Jump to content

PoLitBlog

  • entries
    87
  • comments
    234
  • views
    42,125

Kolacja

Sign in to follow this  
XMirarzX

205 views

Biegł korytarzem, długim, szerokim i jasnym, ku białym drzwiom.

Szybko, szybko, szybko, SZYBCIEJ!

Wielki, czarny kształt, przed którym uciekał, majaczył dwadzieścia metrów od niego. Słyszał, jak go woła, jak wali w ściany, rozbija żarówki pod sufitem, biegnie, waląc w podłogę okutymi w kapcie stopami.

? Wracaj tu! Wróć do mnie, wróć!?

Dopadł do drzwi. Złapał za klamkę i prawie ją obrócił ? prawie, bo poczuł na ramieniu ciężar wielkiej, ciepłej, oślizgłej dłoni. Zacisnął powieki, bojąc spojrzeć się w czerń za nim.

? Dokąd się wybierasz?

Otworzył oczy.

Znajdował się w niemożliwie ciemnym pokoju. Siedział na krześle, przywiązany do niego. Nie próbował krzyczeć: jeśli ktoś, kto go tu trzyma, jest gdzieś w pobliżu, może tu wpaść i go zaciukać. Z drugiej strony, może go (lub jej) nie ma??

W tym momencie zauważył drzwi, a właściwie bijącą ze szpary pod nimi obrzydliwie żółte elektryczne światło, padające na brudną podłogę, ukazujące zapomnienie lub brak zainteresowania tymże pomieszczeniem. Zapalone światło nasuwało mu dwa wnioski: albo porywacz (-ka?) nadal tu jest, albo też wyszedł (wyszła?), tylko zapomniał (-a) wyłączyć światło w norze obok. Którą odpowiedź pan wybiera? Po namyśle? odpowiem, że jednak jest w domu. Czy to poprawna odpowiedź? Dowiemy się po przerwie reklamowej!

Czekał cierpliwie przez piętnaście minut, kiedy to drzwi otworzyły się, a w nich stanęła wielka, gruba osoba o krótkich włosach bądź całkowicie łysa, tego nie był pewien, gdyż stała ona tyłem do światła, więc cień miał idealne warunki do spowicia twarzy postaci mrokiem.

Co zadziwiające, ów mężczyzna (na pewno to był mężczyzna) był zatrważająco podobny do cienia, goniącego go we śnie: nawet posturą, gdyż brzuch mężczyzny był trzy razy szerszy od samego uwięzionego. Wyglądał on (brzuch) tak, jakby jego właściciel połknął trzy pięciokilogramowe piłki lekarskie, piłkę plażową oraz piłkę do siatkówki ? na dobre trawienie.

? Już nie śpisz? ? Olbrzymi Grubas wyraźnie odwrócił się do swego więźnia. ? Wydawało mi się, że dałem ci więcej środków usypiających, Gabrielu Borutkowiczu.

? Ale ja nie jestem żaden Gabriel Borutkowicz ? powiedział drżącym głosem więzień. ? Nazywam się?

? Wiem, jak się nazywasz, Gabrielu ? przerwał mu Grubas. ? Może pamiętasz swego kolegę ze szkoły, Krzysztofa Śtarskiego?

? Mówię ci, że nie jestem żadnym Gabrielem! Coś ci chyba padło na mózg!

? Być może, ale to chyba tobie coś padło na mózg, skoro nie pamiętasz, jak się nazywasz? ? Grubas pochylił się nad nim; waliło od niego czymś znajomym i obcym jednocześnie, czymś? obrzydliwym, jakby pot, a jednak jakby nie do końca, i szepnął: ? ?Gabrielu.

Odwrócił się do niego plecami: więzień grubasa widział dokładnie, jak jego ogromne cielsko obraca się o sto osiemdziesiąt stopni.

? Zapewne jesteś głodny ? powiedział tłuścioch, podający się za Krzysztofa Śtarskiego. ? Poczekaj chwilę, zaraz ci coś przyniosę.

