Jump to content

Hobbicia Stopa

  • entries
    286
  • comments
    1,816
  • views
    442,842

Czy warto czytać?

otton

1,821 views

maxresdefault.jpg

Obrzydliwy, zapewne wymyślony przez księgarzy slogan alarmuje: Polacy nie czytają książek, przeciętny obywatel naszego kraju sięga tylko po jedną rocznie. No i jak to w końcu jest: warto czy nie warto czytać? Czy miliony mogą się mylić?

Artykuł miał być początkowo odpowiedzią czy też nawet atakiem na pewien ? bezkrytycznie zresztą ? apologizujący książki tekst, który ukazał się co ciekawe na lokalnym poletku blogowym. W końcu jednak nie udało mi się go w pełni zrealizować w odpowiednim czasie, by mógł być jako odpowiedź na niego odbierany. Z czasem zaczął obrastać w kolejne spostrzeżenia i wydłużać się, utracił ostatecznie ten kontekst, stając się samodzielnie funkcjonującą cząstką tekstu? i może w sumie dobrze. Od stanowiącego inspirację wpisu upłynęło już w sumie w wiśle trochę wody, zapraszam zatem do czytania i komentowania.

*

Polacy nie gęsi, swój język mają

Nieprzypadkowo rozpocząłem tekst informacją, iż przeciętny Polak czyta średnio jedną książkę rocznie, bo też argument ten stanowi dla wszelkich obrońców lektur punkt wyjścia, by jątrzyć, toczyć spory i chwalić się tym, że przeczytali już trzycyfrowe ilości książek, a jeszcze jesień się nie zaczęła. Szkoda tylko, że wszyscy ci erudyci wykładają się na swojej ulubionej aktywności ? czytaniu ? już na etapie interpretacji owego hasła. Definicja książki, nie da się bowiem ukryć, dzięki popularności e-czytników uległa na przestrzeni ostatnich lat zmianie, owe haniebna zaś dla naszego narodu powiedzonko podobno wersji cyfrowych nie uwzględnia. To dość poważne zaniedbanie, wystarczy bowiem przejść się chwilę po ulicach dowolnego większego miasta, by zauważyć, iż taka bardziej nowoczesna forma literatury jest równie często spotykana, jak ludzie niosący pod pachą wielkie, prostokątne bryły z papieru.

Druga rzecz, mniej chlubna ? wydawanie rozmaitej literatury w formie cyfrowej okazało się zmianą tak epokową, jak wprowadzenie formatu MP3. Tamten powstał przecież w dobie wolnego Internetu, toteż zmniejszenie rozmiaru utworów zniosło blokady transferowe ? muzykę dało się po prostu ukraść. Podobną zmianę obserwujemy w przypadku literatury. W czasach, gdy nie powstawały jeszcze e-booki i e-czytniki, nielegalne zdobycie książki w kształcie identycznym jak sprzedawany w sklepie ? było zwyczajnie niemożliwe. Dostęp do literatury elektronicznej sprawił, że bardzo prosto jest wrzucić świeżo nabytą powieść na chomika. Następnie osoba, która takową stamtąd ukradnie, po przekopiowaniu na swój czytnik dostanie produkt oferujący podobną wygodę użytkowania. PDF jest równy ? poza kwestią legalności oczywiście ? skopiowanemu pedeefowi. Papierowa książka, a książka skserowana nie oferują natomiast podobnego komfortu użytkowania.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że w czasach, gdy kradzież literatury ? w niezmienionym względem oryginału kształcie ? stała się tak prosta, wielu ludzi poszło drogą na skróty. Tak poznanych książek statystyka również nie uwzględnia, podejrzewam natomiast, że wliczenie ich do zestawienia szybko zamknęłoby usta tym, którzy kręcą głową mamrocząc przy tym pod nosem ?ach Polaczki, nie czytają?. Nie chcę być przy tym opatrznie zrozumiany, wcale nie namawiam do książkowego piractwa. Chciałbym natomiast zauważyć, że sam fakt nielegalnego pochodzenia literatury w żaden sposób nie wpływa na jej podatność na recepcję. Ta zależy tylko od odbiorcy. Czy kupiony w księgarni, czy ściągnięty z chomika Joyce pozostaje Joycem, a Flaubert Flaubertem. A znaczy A. Ale czy czytanie = wartościowe czytanie? No właśnie?

*

Co to znaczy czytać?

