Skocz do zawartości

Random Sanity

  • wpisy
    387
  • komentarzy
    1420
  • wyświetleń
    250981

Mini-przegląd mini-tytułów

Zaloguj się, aby obserwować  
Rankin

557 wyświetleń

W nagrywaniu LP krótka przerwa, przynajmniej do weekendu, więc w międzyczasie - krótki tekst dla smaku. A w tekście tym - krótki opis paru tytułów z pogranicza indie, w jaki zdarzyło mi się grać w bliżej niesprecyzowanej niedawnej przeszłości.

Pierwszym tytułem jest 1953: KGB Unleashed. Była ona opisana kiedyś na tych tutaj blogach jako niedoceniona przygodówka-horror, a ja niedługo potem, w poszukiwaniu jakiegoś godnego następcy ożw Shivers kupiłem na jakiejś promocji (release tej gry na steamie to zresztą osobna kontrowersja).

I srodze się zawiodłem. Gra jest nie tyle horrorem, co majakiem - zbiorem wydarzeń, bez ładu i składu... również bez przestrachu. Postać gracza przechodzi od lokacji do lokacji, prawda, że całkiem realistycznie wyrenderowanych, ale nie tak znowu dużo lepszych od tego, co prezentowały twory Cryo z końca ubiegłego wieku... zresztą gracz i tak przestanie patrzeć na otoczenie pod tym kątem, próbując się użerać z rozwiązaniem zagadek. których trudność w 75% przypadków polega na tym, że nie ma żadnej reguły, czy jakiejkolwiek podpowiedzi, który fragment otoczenia jest interaktywny, a który - nie. Gdy już wiadomo, co nadaje się do użycia, da radę JAKOŚ połączyć fakty i wykombinować rozwiązanie - o ile też wiemy, czym jest dany obiekt, z którym próbujemy pracować, a co nie zawsze jest takie logiczne (vide ukryta część biura z jej dziwnymi ustrojstwami). Pozostałe 25% przypadków to zagadki kompletnie nonsensowne, obecne szczególnie w późniejszej fazie gry (tj. w drugiej godzinie, biorąc poprawkę na wielokrotne przycięcie się gracza). Niewiele dobrego, ba, w ogóle niewiele można też powiedzieć o fabule tej gry. Zaczyna się w miarę ciekawie i ma całkiem dobre założenia do wytworzenia horroru, ale szybko te założenia... gubi? Wprowadzani są NPCe, by potem gra nigdy więcej o nich nie wspomniała, co jakiś czas zatrzymuje nas tajemniczy głos z megafonu, który po pierwszych paru wypowiedziach nie ma żadnego związku z fabułą ani sytuacją, spore halo tworzy się wokół uzyskania pewnych nagrań, a gdy je odtworzymy, ich treść również niczego nie tłumaczy, tylko magicznie teleportuje postać, zaś końcówka to w ogóle zlepek przypadkowych lokacji i kompletnie nie pasujące do reszty gry outro. Żeby było fajniej (?), grę ukończyłem w dwie godziny, a i to dlatego, że półtorej godziny z tych dwóch użerałem się z zagadkami starając się nie sprawdzać żadnych poradników. Gdybym musiał dać grze ocenę (czego od dawna unikam), za początek dałbym 7/10, za końcówkę - 2/10, a za całokształt - może 3/10.

Drugim tytułem, o którym dziś wspomnę, jest popularny ostatnimi czasy Risk of Rain, z którego zresztą swego czasu planowałem nagrać gameplay, ale przeszkodziły mi różne niefajne problemy z łapaniem tej gry. Anyway, Risk of Rain jest pixelowatą platformówką indie z losowo generowanymi poziomami i drobnymi elementami RPG. Absolutna sztampa i nic oryginalnego - można by powiedzieć, na dodatek postać gracza jest wręcz mikroskopijnych rozmiarów, co, przynajmniej mi, nieco utrudnia odbiór gry. Na szczęście RoR wygrywa samym gameplayem! Gameplayem, który z opisu jest również prymitywny - dotrzeć do teleportu, przetrwać 90 sekund, załatwiając wszystkich wrogów, w tym bossa. Żeby było weselej, co parę minut poziom trudności wzrasta, dając więcej wrogów i wredniejsze odmiany tychże, tak że pod koniec można napotkać po kilka uprzednio spotkanych bossów naraz - jako mięso armatnie. Gracz steruje jedną z kilku diametralnie odmiennych postaci, odblokowywanych stopniowo, w miarę postępów w grze, z których każda posiada cztery umiejętności - jedną służącą za standardowy atak i trzy mogące być absolutnie czymkolwiek (ostatnia jest często potężniejsza od reszty). Limitu użyć ani żadnych wskaźników energii, many, etc. nie ma (wyjątek: miny inżyniera, które regenerują się, ale powoli), liczy się jedynie cooldown, a paleta umiejętności jest bardzo obszerna, od prostych "strzelaj, ale szybciej" komandosa, przez łuk z eksplodującym grotem a' la Rambo, miny i wieżyczki inżyniera, po bardziej egzotyczne wyskoki Górnika i ciekawie synergizujące się umiejętności Snajpera (namierzanie i reload). Cztery skille i inny poziom HP to jednak trochę mało, aby urozmaicić rozgrywkę, dlatego też w toku gry gracz napotka poutykane w (płatnych) skrzyniach całe tony przeróżnych itemów, dających mniej lub bardziej pożyteczne, unikatowe umiejętności pasywne typu regen, porażanie wrogów, dodatkowy dmg, a także dodatkowy aktywny skill (naraz można mieć tylko jeden), którym może być teleport, leczenie, a także np. gigantyczny dmg kosztem własnego HP. Wrogów jest kilkanaście gatunków w różnych odmianach i rozmiarach, od małych lemurian po wielkiego na cały ekran Kolosa i nawet większego Płomiennego Czerwia. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że wszystko po prostu działa, każdy element jest na swoim miejscu i współgra z resztą, dając dynamiczną, wymagającą rozgrywkę, w której trzeba trochę pogłówkować i na każdego wroga mieć gotową taktykę. Do tego nastrojowa oprawa muzyczna i funkcjonalna grafika - Risk of Rain jest po prostu porcją solidnego, szybkiego platformowania, z którym warto się zapoznać.

Zaloguj się, aby obserwować  


1 komentarz


Rekomendowane komentarze

Gość
Dodaj komentarz...

×   Wklejony jako tekst z formatowaniem.   Wklej jako zwykły tekst

  Maksymalna ilość emotikon wynosi 75.

×   Twój link będzie automatycznie osadzony.   Wyświetlać jako link

×   Twoja poprzednia zawartość została przywrócona.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz wkleić zdjęć bezpośrednio. Prześlij lub wstaw obrazy z adresu URL.

×
×
  • Utwórz nowe...