Wyszedł do pomieszczenia obok, skąd zaraz dobiegł uwięzionego mężczyznę stuk talerzy i innych naczyń, oraz dźwięk obijających się o siebie garnków, rondli i patelni, następnie walenie łyżką o talerz, potem oślizgłe mlaski i cmoknięcia, stuki łyżek, mlask, łyżka, mlask?

Po chwili drzwi otworzyły się z trzaskiem, jakby Krzysztof Ś. otworzył drzwi kopniakiem. Niósł bowiem dwa talerze z parującą zawartością, tworzącą na nich niewielkie pagórki.

Grubas postawił talerz przed uwięzionym: obecność stołu była tak oczywista, że nie zwrócił na niego nawet uwagi. Postawił też talerz dla siebie na przeciwległym końcu stołu, ale jeszcze nie usiadł: podszedł z powrotem do swego więźnia, którego uparcie nazywał Gabrielem Borutkowiczem, i odwiązał mu ręce, zacieśniając jednocześnie więzy wokół nóg i kostek, przywiązanych do nóg krzesła.

? Teraz będziesz mógł jeść ? powiedział z satysfakcją Krzysztof, idąc w stronę drzwi.

Wyjdź, wyjdź, ja tymczasem spróbuję się rozwiązać, idź, spokojnie.

Już zaczął szukać węzła, kiedy tuż nad nim zapaliło się światło, żółte, elektryczne, takie, jak w pomieszczeniu obok: to kinkiet nad głową więźnia, a tuż obok kinkietu ? obraz, przedstawiający jakąś łąkę w lato, pod niebieskim niebem i otoczoną z dwóch stron przez las. Spojrzał w stronę siedzącego już naprzeciwko grubasa? i nadal nie mógł zobaczyć jego twarzy: tłuścioch siedział poza zasięgiem światła, wydostającego się z kinkietu.

? Jedz szybko, to dostaniesz prędzej drugie danie i deser ? zachęcił go przyjaźnie Krzysztof Ś. ? Naprawdę warto, stałem przy kuchni bardzo długo, bo chciałem, żeby to jakoś smakowało, więc jedz. Może to nie homar, ale lepsze to niż nic, prawda?

Kiedy skończył mówić, zabrał się do pałaszowania posiłku z prędkością, jakiej nie widział wcześniej jego przymusowy gość: widelec w ręku grubasa nie był niczym więcej, jak tylko złudnym błyskiem metalu w ciemności.

Przywiązany mężczyzna natomiast spoglądał na swój talerz nieufnie: widział makaron, polany sosem z mięsem, i szybki sposób na zabicie swego więźnia ? jeśli patrzeć na to z punktu widzenia porywacza. Wziął do ręki widelec, nabił na niego trochę makaronu i włożył do ust. Pożuł przez chwilę i poczuł? że nie jest wcale takie złe. Brał więcej makaronu i więcej mięsa na widelec, więcej i szybciej jadł. Krzysztof patrzył na niego z zadowoleniem ? jednak mamuśka miała rację, żeby mu nie mówić, z czego jest to mięso. Wbrew temu, co mówili o niej inni, nie była głupia, tylko lekko ograniczona, co wcale nie przeszkadzało jej być na swój sposób genialną.

Więzień wyczyścił talerz do czysta w około dziesięć minut.

? Faktycznie byłeś głodny, Gabrielu ? powiedział z zadowoleniem tłuścioch. Wstał z niejakim trudem z krzesła i zabrał talerz swojego więźnia wraz ze sztućcami. ? Chcesz drugie danie, czy się najadłeś?

? Może się skuszę na drugie danie ? odparł dyplomatycznie mężczyzna.

? A więc dobrze. Zaczekaj chwilkę.