Z resztą o poziomie czytelnictwa w Polsce nie można w zasadzie rozmawiać, jeśli nie uwzględnia się prasy. Dlaczego w zasadzie traktujemy jedynie książkę jako wyznacznik mądrości? Nie zapominajmy, że mamy w kraju całkiem popularne, nieuwzględniane w sloganie, magazyny drukujące opowiadania ? jeżeli już chcemy ograniczać sensowne czytanie do opowieści literackich ? czy też rozmaite opiniotwórcze magazyny typu Polityka. Sam dość często sięgam po to ostatnie wydawnictwo i w zasadzie nie wiem, dlaczego jego ofertę upatruje się jako mniej kształcącą intelektualnie, niż książka jako taka. Ba, uważam czas spędzony z licznymi tygodnikami za bardziej rozwijający od przygód z czytadłami drukowanymi przez znienawidzoną Fabrykę Słów. Bo co to znaczy właściwie czytać książki? Może to tylko taki sport polegający na przewracaniu kartek, który wcale nie ma stymulować mózgu odbiorcy celem samodzielnego myślenia?

*

Czym różni się przeciętna książka od filmu?

Zdumiewa mnie jak chętnie nałogowi połykacze powieści z Fabryki Słów czy innych czytadeł w postaci ?Metra? uważają się automatycznie za mądrzejszych od tych, którzy książek unikają. Prawda jest jednak taka, że ich ulubione teksty literackie nie mają same w sobie wielkiej wartości. Czym się bowiem różni czytanie byle jakiej książki dla przyjemności od oglądania dla przyjemności byle jakiego filmu? W kontekście samorozwoju praktycznie niczym. Różni się tym, że przy filmie spędzimy dwie godzinki, nie zaś dziesięć. Nie potępiam oczywiście czytania powieści oferujących wyłącznie frajdę, w żadnym razie ich nie wyśmiewam. Bardziej mitologizowanie takiego nieco ?dekadenckiego? podejścia do literatury. Czysty hedonizm i nic więcej. Sam książki z takim nastawieniem czytam z biegiem czasu coraz rzadziej, skoro już zamierzam poświęcić na coś więcej niż dwie godziny, musi być to wartościowe.

Pomimo, że przeczytałem już w życiu niejedną ? w teorii trudniejszą ? książkę, nie potrafię przebyć choćby przez ?Dżihad Butleriański?. Wielu pisarzom wydaje się bowiem, że mają nad swoim światem tak wielką kontrolę jak reżyser nad filmem. Jest to tymczasem mit. Kiedy czytam w ?Dżihadzie? o tym, jak bohaterowie sobie lecieli statkiem, jak gięły się blachy wrogich maszyn, wcale nie wierzę w to, że wszystko o czym czytam faktycznie istnieje. Jeżeli pisarz napisze, że po niebie leci czerwony smok, musi się bardzo postarać, żeby stworzyć iluzję, która nada temu światu rzeczywistości. W filmie wzywa się animatorów, robi się smoka ? jest na ekranie? No tak? zatem o jego istnieniu nie sposób dyskutować. Książka, podobnie jak film, jest kłamcą, próbuje jednak sprzedać swoją wizję przy nieobecności części środków ułatwiających uwierzenie w nią, musi więc się postarać. W przypadku ?Dżihadu?, ze świata przedstawionego wybija mnie natomiast plebejski styl literacki czy niespójne charaktery bohaterów ? jak ktoś chce zobaczyć na czym polega syndrom Mary Sue*, polecam przyjrzeć się choćby głównemu bohaterowi. Jest tak święty, że aż się rzygać chce?

*

Czym literatura powinna stać?

Czym jest jednak to wartościowe czytanie, które w Polsce uprawia jeszcze mniej osób? Moim zdaniem powinno ono polegać na takim dobieraniu literatury, żeby czytana książka posiadała jakąś wartość, której inne media nie potrafią oddać w jednakowym stopniu. Może się kryć choćby w refleksyjnej fabule, skłaniającej do przemyśleń i odpowiedzi na pytanie ?a jak ja bym na miejscu bohatera postąpił?. Czy jednak tylko literatura prowadząca do głębokich wniosków, jak choćby ?Jądro Ciemności? Conrada ma jakąś wartość? Ależ bzdura. Książka różni się od innych mediów również tym, że opiera się na literkach? ale też nie mogą być one poukładane byle jak.

Jeżeli chcecie się uczyć pisania to nie ma siły, nie da wam doktorat z dziennikarstwa tego, co można pobrać z literatury. Nie znaczy to jednak, że zdolność pisania potrafi przekazać każda literatura. Pisarz bez odpowiedniego warsztatu może wymyślić i najpiękniejsze zwroty fabularne. To może jednak zrobić jednak i reżyser filmowy. Bez umiejętności budowania faktycznie pięknego literacko tekstu, twórca pozostanie grafomanem.

