Skocz do zawartości

Eyjafjallajökull

Zaloguj się, aby obserwować  
  • wpisy
    40
  • komentarzy
    115
  • wyświetleń
    30267

Przyklejam się do ściany, czyli The Legend of Zelda: A Link Between Worlds

Elano

789 wyświetleń

ayxDrzj.png

The Legend of Zelda to jedna z flagowych marek Nintendo. Na 3DS-a wyszła w 2011 roku Ocarina of Time 3D, ale jest to tylko "remake" hitu z Nintendo 64. Dopiero pod koniec 2013 roku Japończycy pochwalili się światu kompletnie nową odsłoną swojej "telenoweli", która reklamowana jest jako sequel do jednej z pierwszych Zeld - A Link to the Past z konsoli SNES.

Od razu zaznaczę pewien fakt w obawie przed zjedzeniem przez hardkorowych fanów serii (mam nadzieję, że znajdzie się jakiś!)- nigdy nie grałem w A Link to the Past, więc nie będę w stanie zbyt dobrze porównać "Linka pomiędzy światami" do produkcji z 1991 roku. Bawiłem się tylko odsłonami wydanymi na Game Boya Colora, co o tyle sprzyja tej recenzji, że Zeldy z tej konsolki są chyba najbardziej podobne do opisywanej dziś gry.

Fabuła nigdy nie była najważniejszą częścią Zeld i tym razem jest podobnie. Ponownie protagonistą jest Link i ponownie musimy uratować tytułową księżniczkę. Sprawcą zamieszania w krainie Hyrule jest Yuga, który zamienia blondwłosą piękność i kilka innych postaci w... obrazy. Odziany w zielone ciuszki chłopak musi więc uratować zamienione w malunki persony i doprowadzić do ostatecznego starcia ze złem. Zresztą Link także ma się stać jednym z fresków, jednakże pewien zbieg okoliczności sprawia, iż główny przeciwnik nie tyle unieszkodliwia naszego bohatera, co pozwala mu zdobyć pewną umiejętność, do której nawiązałem w tytule.

A jest to możliwość zamiany w obrazek. Dzięki temu możemy przechodzić przez portale do Lorule, bliźniaczego świata, w którym znajduje się większość lochów. Nowa zdolność pozwala także na rozwiązywanie typowych dla serii niezbyt trudnych zagadek logiczno-przestrzennych. Twórcy zmuszają nas do bardzo częstego korzystania z nowego "ficzera" i jest to bardzo dobry pomysł. Nowinka pozwoliła na stworzenie sporej ilości ciekawych łamigłówek, podczas rozwiązywania których należy umiejętnie manewrować pomiędzy pozostawaniem przyklejonym do ściany, a powrotem do ludzkiej formy. Jeden zabieg, a znacząco odświeżył nieco skostniały "gameplay" dwuwymiarowych Zeld.

EdWyapT.jpg

W "obrazkowej" postaci Link jest niewrażliwy na wrogie ataki

Większość czasu spędzamy jednak w standardowej formie. Bohatera obserwujemy z góry, tak jak we wspominanym A Link to the Past czy Oracle of Seasons i Oracle of Ages. Przycisk B służy do machania mieczem, Y i X to sloty na przedmioty, R uaktywnia tarczę, a L przyspieszające ruchy buty. Co do przedmiotów, to zaszła tu pewna nowość związana z ich zdobywaniem. W innych Zeldach nowe części ekwipunku znajdowaliśmy zazwyczaj w kolejnych podziemiach. W A Link Between Worlds niemal wszystkie narzędzia są do naszej dyspozycji już na początku zabawy. Wypożyczamy je od kupca Ravio, który wprowadza się do naszego domu. Problem jest taki, że jeśli zginiemy, to tracimy wszystkie przedmioty. Po pewnym czasie gra daje nam jednak możliwość kupna gratów na stałe, co może nie jest opcją tanią, ale bardzo przydatną. Do dyspozycji mamy kilka rodzajów różdżek, bumerang, bomby, łuk, linkę z hakiem czy młot. Większość z tych przedmiotów pojawiała się już w innych częściach serii. Każdy z nich możemy ulepszyć poprzez pomoc Mamie Maiamai w odnalezieniu jej dzieci. Ośmiornicopodobna istota ma aż setkę potomstwa i za każdą znalezioną dziesiątkę pozwala nam zmodyfikować jedno z naszych narzędzi, zwiększając zasięg jego działania, siłę i tym podobne.