To mówiąc, Krzysztof Śtarski wyszedł z pustymi talerzami w rękach przez drzwi, za którymi istniał świat, o którym ?Gabriel? nie miał zielonego pojęcia ? przynajmniej, jeśli chodzi o wystrój. Znowu brzęk garnków, znowu walenie łyżki o talerz, ale jakieś inne: jakby talerze były głębsze, a łyżka metalowa. Czyli, krótko mówiąc, jakby grubas nalewał dwie miseczki zupy. Makaron był niezły, choć mięso było jakieś inne ? nigdy takiego nie jadł. Ale czy to ważne? Jeśli jeszcze żyje, to znaczy że może pożyć jeszcze troszeczkę. Ze dwadzieścia lat.

Chwilkę później do pomieszczenia wparował z dwiema miseczkami zupy Krzysztof. Postawił zupę dla siebie i dla mężczyzny, po czym usiadł na swoim miejscu.

Grubas zaserwował mu rosół, całkiem niezły, nawiasem mówiąc. Tylko znowu to mięso: nie był to ani indyk ani nic, czego próbowałby wcześniej. Zaczynał mieć dziwne podejrzenia, ale całkowicie bezpodstawne: przecież nie jadł nigdy wszystkich rodzajów mięsa. A nuż jest to rosół na jagnięcinie?

Nie przejmując się więcej tajemnicą mięsa z rosołu, zaczął jeść.

? Dobre?

Mężczyzna spojrzał na swego porywacza. Ponieważ twarz tego ostatniego nieodmiennie spowijał głęboki mrok, trudno było stwierdzić jednoznacznie, czy jest to groźba, pytanie, czy początek żartobliwej konwersacji.

? Owszem, wyśmienite.

? Jak już skończysz, dam ci przepis na dania, które zjesz. Dobra?

? OK.

? No, jedz, bo ci wystygnie. Wiedziałeś, Gabrielu, że mam liczne rodzeństwo? Owszem, jest nas cała dwudziestka i każde jest inne ? dosłownie. W naszej rodzince nikt nie ma nawet takich samych rysów twarzy. Jak myślisz, dlaczego?

? Ne-aa-poeeaa ? powiedział ?Gabriel?, co oznaczało ?Nie mam pojęcia?.

? Bo widzisz? ? Urwał. ? Albo nie ? rozpromienił się grubas ? przyprowadzę tutaj mojego starszego brata i moja matkę. Co ty na to?

Więzień Krzysztofa pokiwał tylko głową, wyrażając swą aprobatę, gdyż miał usta pełne gorącego rosołu. To mięso? coś z nim chyba jednak jest nie w porządku.

? Wspaniale. ? Tłuścioch zatarł ręce. ? poczekaj chwilkę, jedz sobie, a ja ich przyprowadzę. Dobrze?

? Ooee ? wymamrotał ?Gabriel?.

Krzysztof wyszedł z pokoju. Zostawił nawet otwarte drzwi, przez które wpadało więcej światła. Ponadto, więzień grubasa zobaczył wnętrze sąsiedniego pokoju: kuchnia gazowa, rząd brudnych szafek i zlew (widział brudny kran nad jedną z szafek).

Z jakiejś większej odległości usłyszał dwa głosy: jeden swego porywacza, drugi jakiś kobiecy i starczy, pewnie jego matki: ?Chodź do nas, mamo, proszę?, ?Nie! Nie pójdę tam! On? on jest zły, jak reszta? reszta?? ? a potem przyciszony głos Krzysztofa Śtarskiego, tłumaczącego coś matce.

Krzysztof Śtarski?

To nazwisko cały czas chodziło mu po głowie.

Śtarski? Krzysztof? Śtarski? Śtarski? Śtarski? ŚTARSKI! Krzysztof Śtarski!

Przypomniał sobie chwilę sprzed kilku dni, kiedy czytał gazetę i na stronie z nekrologami znalazł notkę o takiej oto treści:

śp. Krzysztofa Śtarskiego , który popełnił samobójstwo; Wierny Przyjaciel

Śtarski. Krzysztof Śtarski. Przybrał imię trupa. Psychol czy sprytny porywacz? Jeśli opuści to pomieszczenie, kto mu uwierzy, że trzymał go śp. Krzysztof Śtarski? Toż to nie możliwe, on nie żyje?