Weźmy na przykład takich ?Chłopów? Reymonta. Książka jest koszmarnie nudna, ale przy tym znakomita pod względem literackim. Takiej kultury składania literek w słowa, a słów w zdania byle jakie czytadło zdecydowanie nie zaoferuje. Przykładem literackiej ogłady może być wałkowana także w liceum ?Lalka?. Przy okazji oba zaproponowane przykłady ujawniają kolejną wartość czytania ? możliwość przesiąknięcia realiami dawnych czasów. W przypadku ?Lalki? otrzymujemy portret naprawdę precyzyjny, zaś badacze literatury znaleźli w całej opowieści Prusa ledwie dwa błędy merytoryczne, co jest osiągnięciem niezwykłym. W ?Chłopach? ? tak, książka jest pieruńsko nudna ? mamy wbrew pozorom również pewne spostrzeżenie o czasach? teraźniejszych. Jakim cudem? Otóż wydaje się nam, że pochodzimy wszyscy od arystokratów, tymczasem jest to rozminięcie się z prawdą. Inteligencja w czasie wojen została wymordowana, nazwiska w stylu Czartoryski spotykamy już głównie w Argentynie, natomiast przedstawieni przez Reymonta wieśniacy mają zasadniczo w d*pie, co też się w wielkim świecie dzieje. Dzięki temu przeżywają wojnę, przedłużają drzewa genealogiczne i buch ? oto jesteśmy ze swoją mentalnością, mamy jej źródło.

*

Czy warto czytać?

Wreszcie też przyszedł czas na zebranie wszystkiego do kupy i udzielenie wyczerpującej odpowiedzi na zadane w temacie pytanie. Są teksty dobre i teksty o typowo popcornowej treści, które nieraz nie przekraczają swoim poziomem intelektualnym oferty kina i to tego o superbohaterach. Nie jest zatem czytanie wartością samą w sobie. Jego geniusz polega na poznawaniu tekstów rozwijających, nawet jeśli miałby być to krótki artykuł w czasopiśmie. Jak weźmie się do ręki coś rzeczywiście dobrego, dwie strony i poświęcone na nie 15 minut mogą zdziałać cuda większe, niźli niejedno opasłe tomisko. Polacy moim zdaniem faktycznie czytają trochę więcej, niż slogan głosi. Ze swojej strony postulowałbym więc, by od teraz brzmiał on tak: ?Polacy boją się książek dobrych i rzeczywiście wartościowych. Ponadto zaś gubi ich ślepa wiara w sprawczą moc literek.? I w tym cały sęk...

______________________

* - Jeżeli odezwą się w komentarzach jacyś obrońcy ?Dżihadu? z przykładami wad Harkonnena ? Mary Sue jest nie tylko określeniem używanym wobec pozbawionych wad bohaterów, ale też takich, u których złe cechy nie odgrywają żadnej istotnej roli. To z resztą chyba największa choroba współczesnych książek.



21 Comments


Recommended Comments

Nie zgodzę się. Czytadła nieambitne, dostarczające rozrywki mimo wszystko rozwijają bardziej niż nieambitny, dostarczający rozrywki film. Nie dość, że wymaga użycia choć odrobiny wyobraźni, to jeszcze stanowi świetny sposób na przyswojenie sobie zasad pisowni i poszerzenie zasobu słownictwa (warunkiem jest dobra korekta). Osoby czytające choćby i Fabrykę Słów* zazwyczaj popełniają o wiele mniej błędów ortograficznych i stylistycznych niż osoby czytelnictwem gardzące, bardziej też dbają o język wypowiedzi w internecie**. Książki uznawane powszechnie za wartościowe są zaś zazwyczaj nudne/trudne do czytania/męczące/nachalne, co zabija całą przyjemność czytania. Po dniu pełnym umysłowej pracy milej jest przeczytać coś przyjemnego, niż katować się "ambitną literaturą" dla zasady - a przecież w życiu nie chodzi o to, by się unieszczęśliwiać. (No, chyba że ktoś lubi uprawiać czytelniczy masochizm, wtedy nie ma problemu).

*swoją drogą Fabryka ma kilka bardzo fajnych i nie tak głupich książek. W ogóle o odmóżdżającej rozrywce można moim zdaniem mówić dopiero w odniesieniu do romansideł za 3zł czy innych grejów, które zazwyczaj mają tony błędów i reprezentują poziom ujemny.

**oparte na własnych obserwacjach

  • Upvote 3

Share this comment


Link to comment
Po dniu pełnym umysłowej pracy milej jest przeczytać coś przyjemnego, niż katować się "ambitną literaturą" dla zasady - a przecież w życiu nie chodzi o to, by się unieszczęśliwiać.

Jasne, ale ja wcale nie potępiam czytania nieambitnej literatury. Przeczytałem nowego Wiedźmina, bardzo lubię Władcę Pierścieni, przeczytałem praktycznie wszystkie książki Puza - w 80% też raczej rozrywkowe. Ale po co usprawiedliwiać rozrywkę jakimiś wyższymi celami...

