Kane & Lynch 2: Dog Days - recenzja
Tekst pierwotnie ukazał się na łamach portalu SwiatGry.pl. Przypominamy o otwartej rekrutacji na stanowiska newsmanów oraz redaktorów konsolowych (patrz: poprzedni wpis).
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Większość obecnie tworzonych strzelanin trzecioosobowych to nudne, schematyczne i powtarzalne tytuły i 90% z nich to mniej lub bardziej udane klony Gears of War. Wydany w 2007 roku Kane & Lynch: Dead Men okazałby się dokładnie taką samą produkcją, gdyby nie tytułowi bohaterowie, bądź co bądź, jeden z najciekawszych i najbarwniejszych duetów w historii gier komputerowych. Rzadko bowiem przychodzi nam kierować poczynaniami dwójki psycholi...

Pierwsza odsłona przygód Kane?a i Lyncha niosła ze sobą parę genialnie zarysowanych indywidualności, przemyślaną i naprawdę zaskakującą fabułę oraz, niestety, i to było gwoździem do trumny w tym przypadku, niedopracowaną mechanikę strzelania, kulejącą sztuczną inteligencję oraz mocno średnią oprawę graficzną. Jednakże świetna gangsterska historia zachęciła wystarczającą ilość graczy do kupna i to właśnie dzięki dobrej sprzedaży zawdzięczamy sequel ? Kane & Lynch 2: Dog Days. Czy tym razem duńskiemu studiu IO Interactive, twórcom epickiej serii Hitman, udało się utrzymać poziom fabularny i zarazem udoskonalić to, co było niedoskonałe w ?jedynce?? Cóż, nie ukrywam, że podczas rozgrywki miałem mocno mieszane uczucia...
Spotkanie po latach
Fabuła Dead Men naprawdę grała na uczuciach ją śledzących. Była inna niż znakomita większość zaprezentowanych dotychczas graczom historii typu zapchajdziura. Mieliśmy bowiem do czynienia z mafijnymi porachunkami, które przeszły w pewnym momencie bardzo niebezpiecznie na sferę rodzinną jednego z tytułowych bohaterów, Kane?a. Ten ostatni stracił wszystko (no, prawie...), ale towarzyszący mu we wszystkich śmiertelnie groźnych akcjach Lynch mniej lub bardziej efektywnie wspierał poszukiwanego przez The7 tatuśka. I bez najmniejszego momentu zawahania oceniłbym ją w naszej skali na bardzo mocną ?dziewiątkę? ? a to chyba najlepsza rekomendacja dla współczesnego shootera? Koniec końców dwójka przyjaciół rozdzieliła się ? Lynch postanowił rozpocząć nowe, statyczne życie u boku swojej wybranki serca w odległych Chinach, dokładniej rzecz biorąc, w samym Szanghaju. Statyczne tylko na pozór. Lynchie trzymał cały czas rękę na pulsie i gdy w grę wszedł naprawdę gruby deal, nie zapomniał o byłym współtowarzyszu niedoli i postanowił ściągnąć go do Państwa Środka. A że w międzyczasie Kane starał się odtworzyć dawne stosunki z córką, bardzo niechętnie przystał na ?jeszcze jedną wspólną akcję?. Sprawy się nieco komplikują i w mgnieniu oka poluje na nas chińska mafia i policja. Oczywiście między sobą nie walczą ? to my jesteśmy wrogiem publicznym numer jeden i każdy celownik skierowany jest w naszą głowę.

Nie ma tu jednak praktycznie nic zaskakującego. Nie ma też nic, co utkwiłoby w pamięci na dłużej, tak jak to robiły praktycznie wszystkie wydarzenia z ?jedynki?. Jest jednak jeden podwójny element, dzięki któremu to wszystko i tak staje się mało ważne. Kane i Lynch. Mimo upłynięcia zapewne kilku lat od ich ostatniego spotkania i ostatniej rozróby na ulicy, mimo pozornego wewnętrznego wyciszenia, nadal są oni tymi samymi, wulgarnymi i nie stroniącymi od niedozwolonych środków psycholami z czterdziestką na karku. Dialogi między dwójką starych znajomków to małe mistrzostwo świata, zresztą podobnie było już trzy lata temu. Tak, możecie nazwać mnie trzecim z psychicznymi problemami, ale bez brzydkiego języka, przemocy, krwi i ogólnej rozróby, nie wyobrażam sobie osobiście istnienia serii Kane & Lynch. Na szczęście, oznaczenie ?18+? także w tym przypadku nie zostało nadane bez powodu. I Bogu niech będą dzięki! Chociaż w sumie... Boga w to może nie mieszajmy.
