81:1. Opowieści z Wysp Owczych

Wyspy Owcze. Kto z was umie powiedzieć coś na temat tego miejsca? Jeden będzie wiedział, że to archipelag położony gdzieś między Szkocją a Islandią. Inny, który uważał na lekcjach geografii w liceum, przytoczy nazwę stolicy tego kraju, Tórshavn. Znajdzie się być może ktoś, kto napomknie o zwierzchnictwie Danii nad tym terenem. I to właściwie tyle, bo po co wiedzieć więcej?
Marcin Michalski i Maciej Wasielewski, absolwenci Uniwerystetu Warszawskiego, młode chłopaki, postanowili jednak zgłębić te wietrzne (wiatr jest jedną z głównych przyczyn braku drzew) i mokre (deszcz pada tu niemal 300 dni w roku!) wyspy. Odbyli trzy podróże w latach 2007-2009 i, w przerwach pomiędzy pracą w przetwórni ryb, opisali, co zobaczyli. A opisali to tak, że ręce same składają się do oklasków.
Już pierwszy rozdział zapowiada ciekawą lekturę. Oto Farerka spędza wakacje w Hiszpanii i szykuje się właśnie do powrotu do ojczyzny. Gubi jednak paszport i musi stawić się na posterunku policji, aby zdążyć na lot. Mundurowy nie słyszał jednak nigdy o Wyspach Owczych i podejrzewa dziewczynę o żarty. Sytuację wyjaśnia dopiero spotkany na lotnisku nieznajomy. Udaje się z dziewczyną na posterunek, pomaga odzyskać dokumenty i ulatnia się w mig. Po latach turystka dowiaduje się z codziennej gazety, iż był to Norweg, oficer Interpolu.
Książka pełna jest historii dziwnych, zaskakujących i przede wszystkim bardzo zabawnych. Farerowie okazują się być społecznością zupełnie inną od zglobalizowanych dziś narodów Europy. Powstanie restauracji Burger Kinga w jednym (a może i jedynym?) centrum handlowym na Wyspach Owczych poprzedzone było protestami, pikietami, artykułami w prasie i materiałami w mediach. Farerowie wiedzą, że są jednym z ostatnich zakątków świata, gdzie życie toczy się spokojnie, niespiesznie i, pomimo sprawiania pozorów nieco znudzonych brakiem atrakcji, dążą do zachowania takiego stanu rzeczy. Zawsze można przecież polecieć do Kopenhagi i tam wybawić się za cały tydzień czy miesiąc.

Domy na Wyspach Owczych z charakterystyczną murawą na dachach.
Niemal każdy obywatel Wysp Owczych związany jest z jakąś ciekawą historią. Niby to zwykły facet idący do sklepu okazuje się jednym z najlepszych piłkarzy w historii kraju, który kilkanaście lat temu zapewnił swojej reprezentacji tryumf w meczu z Austrią. Drugi, starszy pan z brodą, w przeszłości przepłynął z archipelagu aż do Danii w zwykłej drewnianej łódce, a jest to odległość około 1000 km! Właściwie każdy opisywany przez autorów Farer skrywa coś zaskakującego i niespodziewanego. A to był pierwszym listonoszem na wyspie, targającym na rowerze ciężki worek z listami przez trudny, pagórkowaty teren, a to rzeźbiarzem, malarzem, pisarzem. Jak na zaledwie 50000 społeczność, ilość artystów i ludzi nieprzeciętnych jest bardzo wysoka.
Choć jest to pisarski debiut dwóch młodych Polaków, książka zaskakuje niemal na każdym polu. Z jednej strony sporo tu opisów przyrody, miejsc i ludzi, także dość licznie zamieszkałych na wyspach naszych rodaków, dzięki którym z łatwością można sobie wyobrazić krajobraz archipelagu. Z drugiej: nie brakuje rozważań na temat zmieniającego się świata. Również wśród Farerczyków dochodzi do podziału na przeciwnych zmianom starszych i garnących się do "wielkiego świata" młodych. Można to określić jako walkę tradycji z nowoczesnością. Najlepiej obrazuje to ostatni akapit książki. Nie martwcie się, to żaden spoiler: "Ostatni latarnik w kraju, Hans Peter Kj?rbo z Sumby, jako jeden z nielicznych nie chce założyć profilu na Facebooku". Większość osób zdaje sobie sprawę z tego, że nowoczesność wreszcie musi wygrać, ale moment ten jest, jak do tej pory, całkiem skutecznie odwlekany w czasie.

Niemal cała linia brzegowa wysp wygląda właśnie tak - wysokie, skaliste klify.
Książka podzielona jest na krótkie rozdziały. Niektóre z nich nie mają nawet strony, najdłuższe zajmują maksimum kilkanaście minut czytania. Uważam, że to świetny zabieg. Lekturę można zacząć w krótkiej wolnej chwili, a potem odłożyć książkę na półkę na tydzień, by po tym okresie czasu spokojnie wrócić do chłonięcia kolejnych historii. Ja nie byłem w stanie, bo wywody Marcina i Macieja wciągnęły mnie jak wir i z nieco ponad 300 stronicami uwinąłem się dość szybko, ale ktoś z mniejszą ilością wolnego czasu może to zaliczyć na plus. Każdy rozdział to nowa opowieść, dzięki czemu "81:1" czyta się niespiesznie i nie sposób zgubić wątku.
Jeśli miałbym wam polecić jedną z przeczytanych przeze mnie w całym życiu książek, byłoby to właśnie "81:1. Opowieści z Wysp Owczych". Wiem, może przesadzam, nie jestem też żadnym autorytetem, ale naprawdę gorąco polecam wam tę pozycję. Zapuśćcie sobie w słuchawkach albo radiu nastrojową muzykę (polecam Sigur Ros - wiem, że to Islandczycy, ale bardzo mi pasowali do klimatu Wysp Owczych) i czytajcie. Będziecie chcieli pojechać na Wyspy Owcze, oj będziecie.

3 komentarze
Rekomendowane komentarze