Nieznani, a szkoda: Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę
Nie mogłem sobie odmówić przyjemności uraczenia Was kolejnym przydługawym tytułem wpisu. Pal pies zresztą tytuł - z prawdziwą przyjemnością uraczam Was filmem. Nie do końca mam pewność, jak bardzo film pasuje do kategorii - z jednej strony wydaje mi się, że większość o nim 'gdzieś tam kiedyś może' już słyszała, ale mam przeczucie, że mało kto oglądał. Tak było ze mną. O filmie słyszałem, ale do obejrzenia zachęcił mnie dopiero wykład pewnego amerykańskiego profa czy dra na jego temat. Z tego miejsca temu Panu dziękuję.

A co mi tam, strzelę Was nawet trailerem:
Just for a while, dear, we must part.
Don't let the parting upset you,
I'll not forget you, sweetheart.
We'll meet again, don't know where, don't know when,
But I know we'll meet again, some sunny day.
Keep smiling through, just like you always do,
'Til the blue skies drive the dark clouds far away.
Trailer zapewne nieco Wam powiedział, ale dla angielsko-nie-kumatych - film skupia się Zimnej Wojnie, klimacie i absurdach z nią związanych oraz na piekielnej maszynie zwanej Doomsday Machine. Maszyna, za pomocą guziczka jednego, może zniszczyć cały świat... A właśnie pojawiło się ryzyko, że ktoś ten guziczek wciśnie. Co na to Amerykanie? To właśnie trzeba zobaczyć.

Sam film nazywany jest najbardziej dobitnym komentarzem do Zimnej Wojny, a zwłaszcza doktryny MAD (Mutually Assured Destruction). Mamy tu także przejechanie się po militarystach, pacyfistach, niemieckich naukowcach, pilotach w bombowcach i wielu innych. Mamy generała Rippera, który ma obsesję na punkcie ochrony swych cennych płynów cielesnych (ang. precious bodily fluid) i uważa fluoryzacją za element wielkiego spisku. Mamy tytułowego Dr Strangelove, czyli niemieckiego naukowca zaprzęgniętego do pomocy USA, który nie do końca pozbył się swych nazistowskich zapatrywań. A dokładnie rzecz biorąc, nie pozbyła się ich jego prawa ręka, której doktor nie potrafi kontrolować, a która ma nieodparty odruch heilowania.
Tell them I won't be long.
They'll be happy to know that as you saw me go,
I was singing this song.
After the rain comes the rainbow,
You'll see the rain go, never fear,
We two can wait for tomorrow,
Goodbye to sorrow, my dear.
Prawda, że słodko? Trochę krzywdzące byłoby twierdzić, że jest to teatr jednego aktora, ale Peter Sellers spisał się tu prześwietnie. Rola szalonego doktora to jedna z najlepszych ról komediowych w historii (przynajmniej według mnie). Zresztą według IMDB, Sellers improwizował większość swoich dialogów... Aż szczęka opada. Ale i inni aktorzy stanęli na wysokości zadania. Wszystko to byłoby jednak nic, gdyby nie scenariusz - pełen absurdu ('You cant fight here! This is a war room!'), satyry, humoru, ale i przy tym przerażająco prawdziwy. Należy pamiętać, że film powstał w 1964 roku, czyli krótko po Kryzysie Kubańskim. Dziś wiele sytuacji może nam się wydawać czystym absurdem, ale dla ówczesnych widzów była to zapewne satyra mocno 'tyłkikopiąca'.
Teraz pora na subiektywny komentarz ogólny - takie właśnie powinno być kino. Zapewniające odpowiednią ilość rozrywki, ale też zawierające solidną dawkę treści. Tu śmiejemy się niejako przez łzy. Nawet teraz, bo przecież nikt nie zagwarantuje nam, że jakiś stuknięty satrapa nie doprowadzi świata na krawędź wojny atomowej. A istnieje ryzyko, że zrobimy ten milowy krok naprzód. O, taki:

Major T. J. "King" Kong
Dr. Strangelove or How I Learned to Stop Worrying and Love the Bomb

11 komentarzy
Rekomendowane komentarze