Pierwsza sztuka w Teatrze Snów
Nadeszła pora że tak powiem późnowieczorowa i ponownie zrodził się we mnie pomysł żeby o czymś napisać. Tym razem będzie trochę z innej beczki, muzycznie, gdyż na playliśćie właśnie leci...
Dream Theater - When Dream And Day Unite

Chciałbym poświęcić parę słów temu nagraniowi, gdyż pomyślałem sobie, że WDADU jest trochę niesprawiedliwie traktowane. Nie neguję bynajmniej, że prawdziwym, przebojowym debiutem było Images and Words, ale tym niemniej When Dream and Day Unite nie zasługuje wcale na mniej uwagi niż pozostałe albumy.
To fakt, że album ten prezentuje nieco odmienny styl od późniejszych dokonań DT, brzmieniowo prezentuje się na tle innych wręcz unikalnie. Sporą zasługą tego stanu rzeczy jest obecność Charliego Dominiciego jako wokalisty. Pod jego adresem często posyłane są uwagi - że za słaby głos, że nie brzmi i w ogóle źle. Według mnie Charlie spisuje się znakomicie i mimo, że faktycznie jego głos nie ma takiej potęgi jak Jamesa LaBrie, to mi przynajmniej wydaje się nieco milszy w odbiorze, ma przyjemniejszą barwę. Poza tym polecam posłuchać, jak Charlie radzi sobie z piosenkami DT obecnie, na przykład na koncercie "When Dream and Day Reunite" (chyba nawet lepiej niż LaBrie!). Gdyby zespół wpadł na pomysł wprowadzenia ponownie tego wokalisty, nie na miejsce, ale obok Jamesa, byłoby fantastycznie. Panowie mogliby się nawzajem uzupełniać i wspierać wokalnie
.
No dobrze, a pozostali członkowie zespołu? Co tu dużo mówić - Johnowie Petrucci i Myung chyba urodzili się z gitarami w rękach, technicznie jest świetnie, brzmieniowo też. Tym bardziej, że bass faktycznie słychać (OH WOW). Słyszalny, mocny bass to jest to. Kevin Moore na klawiszach doskonale buduje nastrój piosenek, a Mike Portnoy bębni jak zwykle, czyli wzorowo.
[media=]
I wreszcie kwestia kluczowa - utwory. Przecież to właśnie z tej płyty pochodzi doskonały instrumentalny "Ytse jam", grany na koncertach chyba tylko trochę rzadziej niż "Metropolis"
. Może lekko przesadzam, ale utwór wgniata w ziemię. Jakby to można powiedzieć (bo chyba tak się mówi), "ryje beret", szczególnie w niektórych wersjach koncertowych, z kilkuminutową (!) solówką na perkusji Mike'a. Ponadto na szczególną uwagę zasługują: pierwsze, kilkuczęściowe dzieło "epickie", czyli "The Killing Hand", zapadające w pamięć "Afterlife", oraz z początku melancholijne, a potem przeradzające się w prawdziwe progresywnometalowe granie "The ones who help to set the sun" (uff, ten tytuł!). Zresztą, reszta kawałków też jest świetna, ale te są moimi ulubionymi. Nieraz zaskakuje pomysłowość utworów, szczególnie chodzi mi o charakterystyczne, niestandardowe, często "połamane" rytmy. Progres w pełnej krasie i najlepszym wydaniu.
Ogólnie rzecz biorąc, "When Dream and Day Unite" to bardzo udana płyta. Mimo że w nieco innym składzie, można ją uznać za pełnoprawny, a nawet jasno błyszczący diament w koronie Dream Theater. Ma swój specyficzny klimat, tak jak wspominałem dość odmienny od późniejszych nagrań zespołu, ale słucha się tego bardzo przyjemnie. I szkoda, że większego sukcesu album nie odniósł. Progressive rock/ metal forever!
PS. Nie wiem tylko, skąd taki pomysł na okładkę... dziwna dość.

0 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Brak komentarzy do wyświetlenia.