O tym, jak czterech świrów świat ratowało (Final Fantasy V)
Squaresoft debiutowało na nowiutkiej podwówczas konsoli Nintendo bombastycznym Final Fantasy IV. Gra ta zajmowała się poważnymi tematami - zdrady, odkupienia, nienawiści i zazdrości, a także zemsty. Ze względu jednak na ograniczone miejsce (i nowość technologii) i spowodowaną nim ograniczoną animację większość emocji w scenach musiał przekazywać tekst i oprawa dźwiękowa. Być może dlatego przy tworzeniu następnej odsłony serii postacie bohaterów, a raczej ich sprite'y zostały obdarzone bardzo szerokim wachlarzem animacji.
Które potem wykorzystano do ukazania tańców, spadania z łóżek (liczba mnoga), podglądania śpiących piratów i trzepania przerośniętych strusi po głowach.
Fabuła Final Fantasy V jest bardzo prosta - ot, czwórka bohaterów przeciw wielkiemu złu. I w zasadzie nie ma co tu dużo opowiadać, poza napomknięciem o paru gigantycznych i zapadających w pamięć zwrotach fabularnych (jak na przykład SPOILER, a także ULTRA SPOILER SPOILER i wynikający zeń smutny SPOILER), a to dlatego że FFV było, dla odmiany i tradycyjnie (1-3-5 vs 2-4-6) częścią stawiającą gameplay ponad fabułą. I być może właśnie dlatego autorzy nie bali się przemycić do gry scenek i tekstów humorystycznych, niepoważnych, czy po prostu dziwnych, które byłyby zupełnie nie do pomyślenia w innym, poważniejszym tytule.
Ponieważ zaś obsadą tym razem się nie żongluje, bohaterzy mają czas na rozwój i lepszą charakteryzację. Na tle smętnego i sztywnego Cecila i nijakiej (z dwoma wyjątkami) obsady FF4 każdy z bohaterów "piątki" - nieco trzpiotowaty Bartz, księżniczka Lenna, odważny (ćśś) Faris, oraz wygadany Galuf - jest po prostu... ludzki, a na pewno charakterystyczny. Nawet ten arcyzły jest taki konkretniej i sensowniej zły niż większość antagonistów Final Fantasy (jest też - jako jedyny - skuteczny w swoich działaniach, ale o tym sza). No a poza tym to tu zadebiutował Gilgamesh, który potem pojawił się niemal w każdej odsłonie serii. W tym miejscu należy też wspomnieć o świetnej lokalizacji portu na Gameboy Advance - ekipa tłumacząca na angielski odwaliła kawał świetnej roboty (zarówno w porównaniu z ułomnym tłumaczeniem portu PS1 i nijaką fanowską wersją oryginału), przydając koloru fabule i humoru dialogom - jeśli ktoś chce zapoznać się z FF5, to tylko na tej konsolce.
Jak już wspomniałem, Final Fantasy V kładzie nacisk na gameplay. W czym się to objawia? Otóż w tej grze zaimplementowano Job System - każdej z postaci można przydzielić i w każdej chwili zmienić "zawód", czyli po prostu klasę. Zawody mają swój licznik poziomów - a każdy zawód ma osobny - zaś levelowanie profituje nowymi umiejętnościami, które można potem aktywować na danej postaci. Umiejętności dzielą się na aktywne (np. magia) i pasywne (np. podświetlanie tajnych przejść). Zawodów do opanowania jest multum - od klasycznych rycerzy, białych i czarnych magów, oraz złodziei, przez bliskowschodnich mystic knightów, ninja, summonerów, po różne niespodzianki pokroju tancerzy, geomancerów, władców bestii (proto-pokemon!), czy magów błękitnych. Dzięki temu można zrealizować najbardziej niespotykane kombinacje umiejętności, a wytrwali zostaną nagrodzeni naprawdę potężnymi pakerami. Aby jednak oszczędzić graczom zawrotów głowy, nowe opcje są odblokowywane w miarę postępów w grze. Dlatego też, choć postacie zostają te same, ich klasy mogą i będą się zmieniać, wprowadzając powiew świeżości do, nie ma co ukrywać, nudnego flagowego systemu walki Final Fantasy. Jak dla mnie, jest to najciekawszy "gimmick", jaki trafił się w całej serii - daleko lepszy od Esperów FF6 czy Materii FF7, że o ssaniu magii czy grindowaniu hełmów nie wspomnę.
Oprawa graficzna jest dość prosta. Jest to nadal tytuł ze wczesnego SNESa i widać to, może nawet bardziej niż w FF4. Na dodatek gros miejsca zajęły sprite'y bitewne - każdy z głównych bohaterów ma odmienny sprite dla każdego zawodu, a że zawodów jest sporo... Sytuację ratuje oprawa muzyczna, która choć miejscami jest dość prosta ("Hurry! Hurry!"), łatwo wpada w ucho, no i dała nam parę świetnych kawałków, remiksowanych po dziś dzień.
Podsumowując, FF5 to kawał solidnej gry, choć dość odmiennej od innych odsłon serii - są sceny głupie i sceny zabawne, sceny smutne i sceny prawdziwie epickie (GALUF), ale nacisk jest położony nie na oprawę, a na - nomen omen - samo granie. Jest to po prostu mój ulubiony Final.

3 komentarze
Rekomendowane komentarze