Jesienne Polecanki - "Where the white man at?" [UPDATE]

W zeszłym tygodniu opowiedziałem wam o moich odczuciach względem minionego sezonu anime. Tym razem zapraszam was do poczytania o tym, co bawić mnie będzie przez jeszcze co najmniej dwa miesiące, a jest o czym gadać! W końcu wziąłem na swoje barki dwanaście piętnaście całkiem nowych serii.
Skąd taki podtytuł? Aktualny sezon jest bardzo ubogi pod względem ciekawych postaci męskich. Dosłownie kobieca apokalipsa! Nie to, żebym narzekał, ale partia szowinistyczna powinna dogłębnie zbadać sprawę pod kątem dyskryminacji płci ![]()
Tak przy okazji - we wpisach polecankowych nie będę dawał swojej oceny. Musicie sami wszystko przeczytać i z tekstu wywnioskować czy serial trafia w wasze gusta. Wiem, że dla wielu z was czytanie "iz 2 hard", ale co szkodzi spróbować!
Tak więc... Hajimemashou ka?
* * *
Pierwsza pozycja na mojej liście i już rozczarowanie. BlazBlue stało się właśnie najnowszą cegiełką tworzącą mur znany jako "właśnie dlatego nie robimy adaptacji gier video". Co poszło źle? Dosłownie wszystko!
Zacznijmy od tego, że historia nie trzyma się kupy... Nawet znając fabułę gier z tej serii miałem problem z logicznym poskładaniem ciągów wydarzeń w głowie. Nie chcę nawet myśleć, co poczuje osoba niezaznajomiona z tematem. Dodatkowej goryczy dodaje beznadziejna robota jaką wykonał pan edytor. Sceny kończą się w bardzo przypadkowych momentach, opening posklejano ze scen z pierwszego odcinka, a pojedynkom brak dynamizmu. Bardzo częstą sztuczką jest na przykład ukazywanie walki w formie kolorowych iskierek, czy prowadzenie jej poza ekranem. Oprawa graficzna powoduje opad szczęki, ale nie z zachwytu tylko z zażenowania. Nie minęło nawet dziesięć minut od opublikowania pierwszego odcinka na Funimation, a już popularne były gify i obrazki ukazujące QUALITY serialu. Wisienką na torcie beznadziei jest paskudny voice acting i to pomimo zaproszenia tak fajnych i charakterystycznych seiy? jak Sugita Tomokazu czy Ueda Kana.
W skrócie BlazBlue: AM jest niewarte twojego czasu, drogi czytelniku. To budżetówka skierowana do fanów gier, którzy pomimo aż nadto widocznych wad i tak kupią wydania BD/DVD. Rzadko kiedy rzucam oglądanie anime - jak dotąd było to może z 8 serii na blisko 200 obejrzanych* - ale dla ciebie, kochane BlazBlue, zrobię wyjątek. Po prostu zasługujesz na tak prestiżowe wyróżnienie.
* nie sugerować się moim profilem MAL. Jest on bardziej dziurawy niż fabuła Neon Genesis Evangelion...
PS nie chciało mi się wracać do serialu w poszukiwaniu screenshotów.
* * *
Gdyby próbować streścić fabułę Coppelion w jednym zdaniu, to prawdopodobnie brzmiałoby ono "Trzy genetycznie zmodyfikowane licealistki zostają wysłane z misją ratunkową do ruin Tokyo zniszczonego wybuchem w elektrowni atomowej". Że to nie ma sensu? No cóż, lepiej się przyzwyczajcie, bo im dalej w las, tym głupiej.
Pierwszy odcinek, muszę przyznać, bardzo mnie zaciekawił. Może nie sam koncept genetycznie zmodyfikowanych licealistek, które wytrzymują bez skafandra śmiertelne dawki promieniowania, ale samo Tokyo jako miasto duchów jest naprawdę klimatyczne... Aż do momentu w którym okazuje się, że stolicy daleko do bycia "opuszczoną". Oprócz naszych bohaterek spotkamy tu też uciekinierów z więzienia, mieszkańców domu spokojnej starości, zadziwiająco oswojone wilki i najemników, którzy niczym prawdziwi swagsterzy rozbijają się po dzielni w bombowcu B-2 Spirit.