Od kiedy? Od poniedziałku? Wtorku? Niedzieli? Ile spał? Jak długo tu jest? Tydzień? Dwa? A może zaledwie kilka godzin?

Nagle zachciało mu się spać. Powieki miał jakby z ołowiu, toteż zamknął je bez swojego większego udziału i odpłynął.

Wielki, czarny kształt ciągnął go po podłodze ku pomieszczeniu, do którego bardzo nie chciał się dostać. Wiedział, że tam czeka go niechybna śmierć: z głodu, odwodnienia czy wykrwawienia ? nieważne. Ważne, jak uciec temu potworowi.

A białe drzwi są coraz dalej?

Zaraz.

Skoro grubas ciągnął go po podłodze za nogi, to ręce powinny się za nim ciągnąć po podłodze, prawda?

A nic się nie ciągnęło.

Nic? prócz śladów krwi z kikutów, które niegdyś były jego górnymi kończynami. Wrzasnął, a cień odwrócił się do niego. Stał przed jedyną niezbitą żarówką, co pozwoliło bezrękiej jego ofierze zobaczyć twarz grubasa? a właściwie jej brak. Zamiast oczu, nosa i ust miał zwały tłuszczu, zaś uszy odstające. Za to z nagiego, wielkiego brzucha wystawały ręce, do niedawna przytwierdzone do zupełnie innego ciała, machające we wszystkie strony dłońmi o kurczących i prostujących się palcach?

Zemdlał.

Obudził się w towarzystwie grubasa, który przywłaszczył sobie nazwisko Krzysztofa Śtarskiego, oraz dwóch innych osób: jedna siedziała skulona, kołysząca się w przód i w tył, mamrocząca coś pod nosem, druga całkowicie spokojna, ale na pewno nie wyprostowana, lecz dziwnie wygięta.

Obie były odwrócone do więźnia grubasa tyłem, jakby nie chcąc pokazywać mu swych twarzy.

? Mamo, Radku, przedstawcie się naszemu gościowi.

Postacie odwróciły się do przywiązanego do krzesła mężczyzny. Zgarbioną postacią okazał się brat Krzysztofa, ciągle mamroczący, poruszający dłońmi, jakby w drgawkach. Gdy spojrzał na ?Gabriela?, ten drugi przeraził się straszliwie, gdyż Radek-brat miał wyjątkowo nieforemną twarz: guzy na całej głowie, jedno oko mniejsze, ukryte pod wysuniętą i niską brwią, półotwarte usta, z których ciekła strużkami ślina i najniezwyklejszy chyba nos w kraju: podwójny, z trzema dziurkami, jedna z nich na samym środku nosa. Radek uśmiechnął się głupawo do ?Gabriela?. Na ten widok więzień odwrócił się z odrazą i strachem w stronę matki Krzysztofa.

Ta miała trzy dłonie: dwie, połączone jednym nadgarstkiem, jedna nad drugą. Jedna była zaciśnięta, palce drugiej zaś drgały, wykrzywione niczym szpony. Coś nie tak było nawet z jej ustami: ciągnęły się przez prawy policzek i kończyły pod nosem, zaś jedno oko ukrywało się pod fałdą ze skóry twarzy.

? Boże ? szepnął przywiązany do krzesła mężczyzna.

? Boże? Jak Bóg mógł dopuścić do czegoś takiego? ? W głosie porywacza zabrzmiał gniew. ? Czy dobry Bóg robi coś takiego swoim wyznawcom?

To mówiąc, wstał i podszedł do ?Gabriela?. Stanął przy nim, na tyle blisko, żeby więzień mógł dotknąć brzucha grubasa, przykrytego niedokładnie jakimś brudnym, chyba lekko obrzyganym podkoszulkiem, niegdyś koloru białego. Podniósł ów podkoszulek, ukazując swój brzuch.

