Transformers - ogólne refleksje (z naciskiem na stary film i nową grę).
Zawsze coś podobało mi się w tych całych Transformerach, i w ogromnych robotach w ogóle. Jako dziecko miałem ich trochę, często też sam próbowałem swoich sił, tworząc je z klocków LEGO
. Pamiętam też, jak w soboty i niedziele rano razem z młodszym bratem oglądaliśmy serial "Beast Wars", czyli po prostu Transformers, ale z robotami zmieniającymi się w zwierzęta i inne prehistoryczne gady. Jakiś czas później, gdy na Polsacie rano leciało "Transformers: Armada", czyli tym razem już pełnoprawny serial z Optimusem - ciężarówką w roli głownej, także siedzieliśmy ze ślepiami wgapionymi w ekran. Ciężko mi w sumie naprawdę powiedzieć, co takiego jest w tych bajkach i samych postaciach, co faktycznie mogłoby przyciągnąć odbiorcę - znaczy starszego niż plus minus dziesięciolatek. Fabuła jest bardzo prosta, a właściwie ledwo istnieje, a wszystko tak naprawdę sprowadza się do ciągłego konfliktu wielkich robotów. Poza tym nie ma co ukrywać: wszystko mniej lub bardziej służy promocji zabawek. Zaraz, a może właśnie to wystarczy? Może w tym tkwi cała siła Transformers? Bo mi nadal się to podoba, nie wyrosłem z tego tak, jak pewnie większość dorastających dzieciaków. Mimo, że już nie kupuję nowych tranformujących się modeli i dostrzegam absurdy i pewną infantylność całego zjawiska, nadal coś mnie do tego ciągnie.

Też dobre, ale nie to samo.
Pewnym odrodzeniem, przypomnieniem o serii stały się filmy Michaela Baya, mimo różnych opinii na ich temat. Mi osobiście oba się podobały, choć nie ukrywam, że niektóre wątki czy postaci były co najmniej żenujące. Tak czy siak sukces kasowy póki co dwóch części na pewno przyczynił się do stworzenia przez studio High Moon ZAPRAWDĘ DOBREJ gry o robotach (miernych licencjonowanych badziewi na podstawie przebojów kinowych nie liczę). Transformers: War for Cybertron jest świetne, ale garściami czerpie jednak nie z ostatnich filmów: jako źródło inspiracji wybrało kreskówki i filmy z lat 80. Tak, gra wzbudza prawdziwą falę nostalgii u dziś już zapewne trzydziestokilkulatków, którzy wychowywali się w tamtych czasach. Ja tam się cieszę, że tylu lat jeszcze nie mam, ale trochę żałuję, że ominęło mnie tyle wspaniałych rzeczy związanych z tamtym okresem, między innymi właśnie złoty wiek przemieniających się robotów. Jasne, gdy ja się wychowywałem dzieci nadal się tym interesowały, ale już nie na taką skalę, poza tym czasy się zmieniły i po dziesięci latach to już nie było to samo. Przy okazji grania w dzieło High Moon postanowiłem więc nadrobić zaległości, aby dopełnić doświadczenia z grą i w pełni docenić pietyzm i uczucie, jakim twórcy obdarzyli WFC. Mianowicie, obejrzałem po raz pierwszy w życiu pełnometrażowy film z 1986 roku: "Transformers: the movie", do którego wedle tego, co przeczytałem, Wojna o Cybertron nawiązuje przede wszystkim.