  • Upvote 1

Share this comment


Link to comment

Tylko czy to aby na pewno jest usprawiedliwianie? Czytanie rozwija, to jest widoczne gołym okiem. A skoro Polacy rozwijać się nie chcą, to dobrze nie jest. Prasa i ebooki (legalne czy nie) nie mają tu nic do tego, bo według badań niemal połowa pytanych nie czyta nawet tekstów dłuższych niż trzy strony. Trzy strony - przecież to jest tyle co nic. Ponadto można zauważyć pewne zależności między ilością przeczytanych książek a wykształceniem i ogólnym "obyciem". Biorąc to pod uwagę ciężko jest powiedzieć o czytaniu, że to zwyczajna rozrywka.

Share this comment


Link to comment

Z czytaniem to jest tak, że można to robić w bardzo wielu celach. Dla rozrywki, dla poszukiwania informacji naukowych, które są potrzebne np. do zaliczenia kolokwium, dla poszukiwania czegoś, co pomoże ci coś zmienić w życiu albo po to, by można było zacytować czyjąś książkę w pracy naukowej. Pewnie można znaleźć jeszcze kilka innych przykładów.

Co do kupowanych i wypożyczanych książek - to, że ktoś coś kupił albo wypożyczył nie znaczy, że to przeczytał. tongue_prosty.gif Niektórzy chcą mieć książkę, bo ładnie wygląda na półce, jak goście przyjdą, a inne są nietrafionymi prezentami. Ja nie przeczytałem kilkunastu książek z biblioteki, pewnie byłoby to jakieś 20% z ogółu wypożyczonych pozycji.

Fabryka Słów i pochodne - ja tam nie mam nic przeciwko, bo co mam mieć. Czytałem prawie wszystkich "Wędrowyczów" i trochę od Jacka Komudy i świetnie się bawiłem. Jeśli ktoś czyta tylko takie rzeczy i myśli, że doznał oświecenia, to słabo, ale nawet jeśli sięga tylko po rozrywkowe książki i wie, że po prostu chce rozrywki, to nic w tym złego. Sam wolę przeczytać czasem fantastykę, czasem coś naukowego/popularnonaukowego, a innym razem literaturę faktu, którą ostatnio bardzo polubiłem. Wg mnie taki balans jest dobry, podobnie robię z muzyką, filmami i grami (nie ograniczam się do jednego gatunku czy rodzaju) i mi to pasuje. Gdybym nie wyłaził poza początkowe ramy, to nie poznałbym wielu świetnych dzieł.

Share this comment


Link to comment
Jeśli ktoś czyta tylko takie rzeczy i myśli, że doznał oświecenia, to słabo, ale nawet jeśli sięga tylko po rozrywkowe książki i wie, że po prostu chce rozrywki, to nic w tym złego.

Dzięki Elano, właśnie to chciałem przekazać tym tekstem.

Share this comment


Link to comment

E tam. Mi się w ogóle nie podoba jakiś podział na literaturę ambitną i nie i tą bardziej rozwijającą i mniej. Bo to zaraz wychodzi, że tymi ambitnymi tekstami są tylko podręczniki i encyklopedie, bo przecież jakakolwiek proza i fikcja literacka nawet jeśli powszechnie uznana za arcydzieło literatury światowej raczej nie rozwinie mnie bardziej niż równie fikcyjne dzieło z gatunku fantasy. "Rozwój" dzięki czytelnictwu, o którym często się słyszy polega na większej wyobrazi, kreatywności, zasobie słów, lepszej ortografii, nawet na tym, że czasem człowiek potrafi się lepiej zachować w danej sytuacji, odnaleźć, wiedzieć, co powiedzieć po ogromie wchłoniętych historii. Osobiście nie lubię, gdy ludzie nie czytający straszne żachają się, że czytanie zwykłej beletrystyki wcale nie sprawia, że człowiek coś zyskuje. Nie lubię, bo kompletnie się z tym nie zgadzam i uważam, że jest zupełnie odwrotnie i zyskam więcej na dwóch godzinach z jakąś ciekawą powieścią, niż przy filmie.

  • Upvote 2

Share this comment


Link to comment
kradzież literatury ? w niezmienionym względem oryginału kształcie ? stała się tak prosta

Prawdę mówiąc wypożyczanie książek z biblioteki jest już piractwem.

Po podstawowym argumentem stosowanym przeciwko piractwie, jest "żeby twórca mógł zarobić". A ile kasy rocznie tracą przeze mnie autorzy książek? I to legalnie.