To jednak schodzi na dalszy plan, bo największą chlubą Coppelion jest jej specyficzna oprawa graficzna opierająca się na grubych konturach postaci i "ciężkich" filtrach - w szczególności na sepii i ziarnie. Nie spodoba się ona wszystkim, ale w moje gusta na pewno trafiła. Oprawie dźwiękowej nie potrafię nic zarzucić. OP i ED są naprawdę dobre i pasują do klimatu serialu podczas, gdy w trakcie odcinka towarzyszy nam głównie cisza dodająca swoje trzy grosze do, ujmującego nas miejscami, uczucia zaszczucia.
Nie mam pojęcia co o Coppelionie myśleć. Miejscami jest świetny, ale znacznie częściej widzowi chce się śmiać z powodu różnych głupotek, którymi raczą nas scenarzyści (Ze Stingerem na B-2? SERIO!?). Mimo wszystko świat mnie zaciekawił, więc będę kontynuował oglądanie, a co z tego ostatecznie wyniknie dowiecie się za jakieś dwa miesiące.
* * *
Życie ze świadomością, że widzi się więcej niż inni ludzi może być przerażające. W szczególności, kiedy "więcej" odnosi się do duchów opiekujących się świątyniami i kapliczkami. Taki właśnie los dotknął Saeki - młodą miko* i główną bohaterkę Gingitsune.
Całkiem urocza historyjka, w której sporą rolę mają tradycyjne wierzenia i obrzędy Japończyków. Jako, że lubię takie klimaty, to Gingitsune kupiło mnie wręcz z automatu. Duża też w tym zasługa parki głównych bohaterów - wymienionej już w poprzednim akapicie uroczej Saeki i jej towarzysza Gintaro, który jest cynicznym i trochę gburowatym lisim Y?kai z apetytem na pomarańcze.

Jeżeli ciebie też ciekawią japońskie zwyczaje, to wydaje mi się, że Gingitsune ci się spodoba. Fani Natsume Yuujinchou też powinni dodać serial do swojej listy ze względu na liczne podobieństwa. Nie dzieje się tu może zbyt wiele, ale kto powiedział, że nie można z przyjemnością oglądać spokojniejszych anime?
* kapłanka w świątyniach wyznania shintoistycznego
* * *
Komedia romantyczna, w której tsuderowata bohaterka zakochuje się w chłopaku, który wydaje się nie odwzajemniać jej uczucia. Towarzyszy jej protagonista próbujący jakoś pogodzić parkę tylko po to, by ostatecznie samemu zabujać się w dziewczynie. Gdzieś już to widziałem, ale nie pamiętam gdzie... No cóż... Może przypomnę sobie później.
Początek roku akademickiego dla Tada Banri był co najmniej ciekawy. Najpierw spóźnił się na ceremonię otwarcia. Potem, aby odnaleźć drogę postanowił śledzić dwie dziewczyny, które ostatecznie zgubił w sklepie spożywczym, gdzie spotkał Mitsuo, który okazał się być studentem tego samego wydziału. W trakcie ich rozmowy wychodzi na jaw, że Mitsuo ucieka przed swoją ex dziewczyną - najprawdziwszą kobietą z piekła rodem, która zrobi wszystko, by z nim być. Banri bardzo szybko poznał wagę tych słów, bo oto idąc na zajęcia nagle zahamowała przed nimi luksusowa limuzyna, z której wysiadła blond piękność, która po złożeniu krótkich gratulacji przyłożyła Mitsuo... bukietem róż. Oto spełnił się największy koszmar chłopaka - Kaga Kouko go znalazła i nie jest zadowolona!