Awesomeness.
I jak zakończyło się zderzenie dwudziestolatka z filmem mimo wszystko dla dzieci? Z zaskoczeniem stwierdzam, że podobał mi się! Oczywiście, fabuły prawie nie ma: Unicron, Transformer niebagatelnych rozmiarów przemierza galaktykę, czerpiąc niemałą przyjemność z pochłaniania planet, jednak w pewnym momencie natrafia na przeszkodę. Jest nią artefakt o wielkiej mocy, kryształ błyszczący jasnym światłem, jedyna rzecz, której pożeracz planet się boi, a która akurat znajduje się w posiadaniu Autobotów. Zrządzeniem losu przed oblicze Unicrona trafia raniony śmiertelnie podczas dopiero co stoczonego pojedynku z Optimusem Megatron. Pożeracz planet obiecuje przywódcy Decepticonów wielką siłę i nowych, silniejszych podwładnych w zamian za zniszczenie owego artefaktu. Megatron ostatecznie przystaje na ten układ, a ponadto potajemnie planuje wykorzystanie potęgi kryształu do własnych celów, między innymi obalenia Unicrona. Staje się to pretekstem do ciągłych starć Decepticonów z Autobotami, które ciągną się właściwie przez cały film. Ponadto wszystko w bardzo dużym stopniu płynie na fali popularności "Gwiezdnych Wojen" i innych filmów science fiction, ale i tak jest dobrze, a postaci i realia dodają oryginalności. Zbrodnią byłoby potraktowanie zdarzeń w filmie zbytnio poważnie, czego na szczęście nie uczyniono. Wszystko dzieje się tu z przymrużeniem oka, a jeśli bywa głupawo - na przykład podczas dialogów - to jest to w pełni zamierzone.
Brawa należą się animacji w filmie. Gdyby powstawał w dzisiejszych czasach, zostałby z pewnością wykonany w całości w technice komputerowej, ale wtedy nie było takiej możliwości: klatka po klatce, wszystko musiało być narysowane i wiarygodnie wprawione w ruch. I prawda jest taka, że animatorzy wywiązali się z zadania doskonale (w końcu to japończycy). A nie należy zapominać, że każdy robot jest dość mocno skomplikowany, a do tego dochodzą jeszcze wszystkie odblaski, wybuchy, często w dużym stężeniu naraz. Ogląda się to świetnie, a przy dzisiejszym zalewie bliźniaczych filmów w CGI robi tym większe wrażenie. Co bardziej widowiskowe sceny batalistyczne zapierają dech w piersiach jakością wykonania, a Transformery, mimo że to w końcu mechaniczne roboty, mają w sobie mnóstwo ludzkich cech - poruszają się i zachowują zupełnie jak ludzie.

On jest cool i wie o tym.
Dużą w tym zasługą jest też dobór głosów do filmu. Faktycznie, Peter Cullen JEST Optimusem, a wszyscy inni aktorzy wywiązują się ze swojej roli znakomicie. Co ciekawe, możemy usłyszeć głosy samego Orsona Wellesa (niestety na niedługo przed jego śmiercią) oraz Erica Idle (tak, jednego z Pythonów). Pod tym względem też jest świetnie, podobnie jak w War for Cybertron, gdzie również nacisk został położony na odpowiednie dobranie głosów i uczynienie dialogów interesującymi. I to słychać.
Na szczególną uwagę w "Transformers: the Movie" zasługuje muzyka. Gdy na ekranie rozgrywa się jakaś dłuższa scena akcji, czyli dość często, wydarzeniom towarzyszy odpowiednio dobrana piosenka. W ogóle oglądając film miałem wrażenie, że fabuła jest pretekstem do wprowadzania kolejnych scen wzbogacanych jakimś utworem, ale nie przeszkadzało mi to. Chodzi i tak głównie o wrażenia audiowizualne, więc tym lepiej. Taki ciąg teledysków jak najbardziej pasuje do idei filmu. Szczególnie, że większość kawałków to bardzo miło-się-słuchające kawałki popowe, rockowe, a nawet metalowe. Nie zabrakło też charakterystycznych dla lat 80. generowanych syntezatorami utworów. Zresztą, co będę pisał. Główny motyw wymiata. Posłuchajcie:
[media=]http://www.youtube.com/watch?v=0QgjwxPZxWo
Osobiście jestem wdzięczny ekipie High Moon po pierwsze za zrobienie bardzo udanej gry, a po drugie za rozbudzenie u mnie dziecięcej pasji i ponownego zainteresowania Transformerami. Dzięki nim z uśmiechem na twarzy obejrzałem świetnie zrobiony film animowany i, jakby to powiedzieć, poczułem klimat. Mówcie co chcecie, roboty rządzą. Sam jednak jakimś specjalnie zapalonym fanem nie jestem, zapewne wiele osób grających w WFC roni łezki znajdując kolejne odniesienia do filmów i seriali animowanych. U mnie nigdy nie będzie to tym samym przeżyciem, ale na pewno teraz będę nieco inaczej niż wcześniej doświadczał przygód Autobotów i Decepitconów przeniesionych na konsolę. Dlatego jeżeli ktoś, tak jak ja, skusił się do kupienia gry i spodobała mu się, polecam wejść głębiej w temat, zapoznać się z fenomenem Transformerów. A jeśli ktoś dorastał 'w temacie', coż... może warto odświeżyć pamięć? Tak czy inaczej polecam zarówno film, kreskówki, jak i najnowszą grę. ROLLOUT!

0 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Brak komentarzy do wyświetlenia.