______________________

Wow, uwielbiam akcje "czytanie książek jest lepsze". Równie dobrze mogę powiedzieć, słuchanie muzyki poważnej jest lepsze od całej reszty muzyki. Ciekawe kiedy ostatnio słuchaliście Rachmaninowa?

"Rozwój" dzięki czytelnictwu, o którym często się słyszy polega na większej wyobrazi, kreatywności, zasobie słów, lepszej ortografii, nawet na tym, że czasem człowiek potrafi się lepiej zachować w danej sytuacji, odnaleźć, wiedzieć, co powiedzieć po ogromie wchłoniętych historii.

To samo mogę powiedzieć o filmach. Nawet, że rozwijają wyobraźnię.

arcydzieło literatury światowej raczej nie rozwinie mnie bardziej niż równie fikcyjne dzieło z gatunku fantasy.

A książka rozwinie bardziej niz film? Niby dlaczego?

Czemu jakieś "50 Twarzy Graya" miało by rozwijać bardziej niż "Czas Apokalipsy".

Zresztą z czytaniem na prawdę nie jest tak źle jak to się wydaje. Wystarczy pojeździc trochę autobusami, żeby się o tym przekonać.

___[EDIT]

Książki uznawane powszechnie za wartościowe są zaś zazwyczaj nudne/trudne do czytania/męczące/nachalne, co zabija całą przyjemność czytania

O nie zgadzam się. Nikt dawno mnie tak nie obraził. Chyba nigdy nie czytałeś Tołstoja.

  • Upvote 2

Share this comment


Link to comment

Bardzo nie lubię podziału literatury na "kształcącą" i "czytadła", ponieważ w dużej części twory uznawane za ambitne i ważne wcale nie są tak odkrywcze lub znaczące dla kształtowania człowieka. Ponadto nawet czytanie "lekkich" książek jak spora część Fabryki Słów poszerza słownictwo co samo w sobie jest dużym plusem. Od naprawdę trudnych w odbiorze dzieł może odstraszać wałkowane od lat szkolnych przekonanie, że literatura ambitna, kształcąca = nudna np. Krzyżacy, Potop(znam przypadki, że się podobał, ale były raczej odosobnione :)) czy Cierpienia Młodego Wertera (tej jednej pozycji nie znoszę, inne dzieła Goethego cenię i nie wiem dlaczego akurat tą słabiznę wciska się uczniom).

Tak długo jak nie będzie odgórnego ideału, ku któremu powinniśmy się kształcić tak długo nie można stwierdzić, które dzieła kształcą lepiej, a które gorzej. Wszakże książki potrafią zmieniać również przekonania i zawierać idee, a nie wszystkie kształcą "dobrze" np. dzieła Marksa lub ten bełkot w "Mein Kampf", książeczce słabej, acz dosyć ważnej w dziejach.

I jeszcze jedno pytanie, czemu tak często na blogach ludzie marudzą na Fabrykę Słów? Wiem, że często wydają książki wręcz maszynowo, ale zdarzają się im książki dobre, ciekawe i dające satysfakcję. Z pewnością nie jest to jednak Harlequin ^^.

Share this comment


Link to comment

Od naprawdę trudnych w odbiorze dzieł może odstraszać wałkowane od lat szkolnych przekonanie, że literatura ambitna, kształcąca = nudna np. Krzyżacy, Potop(znam przypadki, że się podobał, ale były raczej odosobnione smile_prosty.gif) czy Cierpienia Młodego Wertera (tej jednej pozycji nie znoszę, inne dzieła Goethego cenię i nie wiem dlaczego akurat tą słabiznę wciska się uczniom).

Ja wiem, czy to akurat są tak ambitne książki? Skoro "Krzyżacy" są lekturą w gimnazjum, to raczej nie uznano ich za hiper-mądrą powieść, jeśli mogą ją zrozumieć 14-15 latkowie. Epopeja narodowa nie musi się od razu równać pozycji, przy której mózg się przepala. tongue_prosty.gif

Wszakże książki potrafią zmieniać również przekonania i zawierać idee, a nie wszystkie kształcą "dobrze" np. dzieła Marksa lub ten bełkot w "Mein Kampf", książeczce słabej, acz dosyć ważnej w dziejach.

Marks został mocno wypaczony przez komunistów. Rozminęli się oni z nim w bardzo wielu sprawach, np. w sprawie wolnej Polski (Marks chciał niepodległej Rzeczpospolitej). Dobrze, że nie musiał widzieć, jak źle próbowano wprowadzić w życie to, co sądził. Nie, żebym się jakoś mocno zgadzał z niemieckim filozofem. Z "Mein Kampf" nie ma co już dyskutować, to akurat bełkot.

