Jump to content
  • entries
    286
  • comments
    1,809
  • views
    445,178

Kurs czytania dla opornych - Martwe Dusze


otton

926 views

 Share

chagall+dead+souls.jpg

Gdyby nie ślepy przypadek, nikt na świecie „Martwych Dusz” by dziś nie znał, krzyczy slogan z tylu okładki. Co jest nieprawdą, bo chociaż tekst rzeczywiście został ocalony od spłonięcia, to jednak jak na swoją wartość, jest obecnie stanowczo zbyt mało popularny. I właśnie celem zdobycia mu kolejnych kilku dusz, ów tekst publikuję.

 

Mikołaj Gogol ciekawą postacią był… Z jednej strony nie przepadał – delikatnie mówiąc – za narodowym charakterem Rosji pierwszej połowy wieku XIX, sprzeciwiał się biurokracji, korupcji, upadkowi obyczajów, z drugiej zaś nie chciał pozostać w oczach rodaków obiektem nienawiści po premierze pierwszego tomu „Martwych Dusz”. Pod wpływem głosów krytyki zgodził się kłamać, siadł do drugiego tomu, który wbrew początkowym założeniom miał stanowić wycofanie się z poglądów przedstawionych we wstępie. Konflikt pomiędzy tym nowym kierunkiem twórczości, a sumieniem artysty, stanowił u zwieńczenia jego krótkiego życia (zaledwie 43 letniego) naczelny motyw – wiązał się z depresją i rozterkami.

Próbując wymyślić odpowiedni klimat dla tomu drugiego – to jest odwrócić nieco obraz świata z części pierwszej, pozostawiając jednak gdzieś w tle delikatne napomnienie – Gogol niejeden rękopis wrzucił do kominka. Śmierć artysty przyszła nagle i niespodziewanie, jej okoliczności swoją drogą były dość niecodzienne, plotka głosi bowiem, że pisarz został pochowany… żywcem. Teoria wzięła się stąd, że po otwarciu trumny, ciało leżało twarzą w dół oraz inne argumenty, jak mawiają nauczycielki polskiego, potwierdzające tezę. Z ostatecznie zaplanowanych trzech części ocalała wyłącznie ta pierwsza oraz cztery (niepełne) rozdziały kontynuacji i żadnego ogólnego planu, co powinno wydarzyć się dalej.

Ani gruby, ani chudy, może Cziczikowem być

 

Przejdźmy jednak do początku, do głównego bohatera, to jest Pawła Iwanowicza Cziczikowa. Od pierwszych stron owiany tajemnicą, a jedyne co na jego temat wiemy to tyle, że podróżuje sobie przez Rosję w interesach. Nie jest ani gruby ani chudy, ani taki ani taki – i tyle. Człowiek, na którego najpewniej w tamtych czasach prawie nikt nie zwróciłby uwagi idąc ulicami. Idealnie pasuje to do oszusta? Oczywiście… zwłaszcza jeżeli posiadacz takiej charakterystyki, zajmuje się skupowaniem wspomnianych Martwych Dusz.

Ów tajemniczy obiekt zainteresowań Cziczikowa jest, mówiąc krótko, całkiem dosłownie potraktowany. Trochę teorii – swego czasu, kiedy inwigilacja komórkowo-facebookowa nie była tak powszechna, władza prowadziła wśród gospodarzy spis ludności, kontrolując liczbę służących, pracujących w gospodarstwach. Na tej podstawie decydowano kto jest bogaty i ile musi płacić podatku. Częstotliwość takich spisów była oczywiście niepowalająca, skutkiem czego między kolejnymi wielu służących zdążyło po prostu umrzeć, stając się aż do następnego spisu źródłem dochodu jedynie dla państwa – i to są właśnie owe, tytułowe martwe dusze.

Autostopem przez Rosję?

 

Główny bohater jeździ więc po Rosji, skupuje od co bogatszych właścicieli ziemskich martwą część populacji – i wychodzi nawet na to, że to on jest stratny, bo przejmuje w ten sposób na siebie zobowiązanie podatkowe do czasu kolejnego spisu. A gospodarz? Ładna urzędowa transakcja, tak jakby wszyscy żyli, od tej chwili już nie musi on za tych chłopów płacić podatku, ba, sam jeszcze pieniądze za fikcyjną sprzedaż dostaje. Szaleństwo…

O planach Cziczikowa dość, bo choć nie jest to książka, w której fabuła odgrywa niezwykle istotną rolę, nie chcę odzierać jej z ostatniego cienia tajemniczości. Samo wyjaśnienie będzie jednak rozczarowujące dla wszystkich, którzy spodziewają się: a) motywów nekromancji, b) wielkiego szturmu umarłej armii jak we Władcy Pierścieni, c) innych fantasy-bzdur. To powieść utrzymana w klimatach naturalizmu, realizmu i nie ma tu miejsca nic, co rzeczywiście nie mogłoby wydarzyć się w XIX-wiecznej Rosji.

Gdyby napisał ją Dante, to nie tak by to szło…

 

Jak wspomniałem, w temacie akcji nic tu przesadnie nie zaskakuje. Prawie cały pierwszy tom to opisane po kolei wizyty u kolejnych właścicieli ziemskich, różniące się między sobą tym, że jeden mimo wizji spowodowanego nałogowym hazardem bankructwa, zaproponuje jeszcze drogi obiad i karty, a inny wyciągnie suchego sucharka z kredensu dopiero gdy usłyszy o pieniądzach (i jeszcze dyskretnie każe służbie oskrobać go z pleśni). Jeszcze inny będzie próbował sprzedawanych nieboszczyków zachwalać i podbijać cenę, skoro panu tak na nich zależy. Każda postać, z którą spotyka się Cziczikow, stanowi ucieleśnienie ludzkich wad: pijaństwa, skąpstwa, chciwości i tak dalej.

