Jump to content
  • entries
    18
  • comments
    38
  • views
    6,612

Pierwszy rozdział: Sen


Kolo5141

343 views

 Share

Wieżowiec, pięćdziesiąt pięter. Stoję na dachu nie mając pojęcia co mnie czeka na dole. Chwila zastanowienia i skok. Nie ma wiatru, w koło mnie świszczą przelatujące z dużą prędkością owady. Oczy mam szeroko otwarte, ręce rozłożone, wyprostowane nogi stykają się. Mijam kolejne piętra. W oknach budynku chyba znajdują się ludzie, jednak trudno ich dostrzec ponieważ światło odbija się od płaskiej połaci szyb. Wyłączyć słońce? Czemu nie? O, już lepiej, teraz widać dokładnie co się dzieje za szybami. Już połowa budynku, jestem w stanie odróżnić od siebie auta na parkingu, jeszcze jedno zerknięcie na okna. Kobieta ubrana w marynarkę rozwiązuje krzyżówkę, przybliżenie: ?Słyszysz to, czujesz to, wiesz skąd pochodzi, ale tego nie widzisz?? - Jakieś głupie myśli zaprzątają mi głowę. Kolejne piętro, ta sama kobieta rozmawia z mężczyzną który też jest ubrany w garnitur. Opuszkami palców muskam szyby. Jest już blisko ziemi, jeszcze tylko kilka pięter. Na ulicy widoczne są śmieci. Skąd w mojej podświadomości papierek po gumie balonowej? Jeszcze kilka metrów i? STOP! Dzwoni budzik.

Dzień zaczął się idealnie. Świadomy sen po kilku dniach prób, świetnie! Jak jutrzejszej nocy też się przytrafi to nie będę musiał już prowadzić dziennika snów. Teraz poranne czynności, wyprowadzenie psa i korki z matmy.

Codziennie rano muszę umyć ręce mydłem i twarz czystą wodą, nie lubię szczypania w oczy. Uczesałem przed lustrem krótkie, acz niesforne włosy, obadałem dwudniowy zarost. Nie trzeba jeszcze golić, jutro to zrobię.

Z psem chodzę do małego parku znajdującego się obok sklepu spożywczego nie daleko mojego domu. Wszystkie czynności które wykonuję codziennie są z góry zaplanowane i nic nie zaburza systematycznego ich powtarzania. Z psem wychodzę dokładnie o dziewiątej. Po lekkim truchcie z Huskim jestem w parku jakieś dziesięć po. Idę spokojnie w stronę rzeki i wracam tą samą drogą. Zawsze pamiętam, żeby uchylić się przed nisko wiszącą gałęzią starego buku ponieważ jestem wysoki, a normalni ludzie przechodzą pod nią nie przejmując się. Raz o niej zapomniałem, ach człowiek uczy się na błędach.

Pora na korepetycje z matematyki, pierwsza lekcja. Blok w którym mieszka mój korepetytor znajduje się jakiś kilometr za rzeką więc musiałem iść tą samą drogą. Na miejscu sprawdziłem jeszcze raz adres który miałem na kartce w kieszeni. Tak, siedemnaste piętro, pokój trzynaście. Winda nie działa, typowe. Schodów było chyba z kilka tysięcy albo miałem tylko takie wrażenie, w każdym razie nie było łatwo. Blok jest stary, na drzwiach nie ma już numerów, są za to nazwiska. Znowu karteczka: ?Bartosz Mazur??. Nie... nie... nie... o, jest. Na starych brązowych drzwiach widniało poszukiwane przeze mnie nazwisko, tylko brakowało litery ?o?? w imieniu, zapukałem. Otworzył mężczyzna po trzydziestce z miło wyglądającą twarzą i także dwudniowym zarostem.

- Proszę wejdź ? powiedział cichym tonem. ? ty pewnie jesteś Kuba?

- Tak ? odparłem.

- Jestem Bartosz Mazur, ale mów mi Bartek.

- Miło mi ? Podałem mu dłoń.

Po dwóch godzinach wyszedłem z uśmiechem na twarzy wiedząc, iż pieniądze włożone w niego nie pójdą na marne. Jest wykładowcą na uczelni a także ciekawym człowiekiem z własnymi poglądami które warto posłuchać przy dłuższej rozmowie. Wracam tutaj w piątek czyli za trzy dni, a mam dwa razy w tygodniu. Czas do domu.

Został jeszcze praktycznie cały dzień ale spędzę go znowu przed konsolą, komputerem ewentualnie jakimś czasopismem. Wszyscy moi znajomi wyjechali gdzieś na wakacje. Do babć, wujków, kuzynów. Też miałem taką możliwość lecz jednak przekonałem rodziców, żeby jechali beze mnie. Tak będzie lepiej, nie lubię zmian w moim życiu, nawet najmniejszych, a nawet tych chwilowych. Usnąłem czytając gazetę.

Stało się! Znowu mam świadomy sen, mogę robić co chcę! Powiedzmy, że dzisiaj pójdę sobie środkiem autostrady do smoczych gór. Niezły pomysł. Jeszcze tylko zjem tort cytrynowy i w drogę. Po wyjściu z baru w którym podają tylko te torty spostrzegłem przede mną ogromną autostradę, rozciągała się aż po sam horyzont, w przód i na boki. Niebo piękne, błękitne, bez żadnej chmurki, a słońca nie ma, tak będzie lepiej. Auta świszczą w koło, a ja idę sobie środkiem ulicy nie patrząc na niebezpieczeństwo, przecież nic mi się nie stanie. Po krótkim marszu w oddali spostrzegłem tą samą kobietę co w tamtym bloku. Biegnie do mnie i coś krzyczy. To sen może wywołać aż tak losowe zdarzenie? Sprawdzę co jest nie tak, może dowiem się czegoś co jest we mnie ukryte, głęboko w podświadomości. Kobieta podbiegła do mnie ale była tak zdyszana, że nie mogła nic powiedzieć.

- Spokojnie, oddychaj - powiedziałem ze zdziwieniem.

- Kuba? ? spytała kobieta.

- Eee, tak - odpowiedziałem.

- Szybko ? wydusiła, wkładając mi coś do kieszeni - Musisz uciekać!

- Dlaczeg...

Uderzająca we mnie ciężarówka nie pozwoliła dokończyć zdania i nagle otworzyłem oczy w łóżku. Jeszcze wystraszony zacząłem się miotać i spadłem na podłogę. Odzyskałem świadomość gdzie jestem. Leżałem w swoim pokoju. Na zegarku widniała godzina szósta. Spojrzałem w dół próbując się podnieś, a koło mojej kieszeni leżał trójkątny naszyjnik z wygrawerowaną literą ,,T".

 Share

0 Comments


Recommended Comments

There are no comments to display.

Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...