  • Upvote 1

Share this comment


Link to comment

@Elano Jestem świadom, że Krzyżacy nie są ambitni, ale na taki ta książka jest kreowana. Gdy tylko przypomnę sobie w jakich superlatywach ją opisywała moja polonistka, to aż dech zapiera. Natomiast gdy zapytać polonisty z innego rocznika, to jego opinia może być zgoła inna. Zależy to chyba od preferencji wykładowców lub jakiejś mody.

Share this comment


Link to comment

Racja, wyszło, że nie przeczytałem dokładnie twojego posta. U mnie omawianie lektur zazwyczaj wyglądało fatalnie, na chybcika, bo program trzeba wyrobić.

  • Upvote 1

Share this comment


Link to comment

a) Ja stosuję prostą metodę czytania: raz czytam literaturę mega ambitną, w tym naukową (np. teraz wałkuję "Bohater o tysiącu twarzy" Campbella) by po lekturze sięgnąć po coś lekkiego, jakieś heroic fantasy. Najważniejsza dla mnie jest różnorodność.

b) "Lalka" nie jest nudna. To jedna z najlepszych książek jakie czytałem i jedna z moich ulubionych ever. Podobnie jak "Krzyżacy" (dla mnie czyta się to świetnie jak fantasy, tyle że brakuje elfów, magii itd.), znakomity, przygodowy "Potop" (trylogia jest świetna i to rzecz obowiązkowa dla każdego), a i Goethe to jest klasyka, kanon i coś co znać trzeba. Cierpienia Wertera....Cóż, to książka specyficzna, mi się podobało, choć wolę dajmy na to (zdecydowanie!) Fausta.

Oczywiście istnieje literatura bardziej ambitna i mniej: czym innym jest "Rok 1984" Orwella a czym innym "Conan" Howarda, ale i jedno i drugie na swój sposób rozwija.

  • Upvote 1

Share this comment


Link to comment

@Nevya

Trzy strony - przecież to jest tyle co nic

Dla niektórych trzy strony "Ulissesa" to już jakby górę przenieśli wink_prosty.gif.

@R1P

Bo to zaraz wychodzi, że tymi ambitnymi tekstami są tylko podręczniki i encyklopedie, bo przecież jakakolwiek proza i fikcja literacka nawet jeśli powszechnie uznana za arcydzieło literatury światowej raczej nie rozwinie mnie bardziej niż równie fikcyjne dzieło z gatunku fantasy.

Nope, nie zgadzam się. Poza tym czytanie klasyki to też po części kształcenie się w kwestii epok literackich czy poznawanie dzieł, które później wpływały inspirująco na innych pisarzy. Takie książki zapewniają obycie w literaturze, a fikcyjne dzieła fantasy dość często - choć nie mówię, że zawsze - zakładają, że ważna jest fabuła i tyle. Przez to wiele książek z gatunku nie oferuje wiele od strony literackiej, a to przecież szalenie ważne zagadnienie. Bo dobrą fabułę może zaoferować też film. Ja natomiast kiedy sięgam po książkę, wymagam od niej czegoś, czego mogę spodziewać się tylko po książce.

Osobiście nie lubię, gdy ludzie nie czytający straszne żachają się, że czytanie zwykłej beletrystyki wcale nie sprawia, że człowiek coś zyskuje

A widzisz, i tu masz tekst inny - 2,5 strony narzekań człowieka, który beletrystykę czyta i to w dość sporych ilościach... na rekord w żadnym razie nie idę, ale...

@nortlaf

Prawdę mówiąc wypożyczanie książek z biblioteki jest już piractwem. Po podstawowym argumentem stosowanym przeciwko piractwie, jest "żeby twórca mógł zarobić". A ile kasy rocznie tracą przeze mnie autorzy książek? I to legalnie.

Kurcze, mniej fajne od piractwa jest dla mnie to, że autorzy dostają za jeden sprzedany egzemplarz swojej książki coś około 2-3 złotych. Rozumiem, że wydawnictwo daje papier, płaci za wydrukowanie i dystrybucję. Z drugiej strony jednak bez tego autora to tym papierem by się mogli co najwyżej podetrzeć.

@Earendil

Wszakże książki potrafią zmieniać również przekonania i zawierać idee, a nie wszystkie kształcą "dobrze" np. dzieła Marksa lub ten bełkot w "Mein Kampf", książeczce słabej, acz dosyć ważnej w dziejach.

