Mroczne Miasto, czyli niedoceniony prototyp Matrixa (41+)
Wciągam dym dopalającego się powoli papierosa. Dochodzi już pierwsza w nocy, a ulice spływają krwią ofiar kolejnego pojeba z coltem. Gasną światła ulic, a zapalają się deski kolejnego podpalonego domu. Spoglądam przez okno na skondensowane w jednym miejscu zepsucie i... Chwile później leże w wannie wypełnionej po brzegi brudną wodą. Nie wiem gdzie jestem i co się właśnie stało, a najważniejsze jest to, że nie mam pojęcia co robi martwa dziwka w pokoju obok i dlaczego moje ręce są splamione jej krwią.

Wiem, jestem beznadziejnym pisarzem (i to nie ma być jakaś wymuszona skromność, stwierdzam fakty), ale mam nadzieję, że wprowadziłem was w specyficzny klimat filmu noir z lat sześćdziesiątych. Chociaż w tym przypadku z lat... dziewięćdziesiątych, a konkretnie z roku 1997. Dodatkowo jest to film neo-noir, inaczej mówiąc dziejący się w przyszłości, jednak utrzymany w odpowiednim tonie, należnym do produkcji z tego gatunku. Poznajemy w nim losy niejakiego John'a Murdocha, który tak jak wspomniałem we wstępie, budzi się w zupełnie obcym sobie mieszkaniu, nic nie pamięta i jako gratis w pokoju obok znajduje martwą kobietę. Przez resztę filmu będziemy poznawać kolejne elementy układanki, które na końcu utworzą spójną i (w miarę) logiczną całość.
Zazwyczaj w filmach z nurtu noir do złego przywodzi głównego bohatera kobieta. To ona zazwyczaj jest motorem napędowym historii.Tutaj miejsce kobiety zastąpiła utrata pamięci, która pcha bohatera w otchłanie swojego umysłu i dosyć zafiksowanej przeszłości, a ostatecznie czyni Bogiem. To zresztą dość ciekawy aspekt tej produkcji. Nie znajdziemy tutaj co prawda żadnych bezpośrednich nawiązań do Biblii (jak "Trinity" albo 'Nabuchodonozor' if you now what i mean), ale temat boskości przewija się przez cały film i na dobrą sprawę przy odrobinie chęci można cały film zamknąć w ramach metafory na miarę "Czasu Apokalipsy" Coppoli.
W filmie przewija się parę postaci o których należy naskrobać parę słów. Pierwszą z nich jest
doktor Daniel Poe Schreber; to oprócz tajemniczej rasy obcych chyba najbardziej enigmatyczna postać w filmie. Niby próbuje pomóc głównemu bohaterowi i zdaje się, że wie o nim więcej niż sam zainteresowany, ale nie odkrywa żadnej ze swoich licznych kart aż do ostatnich dwudziestu minut seansu. Nieźle zarysowana i trochę wpasowująca się w pewne stereotypy nieco szurniętego naukowca postać. Na Emme Murdoch, czyli żonę głównego bohatera, właściwie nie warto strzępić języka (w sumie to klawiatury). Rola zagrana strasznie bezpłciowo, do tego okropnie dobrana aktorka i... no szczerze mówiąc nie jest zbyt urodziwa, a małżonkę takiego gościa jak Murdoch wyobrażałbym sobie bardziej jako ponętną seks lisice niż czarnego borsuka, ale okej, co kto lubi, może to tylko mój spaczony gust. Zapomniałbym prawie o Inspektorze Franku i wbrew pozorom zwrot "Zapomniałbym" nie jest tanim chwytem żeby ta notka była bardziej pro. Serio, przypomniałem sobie o nim dopiero pod koniec pisania tego akapitu, trochę to o nim świadczy. Niby jest, ale w zasadzie mogłoby go nie być, do tego ginie w sposób tak durny, że aż śmieszny. Przez prawie cały film ściga głównego bohatera by po jednej scenie obrócić swój dotychczasowy światopogląd o 180 stopni i się z nim sprzymierzyć. Do tego jest zbudowany ze strasznych kliszy twardego detektywa z przeszłością, który potrafi się poświę bla bla bla.

Miasto to w zasadzie główny bohater w filmie. Panuje w nim wieczna noc i już od początku wiemy, że skrywa jakąś tajemnicę, którą również będzie dane widzowi odkryć, jednak dopiero pod sam koniec filmu. Jak na rok 1997 efekty specjalne są naprawdę niezłe (chociaż ostatnia walka woła o pomstę do nieba) i raczej nie ma się do czego doczepić. Dark City stopniowo wprowadza widza w swój świat i hipnotyzuje już od pierwszych minut ciskając w nas kolejnymi puzzlami układanki, do których niestety nie mamy obrazka, który pokazałby jak je prawidłowo ułożyć, ale to właśnie dzięki temu chce się ten film oglądać.
Obcy o których wspomniałem wcześniej nie są tylko ozdóbką - kontrolują oni całe społeczeństwo mieszkające w mieście. Śledzą ich każdy ruch i od czasu do czasu zatrzymują czas by móc dokonać małej przebudowy bądź wpłynąć na życie paru przypadkowych obywateli (ta notka ma co prawda parę spoilerów, ale jeśli zdradziłbym wam o co chodzi mi z tą "przebudową", a nie oglądaliście filmu, to miałbym na sumieniu wszystkie jedenastolatki, które żaliłyby się w komentarzach. Nikt nie lubi płaczących dzieci). W gwoli ścisłości, obcy mają aparycje ludzi, tyle, że są biali, łysi i noszą czarne płaszcze (co za oryginalność, aczkolwiek film miał premierę 15 lat temu, więc trzeba mu wybaczyć to i owo)

Film został bardzo niesłusznie zapomniany i trochę ominięty i w sumie nie wiem czemu. Doskonały klimat noir z dużą domieszką współczesności, wspaniałe miasto, ciekawy koncept na fabułę, w której mimo, że pojawia się parę mniejszych lub większych idiotyzmów, da się oglądać bez bólu zębów. Nie jest to produkcja wybitna ale naprawdę warto się z nią zapoznać. Gwarantuję, że jeśli zdecydujecie się go obejrzeć, to będzie to naprawdę dobrze wykorzystane półtora godziny.
Filmik na dziś:
[media=]

9 komentarzy
Rekomendowane komentarze