Jump to content
  • entries
    7
  • comments
    42
  • views
    3,976

Rawka, Krzemieniec i takie tam w Bieszczadach. 16.02.13


bartpuk

903 views

 Share

Tym razem miał być Giewont. Szczyt, na który wchodzą paniusie w szpilkach, na który ciągną latem tłumy ludzi. Jako, iż nie przepadam za takim zagęszczeniem człowieka na metr kwadratowy stwierdziłem, że pojadę tam zimą gdy żadne wynalazki nie będą raziły oczu mych. W głowie cały plan już był ułożony, przygotowanych ?kilka? numerów telefonów za noclegiem gdy świat obiegła wiadomość, że w Tatrach jest trójka z plusem (Słowacy w tym czasie u siebie orzekli czwarty stopień zagrożenia lawinowego). W zawiązku z powyższym poddałem się. Brak odpowiedniego doświadczenia zimowego w Tatrach oraz duże niebezpieczeństwo sprawiły, że moim celem okazały się Bieszczady. W te najwyższe mam zaledwie 150 km więc jednodniowa wycieczka nie stanowi większego problemu.

Tym razem moim miejscem docelowym były Ustrzyki Górne, skąd miałem zamiar udać się w drogę przede wszystkim na Krzemieniec. Jest to szczyt/punkt, w którym jest trójstyk granic Polski, Ukrainy oraz Słowacji. Prawdę mówiąc nie obiecywałem sobie tego dnia zbyt wiele, gdyż wyjątkowo zabrałem ze sobą znajomego, którego kondycja była delikatnie mówiąc słaba, a i w górach ostatnio był kilkanaście lat temu. Ale po kolei.

Punktem wyjścia były Ustrzyki Górne, skąd szlakiem niebieskim udaliśmy się na Wielką Rawkę (1304 lub 1307 m. n. p. m. w zależności od źródła). Sama trasa jest, że tak powiem, nudna jak cholera. Praktycznie non stop przez las, brak jakichkolwiek urozmaiceń, ciągnie się to i ciągnie, można powiedzieć, że w nieskończoność. Jedynym plusem tego odcinka było ciepło. Pomimo zalegającego śniegu po pas, zmrożonego, wydawałoby się, że musi być zimno. A tu niespodzianka, dało się iść w samej bluzie, kurtki były praktycznie przez całą drogę schowane w plecakach. Dopiero pod szczytem, gdzie las się przerzedził, trzeba było założyć je na siebie. Niestety wcześniejsze prognozy pogody sprawdziły się i z podziwiania widoków trzeba było zrezygnować. Widoczność na Rawce osiągała w porywach do 10 metrów, z rzadka udawało się zobaczyć coś więcej, a i to przez sekundę, albo dwie, gdy wiatr poradził sobie z chmurami. Trochę szkoda, ale nie dla samych widoków chodzi się w góry.

Dzięki chmurom i dość dokładnym oblepieniu wszystkiego przez śnieg i lód chwilkę szukaliśmy odpowiedniej drogi na Krzemieniec (Kremenaros)(1221 m. n. p. m.). Gdy zeszliśmy dosłownie kilka metrów z Wielkiej Rawki spotkała nas niespodzianka. Chmury zniknęły znad naszych głów, pokazało się słonko i trzeba było dalej się rozbierać. Zaryzykowałem nawet spacer w koszulce, jednak pierwszy leciutki podmuch wiatru sprawił, że pogodziłem się z polarem w trybie błyskawicznym smile_prosty.gif Całość szlaku z Rawki na Krzemieniec prowadzi drogą graniczną z Ukrainą. Co prawda jedyny patrol na jaki się natknęliśmy to byli Polacy, i ruch turystyczny jest wyłączony ze wzmożonej kontroli, to nie radziłbym zapuszczać się na ukraińską stronę. Drutów kolczastych jak za czasów ZSRR nie zauważyłem biggrin_prosty.gif

blogentry-61622-0-96646600-1361473273_th

Na Krzemieńcu, jako iż kolega nie do końca sobie radził ze śniegiem oraz podejściami i co chwilę potrzebował odpoczynku, wyciągnąłem mapę w celu opracowania planu dalszej drogi. Początkowo chcieliśmy iść na Małą Rawkę, skąd przez Przełęcz Wyżniańską prosto na Połoninę Caryńską. Obawiając się jednak o kolegę i czy damy radę zejść z Połoniny przed nocą doszliśmy do wniosku, że idziemy na Przełęcz i tam podejmujemy decyzję co dalej. Długo się nie zastanawiając udaliśmy się z powrotem na Wielką Rawkę, skąd odbiliśmy na Małą Rawkę (1272 m. n. p. m.). Niestety przez całą drogę szliśmy w chmurach, widoczność była dość mocno ograniczona, zaczęły pojawiać się pierwsze wycieczki (prawdę mówiąc byłem mocno zaskoczony ilością mijanych ludzi na szlaku, sądziłem, że będziemy tam sami praktycznie przez cały czas, a tu co chwilę z kimś się mijaliśmy) i żeby nie było zbyt fajnie to rozpadły mi się buty. Odkleiły mi się obydwie podeszwy co na pewno nie ułatwiało marszu. Na całe szczęście nie odpadły całkowicie, ale szło się jak w klapkach. Idąc w takich butach, szlakiem dość mocno wyślizganym cały czas w dół, nie dziwiło mnie, że co kilka kroków siedziałem na tyłku. W tym momencie żałowałem, że nie wypożyczyłem sobie raków, a jak mijał nas turysta z rakami na butach praktycznie biegiem to decyzja o zakupie tego urządzenia zapadła w sekundę. Może jeszcze nie tej zimy, ale na następną jak najbardziej.

blogentry-61622-0-08961200-1361473190_th

Gdzieś chwilę po 12 udało dojść się do schroniska ?Pod Małą Rawką? gdzie weszliśmy i kupiliśmy coś na obiad. Wyboru nie było praktycznie żadnego, ale będąc lekko głodnym i zmarzniętym (ah te buty .. smile_prosty.gif) nie było co grymasić. Po posileniu się i krótkim odpoczynku, podjęliśmy decyzję, że idziemy jednak zgodnie z planem na Połoninę Caryńską, z której udamy się do samochodu, czekającego na nas pod Ustrzykami Górnymi.

Pierwsza część drogi, od Schroniska do ulicy, przez Przełęcz Wyżniańską jest bardzo spokojna, praktycznie cały czas bardzo delikatne nachylenie terenu sprawia, że bardziej odpoczywamy w trasie niż się męczymy. Wyzwanie zaczyna się po przekroczeniu drogi i rozpoczęciu wspinaczki na Połoninę. Jak jeszcze przez łąki szło się całkiem dobrze, śnieg nie był wyślizgany, tak w chwili wejścia do lasu rozpoczęła się dla mnie istna mordęga. Raz, że ślizgałem się straszliwie (barierki, które w sezonie pomagają nam się wspinać znajdują się teraz na wysokości kostek), a dwa to ciągłe czekanie na kolegę, który dosłownie umierał po zrobieniu kilku zaledwie kroków. Gdy opuściliśmy las, zrobiliśmy w sumie dość głupią rzecz, z której zdałem sobie sprawę dopiero na szczycie Połoniny. Rozdzieliliśmy się w miejscu gdzie widoczność spadła praktycznie do zera, ciągle trzeba było wchodzić pod górkę, wiał mocny wiatr, który sypał nam śniegiem w twarz. Jako, iż wchodzenie szło mi o wiele sprawniej miałem za zadanie zobaczyć jak daleko jest na górę i ile minut z tego naszego punktu będzie do najwyższego wzniesienia Połoniny Caryńskiej. Niestety, późna pora oraz ekstremalne wręcz warunki spowodowały, że zdecydowaliśmy się iść od razu do Ustrzyk. Co prawda latarkę mieliśmy, ale w warunkach jakie panowały na górze na nic by się ona nie zdała. Żeby to mniej więcej zobrazować to było bardzo podobnie do ostatniej akcji w Bieszczadach, podczas której GOPR-owcy ściągali grupę survivalowców z Bukowego Berda. Brakowało tylko mokrego, padającego śniegu. Tak się składa, że szlak wiodący przez Połoninę Caryńską oznakowany jest na kamieniach leżących na ziemi. W zimie są one przykryte grubą warstwą śniegu więc trzeba było iść po części na wyczucie, a troszkę po znikających ciut za szybko śladach. Na całe szczęście droga w takich warunkach nie była zbyt długa i udało się w miarę szybko i w jednym kawałku dojść do lasu, gdzie pogoda zmieniła się w można powiedzieć wczesno wiosenną.

blogentry-61622-0-91735700-1361473186_th

Niczym dotarliśmy do samochodu (nie mam pojęcia ile czasu szliśmy, ale na pewno godzina minęła) moja kurtka jak i plecak w dalszym ciągu miały na sobie pamiątki z Caryńskiej w postaci lodu. Z radością wrzuciłem rozwalone buty do bagażnika i ubrałem suche skarpetki oraz buty. Mogłoby się wydawać, że wycieczka nie była zbyt udana. Wszak niezbyt wiele dało się zobaczyć, dodatkowo strata butów i arktyczne wręcz warunki panujące na Połoninie powinny sprawić, że wracaliśmy zawiedzeni. Było wręcz odwrotnie. Jako, że była to dopiero moja druga zimowa wycieczka po górach jestem zadowolony zdobytym doświadczeniem, wiem że moja kondycja idzie mocno w górę i jestem w stanie pokonywać coraz dłuższe i trudniejsze trasy. Co prawda na zdobywanie wysokich gór jeszcze mam czas, w tej chwili szybciej bym się zabił niż cokolwiek zdobył, jednak z każdym kolejnym wyjazdem jest mi bliżej w zimowe Tatry niż dalej. Co prawda tej zimy chyba sobie jeszcze je odpuszczę, ale w przyszłym sezonie już nic mnie nie powstrzyma przed wędrówkami w poważniejszych górach. A na dzień dzisiejszy nie pozostaje mi nic innego jak uzbieranie na nowe buty i prawdopodobnie za 3 tygodnie udanie się w nową trasę. Szukać przygody mam zamiar w Pieninach, plan już jest, a co z tego wszystkiego wyjdzie to czas pokaże.

Kilka zdjęć z tej eskapady można zobaczyć na: https://plus.google.com/photos/117678640141195970540/albums/5845944364356725281?banner=pwa

Jak widać zdjęć zbyt dużo nie ma, niestety wiele z nich przez warunki pogodowe nie wyszło, a to czym mogę się ewentualnie pochwalić udostępniam.

 Share

9 Comments


Recommended Comments

Jeżeli ktoś reflektowałby na jakiś wspólny wypad jedno, albo dwudniowy niech pisze tutaj albo na prv. Jednak muszą to być osoby pełnoletnie (za tzw. małolatów nie chcę brać żadnej odpowiedzialności) oraz muszą szczerze napisać jak się sprawy z ich kondycją czy też doświadczeniem w chodzeniu po górach mają. Nie to żebym wybrzydzał, chodzi tylko o ułożenie jakiejś w miarę sensownej trasy (długość) aby w połowie nie trzeba było się wracać :P

Link to comment

Lato latem, a zima zimą tongue_prosty.gif Powiem ci, że też nie byłem przekonany co do gór zimą, ale pewnego dnia stwierdziłem, że trzeba spróbować. I pochłonęło mnie to bez reszty smile_prosty.gif Zima też ma swoje uroki, wcale nie jest powiedziane, że muszą być cały czas warunki takie jak ja miałem w sobotę. No i na szlakach jest dużo dużo luźniej smile_prosty.gif

Link to comment

Na nartach to ja nigdy nie jeździłem i prawdopodobnie bym się z moim szczęściem połamał :D Aczkolwiek plan jest żeby się nauczyć jeździć.

A na zdjęciu to super sprawa, być nad chmurami i widzieć inne szczyty to coś pięknego :) Tylko, że będąc na desce to zbyt szybko taki widok nam ucieka, lepiej na piechotę :P

Link to comment

Nie wiem skąd jesteś dudu, ale jak nie masz daleko w góry to spróbuj. Nawet sam. Z tego co czytałem to wiele osób boi się gór zimą, ale jak tylko zrobią ten pierwszy krok to nie potrafią sobie odmówić kolejnego i kolejnego wyjścia.

A tym zdjęciem to się wypchaj :P Robisz tylko wielkiego smaka na włóczęgę, a tutaj jeszcze sporo czasu do lata.

Link to comment

Hmm, w góry mam 400 km, więc 1 day trip raczej odpada, może ogarnę coś zimą .

(może te Bieszczady - poczytałem trochę i to całkiem fajne górki, w sam raz na zimę, Tatry z moim szczęściem byłyby dla mnie zabójcze zimą...)

aczkolwiek, mam dość Zgrany Kumpelski Team Górski (ZKTG), razem z którym co rok ogarniamy latem zatłoczone Tatry, więc nie wiem czy starczy mi dukatów.

BTW wszystko zależy od tego kiedy wyruszysz na szlak, trzeba wyjść naprawdę wcześnie żeby zobaczyć Giewont, bez sławetnej kolejki, poza tym Tatry poza obleganymi szlakami (Giewont, Grań z Kopy w stronę Kasprowego na. zdj.; Kasprowy, Rysy) są dość "spokojne"

Link to comment

Lubię wychodzić w góry tak o 6, najpóźniej o 7 rano, mam wtedy ciszę i spokój przynajmniej w jedną stronę. Właściwie jest to jeden z powodów, dla których jeżdżę w góry.

W Tatrach byłem ostatnio jesienią, ale miałem dla siebie tak strasznie mało czasu, że jedyne na co było mnie stać to spacer drogą pod reglami i przejście drogi do dziury. Na samą jaskinię miałem za słabą baterię w telefonie więc nijako byłem zmuszony ją odpuścić (latarki nie brałem bo nie spodziewałem się, że będzie potrzebna).

Co do Bieszczadów to uważaj. Nie lekceważ, zwłaszcza zimą, bo i tutaj zdarzają się wypadki czy też lawiny. A pogoda zmienna jest bardzo często, trzeba być przygotowanym na wszystko.

Zazdroszczę ZKTG, ja staram się namówić i przekonać swoją ekipę do takiego spędzania wolnego czasu, ale coś nie za bardzo są do tego przekonani. Niestety.

Link to comment
Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...