Tak właśnie zaczyna się Golden Time, kolejny RomCom spod pióra Takemiya Yuyuko, który już wcześniej dał światu Toradora. Obie serie łączy wiele podobieństw, ale mimo wszystko nie czuć, że to próba sprzedania tego samego dwa razy. Golden Time jest trochę doroślejszym anime, co widać już po zmienionym miejscu akcji - z liceum przenosimy się na studia. Trudniejsze są też problemy, z którymi muszą poradzić sobie nasi bohaterowie. Przykładowo Banri pod koniec trzeciego odcinka zdradza, że cierpi na amnezję i nie pamięta prawie dwudziestu lat swojego życia. "Akcja" mnie zaciekawiła. Praktycznie każdy epizod kończy się sporym cliffhangerem, który powoduje, że z niecierpliwością oczekujemy kolejnego tygodnia. Osobiście nie mam nic do zarzucenia oprawie audiowizualnej choć wiem, że wielu odrzuci "cukierkowy" klimat - opening jest tak przeuroczy, że topi lód.
Spodobała ci się Toradora? W takim razie daj szansę i Golden Time. Trudno mi wymyślić jakieś inne słowa, które mogą was zachęcić do oglądania, a uwierzcie mi - próbowałem!
* * *
No i przechodzimy do zabójcy sezonu. Pierwsze, prawdziwe wyzwanie studia Trigger uformowanego z byłych pracowników Gainax. Anime okrzykniętego jeszcze przed premierą "Zbawicielem", "Based God", "Hype la Hype" i jeszcze paroma innymi tytułami. Czy spełniły się nasze oczekiwania? No cóż... Wiele zależy od tego czego po KlK oczekiwałeś. Jeżeli było to marzenie o dramatycznym anime akcji, to pukasz do złych drzwi kolego! KlK rzadko kiedy bierze samo siebie na poważnie, ale to chyba normalne dla dzieł Imashiego. Zamiast tego dostajemy przesadzoną, wręcz nienormalną historię, która na każdym kroku robi sobie jaja z całego przemysłu anime.
Trafiamy bowiem do Akademii Honnouji, rządzonej silną ręką przez, osiemnastoletnią przywódczynię samorządu, Kiryuuin Satsuki i jej czterech generałów, którzy odziani w specjalne mundurki sieją terror wśród "normalnych" uczniów szkoły. Do tego dziwnego miejsca trafia Matoi Ryuuko, poprowadzona tam wolą zemsty. Szuka ona zabójcy swojego ojca. Złoczyńca pozostawił po sobie trop składający się z jednej połowy nożycoostrza, które stało się bronią naszej bohaterki. Próbując konfrontacji z panią przewodniczącą dostaje jednak solidny łomot od jednego z jej pomniejszych oficerów co wymusza na niej ucieczkę do ruin swojego dawnego domu, gdzie "atakuje" ją... zboczony, gadający mundurek. Senketsu, jak go później nazwała, daje Ryuuko nadludzką siłę, która pozwala jej na walkę na równych warunkach z podwładnymi Satsuki, a nawet i z nią samą. Problem jest tylko jeden - ciuszek do swojego działania wymaga krwi właścicielki, a potrafi wypić jej całkiem sporo...

Zaznajomieni z innymi dziełami Trigger/Gainax poczują się jak w domu. Animacja jest podobna, postaci równie pokręcone, a akcja ewoluuje w typowo szaleńczym tempie, no i oczywiście nie możemy zapomnieć o tonie specyficznego fanserwisu. Przewiduję też na podstawie doświadczenia ze studiem, że anime niedługo sprezentuje nam zwrot akcji, który najprawdopodobniej spowoduje ostry opad szczęki. To po prostu czuć! OST reprezentuje sobą naprawdę boski poziom! Odpowiadał za niego kompozytor, którego utwory całkiem niedawno towarzyszyły nam podczas oglądania Attack on Titan. Chodzi mi tu oczywiście o Sawano Hiroyuki.
Trudno mi jednak komukolwiek Kill la Kill polecić. Jeżeli interesujesz się choć trochę tematem japońskiej animacji to pewnie już dawno wrzuciłeś serial na swoją listę i wypracowałeś o nim swoją własną opinię. Za to świeżo upieczonym otaku prawdopodobnie nie spodoba się styl Imashiego i porzucą oni oglądanie jeszcze przed końcem pierwszego odcinka. Ja osobiście jednak wierzę, że mamy tu do czynienia z czymś, o czym będzie się gadało latami, jak to miało miejsce w przypadku Tengen Toppa Gurren Lagann, a branża rzeczywiście zostanie "zbawiona".
* * *
Jeszcze przed premierą sezonu mówiło się o wielkiej bitwie, którą Kill la Kill stoczy z najnowszym dziełem bardzo znanego studia KyoAni - Kyoukai no Kanata. Ta adaptacja ciepło przyjętej noweli miała stać się kolejnym ogromnym hitem, który pobije wszelkie rekordy sprzedaży. Rzeczywistość okazała się być inna. KnK na chwilę obecną sprzedaje się dużo poniżej oczekiwań i może okazać się drugim Nichijou, który pomimo popularności na zachodzie i grupie oddanych fanów był jedną z największych wtop finansowych studia.
Głównym bohaterem KnK jest Akihito. Jest on nieśmiertelnym pół człowiekiem, pół Y?kai. Pewnego dnia spostrzega on dziewczynę, która wygląda jakby próbowała targnąć się na swoje życie skacząc z dachu budynku szkoły. Chłopak postanawia jej pomóc, jednak gdy tylko pannica go spostrzegła, to skoczyła... prosto na naszego bohatera... trzymając w ręku miecz... uformowany z własnej krwi. Nasza urocza Mirai nie jest zwykłą uczennicą - jest ona ostatnią, żyjącą spadkobierczynią rodu wojowników, którzy w walce posługują się magią krwi. Z jakiegoś powodu uznała Akihito za swój cel i na każdym kroku próbuje go ukatrupić, mimo że ten za każdym razem tłumaczy jej, że jest nieśmiertelny. Czy wspomniałem już, że Mirai to prawdopodobnie najbardziej niezdarne, w uroczy sposób, dziewczę na świecie? No to teraz już wiecie!

