tej samej zasadzie i teraz.

Rian Johnson, reżyser, a zarazem scenarzysta ósmej części, podjął ryzyko, na które nie zdobył się twórca Zagubionych. Chociaż momentami czerpie z Imperium kontratakuje (szkolenie Jedi, „biała” planeta, czy nawet praca kamery), to jednak decyduje się na przedstawienie swojej wizji kosmicznego świata. A wizja ta aż pęcznieje od szeregu pomysłów. Aż trudno uwierzyć, że za fabułę odpowiada tylko jeden człowiek! Johnson opowiada historię z odległej galaktyki przez 150 minut, jednak wydaje się, że nawet tyle czasu (epizod ósmy to najdłuższa część kosmicznej sagi), to stanowczo za mało dla ambitnego reżysera. Film bowiem obfituje w szereg wątków, które spokojnie mogłyby stanowić oś dwóch, czy nawet trzech innych odcinków gwiezdnowojennej opowieści.

Tym samym łatwo wskazać jeden z największych mankamentów Ostatniego Jedi – jest to film pod wieloma względami "przeładowany"; jest to produkcja, która pęka w szwach od różnorakich rozwiązań. Wydaje się, że twórcy najnowszej części Gwiezdnych wojen w czasach szkolnych na lekcjach matematyki uwielbiali rozwiązywać działania związane z potęgowaniem. I to nie tylko do kwadratu! Kosmiczne potyczki (oczywiście jak zwykle widowiskowe), czy tzw. „nagłe zwroty akcji” występują w Ostatnim Jedi tak często, iż widz zaczyna się poważnie zastanawiać, czy nie wyjść z seansu przed czasem. Epizod ósmy jest, mówiąc dosadnie, bardzo męczący; w pewnym momencie odbiorca filmu zaczyna wiercić się w fotelu i podziwiać architekturę kinowej sali. Nie wystarczy śmierć jednej z kluczowych postaci – trzeba uśmiercić dwie! Podobnie z patetycznymi scenami poświęcenia – tutaj również zostało wykonane potęgowanie co najmniej do kwadratu. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie fabuła przestała mnie zupełnie interesować – w końcu i tak za chwilę nastąpi coś niespodziewanego, przez co wcześniej budowana opowieść straci niemal zupełnie znaczenie. To poważny grzech twórców, ponieważ najważniejsza część filmu – historia – po pewnym czasie staje się wręcz obojętna. Ta zaś niestety wcale nie porywa. Co więcej, gdy widz zdoła już ochłonąć po Ostatnim Jedi, musi dojść do wniosku, że przedstawiona na ekranie fabuła jest momentami nielogiczna. Nie chcę zdradzać szczegółów, powiem tylko, że część działań głównych bohaterów nie ma koniec końców najmniejszego znaczenia.

Siłą Star Wars były zawsze silne, charyzmatyczne, zapadające w pamięć osobowości. Twórcy przy okazji Przebudzenia Mocy zdecydowali rozstać się z bohaterem, którego w niezapomniany sposób wykreował Harrison Ford i luki po nim nie udało się zapełnić. Zarówno Rey, jak i Finn, to postaci, których historia (jak i gra aktorska) nie porywa. Szczególnie rozczarowuje Rey. Powiedzmy poetycko: choć niezaprzeczalnie piękna na zewnątrz, to brakuje jej duszy. O wiele lepiej z nowych bohaterów wypada Kylo Ren (mimo że nadal bardzo często przypomina zbuntowanego nastolatka, a nie potężnego zwolennika Ciemnej Strony) czy Poe. Wielki potencjał miała postać odgrywana przez wyśmienitego Benicio del Tora. Niestety, ten wspaniały aktor dostał zaledwie kilka minut, chociaż jest szansa, że jego bohater pojawi się w dziewiątym epizodzie.

