Jump to content
  • entries
    286
  • comments
    1,809
  • views
    445,178

Call of Duty: Black Ops III - recenzja


otton

1,270 views

 Share

cod3.jpg

Dobra wiadomość jest taka, że przez święta i nowy rok udało mi się trochę zaległości pokończyć i parę rzeczy napisać. Po wolnym czasie znów nie ma śladu, ale mam jeszcze parę rzeczy do wrzucenia....

Black Ops 3 reklamowany był jako najbardziej wybiegająca w przyszłość część Call of Duty. Co tam nędzne Egzoszkielety z Advanced Warfare, tym razem człowiek nauczył się wykorzystywać potęgę własnego mózgu i siać nim spustoszenie.

Black Ops to chyba najmniej spójna podseria cyklu Call of Duty, która trochę nie może się zdecydować, o czym chce opowiadać. Zaczęło się wspomnień z Wietnamu, poprzetykanych serią innych konfliktów historycznych. "Dwójka" wykonała odważny krok w przyszłość, wciąż udając jednak związek z jedynką i zabawiając nas niemal rodzinną sagą, nie do końca udanie bawiła się w nieliniową fabułę i inne udziwnienia, ale dalej była głównie Call of Duty z krwi i kości. Trójka ma z protoplastami jeszcze mniej wspólnego - to już science fiction pełną gębą.

Trzeba też niestety zauważyć, że to finalnie dość mało strawne science fiction, trzeba dodać, bo Treyarch postawił bardziej na pierwiastek fiction niż science, skutkiem czego uniwersum nowego CoDa wydało mi się nielogiczne i niespójne, zbudowane na absurdach, jakie się fizykom nie śniły. Jasne, od gry komputerowej nie należy wymagać naukowej interpretacji różnych zjawisk, miałem jednak wrażenie, że koncepcja polegała bardziej na wrzuceniu do gry wszystkiego, co wpadło twórcom do głowy, bez starania o powiązanie tego wszystkiego ze sobą, skutkiem czego rzeczywistość przedstawiona jest zwyczajnie niestrawna. Nawet w czasie pokoju, nie byłby to świat, gdzie chce się być.

2.jpgBogata Etiopia, biedna Polska

Ktoś założył, że za ileśtam lat Egipt stanie się posiadaczem nowoczesnych technologii i wielkiej armii, w Etiopii nie będzie już afrykańczyków tylko roboty, a Singapur dorobi się oddziału maszyn wymagającego celem składowania powierzchni większej, niż łączne ich terytorium. Aż się przypomina jeden z polskich kandydatów na króla, który obiecał zbudować taką flotę, że Bałtyk to mało - jak widać, lata rozwoju technologii nie poszły na marne. To tylko wierzchołki absurdu, bo są też super zaawansowane technologicznie, drogie w produkcji roboty, których jedynym celem jest... wpadnięcie w przeciwnika i wywołanie groźnej na niewielkim obszarze eksplozji. Rozumiem, że gracz to znów One Man Army, którego cała armia chce wytępić, ale bez przesady. Podczas gry obracamy w proch chyba całe światowe złoża żelaza.

Scenariusz sprawia na pierwszy rzut oka wrażenie bzdury większej nawet od The Evil Withina (trzeba się było postarać), ale po ukończeniu opowieści okazuje się dość prosty i zrozumiały. W całej historii chodzi w zasadzie o to, że nasza armia super herosów ma mózgi spięte w gigantyczną sieć (a nie mówiłem, że jest tu cząstka Mikamiego...), co sprawia, że mogą wykonać szereg fantazyjnych aktywności, opisanych w dalszej części tekstu. Niestety, pewnego dnia w sieci pojawia się tajemniczy błąd, który sprawia, że ludzie przestają być sobą i zaczynają np. obsesyjnie śledzić tajemnice swojego pracodawcy czy opowiadać o tajemniczym miejscu, jako żywo przypominającym to, jakie dziatwa od Lewisa Carrola zobaczyła po raz pierwszy w Narnii. Gracz oczywiście musi sprawę wyjaśnić.

