Książka - dar bogów.
Książki, książki, książki... Choć wyglądają podobnie, wszystkie się od siebie różnią: okładka, papier, czcionka, wydawnictwo, autor, treść, przeszłość...
To z książek składało się całe moje dzieciństwo. Miłością do nich zaraził mnie ojciec, on mi je kupował, doradzał, co przeczytać, co lepiej zostawić, czy się dla mnie nadaje, czy się nie zgubię w ich toni... Książki to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. (Tak przynajmniej sądzę w tej chwili : P) To dzięki nim zacząłem interesować się historią, nawet po części poezją! Czytałem Lorcę (nic nie pamiętam, ale i nie zachwycał mnie za bardzo), Baudelaire mną wstrząsnął ("Kwiaty zła"... pyszne!
). Niemniej skupiłem się bardziej na wszystkim, co nie było pisane wierszem.
Pierwsza książka? "Mity greckie". Byłem mały, ale zamiłowanie do historii już dawało o sobie znać. Niestety, za pierwszym razem nie przeczytałem "Mitów" w całości, doszedłem bowiem do wniosku, że są za trudne. Zaczynały mi się mieszać imiona bogów, kto za co był odpowiedzialny itp. Przeszedłem na takie "przystawki", jak "Brzechwa dzieciom" i tego typu publikacje...
Nie na długo jednak. Pamiętam, jaką fascynacją napawała mnie chyba najokazalsza książka, znajdująca się w zasięgu moich rąk: "Co? Gdzie? Kiedy? Zdarzenia, które zmieniły świat". To była dla mnie wyrocznia historyczna. To w niej po raz pierwszy spotkałem się z nocą długich noży, Heinrichem Himmlerem, dr Josephem Goebbelsem i Hermannem Goringiem. W przenośni, rzecz jasna. Najbardziej jednak interesował mnie nie kto inny, jak sam Fuhrer; jak doszedł do władzy? Czy to możliwe, żeby najbardziej znienawidzony dyktator świata przejął władzę w drodze demokratycznych wyborów?...
Później było spalenie Reichstagu, wspomniana już noc długich noży i tym podobne akcje, przeprowadzane w III Rzeszy.
Aż usłyszałem o komunizmie. Wtedy "na gwałt" szukałem tam haseł typu "komuna", "komunizm"... Znajdowałem jednak tylko i jedynie "Komunę Paryską".
Oczywiście, później była "rewolucja". Zacząłem od Rewolucji Francuskiej, rzecz jasna. Bastylia, Dyrektoriat, Robespierre, gilotyna i Ludwik XVI... w szóstej klasie na historii błyszczałem ![]()
I w końcu. Początek Nowej Ery. Rewolucja Październikowa. Lenin, "Aurora", Pałac Zimowy, Pałac Smolny, bolszewicy, wojna domowa... niestety, o marynarzach z Kronsztadu nie było mowy.
O tym, że interesowałem się - niespodzianka! - także II wojną światową, nie trzeba nikogo przekonywać.
Zaspokoiwszy swój głód wiedzy historycznej, zacząłem czytać bardziej "neutralne politycznie" książki: "Serię Niefortunnych Zdarzeń", "Harry'ego Pottera" (teraz się tego wstydzę...), nawet tego lipnego "Eragona" przeczytałem (nawet postawiłem sobie za cel zostać najmłodszym autorem książki, ale z powodu niezdecydowania, braku weny i lenistwa uprzedziła mnie jakaś 14?-latka. Miała o tyle dobrze, że nie pisała sama, tylko dyktowała, a jej dziadek był - jest? - właścicielem domu wydawniczego.)!
O Anne Rice wspominał nie będę. "Posiadłość Blackwood" mnie zaintrygowała, "Wywiad z wampirem" zainteresował, ale już "Wampir Lestat" i "Królowa potępionych" załamały i zraziły do twórczości tej kobiety.
I nareszcie King... "Komórka", "Lśnienie", "Carrie", zbiory opowiadań... jestem wielkim fanem Kinga i myślcie co chcecie, ale najlepsza jest "Christine", najgorsze zaś: "Stukostrachy" i "Łowca snów".
Lovecraft... ciężki, ale strawny. Początek XX-wiecznego horroru, cykl Cthulhu... niesamowite. Facet miał wyobraźnię...
No i Poe... Edgar Allan, rzecz jasna. "Opowieści niesamowite" zachwycają nawet w wieku XXI. Inna sprawa, że Poe był po prostu geniuszem... w końcu to on stworzył takie gatunki, jak "opowieści grozy" czy nowele detektywistyczne (monsieur Dupin się kłania : ) ).
Nie wyobrażam sobie, że mógłbym żyć bez książek. Co z tego, że już mam internet, skoro nie mam nic do czytania? Tysiąc razy wolałbym przeczytać dobrą książkę, niż nawet mieć stałe łącze. Doprawdy, nie wiem, jak można żyć bez książek W OGÓLE. Nie muszę chyba przypominać sławetnego tępiciela książek, propagatora tężyzny fizycznej (jako taka nie jest zła...) i wyrywania lasek na kaloryfer z AR. Jak biedny musi być taki pustak intelektualny... nie może przeczytać - no, powiedzmy - 3 stron w podręczniku, to co dopiero 300 w książce! Odbije sobie chociaż, pokazując "sześciopak" na przerwie/dyskotece/urodzinach/pogrzebie i co tam jeszcze chcecie. Książki to najwspanialszy, najważniejszy i w ogóle "NAJ" wynalazek na tej planecie. Nie wyprzedzą ich nawet teleportery, promy kosmiczne ani nic, co można by uznać za "najważniejsze odkrycie naukowe w dziedzinie...". Bez książek świat wyglądałby zupełnie inaczej. I byłby sto razy gorszy, niż jest, bowiem nie mielibyśmy żadnej pociechy na tym padole łez. Szelestu kartek nie zastąpi szum płyty z audiobookiem w wieży/discmanie, a satysfakcji z zamknięcia książki po jej skończeniu - napisy końcowe marnej (lub nie) ekranizacji.

16 komentarzy
Rekomendowane komentarze