Luk i Leia. W przeciwieństwie do Przebudzenia mocy, w Ostatnim Jedi dla rodzeństwa Skywalkerów znalazło się bardzo dużo czasu ekranowego. Jako że dobry zwyczaj nakazuje ustąpić kobiecie, zacznijmy od charyzmatycznej księżniczki. Postać Lei stanowi zdecydowanie jeden z mocniejszych punktów filmu Johnsona. I nie, wcale nie chodzi o to, że widz zdaje sobie sprawę, iż jest to ostatnia produkcja Carrie Fisher i niektóre sceny siłą rzeczy nabierają podwójnego znaczenia. Owszem, w jakiś sposób wpływa to na percepcję obrazu, jednak trzeba mocno podkreślić, że Leię w końcu widzimy w pełnej krasie, jako przywódcę kosmicznej rebelii. Zawsze miałem zastrzeżenia do gry aktorskiej Fisher, w swoim ostatnim filmie na szczęście daje niezaprzeczalny popis gry aktorskiej. Jako wieloletnia generał, obarczona licznymi klęskami, także osobistymi, aktorka spisała się na medal.

Na szczęście bezowocne okazują się również poszukiwania słabych punktów w grze aktorskiej Marka Hamilla. Perfekcjonizm – to jedno słowo wystarczy chyba za wszystkie inne epitety, którymi należałoby obsypać amerykańskiego aktora. Jest to tym bardziej interesujące, że charakter potomka Anakina Skywalkera… No właśnie – to już nie jest ten Luke, którego pamiętamy ze starej trylogii. Wspominał o tym zresztą sam Hamill, który niejednokrotnie wypowiadał się negatywnie o historii wymyślonej dla jego bohatera. Zatem obok „perfekcjonizmu” dodajmy jeszcze jedno określenie – „profesjonalizm”. W końcu wcielić się w bohatera, do którego odczuwa się wyraźną niechęć, nie jest rzeczą prostą.

I tutaj dochodzimy do największego problemu ósmej odsłony kosmicznej sagi. Mam na myśli tonację Ostatniego Jedi, czy, ściślej rzecz ujmując, humor tej produkcji. Wydawałoby się, że coś, co w filmach tego typu stanowi dodatek (acz niezbędny), nie wpłynie zbytnio na ogólną ocenę. Jest jednak inaczej i, co ciekawe, problem ten można uznać za dość złożony. Bez wątpienia bowiem ósmy epizod aż kipi od bardzo dobrego, ciętego dowcipu, linie dialogowe o charakterze komediowym są po prostu świetnie napisane (mimo braku Hana Sola!). Nie pamiętam, abym w ostatnich latach śmiał się wraz z kinową widownią, a tym razem nie miałem żadnych oporów. Kłopot w tym, że humor, którym z powodzeniem kupuje nas Johnson, nie pasuje do Ostatniego Jedi. Po pierwsze wszystkie zabawne kwestie są żywcem wyjęte z, jeśli można tak powiedzieć, „naszego świata”. Poza tym ósmy epizod, podobnie jak ubiegłoroczny Rogue One, jest filmem niezwykle patetycznym; wiele miejsca zajmują rozważania bohaterów o potrzebie nadziei, o tym, że garstka osób może sprzeciwić się złu i nigdy nie należy się poddawać. To już nie jest awanturnicza przygoda, jaką serwował mniej lub bardziej udanie George Lucas. Twórcy z wytwórni Disneya (poza ostrożnym Abramsem) pragną, aby Gwiezdne wojny nabrały głębszego znaczenia. Owszem, poszukiwanie ideologii w sadze było obecne już od czasów Nowej nadziei, należało to jednak w znacznej mierze do zagorzałych fanów. Tym razem to sam reżyser i scenarzysta jednoznacznie sugeruje, że film ma (czy też powinien mieć) wyraźne przesłanie, które odnosi się nawet do naszych współczesnych problemów… Warto jednak zadać pytanie: czy próba posłużenia się słynną sagą jako głosem w, jakby nie było, politycznej dyskusji, stanowi właściwe posunięcie? Chyba niekoniecznie.