Oprawa gry sprawia naprawdę dobre wrażenie. W przeciwieństwie do opisywanych przeze mnie wcześniej nowych Pokemonów, A Link Between Worlds cały czas oferuje widok w trójwymiarze. Kolory są żywe, wrogowie, wśród których znajdziemy uzbrojone świnie, rzucających bombami cyklopów czy bardziej standardowe kraby czy ptaki, wyglądają naprawdę solidnie. Nie ma też żadnych problemów z płynnością, podczas zabawy nie doświadczyłem ani jednego zaciachu. Muzyka nawiązuje do A Link to the Past. Mamy więc do czynienia z przearanżowanymi kawałkami z produkcji powstałej na początku lat 90., wliczając w to charakterystyczny główny motyw. Dźwiękom nic zarzucić nie mogę - po prostu są i pasują do sytuacji. Żadnych głosów postaci (poza złowieszczym śmiechem Yugi czy okrzykiem zdziwienia Zeldy) oczywiście tutaj nie ma, co w produkcjach na 3DS-a dziwić nikogo nie powinno.

RpI2uY0.jpg

Ravio robi Linkowi wjazd na chatę, ale przynajmniej oferuje szereg ciekawych przedmiotów

W przerwie pomiędzy eksplorowaniem kolejnych "dungeonów" (które, co też jest świeżynką, można zaliczać w dowolnej kolejności), możemy pobawić się kilkoma aktywnościami pobocznymi. Są to głównie minigierki, które zawierają kilka poziomów trudności. Uciekanie przed kurczakami, bieganie pomiędzy punktami na czas czy gra w coś na kształt baseballu nie są może rzeczami, nad którymi warto by się zatrzymywać na dłużej, ale zapewniają nieco zabawy. Jeśli chodzi o opcje online, to są one dość ubogie. Jedyna interakcja pomiędzy graczami to walki pomiędzy Shadow Linkami. O co chodzi? Otóż możemy przygotować własne alter ego, które wyposażamy w konkretne przedmioty, Jest ono następnie wysyłane StreetPasem, aby zmierzyło się z "Mrocznym Linkiem" innego gracza. Docierające do nas Shadow Linki gromadzą się na placu w wiosce Kakariko i w każdej chwili możemy z nimi powalczyć. Oczywiście złapanie kogoś z 3DS-em w Polsce łatwe nie jest, więc przez całą grę porywalizowałem sobie bodajże tylko trzy razy.

Na minus zaliczyłbym bossów. Po pierwsze, to bezosobowe twory w postaci dużego robala albo przedmiotu z okiem, które ani się do nas nie odezwą, ani w pamięć nie zapadną. Po drugie, walki z nimi są zazwyczaj bardzo proste, schematyczne i dość krótkie. Szkoda, że w starciach z nimi nie pokuszono się o częstszą konieczność wykorzystania umiejętności zamiany w obrazek, o co aż się prosi - może wtedy potyczki byłyby trochę ciekawsze. Zresztą całą gra jest dość łatwa. Licznik wskazał mi siedem zgonów, z czego większość zaliczyłem wtedy, gdy miałem już wykupione wszystkie przedmioty i mogłem się pokusić o nonszalancję i nie zwracanie za bardzo uwagi na tracone serduszka. Rozwiązaniem tej sytuacji może być Hero Mode, czyli trudniejszy tryb gry odblokowujący się po ukończeniu produkcji. Wrogowie zadają w nim znacznie więcej obrażeń, co czyni zabawę sporo cięższą. Na razie nie bawiłem się w nim jednak za wiele, bo dopiero co ukończyłem podstawową przygodę i na razie chciałbym odetchnąć od Zeldy.

e6nCjOu.jpg

Jedna z minigierek - szukanie cennych rzeczy w skrzyniach

Uh, z tekstu łatwo wywnioskować, że gorąco polecam tę grę, ale gdyby ktoś chciał się upewnić - tak, kupujcie to. Uwielbiam Zeldy w 2D i tęvteż bardzo polubiłem. Gra jest całkiem długa (około 20 godzin, jeśli nie prze się na złamanie karku do przodu), a dodatkowo oferuje Hero Mode, w którym zmarnujemy co najmniej drugie tyle czasu. Podczas rozgrywki przypomniały mi się setki godzin spędzone w "Oraclach", ale nawet jeśli nigdy w Zeldę nie graliście, to możecie spokojnie zacząć od tej części. To fabularna całość i obejdziecie się nawet bez zrozumienia nawiązań do poprzednich odsłon serii.



2 komentarze


Rekomendowane komentarze

Ubolewam nad faktem, że handheldowe Zeldy przeszły w 3D. Przy rozdziałce DSa/3DSa i bez cell shadingu wygląda to imo, średnio. W ogóle dla mnie Link = Cell Shading. Ale i tak w to zagram :P

Udostępnij ten komentarz


Link do komentarza
Gość
Dodaj komentarz...

×   Wklejony jako tekst z formatowaniem.   Wklej jako zwykły tekst

  Maksymalna ilość emotikon wynosi 75.

×   Twój link będzie automatycznie osadzony.   Wyświetlać jako link

×   Twoja poprzednia zawartość została przywrócona.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz wkleić zdjęć bezpośrednio. Prześlij lub wstaw obrazy z adresu URL.

×
×
  • Utwórz nowe...