Wydaje mi się, że KyoAni za bardzo nie wiedziało na co się porywa. W końcu to studio najbardziej znane z anime o uroczych dziewczynkach robiących urocze rzeczy (K-ON!, Lucky?Star) i dramatów (Kanon, Clannad). Koncepcja anime akcji pasuje do nich jak pięść do nosa i za często to widać. Mimo tego, że animacja i udźwiękowienie są prawie perfekcyjne, to fabuła po prostu kuleje! Tak czy inaczej wierzę, że Kyoani (parafrazując znany tekst Jeffa Goldbluma) "znajdzie sposób" i dostarczy nam kolejne, co najmniej bardzo dobre anime.
Kto zostawił włączoną kuchenkę!? Zaraz wszystko spłonie!
* * *
Witajcie w Lustrzanym Kyoto - dziwnym wymiarze, w którym wszystkie zniszczone rzeczy automatycznie się naprawiają, ludzie się nie starzeją, ani nie umierają, a po ulicach biegają uzbrojeni ludzie w białych garniturach i dziwaczne kreatury. A to wszystko rządzone jest przez kapłana, demona i mnicha. Ciekawe miejsce, czyż nie?
W trakcie poszukiwań swojego mistrza trafia do niego czternastoletnia Koto, oraz jej bracia - A i Un. Jak się okazuje utknęli tu na dobre i tylko pomoc czarnego królika pozwoli im wrócić do domu. Na ich nieszczęście opuścił on Lustrzane Kyoto wieki temu...

Nie chciałbym wam zdradzać więcej szczegółów, bo sądzę, że Kyousou Giga jest jednym z tych anime, które trzeba "odkryć" samemu. Mogę was jednak zapewnić, że fabuła jest zajmująca, a poznawanie kolejnych jej szczegółów arcyciekawe! Wszystko to dzięki naprawdę fantastycznie zarysowanym postaciom, które trudno przypasować pod znane archetypy. Oprawa graficzna jest po prostu śliczna! Lubię się rozpływać nad każdym kolorowym anime, a KG właśnie takie jest. Dosłownie jakbyśmy patrzyli przez okular kalejdoskopu. W dodatku animatorzy postawili na częste mieszanie stylów, co produkcji wyszło tylko na dobre.
Po tych kilku odcinkach zacząłem uważać KG za uśpiony hit sezonu. Show może i nie grzeszy popularnością, ale oglądający go fani wypowiadają się o nim w superlatywach, chwaląc wiele jego aspektów. I moje "błogosławieństwo" dostanie, bo w pełni na nie zasługuje!
* * *
Które to już anime o przypadkowych ludziach zamkniętych w MMO? Trzecie? Ten ciekawy koncept powoli staje się kolejnym banałem branży, a wszystkiemu winne Sword Art Online, z którym to opisywane Log Horizon będzie pewnie wielokrotnie porównywane. Wstrzymajcie jednak się od pospiesznych osądów, bo LH może okazać się jednym z najlepszych tytułów bieżącego roku!
Elder Tale - niezwykle popularna gra MMO, którą wyróżnia rozbudowany system klasowy i ogromny świat. Pewnego dnia, tuż po opublikowaniu nowego rozszerzenia, 30000 graczy zostaje przez nią wessanych. Nie mam tu na myśli nerdów siedzących 24/7 przed monitorem. Ci ludzie zostali dosłownie wchłonięci przez grę. Wśród nich znalazła się trójka naszych bohaterów - zaklinacz Shiroe i obrońca Naotsugu, którzy już wcześniej należeli do tej samej grupy, oraz skrytobójczyni Akatsuki, która postanowiła do nich dołączyć, aby odwdzięczyć się za użyczenie niezwykle rzadkiej mikstury zmieniającej wygląd. Ich pierwszym zadaniem będzie wyswobodzenie młodej uzdrowicielki z rąk nieprzyjaznej gildii.

