Wyluzuj się!
Czasami człowiek musi, inaczej się udusi... I wcale nie chodzi mi o śpiewanie, lecz o wyluzowywanie się (słowo niemalże pozbawione luzu, tak na marginesie). Gdy komputer w pracy pędzi niczym kulawy żółw. Trzeba się wyluzować. Gdy klienci cisną, a tłumacze marudzą. Trzeba się wyluzować. Gdy zawartość mózgu grozi wyparowaniem z powodu temperatur. Trzeba się wyluzować. Gdy autobus zmienia się w piekarnik. Trzeba się wyluzować. Po prostu trzeba. Gdy ktoś znów na forum trolluje. Trzeba się wyluzować. Gdy Twe wpisy są mało popularne. Trzeba się wyluować. Nie ma innego wyjścia.
Bierzcie przykład z tego młodego człowieka, dżentelmeni.

Searching the neon lights
I move carefully
Sink in the city aquarium
Sing in the key of night
As they're watching me
Breath in, breath out - chill out. Właśnie - chillout. Cóż lepszego do luzu zdobywania jak muzyka? A skoro muzyka, to chillout. Wiem, wiem - każdemu nerwy rozluźnia inna muzyka, lecz na mnie działa chillout i chcę Wam zaaplikować parę jego tabletek. Nawet jesteście aktualnie na szczytach luzu, to odrobina dobrej muzyki pozwoli pozostać na tych szczytach (... a za szczytem zaszczyt za zaszczytem... ) dłużej.
W kwestii formalnej - wpis znajduje się w kategorii 'nieznani a szkoda', gdyż pobocznie spełnia i taką funkcję. Spora część z wykonawców, których zaraz (mam nadzieję) posłuchacie, należy do bardzo mało znanych, a poznania godnych. Jednocześnie jednak ciężko było by napisać o pojedynczych cały wpis. Dwie pieczenie na jednym ogniu - luz i edukacja. A jako, że sam chillout to taki gatunek niegatunek (może to być wolniejszy house, niektóre formy muzyki tranceowej, ambient, nu jazz, trip-hop, downtempo czy instrumentalny hiphop), powinno być ciekawie.
Usiądźcie wygodnie, chwyćcie szklanicę ulubionego napoju, przymknijcie oczęta... I łapcie luz.

Beautifully broken down
As illusions burst
Too late to learn from experience
Too late to wonder how
To finish first
Na sam początek kawałek zespołu, od którego zaczynała się ma przygoda z muzyką luzującą:
Zero 7 to w zasadzie dwóch panów - Henry Binns i Sam Hardaker. Ale wokalu w ich kawałkach użyczały takie urokliwe panie jak Sia, Tina Dico czy Sophie Barker, których posłuchać można też w samodzielnych nagraniach. Jeśli ktoś zainteresuje się bardziej, to gorąco polecam płyty When It Falls i Simple Things. Ta pierwsza to dla mnie esencja tego, co w chilloucie chilloutowe. Dalej wcale nie gorzej - perełka, one hit wonder, absolutny rozpływacz:
Utwór nieznanego nikomu zespołu, który znalazł się na jednej składance. Zespół się rozpadł - nic więcej po nim nie zostało. Ale żeby każdy zespół zostawiał po sobie coś takiego... Ja sam nie mam słów, żeby opisać ten kawałek. Za każdym razem odpływam, rozpływam się i ukołysany jestem.
Make me somewhere I can call a home
Won't you take me home
Won't you take me home
'Cause lately I've been losing on my own
Won't you take me home
A teraz, uwaga, nadchodzi szalony dzieciak, zwany też Kid Loco. Wraz z nim relaksujemy się z wisienką...
Tu dokonań sporo więcej niż Mooi, więc polecam pobuszować po YT i się zapoznać. W podobnym stylu i zdecydowanie niedopasowany do kategorii jest natomiast zespół Air, który kojarzyć powinno całkiem sporo osób. Nicolas Godin i Jean-Benoit Dunckel to w zasadzie podstawa elektronicznego grania. Z ich dorobku pewna dama:
Zdecydowanie polecam wybrać się na safari po księżycu z albmumem Moon Safari. Taka podróż na pewno Was odpręży. Po drodze nie zapomnijcie zaś wstąpić na Ibizę, do pewnego klubu. Klubu legendy. Klubu, który swą nazwą firmuje pierwszorzędne składanki z muzyką, którą najlepiej grać, gdy o wschodzie słońca relaksujesz się po dobrej imprezie... W me ręce kiedyś wpadła część dwunasta ich składanek. W zasadzie powinienem dać tu całą... Do wyboru jednak zmuszony, zaprezentuję tylko dwa kawałki.
Kawałek otwierający od Enrique Bunburyego, o którym nic nie wiem, w remiksie jegomościa o pseudonimie DAB, o którym też nic nie wiem.
Oraz leniwe letnie dni od Elcho, o których wiadomo nieco więcej, ale po co nam to? Liczy się to:
A na sam koniec drobny wyjątek. Nie dość, że spiewa przedstawiciel płci bardziej owłosionej, to w sumie to nie jest chillout. Wyjątek ten czynię właśnie ze względu na wyjątkowość oraz na to, że bardzo mnie relaksuje (choć odrobinę sentymentalnie) ten kawałek:
Breath in, breath out - chilled out? Mam nadzieję, że tak. Mam nadzieję, że nie zapomnicie w tym relaksie podzielić się swymi odprężaczami muzycznymi (a może i nie tylko), choćby miały one być slavic-pagan-winter-forest-metalowe. Zobaczcie, jak Susan się zrelaksowała:

Éric-Emmanuel Schmitt
Oskar i pani Róża

21 komentarzy
Rekomendowane komentarze