What the hell, weather?
...No i dziś jednego dnia przypomniały mi się powody, dla których nie cierpię lata i zazwyczaj powtarzam że przy wszystkich jej mankamentach zdecydowanie wolę zimę.
Po pierwsze, upał. Upał w domu, upał na zewnątrz - taki upał że jedyne co się chce to siedzieć w cieniu. Może kogoś kręci opalanie - mnie nigdy nie kręciło - czy fakt że można ubrać się, hm, minimalnie. Ja tam się cieszyłem że, przynajmniej chwilowo, na dobre wyniosłem się z Torunia bo wielkich miastach zawsze jest gorzej. Fakt, że mój osobisty termostat preferuje temperatury od 20 stopni w dół wcale nie pomaga.
Po dwóch godzinach zrobiło się jeszcze gorzej - gorąco i parno. Teraz zaczęło się lać nie tylko mnie, ale też i bardziej gorącoodpornych pobratymców, co gorsza komary zwariowały a mrówki oszalały -- no i nieuchronnie nadszedł punkt trzeci:
Burza. Burza, rzecz jasna z pełnym rynsztunkiem gromowo-ulewnym; na dodatek jak zaczęło padać tak chmury sobie zawisły w miejscu, widocznie stwierdziły że okolica jest świetna i warto chwilę zostać (nic dziwnego, ja też tak uważam). Tak więc lało dobre pół dnia, pioruny trzaskały dookoła przez dobre pół dnia, parno było i tak przez dobre pół dnia...
Nie przepadam za żadnym z tych trzech wariantów aury*) a dzisiaj zjawiły się wszystkie trzy. Chyba będzie trzeba podążyć za radą pewnego utworu i do some talking to the Sun / and say I don't like the way he gets things done!
*) dwa wyjątki: upał+lody oraz upał+kajaki. Jedyny powód dla którego jeszcze nie bojkotuję lata.

3 komentarze
Rekomendowane komentarze