+18 !UWAGA! Wulgarne słowa, cycki, fetysze nerda, recenzyja gry!
Tak pierwszy wpis na blogu ;__; miałem dać linka do mojego innego bloga, ale wiem, że tego tu się nie lubi. Więc se przekopiowałem.
8 powodów dla których Far
Cry 3: Blood Dragon jest
[beeep]
tl;dr - Far Cry 3 Blood Dragon
jest [beeep]; SZTOS, KOT, W
OPÓR DOBRY, play it [beeep].
Są takie gry, podczas katowania
których ma się uczucie...
niedosytu. Takiego swoistego
"[beeep], zrobił bym to lepiej". Są
też takie gry, których istnienia się
nikt nie spodziewał, gry zrobione
pod bardzo wąską grupę fanów,
można by nawet rzec, że dla jaj.
Takie ekstremalne parodie,
jedna, wielka, beka z klasycznych
filmów akcji, innych gier,
Ameryki, pop kultury i Twojej
Starej.
Problem jest taki, że są to
zazwyczaj niewielkie, ale
pocieszne gry indie, nad którymi
siedziała garstka zapaleńców po
godzinach, których budżet
przewidywał tylko hajs na pizzę,
kawę i fap papier. W czasach,
gdy gry (a już szczególnie FPS'y)
to mega produkcje
przypominające bardziej
interaktywne filmy niż
oldskulowe strzelanki, w dodatku
zepsute skryptami i
przewidywalnością jak plaster
szynki na pustyni, nikt nie myślał
nawet, że ktoś wywali taki
fuckload siana na produkcję tak
oryginalną i niszową. Ze swoją
archaiczną wręcz stylistyką, gra
powoduje długotrwałą, bolesną
erekcję u ~10% graczy którzy na
tego typu tandecie się wychowali,
a całą resztę zniechęci na dzień
dobry, because "meh, kol of
djuti ma lepszom grafę a w ogóle
to batylfjeld hehe cwelu
XDDDDDDD".
A jednak. Ubisoft podwójnie
strollował graczy wypuszczając
zapowiedź gry w Prima Aprilis,
tylko po to by dzień później już
naprawdę zrobić ich w chuja
informacją, że gra faktycznie
istnieje i ma się dobrze.
Teoretycznie całe to moje pisanie
można o kant [beeep] rozbić, bo
poniższy trailer jest tak dobry i
tak pieści organ odpowiedzialny
za uwalnianie nostalginy, że
nawet jak bym się wspiął na
wyżyny swoich jakichś tam
piśmienniczych zdolności, to i tak
niewiele zdziałam.
But wait, ja tu jestem by się tą
grą jarać, a nie reklamować. And
boy, believe me, I did. Ladies and
gentlemen...
8 POWODÓW DLACZEGO
FC3:BD JEST [beeep]:
spoilers ahead. zostaliście
ostrzeżeni.
1) Od strony technicznej: gra
jest na dokładnie tym samym
enginie co "oryginalny" Far Cry
3. It's gorgeous, it's stable and
it's optimized. Gra się nie sypie,
śmiga bezproblemowo na
słabszym sprzęcie, a i zupełnie
przy okazji nie straszy jak
pierwsze spotkanie z
Minecraftem, gdy zostanie
uruchomiona na starszym
hardwarze. Tym bardziej, że
twórcy mieli już sprawdzony
warsztat, pracowali na czymś, co
już wcześniej osiągnęło niemały
sukces, a i roboty było niewiele -
ogromna ilość elementów
środowiska i obiektów jest
żywcem wyrwana z Far Cry'a 3.
Cała ta copypasta (zwierzęta,
pojazdy, rośliny) została oblana
cysterną chromu, neonów i
świecących elementów. Ah, also
praktycznie wszystko w tej grze
jest cyborgiem.
2) Stylizacja. Na całą produkcję
narzucony jest czerwony filtr i
"efekt monitora", którego z
braku wiedzy lepiej nie nazwę.
Ale wygląda to trochę jakby się
patrzyło przez kamerę, co
niejako uwierzytelnia fakt, że
główny bohater ma
cybernetyczne oko. Sama
czerwień bardzo przypomina
sposób, w jaki widział filmowy
Terminator:
3) Speaking of which...
MOTHERFUCKING MAIN
PROTAGONIST. Tu się specjalnie
nie ma co rozpisywać: Rex Power
Colt, śmiertelnie
ranny podczas Drugiej Wojny w
Wietnamie, skurwysyńskim
nakładem siana przywrócony do
życia jako cybernetyczny
komandos którego 85% ciała jest
syntetyczne, totally badass
american hero który ratuje świat
przed zagładą, bzyka cycatą
Panią naukowiec, regularnie
sypie Duke Nukem-style
sucharami, pokazuje middle
finger za naciśnięciem klawisza F
(przypadek...? nie sadzę) ,
regularnie w swoich
poczynaniach odnosi się do
robienia loda i jest praktycznie
niezniszczalny. Zarówno bohater
jak i cała gra jest po prostu DO
BÓLU stylizowana na złotą erę
"gównianych" filmów akcji
\science fiction, które to na VHS
zdobiły w latach 80-tych i 90-tych
niejedną półkę koło
magnetowidu u jakiegoś
zapaleńca. Goddamit, prawie
zapomniał bym wspomnieć!
Wszystko to miało by się nijak,
gdyby nie cudowne spoiwo które
czyni Rex Power Colta tak
[beeep]istym: głosu podkłada mu
nie kto inny jak Michael Biehn,
czyli filmowy Kyle Reese z
pierwszego Terminatora. Ze
swoim charakterystycznym
szorstkim głosem bezbłędnie
dopełnił kreowaną przez siebie
postać. Gościa aż chcę się
słuchać podczas grania; osobiście
WYCZEKIWAŁEM jego
ociekających testosteronem i tak
dobrze dobraną wulgarnością
komentarzy.
4) Bronie. To chyba właśnie tutaj
namierzyłem pierwsze inspiracje
jakich użyli twórcy. Sam zestaw
jest wyraźnie uboższy niż w
pierwowzorze, ale [beeep] me, daje
dużo więcej radochy.
Podstawowy pistolet jest
ewidentną zrzynką z RoboCopa,
z czym twórcy nawet się
obnoszą. Co lepsi znawcy (khem,
khem) od razu wyczują. że A.J.M.
9 (bo tak się owy gnat zwie)
oznacza nic innego jak Alexa J.
Murphyego, czyli głównego
bohatera [beeep]istego RoboCopa,
który (suprajz, maderfaker) był
śmiertelnie rannym policjantem
w Detroit, którego odbudowano
jako cyborga. Sam pistolet do
bólu przypomina filmowego
Auto 9, więc co do inspiracji nim
nie ma żadnych wątpliwości.
Również z RoboCopa zaciągnięty
jest karabin snajperski Kobracon,
który w filmie siał spustoszenie
pod nazwą Kobra Assault
Cannon. Obydwa strzelają
wybuchowymi pociskami, obydwa
wyglądają jak Barret M82A1.
Yummy. Jest i także oldskulowa
strzelba "Galleria 1991", która
już nawet nazwą jest w stanie się
skojarzyć z Terminatorem 2, gdyż
jej pierwowzór w 1991 brał
czynny udział w świetnej scenie
wymiany ognia w budynku o
nazwie Galleria. W dodatku
obydwa gnaty są lever-action
shotgunami, przeładowywane w
ten sam, charakterystyczny dla
Terminatora sposób, w którym
broń wykonuje obrót o 360
stopni. Naturalnie, w grze tak
bardzo zaciągającej z filmów ze
Schwarzenneggerm nie mogło by
zabraknąć JEBANEGO
MINIGUNA. Ba, pierwsza rzecz
którą w grze przychodzi robić
jest rzyganie ołowiem z
zamontowanego na pokładzie
śmigłowca działka, które sypiąc
pociskami smugowymi powoduje
tak wspaniały koncert
wybuchów, dźwięków i feerie
barw, że ten moment
powtarzałem kilka razy za
każdym ubolewając, że jest taki
krótki. Dodatkowo tej scenie
towarzyszy bezbłędna Long Tall
Sally Little Richarda, która w
identycznych okolicznościach
rozbrzmiewała przy okazji
początkowych scen Predatora.
5) Muzyka. Jak to mówią, lepiej
późno niż wcale. Z tego własnie
tytułu cieszę się, że to własnie
dzięki standalone dodatkowi do
Far Cry'a 3 miałem przyjemność
poznać Powerglove, czyli ekipę
stojącą za ścieżką dźwiękową
produkcji. Wprawione ucho od
razu wyczuje inspiracje,
szczególnie Terminatorem 1 i 2.
Całość momentami także trąca
nowym Tronem: Legacy, Blade
Runnerem i muzyką z 8-
bitowców. Źródeł było jeszcze
pewnie wiele, ale resztę odkryję
przechodząc grę za czwartym
tudzież piątym podejściem.
Anyway, Panowie odwalili kawał
[beeep]istej God-Tier roboty
tworząc niesamowicie wręcz
klimatyczną elektronikę,
wyczekiwaną przeze mnie w
formie Far Cry 3: Blood Dragon
OST, która rzekomo ma zaraz
ujrzeć światło dzienne.
6) Wideło. Co prawda cut-
scenek jest tyle, co kot napłakał,
ale ich niewielką częstotliwość
ratuje olskulowy klimat. Są to
niespecjalnie ruchome (czasem
po prostu stateczne) sekwencje
w nie przymierzając 256
kolorach, stylizowane na
produkcje z czasów SNES-a.
Cierpią na zaawansowaną
pikselozę i tak bardzo nie pasują
do FPS'a z 2013 roku, że to aż
piękne.
7) "Smaczki". Pomijając już
muzykę, zabawki i bohaterów,
twórcy kupili mnie jeszcze jedną
rzeczą: dystansem do siebie i
swojej produkcji. Gra nie udaje,
że mimo niepoważnej tematyki
jest poważna. Jest tak naprawdę
jebitnym żartem który na każdym
kroku puszcza graczowi oczko,
albo wykrzywia mordę trollfacem
szczerząc przy tym zęby w kształt
loga Nike. Od menu przez
tutoriale, opisy zadań, nazwy
przedmiotów, aż po ekrany
wczytywania, gra wprawia w
dobry nastrój z każdym takim
gagiem lub namierzonym easter
eggiem. Przykłady? Znalazłem
rozbity śmigłowiec z niewyklutymi
jajami filmowych Alienów,
przyszło mi w ramach misji ubić 4
zmutowane żółwie żyjące w
kanałach, nasłuchałem się
tekstów z RoboCopa i
Terminatorów, razem z głównym
bohaterem cisnąłem z Assassin's
Creeda (przy okazji zbierania
porozrzucanych po mapie
telewizorów Rex wypala "I hope I
wont have to collect any fucking
feathers") i wiele, wiele innych.
Jak to zwykle bywa przy
opowiadaniu osobom trzecim
jakichś żartów sytuacyjnych albo
śmiesznych dialogów: żeby to
szczerze bawiło, trzeba przy tym
być. Przy tej grze się po prostu
serio pośmiałem, ale żeby
osiągnąć taki efekt trzeba się
nastawić na produkcję po prostu
głupią, bo inaczej cały fun z
grania [beeep] strzeli jak paczkę
drożdży.
W życiu bym nie przypuszczał, że
ktoś jeszcze kiedyś coś takiego
wypuści. A już szczególnie
Ubisoft, czyli ekipa
odpowiedzialna za Assassiny,
Splinter Celle, Watchdogs, Ghost
Recony, Anno i wreszcie Far
Cry'e. Czyli: kopalnie złota. I ta
własnie fabryka pieniędzy
postanowiła wypuścić coś, na
czym na bank nie zarobią. Gra
której skończenie na 100% zajęło
mi 5 godzin, produkcja z tak
naprawdę monotonną, za
ciemną stylistyką i głupią jak sam
[beeep] fabułą. Gra, która na
metacriticu na bank dostanie
baty od casualowego
gamerowego bezguścia, którzy z
bólu [beeep] (bo gra jest za mało
filmowa, albo nichuja nie
zrozumieli przekazu) skutecznie
zrujnują jej score. Gra, która jak
na Ubisoft jest zaskakująco tania.
To się wszystko kupy nie trzyma,
ale tak bardzo się cieszę, że jest.
Przyszło mi na myśl podczas
grania, że miewam czasem
rozkminy w stylu: "[beeep],
jakbym miał miliardy dolarów to
OPŁACIŁBYM nowego Descenta,
kolejnego Deus Exa, czy jakąś
firmę która wreszcie dla odmiany
nie spierdoli mi nowego Need for
Speeda.". I wonder... może ktoś
bardzo chciał takiej produkcji i
miał na to siano? "Hi, I want all
the crappy action sci-fi movies in
one game, transfering
865.093.234 Dolan$ to your
account kthxbye". That would be
awesome.

29 komentarzy
Rekomendowane komentarze