Warto zaznaczyć, że o ile w Dead Men kierowaliśmy poczynaniami Kane?a, tak w Dog Days wcielamy się w postać Lyncha (za wyjątkiem jednego, końcowego etapu). Czyli tego bardziej pier... pozytywnie zakręconego. Rozgrywka wygląda jednak dokładnie tak samo i nie ma chyba żadnej różnicy pomiędzy protagonistami ?jedynki? i ?dwójki? w sensie stricte gameplayowym. Kane & Lynch 2: Dog Days to nadal typowy reprezentant gatunku trzecioosobowych shooterów. Trzeba jednak mieć na uwadze, że to właśnie strzelanie i wszystko co związane z gameplayem było jednym z największych problemów pierwszej części gry. Każdy kto grał, zapamiętał chyba totalnie abstrakcyjną sztuczną inteligencję, która ze słowem ?inteligencja? miała niewiele wspólnego. W Dog Days aż tak bardzo tego nie udoskonalono, choć gra stała się zauważalnie trudniejsza. Przeciwnicy strzelają celniej i najczęściej wypadają całą zgrają, chowając się przy tym od razu za pierwszą napotkaną osłoną. Wychylają się rzadko, czekają na odpowiedni moment, by ostrzelać naszą pozycję. Przy takim obiegu sprawy bardzo łatwo tu o kulkę i zejście z tego świata. Autorzy jednak oszczędzili wielu graczom dodatkowych nerwów i po kilku strzałach Lynch pada na ziemię, na ekran nałożony jest czerwony filtr i mamy chwilę, by albo dokończyć pastwiącego się nad nami Chinola ?z podłogi?, albo jakoś wstać i dostać się za najbliższy murek.
Kane w takiej samej sytuacji radzi sobie bez naszej ingerencji ? i bardzo dobrze. Pamiętam denerwujące sytuacje w ?jedynce?, gdy walczyłem dość daleko od mojego kompana i trudno mi było teleportować się bez kilkukrotnego odstrzelenia głowy do miejsca, gdzie Lynch leży nieprzytomny. Dopiero w trybie kooperacji dochodzi element wzajemnej pomocy w razie postrzelenia na placu boju, w singlu Kane?em nie ma co się przejmować w porównaniu do Lyncha z ?jedynki? ? facet jest naprawdę samodzielny. I to moim zdaniem najlepsze rozwiązanie tej lekko kontrowersyjnej sprawy.

Sztuczna inteligencja leci sobie czasem w kulki, to fakt. Osobiście nie byłem świadkiem jakichś rażących błędów, jakie wytykali naszym oponentom koledzy redaktorzy w swoich recenzjach, aczkolwiek należy podkreślić, że to ledwie poziom minimalnie lepszy od tego w Dead Men. Po prostu zmniejszono naszą wytrzymałość i twórcy myśleli, że gracze są na tyle głupi, iż tego nie zauważą. Rozgrywka przypomina trochę wojnę okopową. Czym prędzej dobiegasz do osłony i ją sobie niejako zaklepujesz. Wbiegają przeciwnicy, oczywiście od razu otwierają ogień. Niestety, najczęściej wyłącznie do Ciebie ? Kane na podłodze ląduje raczej rzadko. Co najbardziej potwierdza moje określenie? Skośnoocy jak znajdą jakąś przytulną kanciapkę, tak nie chcą jej opuścić. Po prostu wygląda to tak, że on strzela zza osłony, Ty strzelasz zza osłony i trwa to, dopóki któryś z Was nie polegnie, lub gdy nie zdecydujesz się na szarżę. A ta najczęściej kończy się niestety zgonem. Żeby nie było, Twoim...
W pełni profesjonalna amatorka!