Ważniejszą od kolejnych zwrotów akcji jest dla Gogola realizowana w ten sposób charakterystyka społeczeństwa. Obraz może nieco szokować, bo naprawdę ciężko znaleźć tu typowe dla literatów „ale przecież człowiek jest dobry”. Sam Mikołaj Gogol po zatytułowaniu swojego tekstu umieścił jeszcze pod spodem słowo Poemat. Nieprzypadkowo, bo choć pisana prozą, jego książka cały czas nawiązuje do Boskiej Komedii Dantego. Na kolejnych stronach autor serwuje nam coś na wzór dantejskiej podróży przez piekło i po przeczytaniu całości mam nawet poczucie, że układ kolejnych odwiedzanych gospodarstw nie jest przypadkowy i lekko nawiązuje do zanurzania się w kolejne kręgi, aż do tego najważniejszego. Od tych właściwie niewinnych, po najgorsze wyobrażenia na temat człowieka.

Niemęczący klasyk

 

Gogol naprawdę potrafił pisać dialogi – naturalne, pozbawione nadmiaru myśli filozoficznej, a jednak celnie uwypuklające to, o co autorowi chodziło. Znajdziecie w nich akurat tyle, ile potrzeba, a do tego dość spore pokłady humoru, podobnie zresztą jak w opisach, z których aż kipi ironią. Ciekawe zderzenie swoją drogą, bo już z kolei piętnowanie smutnego pejzażu wsi rosyjskiej pozwala książkę wrzucić nawet do worka z napisem „naturalizm”. Wylewający się z kartek bród, smród i pomylenie w jednym. Okazyjne zwroty do adresata sprawiają zaś, że „Martwe Dusze” miło się czyta nawet na głos – co w zasadzie dość mocno wyróżnia je na tle powszechnie szanowanych arcydzieł literackich.

Na to wszystko natkniecie się w części pierwszej, liczącej sobie około 300 stron. Prosta fabularnie, niepozbawiona filozoficznego wydźwięku, pomijając realia całkiem aktualna powiastka o tym, jaki jest człowiek w pewnych warunkach. Osobny temat stanowi cała reszta, to jest wspomniane na początku, ocalałe od zagłady cztery rozdziały części drugiej. Warto tu wspomnieć, że nie każde wydanie (zwłaszcza te starsze) będą ów dodatek posiadać. Sam polując na własny egzemplarz, bardzo chciałem do nich dotrzeć…

Co artysta powie, rzecz to święta

 

Na publikowanie książek nieukończonych, patrzę osobiście dość nieprzychylnie – wystarczy wspomnieć, co stało się w przypadku „Pierwszego Człowieka” Camusa, który okazał się żenadą z wielu powodów. Nie było kiedyś komputerów, a na maszynę rękopisy raczej się przepisywało niż zaczynało od niej proces twórczy. Logiczny wyłącznie dla autora charakter pisma wprowadził do tamtego tekstu wiele przekłamań i znaków „niewyraźne pismo” zamiast gotowego tekstu. Trudno było wreszcie mówić o jakiejś gruntownej korekcie, skoro pisarz nie mógł już w żaden sposób interweniować w przypadku gdy sprawdzający coś mu zburzył, a szacunek do zmarłego przecież trzeba zachować – lepiej więc wypchnąć nieprzeznaczony do druku blok tekstu. Nie mówiąc już o tym, że zbyt niekompletne „pośmiertne” kończą się często wypychaczami w rodzaju prywatnych listów i tak dalej, co uważam za zwyczajnie obrzydliwe.

Szczerze powiedziawszy, czytanie tych czterech dodatkowych rozdziałów można sobie w przypadku Martwych Dusz podarować, bo są może i bardzo ładnie napisane, ale równie dobrze można otworzyć dowolną inną wybornie napisaną książkę i przeczytać z niej parę dłuższych fragmentów oddzielonych od siebie ścianami tekstu, których nieznajomość utrudnia zrozumienie czegokolwiek – nie jest to wszystko razem ani spójne, ani przesadnie wzbogacające tom pierwszy, u którego zwieńczenia Gogol wyjaśnia, o co w całej hecy jak dotąd chodziło. Nie jest też tak, że mamy tu cztery pierwsze rozdziały kontynuacji – poprzedzielane są wydarzeniami, o których pojęcie ma wyłącznie ogień, który strawił brakujące kartki. Pierwszy tom to w zasadzie jazda obowiązkowa, ale już dodatek tylko dla ludzi mających do „Martwych Dusz”, Gogola czy chociaż rosyjskiej literatury jakiś wyjątkowy sentyment.

______________________________

I na koniec, tak o przypominam poprzednie, mające na karku już z 2 lata teksty. Nic w nich od tamtej pory nie zmieniałem, poprawiłem tylko styl edycji na taki, jaki stosuję od czasu tego tragicznego "nowego skryptu" - a widziałem, że Ulissesa dopadła klątwa cudzysłowu. Jak za rok przypomni mi się, że warto napisać część czwartą, to może będzie dobra okazja to poprawić :). Tu też by się co nieco przydało, bo odstępy w ostatnim akapicie uporczywie nie chcą być takie jak w poprzednich...

#1: Ulysses

#2: Atlas Zbuntowany

No dobra, nie za rok, jedna dość hardkorowa rzecz już się tworzy.

 Share

0 Comments


Recommended Comments

There are no comments to display.

Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...