1.jpg

Prawie sandboksik

Zainteresowanie fabułą zniknęło w moim przypadku dość szybko, bo też całość jest, mimo charakterystycznej otoczki, na maksa sztampowa. W miarę interesujący był jedynie motyw tajnych misji treningowych - naszym bohaterom można wtłoczyć w głowę mapę treningową wyładowaną wrogami, żeby mogli sobie na sucho poćwiczyć. Część gry składa się z takich lokacji w wirtualnej rzeczywistości, co pozwoliło twórcom dodać takie fiubździu jak odbudowujący się na oczach gracza świat, ziejąca na niebie otchłań itp. Tym właśnie przeniesieniem się do świata wyobraźni, można tu uzasadnić każdą, największą nawet bzdurę.

Nieco przytyły też same mapy. Są dużo szerszymi korytarzami, niż do tej pory i choć dalej mamy do czynienia z liniową kampanią, okazyjnie pojawia się możliwość wybrania jednej z dwóch dróg. Nie liczcie na wiele, zwykle ścieżki spotykają się już po chwili gry - jest to niemniej fajne, pozwoliło dodać fajną nowinkę, a przy tym mamy dalej do czynienia z Call of Duty. Nie podobają mi się za to groźby zabicia gracza za opuszczenie terenu gry. Nie robiłbym z tego wielkiej afery, gdyby ograniczenia rozstawiono w miarę sensownie - i tak najczęściej jest, że zatrzymują nas mury i ściany. Zdarzają się jednak kwiatki typu wyłączony z placu boju narożnik wielkiej areny. Widzę tam ładną, wysoką osłonę, więc biegnę schować się przed czołgiem. 2 metry od celu atakuje mnie napis "jak natychmiast nie zawrócisz, zginiesz za 5 sekund". Debilny pomysł.

Zabawę wzbogacają dodatkowo wspomniane już super moce, pozwalające herosom, nie przejmując się jedną kreską zasięgu przy trochę grubszych ścianach, rozmawiać na dystans bez ryzyka podsłuchu. Pakiet atrakcji poszerzają także bajery typu: wskakiwanie do umysłu wrogów, przypalanie ich czymś na kształt Fireballa, gigantyczne skoki dzięki odrzutowym butom czy sprinty po ścianie. W Multi się tego raczej nie używa, bo są klasyczne perki, w kampanii też raczej nie, bo z poziomu klawiatury obsłużenie czegokolwiek poza wzmocnionym skokiem, może się wiązać z zaplątaniem palców. Stąd sugestia, by na te parę godzin singla wybrać jednak pada.

5.jpg

Call of Duty z Egiptu i Singapuru

Na nową część Call of Duty czekałem z wielką radością przede wszystkim dlatego, że to pierwsza odsłona cyklu, która pozwala nacieszyć się wszystkimi modułami i nie grać ani przez chwilę samemu. Przynajmniej w teorii, bo przez pewne rozwiązania, gra pożera własny ogon. Kampanię można przechodzić tu w kooperacji. Jakby tego było mało, Treyarch zdecydował się przygotować singla wyraźnie dłuższego, niż standardowe do tej pory 6 godzin. W zależności od wybranego poziomu trudności, przejście całości może zająć nawet 2-3 razy tyle - sam ze średnim uwinąłem się w 15. Z faktu tego wynikło niestety sporo problemów.

Pierwszy polega na tym, że sam scenariusz nie sprawia wrażenia o wiele bardziej rozbudowanego - misji jest raptem jedenaście, za to każda została rozciągnięta w czasie i wyładowana licznymi strzelaninami. Nie ma tu co prawda backtrackingu, cały czas przemy przez nowe lokacje, ale elementy czysto fabularne są tu dużo rzadsze, niż poprzednio. Treyarch umiłował sobie też areny, na których spędzamy nieraz dobre kilkadziesiąt minut, przeskakując pomiędzy dwoma osłonami i sprzedając headshooty kolejnym falom wrogów. Ze względu na taką formułę kampanii, czułem się nią pod koniec trochę zmęczony. To już nie ten sam interaktywny film, a ciągła jatka. Taka budowa gry sprawiła też, że często kolejne checkpointy dzieli dobre kilka minut gry. Treyarch udowodnił moje przypuszczenia wyrażone kiedyś przy okazji recenzji Modern Warfare 3. Nie da się zrobić 3 razy dłuższej gry na jednakowym poziomie.

Kolejny kłopot, jaki mam z kampanią polega na dość małym zróżnicowaniu lokacji. Najpierw mamy prolog w średnio ciekawej, ciemnej Etiopii, odwiedzamy też Zurych oraz dwa większe obszary: Singapur i Egipt. Singapur to wariacja na temat Crysisa 3, wyraźnie wybija się jedna lokacja, gdzie biegamy po kładkach łączących gigantyczne pnie drzew. Dopiero wizyta nad deltą Nilu jest w miarę atrakcyjna, bo ta część gry to najmniej biegania po łudząco podobnych laboratoriach. Mimo tego pozytywnego akcentu, bardzo tęskniłem do kalejdoskopu z Modern Warfare 3 - Paryż, Hamburg, Berlin, Nowy York. Gra była krótsza o 1/3, a lokacje dużo bardziej urozmaicone...

4.jpg

Atrakcje Call of Duty

O ile singla oceniłbym więc na taką solidną siódemkę (mimo znużenia grało mi się miło), tak seria przyzwyczaiła nas do tego, że zawsze była pakietem atrakcji. Ponownie mamy tu do czynienia ze standardowym trybem zombie, który nie jest może ósmym cudem świata, ale fanom się spodoba. Bardzo dobry był za to pomysł na tryb "Koszmar", czyli... drugą kampanię singlową. Po ukończeniu standardowej fabuły, kampanię można rozegrać we wspomnianym trybie - główna różnica polega na nowych dialogach oraz zastąpieniu standardowych żołnierzy zombie (ale maszyny kroczące i czołgi pozostają). Przemieszano też nieco kolejność misji i, oczywiście, można grać w kooperacji.

Kolejnym dodatkiem jest Freeflow. Tryb to jak na razie mało rozbudowany - obawiam się DLC - bo oferujący zaledwie cztery mapy, ale i rozrywkę dość świeżą dla cyklu. To, krótko mówiąc tory wyścigowe, które pokonuje sie na czas. Po drodze trzeba czasami wykonać ślizg, podlecieć plecakiem, zsynchronizować sobie bieg po ścianach z przeskakiwaniem na inne i czasami w coś strzelić. Bardzo przyjemny pomysł, przypominający nieco Biosa dostępnego w Early Accessie, ale niestety słabszy - widać, że Treyarch nieszczególnie mocno się na nim skupiało. Za te wszystkie dodatkowe atrakcje punkcik do oceny dla singla. A jest jeszcze przecież standardowe, jak zawsze przypominające berka Multi.

3.jpg

One shoot, one kill

Przy opisie tego modułu mógłbym wycwanić się informacją - jak ktoś lubił, temu się nie odwidzi, a jak ktoś czeka na pojazdy i duże mapy, niech wraca do Battlefielda. Black Ops III trzyma się standardowego dla serii schematu zabawy w wesołe bieganie z karabinem, który nie próbuje nawet udawać symulatora walk zbrojnych. Nie czeka się tu kilka minut w miejscu na ofiarę, sprint wyłącza się tylko podczas ostrzału i ogólnie przyjemność z zabawy pojawia się już w momencie rozpoczęcia meczu. Sam przegapiłem Advanced Warfare, toteż miałem początkowo spore problemy - starcia stały się o wiele mniej płaskie, dzięki pozwalającym na wykonanie bardzo wysokiego skoku plecakom odrzutowym. Trzeba się przyzwyczaić, że teraz strzelają też znad głowy, w trakcie lotu.

Pomimo tego typu zmian, jest to dalej Call of Duty. Zmiany w multi są raczej kosmetyczne, wciąż mamy serie punktów, klasyczne tryby, ten sam brak odrzutu i trochę cheaterów (dwa tygodnie po premierze spotykałem ludzi na ósmym prestiżu). Jedyną nową rzeczą są tak naprawdę inspirowane kampanią mapy, które mi osobiście spodobały się średnio od strony wizualnej, mają jednak dużo korytarzy, przejść i oferują przyjemną rozgrywkę. Problemu upatruję trochę w niewidzialnych ścianach. Mimo możliwości wzbijania się w powietrze, gra nie mówi wyraźnie, na którym np. dachu możemy swobodnie wylądować, a gdzie odbijemy się w powietrzu i spadniemy na ziemię. Rozumiem zamierzenie twórców (gra zamieniłaby się w kampienie z dachu), niemniej trzeba do tych ograniczeń po prostu przywyknąć.

Zrezygnowano za to (albo zakopano głęboko w menu) z ogólnych statystyk bohatera i od teraz jedyną pozostaje posiadany przez nas poziom profilu. Dane o naszych osiągnięciach zostały rozbite pomiędzy poszczególne tryby, więc z poziomu lobby grając przykładowo w dominację, możemy zobaczyć, jak radzili sobie nasi kompani w dominacji i jak wypadamy na ich tle w tym trybie. Statystyki są przy tym dobrane tak, że nie ograniczają się do zwykłych danych o zabójstwach, ale i rzeczy charakterystycznych w danym trybie (np. liczba przejęć i udaremnień przejęcia bazy). Strzał w dziesiątkę, bo mając świetne statystyki dla tego typu akcji ważnych w danym trybie, można się słabego ratio nie wstydzić. W końcu nie tylko o zabijanie tu chodzi.

To bardzo konserwatywne multi, ale w zasadzie trudno się dziwić, że Activision dużo nie zmienia. Po podejrzeniu statystyk procentowych, wychodzi na to, że niezależnie od nowości, tylko niewielki odsetek populacji wychyla nos poza standardowy TD i Dominację - stąd mimo dużej liczby graczy, znalezienie kompanów w bardziej egzotycznych trybach może być już trudne. Nie znaczy to, że multi umiera - po prostu silnie skupia się wobec tego, co szalenie wciągające. Jak na razie Call of Duty wygrywa więc mój ranking na najbardziej wciągający multiplayer tego roku i mimo braku szokujących zmian jest tak przyjemny, że należy mu się dziewiątka.

2.jpg

Na silniku Kłejka

W kwestii oprawy graficznej i audio jest bardzo dobrze. Planowałem nawet napisać, że świetnie, ale mniej więcej w połowie kampanii singlowej dotarł do mnie nowy monitor wspierający rozdzielczość 2k - i w takich warunkach niestety dużo bardziej widać tekstury pamiętające jeszcze początki serii Modern Warfare. Z drugiej strony zmiany jak najbardziej widać - sylwetki i twarze żołnierzy są kapitalne. Podobać się mogą także efekty pokroju mgły, wolumetrycznego oświetlenia i tego wszystkiego, co współczesne gry mieć powinny. Jest więc Black Ops III miły dla oka i na ultra detalach absolutnie rodowodu silnika nie widać. Jeżeli dalej mamy do czynienia z tą samą technologią, wyciśnięcie z niej aż tyle wymagało sporych umiejętności. Muzyka jest bardzo dobra, częściej niż w poprzednich częściach akcentuje kolejne walki.

Na początku gra miała natomiast bardzo znaczące problemy z płynnością. Niezależnie od sprzętu, framerate oscylował pomiędzy 20-60 klatek, spadki były przy tym regularne i nieuzasadnione wodotryskami. Od czasu premiery twórcy zdążyli jednak wypuścić niezbędne łatki, a gra w znaczącej większości wypadków jest płynna. Spowolnienia animacji zdarzają się tylko okazyjnie w singlu, w sieci framerate ani drgnie.

1.jpgKolejne Call of Duty

To po prostu kolejne dobre Call of Duty, które przypadnie do gustu tym, którzy ten styl lubią, a odrzuci czekających na wielkie zmiany. Widać wyraźnie, że jednak developerzy słuchają opinii graczy - wydłużony cykl produkcji pozwolił stworzyć dłuższą, możliwą do rozegrania w coopie kampanię. Rozczarowuje jednak nieco fakt, że część sekwencji nienaturalnie rozciągnięto w czasie. Jestem też zdania, że pod względem technologicznych bajerów zaszło to wszystko już nieco za daleko, niemniej dalej jest bardzo przyjemne multi. Znów prawie identyczne, ale co z tego, skoro pokusa rozegrania 3-4 meczyków każdego wieczoru wciąż jest silna. Wciąż wybierający się na mój dysk Battlefront będzie miał wyjątkowo trudne zadanie.

 

Ocena 8+/10

 Share

1 Comment


Recommended Comments

Multi w BO3 to istny majstersztyk. Niby jestem przyzwyczajony, że zawsze dawało masę zabawy, ale kurde te lata rozwijania i dodawania nowych pomysłów sprawiają, iż chociaż chciałbym napisać inaczej, coby nie robić za zbyt "mainstremowego", nowy CoD wymiata. I jak tak dalej pójdzie będzie dalej wymiatał przez lata.

  • Upvote 1
Link to comment
Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...