A może samotność?
Wczoraj niesamowicie zaciekawił mnie wpis Disastera "Zakochanie jako choroba cywilizacyjna". Ja jednak stwierdziłbym to inaczej, a mianowicie: samotność jako choroba cywilizacyjna. Bo te przelotne miłostki biorą się z tego, że człowiek pragnie bliskości drugiej osoby, chociażby nie wiadomo jaka była. To taka jakby moda. Ten, kto ma "drugą połówkę" (jak zwykło się mówić na kolejną z rzędu dziewczynę/chłopaka), jest ogólnie "c00l" i "spox". Tak więc kolejne tabuny młodych prześcigają się w "wyrywaniu" płci przeciwnej. Zamiast czekać na tą jedyną/tego jedynego, trzeba mieć dziewczynę/chłopaka teraz, już, w tym momencie. Nieważne są uczucia, wspólne zainteresowania. Jak w powiedzeniu "nieważne, jaki potwór...". Człowiek w dzisiejszym świecie jest samotny, żyje w ciągłym biegu. Teraz nie ma się marzeń. Teraz się je spełnia. Ktoś chce być znanym biznesmenem? Będzie tak długo kombinował, uczył się, aż tym biznesmenem zostanie. Najważniejsze są teraz pieniądze. Człowiek z pieniędzmi=klasa, człowiek z ciekawą osobowością to już ekscentryk. Nie liczy się "wnętrze", lecz zasobność portfela. Nieważne są uczucia, ważny jest "lans", gdy z dziewczyną/chłopakiem idzie się za rękę i wszyscy mogą to zabaczyć. Nieważne, że za tydzień czy dwa może już być to inna osoba.
Samotność to straszna rzecz. Nie można się nikomu zwierzyć, wyżalić, powiedzieć coś w sekrecie. Wiele osób stylizuje się na samotników (sam znam parę). Ale teraz nawet w tych "związkach" (tja, dobre sobie), o których pisałem wcześniej jest się samotnym. Człowiek nadal nie może zaufać swej dziewczynie/swemu chłopakowi, bo "i tak może będzie jeszcze inna\inny".
Samotność to choroba cywilizacyjna. To jest moje zdanie.



6 komentarzy
Rekomendowane komentarze