W przeciwieństwie do SAO, Log Horizon nie skupia całej uwagi na głównym protagoniście. Nawet jego rola w drużynie jest mniej "pierwszoplanowa", bo jako zaklinacz zajmuje się wspomaganiem sojuszników i rzucaniem debuffów na nieprzyjaciół. Jest też taktykiem i skrybą. Przez to bardziej widoczne są postacie tła i inni członkowie drużyny bohatera, w szczególności Akatsuki, która jest tak urocza, że o jeju!
Trochę martwił mnie fakt, że Log Horizon zostało ufundowane przez telewizję publiczną NHK ale ostatecznie okazało się, że to naprawdę solidne i godne polecenia anime. Jest lekkie, emocjonujące i w przeciwieństwie do SAO skupia się na elementach rzeczywiście ważnych w MMO takich jak PvP, czy gildie. No i nie zapominajmy o najlepszym openingu tego sezonu!
* * *
Kolejne anime z motywem zemsty? Why shold I even both... Co to znaczy, że bohaterką jest zboczona lalka-robot, wyglądająca jak młoda Japonka, która jest napalona na protagonistę!? Gdzie mam wysyłać piniondze!?
Raishin jest młodym adeptem magicznej sztuki lalkarstwa. Lata temu jego dom rodzinny został zniszczony przez zamaskowanego mężczyznę, znanego pod pseudonimem Magnus. Jako ostatni ocalały członek rodu poprzysiągł zemstę i z tego powodu wybrał się na drugi koniec świata, by dołączyć do elitarnej akademii magów, gdzie uczy się jego rywal. Towarzyszy mu Yaya - technicznie perfekcyjna lalka, podarowana mu przez mistrzynię sztuki ich tworzenia, Shouko. Pomimo determinacji i niezrównanej mocy w bezpośredniej walce, Raishin na teście teoretycznym wypada bardzo słabo. Wręcz fatalnie! Teraz będzie musiał zakasać rękawy, aby znaleźć się na liście dziesięciu najlepszych uczniów. Musi to zrobić, bo to jego jedyna szansa na kolejną konfrontację z Magnusem.

W sumie nie wiem co o tym anime myśleć. Historia jest relatywnie ciekawa, sam pomysł na walki automatonów też mi się spodobał, a parka głównych bohaterów ma naprawdę zabawne dialogi. Mimo to strasznie kuleje jedna rzecz - animacja. CGI, klatkowanie, przesadzony filtr jasności... Miejscami jest ładnie, choć to rzadkość i dotyczy prawie wyłącznie modeli ludzi. Ale przynajmniej ED wciąga jak śmigło samolotu!
* * *
Kto nie chciałby być idolem? Fani, kasa, luksusowe życie, paparazzi, ciągły stres... Albo wiecie co? Chyba jednak zmieniam zdanie, ale hej! Miss Monochrome wymarzyła sobie tę ścieżkę kariery, to kto jej zabroni...
Miss Monochrome jest androidem. Żyje sobie spokojnie, w swojej ogromnej posesji, razem z Maną - dziewczynką, którą przygarnęła z ulicy - i automatycznym odkurzaczem, który nazwała Ruu-chan (nie pytajcie). Jej dostatnie życie robi jednak nagły zwrot o 180 stopni i nasza bohaterka ląduje na ulicy. Jak to się stało? No cóż - Monochrome zamarzyła się sława, a nowo wybrany manager, który miał uczynić ją gwiazdą, ostatecznie zakosił jej 19.3 miliardów Jen i zniknął bez śladu. Dziewczyna jednak jeszcze się nie poddała i planuje powrócić na szczyt w stylu "od zera do bohatera". Pomoże jej w tym Maneo - menadżer... sklepu spożywczego...