Najciekawszą i zarazem największą zmianą w stosunku do pierwowzoru jest oprawa techniczna. Akcję obserwujemy jakby z perspektywy... kamery biegnącego za nami anonimowego kamerzysty! Ten efekt najlepiej widoczny jest podczas sprintu ? jesteśmy autentycznie niemal świadomi obecności trzeciej postaci w całej akcji. O ile to naprawdę genialny zabieg autorów w kwestii artystycznej, o tyle czasem zbyt szybkie i szarpane latanie kamery uniemożliwia przyjemną rozgrywkę. Ma to miejsce chociażby podczas pościgu za Bradym na dachach szanghajskich slumsów. Prawdę mówiąc jednak cieszyłem się jak dziecko, bo żadna dotąd gra nie wpadła na pomysł tak aktywnego udziału pracy kamery w samym gameplayu i ekspozycji świata. A jest co eksponować?
Szanghaj to jedna z największych metropolii Chin. To tu bieda spotyka się z bogactwem. I to właśnie w dwóch diametralnie różnych środowiskach przyjdzie nam operować. Od pierwszych minut eksterminujemy wpadających nam w drogę ?żółtków? między innymi w niewolniczym zakładzie pracy gdzieś ?na boku? i na ulicznym markecie. Stopniowo, rzekłbym, awansujemy w hierarchii i dość szybko podejmujemy walki już w biurowcach, na ulicach czy lotnisku. Żeby nie było, nie tylko przyjdzie nam masakrować na ziemi. Jedna misja polega na ostrzeliwaniu szklanego drapacza chmur z dziesiątkami polujących na nasze głowy komandosów w środku z helikoptera. Destrukcji ulega stosunkowo dużo elementów, możemy urządzić sobie zatem mały ?Wietnam? w znienawidzonym zapewne przez wielu biurowcu
Niestety, miastu brakuje ikry. Tych kilkunastu milionów mieszkańców nie widać nigdzie na ulicach (no, poza pierwszym filmikiem, gdy Lynch wita Kane?a po przylocie do Chin), a gdy pomachamy któremuś bezbronnemu, Bogu ducha winnemu robotnikowi, bronią przed nosem, ten biega jak niepojęty co pięć sekund z jednego miejsca do drugiego ? dosłownie. Na ulicach nie widać tych kapitalistycznych neonów, trudno w ogóle zauważyć cokolwiek. Opowieść jest absolutnie liniowa i nie mamy prawa zboczyć z wyznaczonego przez twórców kursu. Zawsze jakoś tak są ustawione samochody czy nagle wszystkie drzwi poza tymi jednymi są pozamykane bardzo szczelnie (poza kilkoma etapami, gdzie faktycznie prawie każde drzwi możemy wykopać z zawiasów). Miejscówki są ogólnie bardzo fajnie zaprojektowane i bije od nich ten orientalny klimat na odległość, lecz takie choćby finałowe lotnisko owiewa nudą, biedą i pustką. Ale dość rozwodów na temat pięknego, na ogół ciekawego, ale pozbawionego tego ?czegoś? miasta. Są dużo bardziej interesujące elementy.

Jak choćby nałożone na ekran dodatkowe filtry, imitujące jakieś błędy w zapisie kasetowym czy coś. Pojawiające się znikąd pionowe, kolorowe pasy nie są irytujące, wręcz przeciwnie. Warto także, zupełnie przypadkowo oczywiście, w ferworze bitwy, postrzelić prosto w twarz jakiegoś cywila. Ma to swoje proste wytłumaczenie ? na miejscu zmasakrowanej od strzału głowy pojawiają się szare, zamazane kratki, coś na zasadzie cenzury. Absolutne mistrzostwo świata (i normalnie do takich haniebnych czynów, nawet w grze komputerowej, bym nie zachęcał). Amatorsko kręcony film wtóruje zaś nieźle opowiadanej w Dog Days brutalnej, męskiej historii, chociaż jeszcze lepiej sprawdziłoby się to moim zdaniem w przypadku ?jedynki?. Tam fabuła była bardziej tajemnicza, akurat taka, jaką mógłby nagrać biegający za szaleńcami przypadkowy turysta ze starą kamerą. Co warto podkreślić, też kolejny szaleniec.
Kolejne ?małe mistrzostwo świata??