Na początku artykułu wspomniałem, że Hollywood lubi szokować. Jak zatem można zadziwić widza Gwiezdnych wojen, który zdążył w kolejnych odcinkach gwiezdnej sagi zobaczyć niejedno? Rzecz prosta: zanegować to, na czym dotychczas opieraliśmy kolejne epizody, czyli filozofię rycerzy Jedi, pewien mit ich samych. Nie ma sensu przypominanie, czym dla Star Wars jest Moc – nawet osoby, które reagują alergicznie na tę serię, zdają sobie sprawę, jakie ona ma znaczenie, zwłaszcza, że zwrot „Użyj Mocy” wszedł na stałe do naszego języka, nie tylko potocznego. W Ostatnim Jedi niewidzialna, betonowa ściana między ekranem, a widzami zostaje zburzona bez sentymentu. Dowcipne rozmowy na temat Mocy i Jedi, które nierzadko pojawiały się chociażby na forach internetowych, tym razem zyskały aprobatę samego reżysera. W pewnym momencie w filmie zaczyna się wielkie negowanie znaczenia rycerzy Jedi (dzisiaj powiemy, że mamy do czynienia z hejtem). Niestety, o ile cyniczne uwagi Hana Solo chociażby w Nowej nadziei całej sprawie dodawały wyłącznie uroku, tak w ósmym epizodzie, pozostaje wyraźne poczucie niesmaku. Otóż w Ostatnim Jedi rewizji legendy Jedi dokonują ci, którzy są nią najbardziej zainteresowani (nie trzeba dodawać, kto odgrywa w tym zadaniu główną rolę…). Nie chcę wyjść tutaj na widza, który sprzeciwia się owej koncepcji, ponieważ nie powinno negować się tego, co jest bardzo ważne. Zwracam jedynie uwagę, że takie rozwiązanie może prowadzić serię w niebezpiecznym kierunku. Owszem, pod koniec filmu nawet próbuje się to odwrócić, niemniej nie zostało to zbyt mocno uwidocznione. Nic dziwnego, że Hamill wyraża dezaprobatę dla twórców filmu.

Być może przykład troszkę odległy, ale wydaje mi się, że jest dość dosadny. Podobnie zaczęto postępować lata temu z serialem Z archiwum X. Twórcy słynnej produkcji telewizyjnej w pewnym momencie zanegowali tonację, klimat, które charakteryzowały pierwsze sezony. Mrok i dramatyzm zastąpił humor. Z początku komediowe odcinki The X-Files okazywały się bardzo zabawne, oryginalne, jednak później serial notował coraz większe wpadki. Do postaci Muldera i Scully próbuje się wrócić co jakiś czas, niemniej skutek jest mizerny. Czy coś podobnego czeka Gwiezdne wojny?

Mimo wielu słów krytyki niesprawiedliwe byłoby nazwanie ósmego epizodu słabą produkcją. Ostatni Jedi jest filmem poprawnym, który potrafi sprawić wiele przyjemności. Jeśli ktoś podchodzi do kosmicznej sagi bez emocji, może się szykować na porządne, wysokobudżetowe widowisko. Inna sprawa, że najnowszy film Johnsona stanowi pewien przełom dla tej kosmicznej opowieści. Nastrój, jakim dotychczas charakteryzowała się gwiezdnowojenna saga, ulega gwałtownej przemianie. Od razu rodzi się pytanie, co z dziewiątym epizodem zrobi zachowawczy Abrams? Nawet jeśli reżyser zechce pokazać odświeżoną wersję Powrotu Jedi, będzie miał z tym duży problem. Epizod ósmy jest, powtarzam, pod wieloma względami rewolucyjny, i ciężko będzie ponownie zmienić tonację serii, odpokutować wypunktowane przez kinomaniaków grzechy ósmego epizodu. Czy Abrams pójdzie śladem Johnsona, czy też wsłucha się w głosy zawiedzionych fanów? Odpowiedź poznamy za dwa lata.

images.jpg


0


0 komentarzy


Brak komentarzy do wyświetlenia

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz