Jump to content
  • entries
    31
  • comments
    90
  • views
    31,195

Czarny charakter zepsuty do cna


849

1,134 views

Pewien stary miłośnik zdrowego rozsądku powiedział kiedyś, że gdyby miał wygłosić tylko jedno kazanie, byłoby to kazanie przeciw pysze. ?Im dłużej patrzę na ludzką egzystencję, zwłaszcza tę nowoczesną, praktyczną i eksperymentalną, tym bardziej wierzę w dawną religijną doktrynę, że wszelkie zło wzięło się z jakiejś próby wywyższenia własnej osoby? ? mówił. Paradoks polega na tym, że ilekroć twórcy beletrystyki biorą sobie tę prawdę do serca i próbują nadać złu twarz czarnego charakteru przesiąkniętego pychą, kreują bezosobowe wydmuszki.

piotrus-pan-mistrzowie-komiksu-wydanie-zbiorcze-b-iext26295555.jpg

Sięgnąłem ostatnio po komiks pt. ?Piotruś Pan? niejakiego Regisa Loisela. Jako amator baśni oraz ich współczesnych mrocznych wariacji pokroju ?Rule of Rose? zostałem skuszony wizją ?XIX-wiecznego Londynu, miasta ponurego i okrutnego?, który miałby być scenerią dla historii poprzedzającej wydarzenia z utworu J.M. Barrie'go. I choć autor nasyca światek mieszkańców stolicy Zjednoczonego Królestwa erotyką, przemocą i pijaństwem, to książkowy pierwowzór w swojej refleksji pozostaje daleko bardziej przygnębiający. Mimo obiecującego pierwszego rozdziału, wszelkie nadzieje czytelnika na coś więcej oprócz wybornej kreski zostają szybko rozwiane, a momentem, w którym wątpliwości odbiorcy zastępuje pewność, jest chwila pojawienia się na kartach komiksu jednej z kluczowych postaci opowieści ? kapitana Haka.

?Ten straszliwy człowiek mówił do nich [załogi ? przyp. ja] jak do psów i obchodził się z nimi jak z psami, a oni słuchali go jak psy. (?) Oczy jego miały błękit niezapominajek i był w nich wyraz głębokiej melancholii, który znikał tylko wówczas, gdy wbijał w ciebie swój hak. (?) W jego zachowaniu wciąż jeszcze było coś wielkopańskiego, tak że nawet rozdzierał cię z pewnym wdziękiem. Opowiadano o nim, że doskonale potrafi zabawić gości rozmową. A najbardziej bywał złowrogi, gdy był bardzo uprzejmy, co jest, jak mi się wydaje, najlepszym sprawdzianem dobrego pochodzenia. Nawet gdy klął, doskonałość jego wymowy i wytworność zachowania świadczyły o tym, że pochodzi z innej sfery niż jego załoga. Był człowiekiem niezłomnej odwagi?. Takim poznajemy kapitana Jolly'ego Rogera i takim nas opuszcza, bo nawet w chwili śmierci zachowuje klasę, tak że sam narrator musi przyznać ?Nie sympatyzując z nim, musimy jednak przyznać, że pod koniec życia pozostał wierny dobrym tradycjom swojej rasy. (?) Jakubie Haku, który jednak byłeś trochę bohaterską postacią, żegnaj!?. Niezależnie od roli Haka w powieści, jego motywacji i tego, co reprezentuje w opozycji do Piotrusia Pana, bez zagłębiania się w interpretacje, jest to postać ? słowo klucz (a wręcz wytrych) ? ciekawa. Jak z tym materiałem radzi sobie Loisel?

PeterPan_flying_web.jpg

1. Spartoleni na wstępie

Nie winię autora komiksu za pominięcie wszelkich znaczeń implicytnych zawartych w powieści, choć stara się na początku jakoś uzasadnić, dlaczego Piotruś został ?chłopcem, który nie chciał dorosnąć? (zdegenerowany świat dorosłych, patologiczna rodzina), to później stosuje tanie chwyty, które przywodzą na myśl bezsensowne odniesienia we współczesnych filmach. ?Jestem młodością, jestem radością!? mówi o sobie Piotruś i rzeczywiście uosabia te ?siły? w książce, stąd jego przydomek (nazwisko?) ? Pan. Tymczasem komiksowy Piotruś przyjmuje nowe personalia na znak żałoby po zmarłym kumplu, faunie o imieniu Pan. Na podobnej zasadzie w ?Star Treku? z 2009 roku, reboocie/remake'u, który nie ma za wiele wspólnego z materiałem źródłowym (co nie czyni go automatycznie złym filmem) słyszymy kwestie pokroju ?set phasers to stun?. I choć w tym przypadku chodzi bardziej o wykorzystanie nostalgii, istota zjawiska jest ta sama ? ludzie o tym słyszeli, te elementy opowieści stały się częścią popkultury i stanowią o ?rozpoznawalności marki?, w związku z czym trzeba je wrzucić do nowej historii, niezależnie od ich miejsca i funkcji w oryginale, coby było wiadomo, że to odbiorca ma do czynienia z prawdziwym Piotrusiem Panem.

Gdyby autor osadził akcję swojego komiksu w roku 2374, zmienił bohaterów, otoczenie itp., ale wciąż opowiedział historię o dorastaniu, o tym, czym naprawdę jest dojrzałość, byłby bliższy oryginałowi, niż kalkując znane nazwy i frazy.

Nie powinno więc dziwić, że loiselowy Hak ze swoim pierwowzorem dzieli w zasadzie tylko nazwisko i to, że ma hak (oraz strach przed widokiem własnej krwi, ale tu, w przeciwieństwie do oryginału, nie z powodu jej nienaturalnej barwy). Komiksowy kapitan jest po prostu chciwym, wulgarnym krzykaczem z wiecznie wykrzywioną twarzą, który nie odznacza się ani krzyną przebiegłości czy pomyślunku, momentami popadając w komizm. Zamiast człowiekiem pysznym, jest pyszałkiem, zamiast grzechu pychy popełnia grzech dużo cięższy dla każdego rzetelnego czytadła ? grzech nudy.

Jest kilka złotych zasad, którymi kieruje się każdy porządny rzemieślnik fachu scenariopisarskiego. By wymienić kilka:

  • Czarny charakter musi być podporządkowany tematyce opowieści, najczęściej jest antagonistą, a więc stoi w opozycji do wartości, cech, działań protagonisty.
  • W ten sposób tworzy konflikt, uniemożliwia kompromis, przyspiesza akcję.
  • Antagonista musi być co najmniej tak samo rozbudowany, jak protagonista i mieć nad nim przewagę, stanowić wyzwanie, nie prowadząc do rozwiązania akcji po pięciu minutach.
  • Motywy antagonisty muszą być racjonalne, a podejmowane działania właściwe i konieczne z jego punktu widzenia.

Tymczasem komiksowy kapitan Hak chce zdobyć skarb, wróżki skarbu nie chcą oddać, Piotruś im pomaga. Ech...

O ile loiselowy czarny charakter jest sknocony od samego początku, o tyle szkoda postaci, które prawie działają w strukturze danej opowieści.

gepetto.jpg

2. Spartoleni w połowie

Wróćmy jeszcze na chwilę do ?Fables? B. Willinghama. Gwoli przypomnienia: setki lat temu, gdy świat zamieszkiwany przez rozmaite baśniowe, bajkowe i wszelkiej maści fantastyczne stworzenia najechał tajemniczy Adwersarz, baśniówki musiały ratować się, uciekając do naszego świata i osiedlając się na wygnaniu w Nowym Jorku. W toku fabuły jeden z bohaterów, pozyskawszy potężne magiczne artefakty dzięki mocy deus ex machina, rusza do okupowanej ojczyzny i zabija kilkumetrowego, odzianego w najlepszą zbroję i otoczonego wszelkimi możliwymi czarami ochronnymi potwora, który zasiada na tronie imperatora. Ów bohater zostaje schwytany i ogłuszony w czasie ucieczki. A potem historia zaczyna się robić dobra.

Nasz bohater ? Boy Blue, budzi się wieczorem w klatce, wewnątrz niewielkiej chatki gdzieś na uboczu, w pobliżu lasu. Niemal całe wnętrze wypełniają fragmenty ściętych drzew, kłody, pieńki, gałęzie. Pod oknem, w blasku płomienia lampy, siedzi odwrócony tyłem starzec. Siwy człowiek pochyla się nad warsztatem snycerskim i nad czymś pracuje. Szybko okazuje się, że zabita przez Niebieskiego Chłopca kreatura była jedynie marionetką (dosłownie) w rękach prawdziwego imperatora ? snycerza Gepetta. Gepetto określa siebie jako ?siłę stojącą za imperium?, jest opanowany, spokojny, zrównoważony, oferuje Niebieskiemu ciepły posiłek, uprzejmie docenia spryt i przygotowanie Chłopca, zarazem interesuje go los swojego syna, Pinokia, którego nie widział od wieków (też dosłownie) i za którym szczerze tęskni.

Wszystko zaczęło się gdy wpływowe osoby z lokalnej społeczności zaniepokoiły się stanem rządzącego skrawkiem krainy hrabiego. Posunięty w latach władca powoli tracił rozum, a jego ekstrawagancje i zachcianki narażały ich małą ojczyznę na straty i w dalszej perspektywie na upadek. Możni przyszli do Gepetta z propozycją, by wystrugał sobowtóra hrabiego, a następnie przy pomocy Niebieskiej Wróżki zamienił drewnianą kukłę w prawdziwego człowieka, który pozostałby pod kontrolą pomysłodawców, zastępując nieudolnego zwierzchnika. Krótko mówiąc ? przedsięwzięcie odniosło sukces, a przez lata przedstawiciele innych uciskanych terenów zgłaszali się po tego rodzaju pomoc. Tymczasem apetyt snycerza rósł w miarę jedzenia. Po cichu eliminował wszelkie osoby zaangażowane w konspirację, jednocześnie poszerzając strefę wpływów. W końcu tworząc marionetkowego giganta, przekształcił kontrolowane tereny w imperium i wypowiedział otwartą wojnę sąsiednim krainom.

Gepetto nie szukał luksusów, pieniędzy, wina, kobiet ? pragnął jedynie władzy. Oprócz armii drewnianych żołnierzy nikt nawet nie wiedział, że jest faktycznym imperatorem. Żył w chatce na uboczu, spośród cieni władając najpotężniejszym państwem w baśniowych krainach. Jeśli dodać do tego przeszłość z literackiego pierwowzoru, otrzymujemy może nie pełnokrwistego bohatera, ale solidną postać już na pewno. Niestety cały ten fundament i potencjał zostaje zaprzepaszczony w niezwykle krótkim czasie. Chociaż ?Fables? są prawdopodobnie idealną definicją wydmuszki, cudownie kolorowego cacka zupełnie pustego w środku (w tym wypadku naprawdę zupełnie, ale o tym już co nieco pisałem), to szkoda, że nawet co ciekawsze wzory na jej powierzchni zostały szybko i prostacko zamalowane.

Geppetto.jpg

Autor zamienia Gepetta, który w końcu ponosi porażkę, w starego tetryka, który do wszystkich odnosi się protekcjonalnie, jest niemal narcystyczny i wciąż powtarza, że kiedyś podbije świat (tu wstawić maniakalny śmiech), a jego wielki plan odzyskania dawnej potęgi zostaje ucięty zanim czytelnik go pozna, bo akurat skończyła się seria wydawnicza.

Podobnie kończy mangowy Bradley (animca [jeszcze] nie widziałem), który z rubasznego, roześmianego i zabójczo niebezpiecznego szermierza, cechującego się klasą i dżentelmeńskim obyciem, zamienia się w pełnego taniej pogardy miotacza frazesów (?Ach, cóż za szczuuury, ależ ci ludzie to nęęęędzne istoty, ależ my jesteśmy od nich lepsi, och!?, czy jakoś tak. Cytat prawie na pewno dokładny). A przecież czarny charakter w pierwszym stylu dałby o wiele więcej frajdy!

Słowem ? autorzy beletrystyki często zdają się nie rozumieć, że arogancja i pycha to nie to samo. Gepetto w oczywisty sposób uważający się za lepszego, bardziej kompetentnego władcę, upoważnionego do decydowania o losach milionów, nie musi bez przerwy chodzić z krzywym zgryzem i spluwać, mamrocząc o szczurach i robakach. I dajcież się Bradleyowi uśmiechnąć! Ironią jest, że prosta adaptacja ?Fables? na grunt gier komputerowych, znacznie zmieniając materiał źródłowy, zawiera dużo bardziej wiarygodne postacie, niż bohaterowie kreowani przez sto pięćdziesiąt numerów komiksu z hakiem.

legenda-korry-sezon-4-the-legend-of-korra-season-4-cover-okladka.jpg

3. Spartoleni na ostatniej prostej

?Avatar: Legenda Aanga? udowodnił, że aby zrobić dobry serial, trzeba mieć od początku do końca napisaną historię ? i choć nie był wolny od odcinków fillerów, to jednak dzięki koherentnej fabule posiadał wyraźny początek, środek i koniec, bohaterowie mieli łuki (ang. arc) i swoje wątki, a całość temat, którym było coś tam o równowadze. Tym samym ?Legenda Korry? zapowiedziana, gdy twórcy stwierdzili, że mają za mało milionów na koncie, powszechnie rozbudziła nadzieje.

Świat obu seriali to ?Gwiezdne Wojny? na dalekim wschodzie, tylko bez laserów. Większość społeczeństwa rodzi się mugolami, lecz część ludzi posiada niezwykłą moc ? potrafi naginać żywioły do własnej woli i je kontrolować. Zależnie od miejsca zamieszkania są w stanie opanować jeden konkretny żywioł. Jedynie Avatar, którego energia życiowa (czy coś w ten deseń) przechodzi z człowieka na człowieka, gdy poprzedni posiadacz kopnie w kalendarz, może władać wszystkimi czterema i musi przywrócić równowagę Mocy.

Akcja ?Korry? zaczyna się w USA lat dwudziestych lub trzydziestych XX w., gdzie wszyscy są Chińczykami i żyją mniej więcej pokojowo. Czarnym charakterem, który postanawia zburzyć sielankę jest (o ironio...) komunista wraz z armią wykwalifikowanych popleczników. Po obejrzeniu pierwszych około dziesięciu odcinków pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to ?Korra? bez problemu przewyższy ?Aanga?.

Amon, czyli wspomniany komunista, uważa, że naginacze (ang. benders, ponieważ słowo ?władca? jest zbyt mainstreamowe) żywiołów to klasa zbyt uprzywilejowana i posiadająca zbyt dużą władzę, by ją tolerować, zatem należy ich zlikwidować (ale nie wychodząc poza telewizyjną klasyfikację wiekową, a więc nie zabić, tylko odebrać supermoce), po czym zaprowadzić równość oraz centralne planowanie. Wszystko pięknie się rozkręca, Amon ma klasę, odpowiednio smutną przeszłość, jest idealistą, a więc działa ze swojego punktu widzenia właściwie, a jego ideologia jest przeciwieństwem ideologii protagonisty, co kreuje wiarygodny konflikt (no... mniej więcej, nie do końca wiadomo, o co chodzi z tą równowagą, ale to na pewno coś dobrego, bo łysi mnisi, wegetarianie i Eskimosi ją popierają). I... koniec. Okazuje się, że autorzy zrezygnowali z długiej rozbudowanej historii, tworząc około dwunastoodcinkowe serie, na końcu których główna bohaterka musi rozwalić kolejnego bossa. Są to kolejno: komunista, satanista, anarchista i autokratka.

7ee2b3c22c52ada1f33fc69038d2bbf6.jpg

O ile Amon jest rzetelnie napisaną postacią, to nie dostał szansy, by się rozwinąć. Pod koniec pierwszej serii, gdy scenarzyści już wiedzą, że za parę odcinków usuną go z gry, lecz widz sądzi, że to dopiero początek, szybko zostaje przedstawiony zarys jego przeszłości i źródło motywacji, rozbudzając apetyt widza. Tym większe rozczarowanie, gdy okazuje się, że garść flashbacków to wszystko, co dostaniemy, a zamiast konfrontacji idei, bohaterka obija pysk komu trzeba i załatwione. Początek drugiej serii tylko udowadnia, że zostaliśmy wrobieni. Po organizacji, która zyskała szerokie poparcie społeczne, najlepsze zaplecze technologiczne na świecie i własną armię, nie zostało nic. Wszyscy przecież wiemy, że ZSRS rozpadł się po śmierci Stalina. Napięcie opada, stawka wydarzeń na ekranie też, bo wiadomo już, że i tak na początku kolejnej serii wszystko musi wrócić do punktu startu.

Czarny charakter numer dwa zaczyna wcale nieźle. To szaman-Eskimos z północy, Unalaq, który chce odbudować podupadłą cywilizację nomadów bieguna południowego. Nie dość, że na niższym poziomie rozwoju, południowcy nie mają też kontaktu ze światem duchów, tak ważnym dla ich kultury. Unalaq faktycznie wie, jak przywrócić zerwaną łączność, jednak południowcy są sceptyczni wobec jakichkolwiek zmian, starając się zachować status quo. Ponownie ? zgrabny konflikt: szaman widzi zepsucie południa i chce je naprawić, jednak bez poparcia społecznego stopniowo stosuje coraz więcej siły. Niestety (chyba nadużywam tego słowa), scenarzyści nie ufają widzowi, więc po paru odcinkach okazuje się, że to Unalaq jest odpowiedzialny za zerwanie więzi ze światem duchów, planował wszystko od początku, chce rządzić wszechświatem, a pod koniec jednoczy się z diabłem, zamienia w kilkudziesięciometrową godzillę i rozwala budynki fioletowym laserem wystrzeliwanym z klatki piersiowej. Brawo.

Antagonista numer trzy, czyli anarchista Zaheer, ma stosunkowo prosty plan ? zabić wszystkich rządzących, rozpętać chaos i już. Problem zaczyna się, gdy scenarzyści po raz kolejny stwierdzają, że zamiast walki idei, lepsza będzie walka na pięści, w związku z tym, by uczynić adwersarza ciekawszym, czynią go członkiem mafii i buddystą, a gdy wyłuszcza protagonistce swoje poglądy, ta stwierdza, że dość gadania pora się bić. Zaheer przystaje na tę propozycję. Przegrywa. Dalej.

Antagonistka nr cztery, Kuvira, służyła niegdyś jako szeregowiec w wojsku, zrobiła karierę, doszła do władzy, zjednoczyła rozbite królestwo, została autokratą. Mamy czuć do niej sympatię, bo zajęło jej to trzy lata i coś niecoś wysiłku. Jeśli państwa ościenne się nie poddadzą, zdobędzie je siłą. Wchodzi do mechagodzilli. Przegrywa. Korra zostaje lesbijką. Koniec. Scenarzyści są zmęczeni, my jesteśmy zmęczeni, serial odhaczony.

?Korra? być może najdobitniej ukazuje problem: twórcy potrafią napisać porządny czarny charakter. Wiedzą, że pycha, która stawia antagonistę ponad innymi, to nie tylko pogarda i protekcjonalność, to robienie z siebie boga, który będzie decydował, jak ma wyglądać świat wedle swojego upodobania ? ale nie wierzą w inteligencję widza. A może zbytnio się w to zagłębiam. Może po prostu wiedzą, że mechagodzilla na siebie zarobi.

6 Comments


Recommended Comments

Wpis mi się podoba, bo w ciekawy sposób ukazuje, jak powinien prezentować się czarny charakter, ale chcę się tylko odnieść szybko do "Legendy Korry". Nawet jeśli Amona z pierwszego sezonu rzeczywiście dałoby się rozwinąć tak, że i na serię wielkości poprzedniego "Awatara" by starczyło, to pierwotnie twórcy chcieli zrobić z tego serialu miniserię. Dopiero w trakcie produkcji (albo emisji, nie pamiętam w tej chwili) okazało się, że powstanie jeszcze druga seria, a dopiero potem, że oprócz tego będą dwie kolejne. Tak więc budowanie w taki sposób serii uważam za logiczną konsekwencję, a i budowa świata przedstawiona aż się prosi o to, żeby sporo uwagi poświęcić akcji. Chociaż faktycznie twórcy pokazali, że potrafią tworzyć świetne postacie, co IMO widać w "Legendzie Korry" i (genialnym zresztą) "Awatarze: Legendzie Aanga".

Korra zostaje lesbijką.

Nie mów, że też w to wierzysz...

  • Upvote 1
Link to comment

Świetny wpis. Masz rację, twórcy często psują dobrze napisane postacie antagonistów. Oryginalny Avatar był świetny, ponieważ postacie miały swoje motywacje, zachowywały się w miarę racjonalnie i zmieniały się. Weźmy np. pierwszy czarny charakter którego poznajemy, księcia Zuko.

Próbuje schwytać głównego bohatera, poszukiwanego przez wszystkich Aanga, aby odzyskać uznanie w oczach swego ojca. Gdy odkrywa, że tatuś jest nic nie wartą kreaturą, zepsutą do szpiku kości, bezwzględną, za wszelką cenę usiłującą zdobyć jak największą władzę, stwierdza, iż nie warto takiemu osobnikowi niczego udowadniać. Zaczyna szukać innego sposobu na odzyskanie honoru i poczucia własnej wartości, aż wkońcu przyłącza się do głównego bohatera, przekonując się o słuszności jego postępowania.

  • Upvote 1
Link to comment
Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...