Ale wiesz, czytanie "Mein Kampf" ma jednak jakąśtam wartość historyczną. Fakt, bełkot straszny, ale kiedyś było bodajże jakieś polskie, przeredagowane tłumaczenie, w którym wykasowali powtórzenia - było 6 razy krótsze od oryginału. Jeżeli podejdzie się do lektury z odpowiednim przygotowaniem i wiedzą, jakie krzywdy taka "filozofia" spowodowała na świecie, czytanie "MK" może stanowić formę przestrogi. Sam czytywałem choćby fragmenty znalezionej na strychu "Ekonomii Politycznej Socjalizmu" - nie rzecz jasna bezkrytycznie. Takie czytanie kłamstw też ma sens. Pamiętam z resztą jak polonista uzasadnił nam kiedyś dlaczego warto przebrnąć przez "Dziady cz.II" - żeby zobaczyć jakie głupoty wyznawał Mickiewicz (Polska mesjaszem narodów... ta, a szlachta to w ogóle święta była) i podejść do takiej mentalności w sposób krytyczny. I rzecz jasna nie wprowadzać jej w życie, nie zasilać grona zaślepionych patryjotów.

Jestem świadom, że Krzyżacy nie są ambitni, ale na taki ta książka jest kreowana. Gdy tylko przypomnę sobie w jakich superlatywach ją opisywała moja polonistka, to aż dech zapiera.

Zależy od nauczyciela, nie każdy jest kłamcą. Miałem akurat takiego, który był szczery i otwarcie nam mówił, jakie lektury są dobre, a jakie omawia się z obowiązku. Dowiedziałem się od niego, że Słowacki prawdobnie był prawiczkiem, że Wyspiański zmarł na syfilis... i miejsca by mi zbrakło na inne ciekawostki. Także polski wcale nie musi być nudny wink_prosty.gif.

"Lalka" nie jest nudna. To jedna z najlepszych książek jakie czytałem i jedna z moich ulubionych ever.

Dżiz, przypadkiem zasugerowałem, że "Lalka" jest nudna, błąd w układzie zdań mi się wkradł. Nie uważam wcale, że jest nudna, sam połknąłem ją w jakieś 9 dni mając kryzys jedynie w okolicach Zasławka. Przestawiłem kolejność zdań, teraz powinno być ok.

Share this comment


Link to comment

Cóż, mój komentarz wystosowałem na długo zanim powstał ten wpis =). Czytając głupiejemy.

Weźmy na przykład takich ?Chłopów? Reymonta. Książka jest koszmarnie nudna, ale przy tym znakomita pod względem literackim.

Co do poziomu literackiego i języka naszych czytadeł, to jestem pełen podziwu dla niektórych felietonistów. Naprawdę chciałbym dorównać kiedyś kunsztem Masłowskiej, Mellerowi czy Krakowskiej. Posługują się piórem niczym Wołodyjowski szabelką: lekko, elastycznie, ale zabójczo skutecznie.

  • Upvote 2

Share this comment


Link to comment

"Rozwój" dzięki czytelnictwu, o którym często się słyszy polega na większej wyobrazi, kreatywności, zasobie słów, lepszej ortografii, nawet na tym, że czasem człowiek potrafi się lepiej zachować w danej sytuacji, odnaleźć, wiedzieć, co powiedzieć po ogromie wchłoniętych historii.

To samo mogę powiedzieć o filmach. Nawet, że rozwijają wyobraźnię.

No chyba jednak nie. Nie wiem jak niby film miałby rozwinąć zasady pisowni.

Książki uznawane powszechnie za wartościowe są zaś zazwyczaj nudne/trudne do czytania/męczące/nachalne, co zabija całą przyjemność czytania

O nie zgadzam się. Nikt dawno mnie tak nie obraził. Chyba nigdy nie czytałeś Tołstoja.

"Zazwyczaj".

Share this comment


Link to comment

@Otton Z "Mein Kampf" miałem na myśli to, że książka jest słaba, ale jednocześnie bardzo ważna dla historii i literatury, mimo tego jaki to jest bełkot. Jest ona dosyć ambitna, biorąc pod uwagę wizję autora i idee w niej zawarte, ale od strony warsztatu literackiego jest słaba, wciąż jest to jednak książka ważna, którą wielu ludzi powinno czytać z odpowiednim przygotowaniem(które nota bene bardziej kształci niż samo przeczytanie tejże), ale pod względem literackim jest dziełem słabym, mało ważnym dla literackiego warsztatu i sztuki "ustawiania literek". Stąd też mój sceptycyzm do podziału na "kształcące bardziej" i "czytadła", bo jak wymieniłem MK warsztatem pasuje do roli czytadła, a jednak kształci.

Share this comment


Link to comment

Ja kiedyś słyszałem od kolegi (ale sam nie wiedział, czy ta informacja jest prawdziwa), że statystyki czytelnictwa w Polsce buduje się tylko na podstawie książek kupionych. Czyli nie bierze się pod uwagę pozycji wypożyczonych z bibliotek. Jeśli to prawda - podobnie jak to, co piszesz o e-bookach - to znaczy, że ta analiza jest bardzo wybrakowana i że z czytelnictwem w naszym kraju nie jest tak źle, jak można by pomyśleć.

