Radosny wpis!
Rozkleiło się moje serduszko dzisiaj okrutnie.
Pierwszym powodem takiego stanu rzeczy jest cudowna książka (powieścią bym tego nie nazwał, bo forma tej publikacji jest nawet dziś oryginalna i nad wyraz ciekawa), którą właśnie kończę czytać. Jest to stara opowieść Goethego (tego od "Fausta"), która w dodatku znajduje się w kanonie licealnych lektur. Tak, chodzi tu o "Cierpienia młodego Wertera", książkę, za którą ludzie kiedyś szaleli, jak dziś za Potterem lub "Sagą Zmierzch", co jest porównaniem dosyć (nawet bardzo) krzywdzącym dla dzieła Niemca.
Ta powieść (no dobra, niech już będzie powieścią) jest, krótko mówiąc, wspaniała. Napisana pięknym językiem, porusza ważne tematy, posiada świetnie zarysowane postacie. Forma, jaką autor przyjął, czyli listy, jest dosyć ciężka do czytania. Ale i tu Niemiec sobie poradził. Gdyż język, jaki przyjął, jest niesamowicie (według mnie) plastyczny i Goethe potrafi nim wyczarować śliczne krajobrazy i opisy przeżyć.
W dodatku bohater, choć momentami wkurzający, dobrze wpasowuje się w foremkę bohatera romantycznego (w tym dzisiejszym tego słowa znaczeniu), choć we współczesnych czasach musiałby być jeszcze przystojnym strażakiem, a u boku mieć Jennifer Lopez czy tam inną Reese Witherspoon, czy jak to się tam pisze. No i nie byłby tak bardzo wrażliwy. Ojej, ale z tą romantycznością bohatera, to wiecie o co mi chodzi, chyba. O to, że Werter snuje się ze swoimi myślami, jak kocha to prawdziwie, cierpi z powodu kobiety bardzo boleśnie, myśli spontanicznie, zachwala piękno przyrody i drobniutkich szczegółów, a do tego ma mnóstwo innych rzeczy i cech typowo romantycznych.
Jeśli jeszcze mam zachęcać Was do przeczytania "Cierpień młodego Wertera", to dodam tylko, że przez tą książkę swego czasu młodzi ludzie popełniali samobójstwa (nie ma to, jak zadziałać na odbiorcę przez zaszokowanie:). Polecam (nie samobójstwo, a książkę
!
*
Dziś, idąc z kościoła do domu (nie, żebym był tam jakimś ultrakatolikiem i chodził po mieście z wielkim, dębowym krzyżem, ale w coś wierzyć od czasu do czasu trzeba), napotkałem naprawdę uroczą sytuację. Może opiszę.
Dwie dziewczynki, z mamami u boku, rozmawiały o czymś tam. Ich rodzicielki się nagle pożegnały i zaczęły ciągnąć swoje pociechy każde w inną stronę. Ot, zwyczajna sytuacja.
Wtedy jedna z dziewczynek zawołała donośnym, radosnym głosem do drugiej:
"To jak do mnie przyjdziesz, to sobie pogramy na plejstejszyn!".
Coś chwyciło mnie za serce, oczy zaszły lekką mgiełką łez, wzruszenie odebrało oddech.
Dziewczynki! Na oko dziewięcioletnie! Będą grały na PlayStation! Coś wspaniałego!
Ja jeszcze należę do tej grupy ludzi, którzy to w większości pogrywają tylko czasami, ale nie sądzę, aby utrzymało się to u wielu z nich na dłużej. Pod zalewem obowiązków w końcu przestaną i tylko czasem, w czasie przerw w biurze, pykną sobie w coś przez króciutką chwilę. No niestety, mój rocznik nie miał jeszcze tego luksusu, że każdy rodził się praktycznie z klawiaturą w ręku. Pamiętam doskonale, jak to chodziło się do sąsiadów z klatki, by sobie pograć w "kulki", a jakie to było przeżycie, gdy u innych sąsiadów z bloku raz (słownie: raz!) zagrałem na tym wielkim PlayStation Uno w "Spyro". Pierwszy komputer to był 2001 rok, z tym, że komp był jakieś 5 lat starszy i pamiętał jeszcze premierę pierwszego "Quake'a". Pierwszą konsolą był oczywiście Pegazus, a przenośną - "10000 in 1" (w tym, że większość to były oczywiście różne warianty Tetrisa). Potem miałem przez jakiś czas PSOne, następnie pierwszego (tak, tego czarno-białego) Gameboya, dopiero od niedawna w moim życiu pojawiła się "Peesdwójka". Tak, dziś dzieciaki mają zdecydowanie lepiej, bo gdy urodził się mój brat, komputer już w domu stał.
Ale czemu radością me serce przepełnione przez tą niby zwykłą sytuację? Bo rośnie nam nowe pokolenie graczy. I na pewno będzie to większa rzesza ludzi, z całą pewnością gry będą mieli już we krwi. Przejdą z nimi do porządku dziennego i godzinna porcja grania będzie czymś najnormalniejszym w ich życiu, jak dziś dla mnie seans z "Barwami szczęścia" od poniedziałku do czwartku wieczorami (tak naprawdę to moi rodzice to oglądają, ja się tylko czasem przyłączam i śledzę ulubione wątki:).
Jak będzie więc wyglądało ich życie, tych dzieci, które już od małości przyzwyczajane są do pada (strach pomyśleć, co będzie na przykład z moimi dziećmi. "Masz, pogryź analoga zamiast gryzaczka")? Mogę sobie tylko wyobrażać.
Dziś trudno jest znaleźć dziewczynę, która akceptuje granie. Tak, choć jestem rocznikiem '93, czyli właściwie świeżym, to grające dziewoje są prawdziwą rzadkością. Sam spotkałem na swej drodze tylko dwie takie (jeśli to czytają, pozdrowionka!), inne, jeśli już w coś pykają, to tylko w Simsy. A dziś te małe dziewczynki przekonały mnie, że już za jakiś czas teabagi będziemy też dostawać od "Stokrotek23" i innych "KucykówPony5". Mi się ta wizja podoba (hm, zabrzmiało to jak fetysz związany z teabagami
. A mi tu o równouprawnienie szło i takie tam! Naprawdę!
.
Same dobre te wiadomości. I na nich skończymy, bo początek tygodnia (hm, dziś w kościele mówili, że niedziela jest początkiem. No niech będzie;), więc optymizm w jak największych ilościach się przyda. Pozdrowienia ślę ja, czyli pT!

6 komentarzy
Rekomendowane komentarze