Na zdecydowanie oddzielny akapit zasługuje tryb multiplayer. ?Jedynka? w tej kwestii leżała i kwiczała, ale tylko i wyłącznie z powodu pustek na serwerach. Jedno z pierwszych miłych zaskoczeń w przypadku Dog Days ? rozgrywka wieloosobowa kopie zadki, głównie ze względu na (W KOŃCU!) jako taką innowacyjność dostępnych trybów. Nie polegają one jak we wszystkich shooterach na zabiciu jak największej ilości oponentów ? tu mamy dorwać tyle łupu, ile tylko jesteśmy w stanie. A co później zrobimy z tym fantem, okaże się w zależności od wybranego rodzaju gry.
Mamy do dyspozycji trzy tryby ? Kruchy Sojusz, Tajniak oraz Policjanci i Złodzieje. W pierwszym z nich rundę rozpoczynamy jako jeden kolektyw, pędzący po rabunki. Musimy jednak mieć się na baczności, bo w dowolnym momencie każdy może nagle obrócić się przeciwko reszcie, rozpocząć wybijanie dawnych kompanów i zrabować ich dobytek. Jednocześnie śmiałek powinien uważać na swoje tyły, bowiem zamordowani przez niego złodzieje respawnują się pod postacią... ścigających go policjantów! W Tajniaku jeden z losowo wybranych graczy od początku rundy wie o tym, że wcieli się w postać zdrajcy grupy, zaś reszta musi pozostawać jeszcze bardziej czujna, bo z góry określona jest walka między okradzionymi kradziejami a kradziejem, który okradł kradziei. Trochę pogmatwane, to fakt. Policjanci i Złodzieje zaś to standardowy tryb z podziałem na dwie drużyny, z których jedni próbują uciekać z kasą, a drudzy starają się ich naturalnie powstrzymać.

Udostępniony został element usprawniania broni. Dzięki levelowaniu i zdobywaniu kolejnych rang w sklepie dostępny jest nowy ekwipunek. Niestety, te najlepsze giwery nabędziemy jedynie za... prawdziwe pieniądze! Karygodny zamysł autorów, za który ogromny minus. Przecież to skutecznie może zniechęcić do dalszej rozgrywki w te bardzo ciekawe tryby multi! Jak dotąd trudno znaleźć też odpowiednią ilość chętnych do grania po Sieci, co mam nadzieję zmieni się w najbliższym czasie.
Poza rozgrywką wieloosobową możemy również ograć Arcade, ale to nic innego, jak Kruchy Sojusz w wersji dla pojedynczego gracza. Wykonujemy scenariuszowe skoki na kasę (9 scenariuszy), by następnie przebijać się przez zastępy sterowanych przez sztuczną inteligencję przeciwników aż do punktu ewakuacji. Za każdym kolejnym podejściem strażników i służb mundurowych jest więcej i stawiają zacieklejszy opór, jednakże gracz może posiłkować się kupowanymi pomiędzy rundami giwerami. To, plus bardzo interesujące tryby multiplayer, nie jest jednak w pełni rekompensatą za nie do końca najlepszy ?singiel?...
Czyżby klops?
Ciągle tylko narzekam i narzekam, ale Kane & Lynch 2: Dog Days niestety zawiodło moje oczekiwania. To mógł być jeden z najbardziej liczących się tytułów w wyścigu po laur Gry Roku. Niestety, zamiast świetnej gry akcji otrzymaliśmy ?zaledwie? tytuł z niezłym gameplayem, strawną fabułą z beznadziejnym zakończeniem (kto widział, ten wie, kto nie widział, niech nie żałuje), świetnie zremasterowaną oprawą graficzną i klimatycznym audio z epickim voice-actingiem. Grało się fajnie, chociaż zanim zdążyłem się tak naprawdę wciągnąć w świat Dog Days, ujrzałem napisy końcowe. Warto byłoby kupić, gdyby nie to, że cena nie jest w żadnym wypadku porównywalna z kampanią singlową na cztery godziny...
PS Byłoby 6,5/10, ale multiplayer zrobił swoje...
Zalety:
+ Kane i Lynch nadal dają radę
+ klimat
+ soundtrack i voice-acting
+ nowa-stara oprawa wizualna
+ multiplayer
Wady:
- skandaliczna długość
- gorsza fabularnie
- zakończenie
- cena
Ocena: 7/10

3 komentarze
Rekomendowane komentarze