Miss Monochrome to seria krótkich, ledwo pięciominutowych, komediowych skeczy o perypetiach tytułowej bohaterki. Jest ona alter-ego znanej seiy? Horie Yui, które do tej pory wykorzystywane było wyłącznie jako hologram na koncertach. Jej, całkiem dosłowne, pięć minut sławy ogląda się nawet przyjemnie. Humor może i nie jest najwyższych lotów ale krótki format odcinków powoduje, że nie żałujemy przesiedzianego przy nich czasu.
* * *
Nie ciekawi was czasem jak wyglądałoby życie pod wodą? Gdziekolwiek nie spojrzeć nieskończony błękit, kolorowa fauna i flora, no i oczywiście najważniejsze - możliwość poruszania się w każdym możliwym kierunku. Nas powstrzymuje brak skrzeli, ale bohaterowie Nagi no Asukara nie mają takiego problemu. Wyposażeni w, daną im przez bogów, ochronną Ena - "drugą skórę" umożliwiającą im oddychanie pod wodą, byli w stanie skolonizować morskie odmęty.
Bohaterami NnA są czterej nastolatkowie zamieszkujący podwodny świat. Z powodu zamknięcia ich szkoły zostali zmuszeni do przeniesienia się do placówki znajdującej się na powierzchni. Tam spotykają Tsumugu Kiharę, który jako jedyny członek nowej klasy nie traktuje ich z wysoka. Co więcej - interesuje go świat podwodny i próbuje zaprzyjaźnić się z naszą czwórką.

Pomimo, wydawałoby się, lekkiego klimatu anime próbuje opowiadać o trochę cięższych sprawach. "Podwodni" są uprzedzeni względem tych, którzy wyszli na powierzchnię i vice versa. Wydaje mi się, że może być to komentarz autora na temat aktualnej polityki międzynarodowej Japonii, gdzie dumni i wywyższający się mieszkańcy morza to właśnie Japończycy. Spekulacje na bok, ale coś tu jednak jest na rzeczy, bo obie nacje łączy wiele podobieństw i wspólnych problemów.
Jeżeli w taki sposób na to spojrzeć, to anime jest jak najbardziej godne polecenia. Mam jednak nadzieję, że scenariusz nie pójdzie za bardzo w kierunku trójkątów romantycznych, które po prostu widać gołym okiem.
* * *
"Cute girls doing cute things" part 69032. Tym razem przenosimy się na prowincję gdzie czekają na nas wykonujące niesamowite sztuczki szopy tanuki, praca w polu i wycieczki do sklepu ze słodyczami. Będzie uroczo!
Uczennica szkoły podstawowej, Hotaru Ichijou wyprowadziła się wraz z całą rodziną z Tokio i przeniosła do małej wsi z dala od miejskiego zgiełku. Tu poznaje trzy inne dziewczynki, z którymi będzie dzielić jedną klasę pomimo dużej różnicy wieku. Najmłodsza z nich, Renge Miyauchi, to typowa pierwszoklasistka - ciekawska, lecz często odpływająca do świata rozmyśleń i fantazji. Następną parkę stanowią siostry Koshigaya. Młodsza Natsumi jest typową chłopczycą, która ciągle sprawia kłopoty rodzicom, starsza Komari próbuje za to zgrywać starszą niż jest i ma straszne kompleksy na punkcie swojego niskiego wzrostu.

Co ja mogę więcej powiedzieć? Jak na razie akcja rozwija się w typowy dla tych anime sposób. Co prawda anoni czytający mangę przebąkują coś o trochę smutniejszych scenach, ale nie wydaje mi się, żeby zmieniły one w drastyczny sposób odbiór całości. Jest miło, przyjemnie i wesoło, tak więc dla fanów gatunku jest to pozycja obowiązkowa!
Myliłem się! Ma dusza jest w kawałkach!
* * *
Ore no Nounai Sentakushi ga, Gakuen Love Comedy wo Zenryoku de Jama Shiteiru
Yay! Kolejny haremowy RomCom z ciapowatym protagonistą i przesadnie długim tytułem, który i tak zostanie skrócony do czterosylabowca! To się nigdy nie znudzi! No więc jaki dramatyczny plot-twist przeszkadza naszemu bohaterowi w "zaliczeniu"?
"Absolutny Wybór" - klątwa, przez którą w losowych momentach życia Kanade Amakusa musi wybrać jedną z dwóch ścieżek. Zupełnie jak w jakiejś podrzędnej grze eroge. Jeżeli nie wypełni jednego z postawionym przed nim zadań, to atakuje go niemożliwy do zniesienia ból głowy. Przez dziwne sytuacje, które z tego powodu wynikły należy do "Odrzuconej Piątki" - grupy uczniów, którzy z powodu ich ekstrawaganckiego zachowania nie mają szans na znalezienie partnera. Pewnego dnia chłopak staje przed kolejnym wyborem. Może albo poprosić o to, by z nieba spadła mu dziewczyna, lub druga opcja, w której miejsce pięknej dziewoi zajmuje jego gruba sąsiadka. Zgadnijcie co wybrał...