Mary Sue nie jest wcale określeniem używanym wobec pozbawionych wad bohaterów, a takich, u których złe cechy nie odgrywają żadnej istotnej roli.

Zwrócę tylko uwagę, że obydwie definicje pasują do tego terminu.

Kurcze, mniej fajne od piractwa jest dla mnie to, że autorzy dostają za jeden sprzedany egzemplarz swojej książki coś około 2-3 złotych. Rozumiem, że wydawnictwo daje papier, płaci za wydrukowanie i dystrybucję. Z drugiej strony jednak bez tego autora to tym papierem by się mogli co najwyżej podetrzeć.

Ja z kolei nie rozumiem też, jakim cudem najwięcej zarabia dystrybutor, skoro to wydawnictwo musi pokryć większość kosztów (zwłaszcza że np. taki Empik bardzo dużo chce za lepszą ekspozycję towaru, a do tego zawsze mocno odwleka płatności za sprzedane pozycje).

Share this comment


Link to comment

Dwie sprawy:

1. Czytanie rozwija, ale w różny sposób - może to być pobudzenie do myślenia, może to być poszerzenie się słownictwa, może to być poprawa umiejętności czytelniczych (np. czytasz szybciej poprzez praktykę), może to być przyswajanie wiedzy.

2. "Klasyk" może, ale nie musi rozwijać. Podobnie rzecz ma się z "nie-klasykami". "Klasyka" to po prostu nalepka na określone książki bez większej refleksji nad tym czy ma to sens, czy też nie. Podobnie ma się rzecz z książkami i innymi artykułami czytanymi.

"Nad Niemnem" wcale mnie nie rozwinęło* (tak, rozumiem intencje wokół napisania tej książki, kontekst epoki i tak dalej, ale podczas czytania miałem to gdzieś i nudziłem się niesamowicie), a "Lalki" nie uważałem za ciekawą**.

Najlepiej i najłatwiej jest zablokować rozwój człowieka poprzez dawanie mu do czytania czegoś, co uważa za koszmarnie nudne. Czyli właśnie polską klasykę. Człowiek, którzy dużo nie czyta będzie kojarzył literaturę z nudą bądź karą (bo nie przeczytał książki X, więc dostanie niską ocenę) i przez to będzie unikał tej aktywności, co w skrajnym przypadku może nawet doprowadzić do wtórnego analfabetyzmu.

Dlatego powiedziałbym, że warto czytać cokolwiek. Cokolwiek nas bawi. Cokolwiek nas interesuje. Czytanie może stanowić wartość samą w sobie. Polubienie czytania to wręcz absolutny klucz, fundament na którym powinno się opierać polskie szkolnictwo.

Ale jak mamy system nauczania jaki mamy, to nie ma co dziwić się, że ludzie nie czytają. Nie czytają, bo nie lubią. Bo to ich nudzi. Bo im się źle kojarzy. Bo to ich męczy (tak, osobę słabo czytającą czytanie jako aktywność może męczyć i nie ma co się z tego śmiać).

* Słownictwo i umiejętności czytelnicze miałem wtedy już i tak na wysokim poziomie, a znudzony człowiek fatalnie przyswaja informacje.

** Najbardziej nudziłem się przy "Nad Niemnem".

  • Upvote 8

Share this comment


Link to comment

To ja z innej beczki : mnie śmieszą ludzie którzy chwalą że dużo czytają ambitnej literatury. Człowiek czyta dla siebie, a nie dla innych.

No i tak jak poprzednicy, czytanie nawet dla rozrywki, choćby fantastyki rozwija, głównie wyobraźnie, więc czy to poważna literatura, czy rozrywkowa, warto czasem cokolwiek przeczytać.

  • Upvote 1

Share this comment


Link to comment

@ Knight Martius - fakt, zapędziłem się trochę z tą definicją. Poprawione. Dzięki za bystre oko ;).

@ Darkstar181 - chyba trochę nie zrozumiałeś przesłania wpisu. Chodzi w nim o to, że z książki robi się synonim mądrości, co nie zawsze pokrywa się z rzeczywistością. Krytykuję w nim nie tych, którzy czytają czytadła, ale z tych, którzy czytają książki na ilość, nie na jakość, tylko po to żeby potem pochwalić się w necie swoim wynikiem i powiedzieć "patrzcie ludzie ile ja czytam, jestem mądrzejszy od tych co nie czytają książek". Poza tym skąd pomysł, że ci co czytają nieambitną literaturę, czytają ją dla siebie, a ten drugi rodzaj na pokaz...

Share this comment


Link to comment
Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...