Tym razem ?Gabriel? wrzasnął.

Z brzucha grubasa łypało na niego dwoje oczu, a zęby szczerzyły szerokie usta. Co gorsza, owa twarz oblizywała się, patrząc na niego z rozbawieniem i okrucieństwem.

? Czy coś takiego powinno przytrafić się dobrym chrześcijanom, czy terrorystom?

? Jeszcze nigdy nie widziałem brzydszej, głupszej i bardziej poj(w domyśle: dziwniejszej) rodzinki ? powiedział zszokowany więzień.

Grubasa z twarzą w brzuchu ta uwaga rozgniewała jeszcze bardziej.

? Taaak? Więc chodź! ? krzyknął, rozwiązując jednym pociągnięciem linę, a twarz w brzuchu wykrzywiła się w grymasie wściekłości, kłapiąc zębami. ? Lej się jak mężczyzna? albo milcz, ty? eee? geju ? dokończył, spoglądając na swoją mamuśkę.

? On powiedział brzydkie słowo! ? wołała, pokazując normalną ręką więźnia jej syna. ? Brzydkie słowo! Brzydkie słowo!

Więzień wstał z krzesła, chwycił łyżkę, podbiegł do matki grubasa i zagroził:

? Wypuść mnie, albo wepchnę jej tą łyżkę do gardła tak głęboko, że nie uda jej się nawet wyrzygać! ? Kiedy skończył, wsadził kobiecie łyżkę w usta.

? Bleee! ? zawołała. ? Yy-ee! (czyli: ?Zimne!?)

? Nie rób tego! ? Grubas przestraszył się. ? Pokażę ci wyjście, tylko ją zostaw!

? Prowadź! ? Więzień chwycił starszą, ułomną kobietę za kark i podniósł z krzesła. Powlokła się za nim, nadal z łyżką w ustach, strasznie na to narzekając. Grubas przeszedł przez kuchnię, mężczyzna z matką jako zakładniczką za nim, cały czas trzymając łyżkę tak, aby ona jej nie wypluła i tak, aby jej nie wepchnął za daleko.

Przeszli przez kuchnię, szli teraz szerokim korytarzem z jedną, brudną żarówką, dyndającą na kablu pod sufitem. Na końcu rzeczonego korytarza widać było zaledwie zarys drzwi.

? Tędy wyjdziesz na ulicę ? powiedział grubas, wskazując drzwi.

? Dziękuję. ? Mężczyzna puścił kobietę i odrzucił łyżkę w kąt, po czym rzucił się ku drzwiom.

Wypadł na ciemną, zaśnieżoną ulicę, otoczoną domami, i próbował dostać się do swojego domu, szwendając się po okolicy i pytając ludzi, jaka to ulica i jak trafić na tą, na której mu zależało.

Krzysztof wrócił do jadalni, posadził matkę przy stole i przyniósł z kuchni dziwną pieczeń z dwóch zwierząt: na pewno nie była to jagnięcina.

Postawił tacę z pieczeniami, zasiadł za stołem i zapytał:

? Komu pies, komu kot?

Radek rozpromienił się:

? Kotek! Kotek, koteczek! Miau, miau! ? I zaśmiał się szaleńczo.

? A ja poproszę nóżkę Burka, proszę ? powiedziała uśmiechnięta kobieta.

? Bardzo proszę ? powiedział markotny Krzysztof, nakładając swojej rodzinie to, czego każde z nich pragnęło. ? Ale wiecie co? ? rozpromienił się. ? Mogę się założyć, że rosół na kocim ogonie mu smakował.

Krzysztof, Radek i ich matka jedli zadowoleni, a pozostała osiemnastka rodzeństwa Krzysztofa wyruszyła na łowy. Chyba znowu najgorzej poradzi sobie Emil.

Jak ktoś, kto ma tylko głowę i po pięć palców wystających z uszu, wróci do domu z kotem?

Sign in to follow this  


0 Comments


Recommended Comments

There are no comments to display.

Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.