NouCome to komedia specyficzna. Powiedziałbym nawet, że jest to parodia gatunku, choć takie oskarżenie może być trochę dziwne, jako że haremówki same w sobie są parodią. Nevertheless humor jest tu na naprawdę "wysokim poziomie", o ile kogoś śmieszy slapstick i niewybredne żarty o podglądaniu majtek. Jedną z rozbrajających scen jest ta, w której nasz bohater rozmawia przez telefon z Bogiem. W trakcie jej trwania radzę przypatrzeć się ekranowi telefonu.
NouCome jest typowym anime, które ogląda się po ciężkim dniu. Głupie żarty i brak fabuły pozwolą ci trochę wyluzować i nabrać sił przed czymś poważniejszym, ale nie licz na to, że po jej obejrzeniu zmieni się twoje życie.
* * *
Gdyby ktoś zaproponował mi dobrze płatną pracę polegającą na zachwalaniu zalet mojego hobby, to prawdopodobnie najpierw oszalałbym z radości, a potem zaczął podejrzewać w tym jakiś spisek. To jednak trochę za dużo szczęścia, by obejść się bez "drobnego druczku".
Kanou Shinichi przez lata "istniał" jako hikkimori z powodu nieszczęśliwego zakochania. Pewnego dnia natknął się na internetowy quiz dla otaku, który wypełnił perfekcyjnie i to w rekordowym czasie. Kwestionariusz ten był testem, który miał sprawdzić jego umiejętności i zagwarantował miejsce pracy. Coś jednak idzie nie tak podczas "rozmowy kwalifikacyjnej" i nasz bohater zasypia po podaniu mu kawy ze środkiem usypiającym. Na jego szczęście nie obudził się bez nerki na stole operacyjnym, a w cudzym łóżku i to w towarzystwie pokojówki. Jak się okazuje nowy pracodawca chce, żeby Shinichi stał się wysłannikiem ludzi w nowo odkrytym Świętym Imperium Eldant, do którego można dostać się tylko poprzez wyrwę czasoprzestrzenną. Nasz bohater będzie musiał poradzić sobie w całkowicie nowym otoczeniu, które przypomina świat wyrwany z kart mangi. Jego misją będzie szerzenie wspaniałej kultury otaku...

Choć fabuła może wydawać się głupia i szczerze mówiąc trochę taka jest, tak jej praktyczne wykonanie jest po prostu świetne! Elementy komediowe przeplatają się tu zręcznie z trochę poważniejszymi scenami, jednak serial nie traci przy tym na lekkości. Bohaterowie też są fantastyczni - w szczególności główna trójka, która oprócz Shinichiego składa się z wymienionej wcześniej pokojówki Myucel i Jej Najwyższej Wysokości Petralki Anny Eldante III. Czuć między nimi ten banalny, do bólu powtarzany, trójkąt miłosny ale szczerze mówiąc nawet mi on nie przeszkadza. Świetne są za to odniesienia do innych znanych serii, których jest pełno.
Outbreak Company jest jedną z fajniejszych komedii tego sezonu i szczerze polecam wam poświęcić jej trochę czasu. To całkiem ciekawe spojrzenie z przymrużeniem oka na kulturę otaku i wiele rzeczy się z nią wiążących. Może nawet po obejrzeniu trochę inaczej spojrzycie na swoje hobby i sami zaczniecie nauczać Drogi Mangi.
* * *
Japonio, ty wiesz jak ja cię lubię, ale muszę ci to powiedzieć prosto z mostu - postępujesz nielogicznie! Jak to możliwe, że taki Infinite Stratos 2, anime całkowicie pozbawione fabuły i polotu, sprzedaje się w dziesiątkach tysięcy, gdy fajne i przemyślane Samurai Flamenco okazało się klapą tak wielką, że może pogrążyć ze sobą studio Manglobe? Ktoś mi to może wytłumaczyć? Ktokolwiek?
Parka głównych bohaterów serialu poznaje się w bardzo dziwnych okolicznościach. Kiedy policjant Goto właśnie wracał do domu ze sklepu spożywczego przypadkowo natknął się w bocznej alejce na ekshibicjonistę... A przynajmniej tak mu się wydawało. W trakcie sprzeczki pan władza przypadkowo podpala leżący nieopodal "superstrój" chłopaka. Jak się okazało młodziak próbując "wymierzyć sprawiedliwość" pijanemu mężczyźnie, który przechodził na czerwonym świetle, źle wymierzył siły nad zamiary i dostał fangę w nos, która na pewien czas go ogłuszyła. Dlatego właśnie Goto znalazł go właśnie w ciemnej uliczce. Teraz nasz superbohater nie ma jednak gatek, więc skruszony swoim pochopnym osądem Goto oferuje mu eskortę do domu. Tak właśnie nawiązała się "współpraca" pana policjanta z Hazamą, lub "Samurajem Flamenco, jak on sam woli się nazywać.

Samumenco to anime jedyne w swoim rodzaju. Jeszcze przed premierą pierwszego odcinka nie wiedzieliśmy zupełnie nic. Plakaty karmiły nas obietnicą anime o superbohaterach w stylu "Power Rangers", niegdyś niezwykle popularnych w Kraju Kwitnącej Wiśni. Zamiast tego dostaliśmy opowieść o "Piotrusiu Panie", który lata po mieście w czerwonym wdzianku próbując nauczać ludzi przestrzegania zasad, by w końcu stać się symbolem rozpoznawalnym w całej Japonii.
Naprawdę polecam wam dać Samurajowi szansę! Nie jest to coś, czego byście się spodziewali, ale to też nie znaczy, że anime jest złe! Co więcej - jest to jeden z moich ulubionych punktów tego sezonu i wkurzyłbym się, gdyby przez niską oglądalność zdjęto go z anteny.
* * *
Yuusha ni Narenakatta Ore wa Shibushibu Shuushoku wo Ketsui Shimashita.
ZNOWU!? To ja też będę nieoryginalny i dowalę opis z NouCome:
Yay! Kolejny haremowy RomCom z ciapowatym protagonistą i przesadnie długim tytułem, który i tak zostanie skrócony do czterosylabowca! To się nigdy nie znudzi! No więc jaki dramatyczny plot-twist przeszkadza naszemu bohaterowi w "zaliczeniu"?
Raul Chaser jest bohaterem, a raczej powinien nim być, bo tuż przed zaliczeniem ostatniego egzaminu w akademii ktoś zabił Króla Demonów. Nie ma "wielkiego zła", no to po co nam herosi? Świat okazał się dla niego nieprzyjazny. Pracodawcy odrzucali go jeden po drugim ze względu na brak umiejętności przydatnych w codziennym życiu. Ostatecznie Raul wylądował w markecie sprzedającym urządzenia elektroniczne magiczne. Rok później jego miejsce pracy nachodzi Fino, która również poszukuje tu zatrudnienia. Jak się okazuje jest to persona nie byle jaka, bo była córką tego samego Króla Demonów, którego zabicie było marzeniem Raula...

Tak jak i w przypadku NouKome mamy tu do czynienia z komedią skierowaną do niewybrednego odbiorcy. Galaretowate cycki, kamera celująca na majtki bohaterek i dwuznaczne żarty - oto Yuushibu w pigułce. Jednak tak samo, jak w przypadku poprzedniczki, te wady stają się zaletami gdy po prostu szukamy odmóżdżacza na wieczór. No i co jak co, ale śmiech Fino jest jednym z cudów wszechświata i kropka!
* * *
Z mojej strony to tyle. Teraz pozostało pytanie - co wy oglądacie? Może jest to coś ciekawego, co nie znalazło się na mojej liście, a jednocześnie jest warte obejrzenia? Czekam na fajne propozycje.
Dla tych niewyżytych ![]()





32 komentarzy
Rekomendowane komentarze